Zbrodnie i wykroczenia

Ten film jest bardzo wyjątkowy w dorobku Allena, bo przedstawia dwie opowieści o tym samym, choć w różnej konwencji. Bohaterem pierwszej jest dr Judah Rosenthal – uznany i ceniony lekarz-okulista, bogaty i odnoszący sukcesy. Ale od dwóch lat ma kochankę, która zaczyna grozić mu, że wyciągnie na jaw jego brudy. Drugim bohaterem jest Clifford Ivring – ambitny reżyser filmów dokumentalnych, który zostaje poproszony o nakręcenie filmu o znienawidzonym szwagrze – producencie telewizyjnym. W trakcie realizacji poznaje młodą asystentkę producenta, w której się zakochuje, choć Cliff jest żonaty.

wykroczenia1

Tutaj Allen z jednej strony jest poważnym facetem, który mówi o zbrodni, winie i karze (wątek Judaha), z drugiej pozwala sobie na odrobinę humoru i żartu (wątek Cliffa). Ale jednak całość jest bardziej poważna i zmuszająca do refleksji. Obaj bohaterowie przeżywają problemy egzystencjalne i próbują znaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania: o to, dlaczego innym się udaje odnieść sukces, skąd bierze się zło i niesprawiedliwość oraz czemu Bóg nie reaguje. Odpowiedzi w zasadzie nie ma, ale obie te historie angażują, wciągają i nawet bawią, zaś pewną odtrutką na smutki może być kino. Nie brakuje wolt, zaskoczeń i humoru, a wszystko okraszone świetnymi zdjęciami Svena Nykvista oraz montażem.

wykroczenia2

Pierwsze skrzypce w tym filmie gra zdecydowanie Martin Landau w roli dra Rosenthala – racjonalistę, którego „prześladuje” Bóg i w ostateczności posuwa się do zbrodni. Dręczą go wyrzuty sumienia, ale potem zaczynają one ustępować. Drugiego bohatera gra sam Allen, ale tutaj jest trochę inny od typowej swojej kreacji. To nadal inteligent, ale nieszczęśliwy, złośliwy i zgorzkniały, który przekonany o swoim talencie odbija się od ściany. Poza tym duetem wybija się kilka mocnych ról drugoplanowych: od Anjeliki Huston (Dolores, znerwicowana kochanka Judaha) i Alana Aldy (Lester, nadęty szwagier Cliffa) przez Mię Farrow (piękna Halley) i Jerry’ego Orbacha (Jack, brat Judaha) do Sama Waterstona (rabin Ben).

wykroczenia3

Allen po raz kolejny zaskakuje i utrzymuje wysoką formę. Zgrabne połączenie komedii z dramatem wręcz egzystencjalnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W kręgu zła

Złodziej Corey wychodzi z więzienia, ale wcześniej dostaje od strażnika plan napadu na jubilera, w którym zamontowano nowe systemy alarmowe. Do napadu wciąga przypadkowo poznanego Vogela, który uciekł komisarzowi Mattei. Do pomocy przy włamie zostaje poproszony Jensen – były gliniarz, topiący swoje smutki alkoholem. W ślad za nimi rusza Mattei, który nie posunie się przed niczym.

krag_zla1

W zasadzie kryminały i filmy sensacyjno-gangsterskie są domeną Amerykanów, jednak powoli Europa zaczyna ich doganiać. Widać to zarówno na przykładzie filmów ze Skandynawii, ale też i Francji, co było widać już ponad 30 lat temu. Jednym z europejskich specjalistów był Jean-Pierre Melville, który swoją formę potwierdził w swoim najsłynniejszym dziele – „W kręgu zła”. To film wyjątkowy, bo dialogów w nim stosunkowo niewiele, akcja też specjalnie nie pędzi na łeb na szyję, ale mimo tego ten film wciąga i trzyma w napięciu aż do krwawego finału. O głównych bohaterach nie wiemy zbyt wiele, ale są to ludzie samotni, zmęczeni, nie mający niczego stabilnego. Intryga jest prowadzona bardzo dokładnie, klimat jest ponury, a kobiety praktycznie się w nim nie pojawiają. Melville bardzo precyzyjnie buduje akcję (napad na jubilera rozegrany bez słów), mistrzowsko wykorzystując montaż i pracę kamery. Także pojawiająca się rzadko muzyka współtworzy klimat tego męskiego świata. Każdy gest, spojrzenie i detal jest istotny, nie ma tu miejsca na nudę. Być może dlatego ten film jest uznawany za absolutnego klasyka gatunku.

