Luther – seria 1

John Luther to policyjny śledczy znany z błyskotliwego umysłu. Poznajemy go w momencie ścigania Henry’ego Madsena, który porwał i zakopał dziewczynę żywcem. Po wyciągnięciu od niego informacji, Luther pozwala mu spaść. Śledczy zostaje zawieszony, jednak zbrodniarz zapadł w śpiączkę, więc Luther wraca do służby i pod wodzą inspektor Rose Teller rozwiązuje łamigłówki. Pierwsze dochodzenie dotyczy zabójstwa rodziców Alice Morgan.

Neil Cross to znany brytyjski pisarz kryminałów, który od pewnego czasu macza palce przy serialach („Tajniacy”, „Brudna robota”). Jego nowe dziecko, to bardzo mroczny kryminał. Już na początku odcinka wiemy kto?, motyw zostaje rozgryziony po kilku minutach, więc czy warto dalej oglądać. Może to budzić skojarzenia z „Colombo”, ale to zły trop. Bliżej do powieści Thomasa Harrisa. Nasz śledczy prowadzi niebezpieczną grę z przestępcami, wnikliwie szukając sposobu na rozgryzienie sprawy. A są to bardzo trudne sprawy: zabójstwo rodziców Alice Morgan, mordowanie policjantów, seryjny zabójca wysysający krew swoich ofiar, dusiciel czy porwanie. Londyn jest miastem pełnym zbrodni i okrucieństwa, gdzie zabójca ma twarz nie rzucającą się w oczy i umie zgubić się w tłumie. Intrygi są bardzo oryginalne, precyzyjnie prowadzone, zaś dwa ostatnie odcinki (serial ma odcinków sztuk sześć). Twórcy tworzą pomysłowe zagadki, zaś rozwiązywanie zagadek naprawdę wciąga.

Drugim mocnym punktem poza realizacją i scenariuszem jest obsada. Najważniejszy tutaj jest John Luther, świetnie zagrany przez Idrisa Elbę. Śledczy jest inteligentny, próbuje rozgryźć psychikę przestępców i zawsze ma ręce w kieszeniach. Prześladowany przez demony przeszłości, niepogodzony z odejściem żony, balansuje na granicy prawa. A może już dawno ją przekroczył? Poza tym bywa impulsywny i nerwy mu puszczają, jak się nie układa po myśli. Za to drugi plan jest dość interesujący, tworząc postacie z krwi i kości. Tutaj należy wyróżnić Warrena Browna (sierżant Ripley, młody idealista, lojalny wobec Luthera), Stevena Mackintosha (Ian Reed, kumpel Johna, który ma swoje ciemne oblicze), Saskię Reeves (szefowa Rose Teller) i Dermota Crowleya (inspektor Schenk z wydziału wewnętrznego). Ale oni wszyscy i tak blakną wobec fenomenalnej Ruth Wilson w roli Alice Morgan. Inteligentna, narcystyczna psychopatka, którą łączy z Lutherem dziwna więź i nie udaje mu się jej udowodnić winy. Na dodatek jeszcze mistrzyni manipulacji.

Twórcy na koniec zaserwowali mocnego cliffangera, więc wypada czekać na drugą serię, która mam nadzieję zostanie wkrótce wydana. Ale jednak radzę zapoznać się z pierwszą serią, która naprawdę zwraca na siebie uwagę.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Low Winter Sun

Detektyw Frank Agnew pracuje dla policji w Detroit. Razem z Joe Geddisem zabijają jego partnera Brendana McCanna, pozorując jego samobójstwo. Potem okazuje się, że martwy gliniarz był obiektem dochodzenia wydziału wewnętrznego, co skomplikuje zarówno życie gliniarzy jak i namiesza w półświatku przestępczym Detroit.