krag_zla2

Nie zawodzą też aktorzy, którzy stworzyli fantastyczne kreacje. Trudno powiedzieć coś złego na temat Alaina Delona (elegancki Corey), Gian Marii Volonte (tajemniczy Vogel) czy Yvesa Montanda (Jensen). Jednak dla mnie największym zaskoczeniem był Bourvil. Ten aktor kojarzony przede wszystkim z rolami komediowy, bardzo zaskakuje w roli komisarza policji – małomówny, dokładny i wnikliwy. Mocna rola.

Niby jest to pozornie historia jakich wiele było w kinie, ale Melville to mistrzowsku buduje klimat i prowadzi całą fabułę. Nic dziwnego, że krążą plany o realizacji remake’u, tylko po co to robić?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Hipnotyzer

W Sztokholmie dochodzi do zbrodni – zostaje zamordowana cała rodzina (ojciec w szkole, zaś matka i córka w domu). Jedynym świadkiem zbrodni jest syn, z którym nie udaje się nawiązać kontaktu. Prowadzący śledztwo komisarz Joona Linna prosi o pomoc dr Erika Barka o zastosowanie hipnozy. To sprowadza na lekarza niebezpieczeństwo.

Skandynawskie kryminały zaczynają podbijać świat, pokazując i udowadniając, że nie tylko Amerykanie potrafią zrobić efektowne, ale i inteligentne kino. Zadania tego tym razem postanowił się podjąć powracający do rodzimej Szwecji Lasse Hallstrom. Efekt jest nie do końca udany. Punk wyjścia jest bardzo ciekawy i mamy zazwyczaj to, co jest w kryminałach: żmudne śledztwo, trup, mroczną przeszłość i tajemnicę. Plus bardzo ciekawy motyw hipnozy, który jednak nie zostaje do końca wykorzystany (ale za to ładnie wygląda). Nie brakuje napięcia (zwłaszcza finałowa konfrontacja czy włamanie do domu Barków), mrocznego klimatu, jednak pewne wątki nie zostają wyjaśnione w sposób satysfakcjonujący (tajemnica Barka, którego przeszłość jest naznaczona skandalem). Paradoksalnie najlepiej reżyserowi wychodzą sceny z życia Barków, których małżeństwo przechodzi kryzys. Technicznie jest to jednak solidnie zrealizowane, ale fabula pozostawia wiele do życzenia i przez większość czasu brakuje dobrego tempa i te dwie godziny wloką się.

hipnotyzer1

Sytuację próbuje częściowo ratować aktorstwo, ale tutaj też jest dość nierówne. Najbardziej zawodzi Tobias Zilliacus grający śledczego, który jest… po prostu. Czasem pobiegnie (za przestępcą),czasem pomyśli, nieźle wygląda i tyle. Lepiej prezentują się grający Barków Mikael Persbrandt i Lena Olin. Oboje są już sobą zmęczeni, wypaleni, z pretensjami. Ta relacja była znacznie ciekawsza i bardziej angażująca od śledztwa, a chyba nie o to chodzi w kryminale.

hipnotyzer2

Właściwie film Hallstroma w paru miejscach przypomina, że mamy do czynienia z kryminałem, czasem brakuje napięcia, a zachowanie bohaterów nie jest do końca zrozumiałe. Trudno powiedzieć, co nie wypaliło. Średniak miejscami skręcający w stronę dobrego kina.

6/10

Radosław Ostrowski

Hannibal – seria 1

Will Graham jest wykładowcą FBI w Quantico, który zajmuje się tworzeniem profilu psychologicznego zabójców. Zostaje jednak poproszony przez agenta Jacka Crawforda, by pomógł rozwiązać sprawę seryjnego mordercy nazwanego Dzierzbą. Jednak sprawa okazuje się dla niego cięższa niż myślał. Dlatego Crawford prosi o pomoc dra Hannibala Lectera, który ma też zadbać o stan psychiczny Grahama. Obaj panowie tworzą dość interesujący duet.