low_winter1

AMC to stacja telewizyjna, w której powstały „Walking Dead” czy „Breaking Bad” – bardzo popularne i jednocześnie bardzo uznane tytuły. „Low Winter Sun” jest remakiem brytyjskiego miniserialu z 2006 roku. Czy Chris Mundy odpowiedzialny wcześnie za „Zabójcze umysły” udźwignął zadanie dokonania udanego transferu na amerykański rynek? Niezupełnie, choć potencjał był naprawdę spory. Tematyka jest jednak dość ograna – korupcja w policji, gangsterska walka o władzę – ale były przypadki, że można było z tego sporo wycisnąć.  Intryga jest poprowadzona dość nieźle – partnerzy w zbrodni muszą ze sobą współpracować i wymyślać kłamstwa na poczekaniu, a jednocześnie nie ufają sobie nawzajem, co powoduje napięcia. A jednocześnie próba przejęcia władzy przez Damona Callisa sprawia wrażenie trochę robionej na ślepo, choć podobno ma plan. Oba te wątki są całkiem nieźle poprowadzone, zaś osadzenie tego w opuszczonym i podniszczonym Detroit tworzy dość specyficzny klimat. Jednak do ideału trochę brakuje, jest parę wątków dość słabo poprowadzonych (były glina Sean) albo nie wykorzystanych w pełni (półświatek ze wskazaniem na postać Wielebnego Lowdowna), co trochę męczy. W dodatku zakończenie sugerujące dalszy ciąg wywołuje rozczarowanie i jest dość przewidywalne, co psuje mocno frajdę z oglądania.

low_winter2

Jeśli było jednak coś, co przyciągało uwagę to całkiem solidne aktorstwo z kilkoma mocnymi rolami. Na pewno nie można nie wspomnieć o Marku Strongu, który nieźle sobie radzi w roli detektywa Agnewa, który wplątuje się w brudną sprawę i zaczyna gubić się w kłamstwach. Nie chce jednak, by nikt odpowiedział za to, co zrobił z Geddesem (świetny Lennie James), ale nie wychodzi mu to. Zwłaszcza, że ten drugi jest kompletnie umoczony. Ale cały szoł kradli dwaj inni aktorzy: James Ransome i David Constable. Ten pierwszy jako próbujący zacząć działać na własną rękę gangster wywołuje sympatii i przykuwa uwagę, zaś drugi aktor w roli gliniarza Boyda z wewnętrznego jest nieustępliwy, manipulujący i jako jedyny walczy o prawdę (co niestety mu się nie udaje). Pozostałe postacie nie specjalnie wybijały się ponad przeciętność i solidność.

Niestety, „Low Winter Sun” miał potencjał, by stać się naprawdę dobrą produkcją, jednak scenarzyści zmarnowali potencjał, którego ani aktorzy ani realizatorzy nie byli w stanie więcej wycisnąć. Trochę szkoda, bo początek był naprawdę obiecujący. Ale nawet najlepsi popełniają błędy.

6/10

Radosław Ostrowski

Koneser

Virgil Oldman jest właścicielem domu aukcyjnego w Wiedniu, gdzie sprzedaje dzieła sztuki. Jedynymi jego bliskimi znajomymi są malarz Billy, któremu sprzedaje obrazy oraz młody wynalazca Robert. Pewnego dnia Virgil dostaje nietypowe zlecenie: Claire Ibbetson pewna kobieta cierpiąca na agorafobię chce sprzedać swoją kolekcję i prosi Virgila, by wycenił jej wartość.

koneser1

Wszyscy wiemy kim jest Giuseppe Tornatore. Twórca „Kina Paradiso” tym razem tworzy dość intrygującą mieszankę kryminału z wątkiem miłosnym. Reżyser bardzo powoli buduje atmosferę pełną tajemnicy i emocji, nie brakuje napięcia (budowanego bardzo powoli), prowadząc całość do przewrotnego finału. Piękny wizualnie (świetna scenografia – antyki wyglądają pięknie), okraszone to naprawdę dobrą muzyką, Tornatore podejmuje z widzem grę, gdzie jest prowadzona pewna mistyfikacja, a „w każdym oryginale jest odrobina fałszu”. A jednocześnie widzimy jak nasz bohater (wyborny Geoffrey Rush) wyrywa się z kokonu rutyny i bogactwa otwierając się na emocje. Te sceny, gdy zaczyna zwyczajnie czuć są najciekawsze, zaś sama intryga kryminalna jest pogmatwana i trochę przy okazji jest prowadzona. Więcej nie powiem, bo Tornatore ma kilka asów w rękawie.

koneser2

O Rushu już wspominałem – jest on siłą napędową tego filmu i nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek inny aktor był w stanie to udźwignąć. Jednak nie tylko on jest tutaj interesujący. Nie można nie wspomnieć Sylvii Hoeks (Claire Ibbetson – agorafobiczka, nieśmiała i nieufna) czy Jimie Sturgessie (wynalazca Robert). Oboje co prawda są w cieniu Rusha, ale radzą sobie naprawdę dobrze ze swoimi rolami.

Intrygujący, ciekawy i wodzący za nos film, w którym Tornatore potwierdza swój talent.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Szał

W Londynie działa seryjny morderca, który gwałci i dusi kobiety krawatem. O popełnienie tej zbrodni przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności zostaje oskarżony Richard Blaney – stracił pracę, bywał agresywny, a ostatnią ofiarą dusiciela jest jego była żona. Mężczyzna musi udowodnić swoją winę, co nie będzie łatwe.

szal1

Alfred Hitchcock tym filmem wraca do dwóch rzeczy: Anglii oraz schematu, gdzie niewinny człowiek zostaje wrobiony w morderstwo. Jednak tym razem reżyser połączył siły z wybitnym dramaturgiem Anthonym Shafferem i razem stworzyli naprawdę pasjonujący film. Niby po 30 minutach wiemy kto jest sprawcą, ale cała intryga jest tak precyzyjnie budowana, że nie ma tu mowy o nudzie. Emocje trzymają zenitu w wielu scenach (usunięcie poszlaki z ciała ofiary przez mordercę), nie brakuje tu specyficznego humoru (świetne dialogi czy sceny, gdy inspektor je gotowaną przez żonę kuchnię francuską), prowadzącego do mocnego, choć oczekiwanego finału. Jak zwykle zwracamy uwagę na detale, mamy tutaj silniej pokazaną przemoc (duszenie naprawdę wygląda obrzydliwie) oraz większą ilość krwi – elegancja zostaje złamana, zaś atmosfera robi się naprawdę duszna i przypominająca czarne kryminały (wyalienowany bohater, miasto, gdzie nikomu nie można do końca ufać). Dzieje się tu sporo.

szal2

Poza mocną ręką reżysera oraz naprawdę fantastycznym scenariuszem, swoje dodają też aktorzy, którzy wypadają bardzo dobrze w swoich rolach. Najbardziej kibicujemy Blaneyowi granemu przez Jona Fincha. To zgorzkniały, rozczarowany i wyalienowany facet, który z szarego obywatela staje się głównym podejrzanym. Jego walka jest trudna, bo nikt mu nie wierzy. Jednak cały film ukradły tu dwie osoby: Barry Foster (Bob Rusk – współczesny Kuba Rozpruwacz, który nie potrafi opanować swoich seksualnych żądz) oraz Alec McCowen (inspektor Oxford, dociekliwy śledczy, a jego rozmowy z żoną -rozbrajająca Vivien Merchant – przy stole to mieszanka wybuchowego żartu). Z kolei panie nie zostają w cieniu panów. Anna Massey (kelnerka Barbara Mulligan) i Barbara Leigh-Hunt (Brenda Blachey) wypadają bardzo dobrze, tworząc wyraziste postacie.