Na ekranie było już wielu filmowych psychopatów, którzy stali się ikonami popkultury. Jednym z nich jest zdecydowanie Hannibal Lecter, bohater cyklu powieści Thomasa Harrisa. Powieści te były przenoszone na ekran (pierwsza „Czerwony smok” była przenoszona dwukrotnie – w 1986 r. przez Michaela Manna i w 2002 r. przez Bretta Ratnera), a do pory ta postać jednoznacznie łączy się z aparycją Anthony’ego Hopkinsa. Kiedy wydawało się, że już nic mnie zaskoczy, Bryan Fuller (twórca „Herosów”) postanowił nakręcić serial o Hannibalu Lecterze sprzed wydarzeń z „Czerwonego smoka”, jednocześnie uwspółcześniając akcję.

Pomysł dość karkołomny i ryzykowny, ale chyba się udało. Pozornie wydaje się, że mamy do czynienia z typowym proceduralem osadzonym w uniwersum Harrisa, co widać w scenach w laboratorium i kostnicy, gdzie badane są zwłoki (prawie jak w „CSI” czy „Kościach”, choć nie wchodzą aż tak dokładnie). I w zasadzie każdy odcinek to inna sprawa, ale wątek Dzierzby ma swoje perturbacje w następnych odcinkach (wątek córki zabójcy Abigail, która jest podejrzewana o współudział). Jednak nie ma tutaj ani nudy czy zmęczenia, zaś każdy odcinek powoli odkrywa przeszłość bohaterów. Dla nas chyba jednak najciekawsza jest możliwość zobaczenia Lectera na wolności. Można się trochę przyczepić, że za mało jest Hannibala w „Hannibalu”, jednak z drugiej strony w powieściach też ta postać pojawia się na drugim planie, choć jej obecność była odczuwalna przez cały czas (tak samo w filmach, może z wyjątkiem „Po drugiej stronie maski”, ale nie było to zbyt udane dzieło). Zresztą jest jeszcze kilka postaci łączących serial z uniwersum. Poza głównymi bohaterami jest Jack Crawford – szef oddziału behawioralnego FBI (tutaj jest czarnoskóry), dr Alana Bloom (w książce była facetem), Freddie Lounds – dziennikarka pisząca do bloga Tattler, gdzie opisuje makabryczne zbrodnie (w książce też była facetem) i dr Frederick Chilton – szef psychiatryka w Baltimore.

Największe wrażenie zrobiły jednak na mnie nie koniecznie same sceny zbrodni, ale momenty, gdy Graham „wchodzi” w skórę sprawcy – zastosowane spowolnienia, mocniejsza kolorystyka i nieprzyjemna muzyka w ich trakcie buduje lekko oniryczny klimat, który (trochę na siłę) się porównuje do „Miasteczka Twin Peaks”. Wtedy robi się naprawdę nieprzyjemnie. Krew, organy, morderstwa dzieci – to nie jest serial dla młodych widzów, dlatego jest pokazywany po 22, co trochę się odbija na oglądalności. Niemniej serial jest bardzo ciekawy, technicznie na bardzo wysokim poziomie, zaś finał jest dość mocny i przewrotny.

 

Teraz najważniejsza część tego serialu – bohaterowie. O tych pierwszoplanowych, powiem później, bo to temat na dłuższą chwilę. Więc zaczniemy od drugiego planu. Tutaj przede wszystkim dominują panie: Caroline Dhavernas jako empatyczna dr Bloom, którą poza przyjaźnią łączy coś wiecej z Grahamem i jako jedynej zależy na dobrym stanie Grahama, Lara Jean Chorostecki czyli Freddie Lounds – niby dziennikarka, której tak naprawdę zależy na rozgłosie, choć udaje pomoc, ale jest wnikliwa, inteligentna i nieustępliwa w docieraniu do informacji. Trzecią panią grającą dość istotną rolę jest Kacey Rohl. Abigail Hobbs, córka Dzierzby, wygląda pozornie na niewinną i przerażoną dziewczynkę, ale prawda o niej zaskakuje. Należy też wspomnieć o dawno nie widzianej Gillian Anderson, która tutaj wciela się w dr Du Maurier, psychiatrę i przyjaciółkę Lectera. Jednak poza paniami jest tu trzech panów – Aaron Abrams i Scott Thompson tworzą duet śledczych Zellera i Price’a, ale i tak najważniejszy jest ten trzeci. Mianowicie Laurence Fishbourne, który gra agenta Crawforda – inteligentnego śledczego, który czasami używa manipulacji i zastraszania, zaś skrywa pewną tajemnicę.

crawford

Najważniejsze postacie zostawiłem na deser. Wbrew pozorom głównym bohaterem nie jest Lecter, ale agent Will Graham. Wcielający się w tą rolę Hugh Dancy tworzy postać bardzo empatycznego i wnikliwego agenta, dla którego praca jest jedynym sensem życia. Jednak zaczyna to na nim mocno odbijać – zaczyna mieć zwidy, bezsenność, lunatykowanie, w końcu zaczyna „urywać mu się film” i tracić orientację. Mocna, bardzo intrygująca kreacja. No i w końcu Hannibal – nasz ukochany psychol. W interpretacji Madsa Mikkelsena jest bardzo opanowany, oszczędny w słowach i emocjach, za to bardzo dokładny, inteligentny i elegancki. Nawet gdy zabija nie traci zimnej krwi, zaś potraw przyrządzanych przez niego nie powstydziła by się żadna restauracja (gdyby tylko znali składniki). Bardzo mi się spodobała ta interpretacja, bo nie ma też tutaj naśladowania gestów i ruchów legendarnego Hopkinsa. Nie miałoby to żadnego sensu. Obaj panowie zagrali znakomicie, tworząc silną chemię między nimi.

bloom

Ale się rozpisałem, bo i jest o czym. Fuller stworzył bardzo interesujący i ambitny serial, do którego już zamówiono drugą serię. Mam nadzieję, że twórcy nas jeszcze czymś zaskoczą i utrzymają wysoki poziom tej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Wagon towarowy Bertha

Kim jest tytułowa Bertha? To młoda dziewczyna, której ojciec zginął w wypadku (samolot) i od tej pory błąka się po okolicy. Poznaje młodego chłopaka Big Billy’ego, który staje się szefem strajkujących robotników. Razem jeszcze z dwoma osobami tworzą gang, który okrada bogatych szefów kolejarzy.

bertha1

Martin Scorsese mocno inspirował się tutaj „Bonnie i Clyde”, zaś producentem tego filmu jest Roger Corman – mistrz kina klasy B, co niestety tutaj widać zarówno na poziomie realizacyjnym (chaotyczny montaż, skromny budżet), jednak Scorsese udaje się stworzyć niezły klimat czasów Wielkiego Kryzysu (muzyka, realia epoki). Jednak jest pewien zgrzyt, bo nie wiadomo czy jest to dramat społeczny (uprzedzenia rasowe, bieda, nędza) z kinem rozrywkowym (napady, pościgi) niepozbawionym przemocy (krwawy finał) i brutalności. I ten rozkrok nie ułatwia oceny, zaś efekt jest lekko rozczarowujący i dający poczucie niespełnionych ambicji.

Zagrane zaś jest to całkiem przyzwoicie, ze wskazaniem na atrakcyjną Barbarę Hershey w roli tytułowej oraz partnerującemu jej Davidowi Carradine’owi. Za to drugi plan jest pełen bogatych postaci jak hazardzista Rafe (Barry Primus), czy czarnoskóry Von (Bernie Casey), które wzbogacają ten film.

bertha2

Trochę zapomniana i niedoceniona wówczas fabuła Nowojorczyka okazała się całkiem przyzwoitym tytułem, chociaż mogło pójść lepiej, a następne tytuły tylko potwierdziły i pokazały nieprzeciętny talent tego filmowca.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bonnie i Clyde