„Szał” to ostatni film Hitcha uważany za arcydzieło. Z jednej strony mamy wszystkie znaki rozpoznawcze, ale też po raz pierwszy mamy tak brutalny film w dorobku tego reżysera. Znakomite kino.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

M jak morderstwo

Londyn. Tam mieszka małżeństwo Wendice – spokojne, stabilne i szczęśliwe (pozornie). Bo prawda jest taka, że pani Wendice zdradza swojego męża z amerykańskim pisarzem Markiem Hallidayem. Mąż to odkrywa i planuje popełnienie zbrodni doskonałej – wynajmuje starego znajomego, by zabił jego żonę. Ale plan bierze w łeb, gdyż kobieta zabija napastnika.

m_jak_morderstwo1

Jeśli oglądamy film Alfreda Hitchcocka, to na 90% będziemy mieli do czynienia z kryminałem, albo historią z kryminalnym/szpiegowskim wątkiem. Adaptacja sztuki teatralnej Fredericka Knotta pokazał, tak jak „Lina” jak stworzyć trzymające w napięciu kino, mając do dyspozycji małą przestrzeń i kilku aktorów. I to na kilka lat przez „12 gniewnymi ludźmi” Lumeta. Intryga jest tutaj budowana bardzo precyzyjnie – nie brakuje kilku wolt, a napięcie mimo „rozgryzienia” sprawy nie opada (śledztwo). Kilka ujęć (plan Wendice’a opowiedziany Swanowi czy proces pani Wendice) to małe perełki. Jak zawsze zdjęcia i montaż współtworzą atmosferę i wspierają całą opowieść, która wciąga, zmusza do myślenia i nadal przykuwa uwagę mimo lat (co jest sporą zasługą reżysera oraz świetnych dialogów).

Drugą mocną stroną (umówmy się, ten film nie ma słabszych stron) jest gra aktorska, która jest po prostu wyborna. I nie ma w tym przesady. Najbardziej tutaj błyszczy Ray Millard. Pan Wendice w jego wykonaniu to bardzo spokojny i opanowany człowiek, który tak naprawdę jest sprytnym i podstępnym człowiekiem. Jego plan zbrodni doskonałej poraża wyrachowaniem i elastycznością. Z kolei Grace Kelly jako niewierna żona również wypada bez zarzutu, tak jak partnerujący jej Robert Cummings, czyli Mark Halliday. Ale wszystko nabiera rumieńców z pojawieniem się inspektora Hubbarda (kapitalny John Williams – nie mylić z kompozytorem Johnem Williamsem) – śledczego, który pozornie wydaje się typowym gliniarzem. Ale finał należy do niego.

m_jak_morderstwo2

Od pewnego czasu zauważam wysoką formę Hitchcocka, która ciągle się go trzyma i odejść nie chce. „M jak morderstwo” tylko potwierdza tą formę. Może nie jest to tak popularny film jak „Psychoza” czy „Północ-północny zachód”, ale nie jest gorszy od nich.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabójstwo

Johnny Clay po wyjściu z więzienia wychodzi na wolność i od razu planuje kolejny skok – obrabowanie kasy podczas wyścigów konnych (ok. dwa miliony dolarów). Do realizacji tego planu bierze o pomoc, m.in. barmana, kasjera i policjanta, a także snajpera oraz boksera. Ale wszystko bierze w łeb, gdy jeden z nich wygadał się swojej żonie.

zabojstwo1

Stanley Kubrick po średnio udanym debiucie nie zraził się i nakręcił kolejny kryminał. Tym razem jednak oparł się na powieści Lionela White’a i rozwinął swój nieprzeciętny talent. Intryga tutaj jest piętrowa, m.in. dzięki zaburzeniu chronologii, pokazując ruchy każdego z członków „gangu”, zaś całość zmierza do krwawego finału. Dzięki temu pokazane wcześniej ujęcia nabierają nowego znaczenia, mimo powtarzania. Drażnić może obecność narratora, jednak moim zdaniem był to plus. Same zdjęcia i montaż zasługują na uznanie (zwłaszcza scena napadu czy zabicie konia), a Kubrick udowadnia, że każdy nawet najbardziej precyzyjny plan może wziąć w łeb, dzięki przypadkowi. I tak jak w czarnym kryminale, nie należy wierzyć kobiecie, bo ona nie nadaje się do skoków.

zabojstwo2

Od strony aktorskiej jest dużo lepiej od „Pocałunku mordercy”, choć bohaterowie są bardzo oszczędnie przedstawieni i opisani. Jest całkiem przyzwoicie, a najbardziej wybijają się Sterling Hayden w roli „mózgowca” Johnny’ego, Elisha Cook Jr. (safanduowaty George) oraz Marie Windsor (Marie, manipulująca żona George’a). Pozostali trzymali solidny poziom.

Kubrick zaczyna się rozwijać, choć to jeszcze nie jest film powalający. Na te trzeba było jeszcze troszeczkę poczekać.

7/10

Radosław Ostrowski

Pocałunek mordercy

Dave Gordon to podstarzały bokser, który czasy swojej najlepszej formy ma już dawno za sobą. Po przegranej walce zachodzi do sąsiadki, którą zaatakował jej kochanek Vincent Rapallo. Oboje nawiązują romans, który Vincentowi nie odpowiada. Postanawia zabić kochanków.

pocalunek1

Każdy debiutujący reżyser zawsze ma pod górkę, nawet jeśli potem zostaje mistrzem w swoim fachu. Stanley Kubrick mając 40 tysięcy dolarów nakręcił film, który nie jest tak udany jak jego późniejsze dzieła. Sama historia jest bardzo prosta i nieskomplikowana, niemniej o dziwo ogląda się to naprawdę nieźle, co jest zasługą pewnej reżyserii oraz świetnej technicznie realizacji. Kubrick operuje kamerą, tworząc wiele zapadających w pamięci scen jak ostateczna konfrontacja wśród manekinów, walka bokserska czy taniec baletowy. Całość bazuje na retrospekcjach, monologach wewnętrznych bohatera, opowiadającego całą historię. Dialogi są całkiem niezłe, całość jest dość krótka (nieco ponad godzinę), jednak już tutaj Kubrick pokazuje swój nieprzeciętny talent.

pocalunek2

Sama historia jest średnia, ale aktorstwo jest nie najlepsze. Gra jest to na granicy przerysowania i sztuczna od samego początku do końca, przez co nie kupiłem tej historii. Niemniej warto obejrzeć ten film, by zobaczyć początki kariery tego bardzo zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski

Ludzie, których znam

Eli Wurman jest specjalistą od PR-u, który swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Teraz jest starym, zmęczonym facetem nadużywającym alkoholu i lekarstw. Jego stały klient aktor Cary Launer prosi go o przysługę: zaprowadzenie jego kochanki do hotelu i potem na lotnisku. Przez to zostaje wplątany w morderstwo.

ludzie1

Film niejakiego Daniela Algranta to mieszanka dramatu obyczajowego z thrillerem. Samo to połączenie wydaje się dość karkołomne, jednak całość wyszła dość intrygująca. Opowieść o sile mediów i PR-u, od którego zależą losy wielu, bo bez „gwiazd i sław” nic nie można dzisiaj załatwić jest prowadzona w dość spokojny, wręcz ospały sposób. Tempo jest bardzo powolne, intryga jest dość jasna i klarowna, choć w połowie następuje przyśpieszenie, zaś parę wątków (polityczny, kryminalny, miłosny) wydaje się pourywanych. Niemniej jest to dobra historia, z dość zaskakującym finałem, gorzką refleksją i obnażeniem hipokryzji świata pozbawionego ideałów, gdzie inni ludzie decydują o naszym losie. Niby nic zaskakującego, ale dobrze się ogląda m.in. dzięki intrygującym zdjęciom i jazzowej muzyce.

ludzie_znam

Siła napędową jest zdecydowanie Al Pacino, który wcielił się w typ postaci, który ostatnio przylgnął do jego wizerunku – zmęczonego, skażonego złem człowieka. Jest to słaby, uzależniony od nałogów (leki, alkohol) facet wplątany w sytuację, która go zmusza do refleksji – jak się zachować? Poza Alem warto tez zwrócić na Kim Basinger (szwagierka Victoria, która chce z nim związać życie) oraz Teę Leoni (Jilli Hooper).