Było już wiele par na ekranie kinowym, których połączyła miłość i zbrodnia. Jednak tym razem mamy do czynienia z prawdziwą historią Clyde’a Barrowa i Bonnie Parker opowiedzianą przez Arthura Penna w 1967 roku.

bonnie

Oboje poznali się w momencie, gdy Clyde planował kradzież auta jej matki, następnie on obrobił sklep i zabrał ją ze sobą. Nie jest to może zbyt romantyczny początek, ale nie jest to love story, przynajmniej nie do końca. Zaś sama historia nie do końca pokazuje prawdziwe oblicze tych bohaterów. Penna bardziej interesuje jak powstaje mit wokół postaci, którzy stali się symbolami buntu wobec instytucji państwowych (banki przejmujące ziemie rolnicze i policja), pełen romantyzmu i idealizmu. Ludzi zakochanych, którzy nie do końca poważnie traktują siebie i życie. I jak na porządny film sensacyjny przystało, nie zabrakło strzelanin, napadów, krwi i odrobiny golizny. Całość w dodatku dobrze zmontowana, z ładnymi plenerami i folkową muzyką w tle. Jedyne, co zdradza datę premiery to ujęcia z samochodu, gdzie w tle mamy domontowane tło i może to przeszkadzać, tak jak dość spokojne tempo (poza scenami strzelanin).

clyde

Od strony aktorskiej film prezentuje się więcej niż przyzwoicie. Zdecydowanie należy pochwalić duet Warren Beatty/Faye Dunaway. On – trochę sprytny i cwany, ma swój urok i jest trochę prostakiem, ona – zjawiskowa, atrakcyjna i czasem uparta. Razem tworzą mocną mieszankę wybuchową, a chemia między nimi jest wręcz namacalna. Poza nimi najbardziej wyróżniają się grający ich wspólników Michael J. Pollard (lekko prymitywny C.W. Moss) i debiutujący na ekranie Gene Hackman (Bud, brat Clyde’a), drażni zaś Estelle Parsons (żona Buda – czasami zachowująca się irracjonalnie).

Mimo jednak pewnych wad, film Arthura Penna pozostaje dobrym, sensacyjnym filmem z bardzo mocnym i krwawym finałem, który zostaje w pamięci na długo.

7/10

Radosław Ostrowski

W cieniu

Jest rok 1950. Dochodzi do włamu na jubilera, gdzie skradziono biżuterię i trochę kosztowności. Prowadzący sprawę kapitan Jarda Hakl, szybko rozwiązuje sprawę i odnajduje sprawcę, niejakiego Kirscha. Ale kiedy sprawę przejmuje Urząd Bezpieczeństwa, Hakl zaczyna podejrzewać, że sprawa ma swoje drugie dno. I niestety, ale ma racje.

w_cieniu2

Wydaje się, że połączenie kryminału i osadzenie go w realiach powojennej Czechosłowacji może być trochę chybionym pomysłem. Jednak za kamerą stanął David Ondricek, który po raz kolejny zaskakuje i trzyma rękę na pulsie. Intryga jak w przypadku kina noir jest poplątana i wciągająca, policja i prokuratura nie zawsze uczciwa, bo rozkazy pochodzą z Moskwy, a polityka jest równie brudna jak zbrodnie i nie wiadomo, komu można zaufać. Jednak poza stylizacją na czarny kryminał (brakuje tutaj tylko femme fatale) – utrzymane w sepii i genialnie oświetlone zdjęcia Adama Sikory, gliniarze w prochowcach i kapeluszu wyglądający jak z amerykańskiego kina i jest wśród nich ostatni sprawiedliwy – film wiernie pokazuje realia życia w komunistycznym państwie, gdzie bezpieka robi co chce, a prawda nie jest dla nikogo najważniejsza oraz pokazanie, że za nie podporządkowanie się cena jest wysoka. Technicznie to majstersztyk, który wciąga i ogląda się znakomicie.

Ten film nie byłby tak świetny, gdyby jeszcze fantastycznie grający aktorzy. Najbardziej wybija się Ivan Trojan w roli niezłomnego kapitana Hakla, który niczym bohaterowie z klasyki kryminału dociera do prawdy za wszelką cenę, nie brakuje mu sprytu i wprawnego oka, na czym jednak cierpi jego życie rodzinne. Z drugoplanowych aktorów należy wyróznić Sebastiana Kocha jako majora Zenke, który jest uwikłany w sprawę z powodów politycznych. To jego postać jest trochę rewersem Hakla, bo został złamany przez władze. Pozostali członkowie obsady byli równie przekonujący w swoich rolach, ale to tych dwóch aktorów zapamiętałem najbardziej.

w_cieniu1

Czesi po raz kolejny udowodnili, że są po prostu lepsi od nas. Nakręcili rasowy film gatunkowy, którego nie powstydziliby się Amerykanie i mający wszystko, co mieć powinien. Mamy więc od kogo czerpać wzorce.

8/10

Radosław Ostrowski

Jack Reacher: Jednym strzałem

W małym mieście w Pennsylwanii dochodzi do zabójstwa pięciu osób. Schwytany zostaje snajper, James Barr. Jednak ten prosi, by policja wezwała Jacka Reachera. Oskarżony zostaje pobity, zaś Reacher początkowo przekonany o winie, odnajduje dowody niewinności i przy okazji odkrywa poważną intrygę.

jack_reacher1

Pozornie jest to typowa produkcja sensacyjno-kryminalna oparta na wszelkich dostępnych kliszach (ambitna i naiwna obrończyni, prokurator wygrywający każdą sprawę, źli ludzie), ale całość wypada nieźle. Intryga jest sprawnie opowiedziana, bijatyki, pościgi i strzelaniny dobrze zrobione w oldskulowym stylu i nie pozbawione finezji (uderzenie głową o głowę), choć całość wydaje się trochę za długa. Jednak Christopher McQuarrie trzyma rękę na pulsie i nie próbuje udawać, że chodzi o coś więcej niż tylko zabawę. Więc można przymknąć oko na pewne uproszczenia i schematy, lekko przyprawiając humorem.

jack_reacher2

Choć postacie są dość oczywiste, to jednak zagrane są całkiem nieźle. Tom Cruise po raz 1273 robi porządek, a jego bohater jest tak kryształowy jak się tylko da (super pamięć, walka wręcz, umysł na poziomie Holmesa, zaś furami jeździ jakby ulicę pomylił z torem wyścigowym). Jednak jeszcze nigdy nie był taki zabawny w tym. Za to największym żartem jest obsadzenie w roli głównego złego Wernera Herzoga, który bawi się swoją rolą (ten głos). I tylko ich warto wyróżnić, choć reszta wypadła ok (Rosemund Pike, Richard Jenkins czy Robert Duvall).

jack_reacher3

Niezłe kino, które ogląda się bez bólu i znużenia. Interesująca propozycja, jeśli lubicie Toma C.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sin City – Miasto grzechu

Basin City – tak się kiedyś nazywała ta mieścina, ale odkąd w Starym Mieście sprowadzono prostytutki, nazywano je Miastem Grzechu. To tutaj w tym zgniłem mieście, gdzie nieuczciwość, korupcja i morderstwa są powszechne, toczą się trzy historie. Każda z nich ma swojego bohatera, w każdym pojawia się kobieta, która odgrywa kluczową rolę i w każdej będzie masa krwi.

Bohaterem pierwszej jest Marv – brzydki, twardy syn ulicy, który zostaje wrobiony w morderstwo prostytutki, dzięki której znalazł sens życia. By odnaleźć zabójców, będzie musiał zadrzeć z najbardziej wpływową familią Roarków. W drugiej Dwight McCarthy – mężczyzna po przejściach zostaje wplątany w intrygę mającą na cel zniszczenie kruchego rozejmu panującego w Starym Mieście – dzielnicy prostytutek. Zaś trzecia (podzielona na dwa) to historia Johna Hartigana, który dzień przed pójściem na emeryturę powstrzymuje syna senatora Roarka przed gwałtem na 11-letniej dziewczynie, ale tatuś nie zamierza odpuścić.

hartigan
John Hartigan – ostatni sprawiedliwy

Robert Rodriguez tak zazdrościł Quentinowi Tarantino, że postanowił nakręcić własne „Pulp Ficton”. I rzeczywiście, oba te filmy mają ze sobą wiele wspólnego – trzy opowieści, czarny humor, gwiazdorska obsada. Adaptacja komiksu Franka Millera (także współreżysera filmu) wygląda jak komiks – jest czarno-białą opowieścią (rzadko pojawia się kolor- czerwony, żółty), gdzie żywi aktorzy grają w komputerowo stworzonym świecie Miasta Grzechu – pełnego brudu, smrodu, korupcji, a uczciwość odeszła w zapomnienie. Jednak poza świetną stylizacją, każda opowieść ma wciągającą intrygę, klimat czarnego kryminału oraz bardzo wyrazistych bohaterów, nawet w epizodach.  Poza tym „Sin City” jest brutalnym filmem – krzesło elektryczne, odrąbane głowy, rozerwane i odstrzelane członki, więc osoby o słabszych nerwach, nawet nie zbliżają się do niego.

marv
Marv – wielki powrót Mickeya Rourke’a

Co do obsady, to tak jak we wspomnianym „Pulp Fiction”, natężenie gwiazd na cm taśmy filmowej przekracza dopuszczalne, ale co najciekawsze, żaden aktor nie dominuje, nie jest najważniejszy. Główne role – trzech twardzieli, którzy są zmęczeni i cyniczni, ale jednak kierują się własnym kodeksem moralnym – zagrali wracający do wielkiej formy Mickey Rourke (Marv), bardzo dobry Clive Owen (Dwight) oraz konsekwentnie grający wizerunkiem tough guya Bruce Willis (Hartigan). Ale nie tylko oni błyszczą i przykuwają uwagę na dłużej. Jessica Alba (Nancy), Brittany Murphy, Benicio Del Toro, Rosario Dawson, a w epizodach, m.in.  Elijah Wood, Rutger Hauer i Michael Clarke Duncan. Mógłbym tak dalej wymieniać, ale wszyscy wypadli przekonująco i nawet grając małe rólki stworzyli intrygujących bohaterów.

dwight
Dwight – troszkę narwany

Pierwszy raz „Sin City” obejrzałem pięć lat temu, a że wkrótce ma powstać druga część, postanowiłem odświeżyć sobie ten tytuł. I nic się nie zestarzał, to znakomite kino serwujące rozrywkę na najwyższym poziomie. Najlepszy film Rodrigueza od czasów „Desperado”. Amen.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gniazdo os

Ron Decker jest młodym chłopakiem, który trafia do więzienia za handel marihuaną. W więzieniu poznaje Earla Copena, który staje się dla niego mentorem i pomaga mu żyć. Między nimi zawiązuje się przyjaźń.

Tak pokrótce można opisać film Steve’a Buscemi. Tez zdolny aktor kolejny raz pokazał swój talent reżyserski, tym razem bazując na książce Edwarda Bunkera. W zasadzie jako takiej fabuły nie ma, a reżyser pokazuje więzienny światek jako miejsce, gdzie samemu nie można zdziałać wiele, a bez pomocy kumpla stajesz się ciotą. Strażnicy przymykają oko na różne sprawy, a w więzieniu może nawet dojść do zamieszek. Surowa atmosfera, surowe zdjęcia, surowa muzyka Johna Luriego, bardzo oszczędnie pokazane i z dość ciekawym finałem.

gniazdo_300x300

Tak naprawdę od strony aktorskiej, film jest teatrem jednego aktora – Willema Dafoe. Earl to doświadczony więzień, który tak naprawdę trzyma to wszystko w garści. Jest w stanie załatwić niemal wszystko, więzienie to jego dom. Nieźle wypadł Edward Furlong w roli młodego Deckera, ktory powoli odkrywa reguły i dostosowuje się do nich. Zaś drugi plan to masa wyrazistych postaci granych przez m.in. Danny’ego Trejo (Vito), Seymoura Cassela (porucznik Seeman), Marka Boone’a Juniora (Paul) czy kompletnie zaskakującego Mickeya Rourke’a (transwestyta Jan).

gniazdo2_300x300

Nie jest to coś zaskakującego, ale Buscemi stworzył kawał dobrego kina. Ciekawa pozycja.

7/10

Radosław Ostrowski