Dobre i sprawnie zrobione kino z magnetyzującym Alem P., który wielkim aktorem jest i basta.

7/10

Radosław Ostowski

Wszystko gra

Chris Wilton jest młodym tenisistą, który przerwał swoją karierę i został instruktorem. Tak poznał Toma Hewitta – młodego faceta, syna milionera. Obaj panowie lubią operę i szybko zaprzyjaźniają się, aż w końcu Chris żeni się z siostrą Toma i zostaje członkiem rodziny. Jednak jego spokój zostaje zakłócony przez Nolę Rice – byłą narzeczoną Toma i kochankę Chrisa, która stawia mu warunki.

wszystko_gra1

Woody Allen mimo 70 lat na karku w momencie kręcenia tego filmu kolejny raz zaskoczył. Po pierwsze, nie pojawia się na ekranie, po drugie zamiast jazzowej muzyki mamy operę w ścieżce dźwiękowej, po trzecie przeniósł akcję z Nowego Jorku do Londynu, po czwarte „Wszystko gra” nie jest komedią, tylko thrillerem. Zdziwieni? Ja też, bo reżyser wraca do wątków i konwencji w stylu „Zbrodni i wykroczeń”, a jednocześnie przypomina dwie stare prawdy: forsa rządzi światem, a pragnienia zawsze są takie same i jak wiele zależy od zwykłego szczęścia. Symbolicznie pokazuje to sam początek filmu, gdy widzimy piłkę tenisową, która odbija się od siatki i… obraz zostaje zatrzymany. Choć tempo jest powolne i pozornie niewiele się dzieje, obraz potrafi zatrzymać w napięciu (scena morderstwa zrealizowana z niesamowitą precyzją) i wielokrotnie zaskakuje, zwłaszcza dość przewrotnym finałem, gdzie (spojler) zbrodnia nie zostaje ukarana, a wszystko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (/spoiler). Zdjęcia i montaż plus scenariusz i reżyseria to najmocniejsze atuty filmu.

wszystko_gra2

Za to zagrane jest to naprawdę świetnie. Najbardziej wybija się Jonathan Rhys Meyers, którego bohater jest zafascynowany światem bogatych i świetnie się do niego wpasowuje, zaś by chronić swoją pozycję jest w stanie pozbyć się kręgosłupa moralnego. Trochę mi przypomina Nikodema Dyzmę, tylko jest bardziej brytyjski. Trudno też nie zauważyć Scarlett Johansson, która wypada naprawdę dobrze jako Nola – jest atrakcyjna, kusząca, ale stara się zachować dystans, jednak trudno powstrzymać chuć. Poza tą dwójką, która nakręca ten film należy koniecznie wspomnieć o Emily Mortimer (prostoduszna Chloe), Brianie Coxie (Alec, ojciec Toma) i Matthew Goode (Tom).

Allen poważny też potrafi być ciekawy i równie wyborny jak w błyskotliwych komediach. Obok „Klątwy skorpiona” to najlepszy Allen w XXI wieku.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Strzały na Broadwayu

David Shayne jest młodym i ambitnym dramaturgiem z Bostonu. Teraz jednak zamierza sam wystawić swoją sztukę, jednak jego agent zdobywa pieniądze od gangstera Nicka Valenti. W zamian mafiozo chce, by jedną z ról zagrała jego dziewczyna Olive, której towarzyszy ochroniarz Cheech. Efekt prac przejdzie największe oczekiwania.

Woody Allen jest znany z błyskotliwego pióra, neurotycznego bohatera oraz ciekawych obserwacji na temat życia i całej tej reszty. Nadal mamy do czynienia z komedią, gdzie pojawiają się pytania o sztukę, jej rolę oraz roli mecenatu, a także satyrę na ludzi sztuki (nadętych i bujających w obłokach) i stylizację na kino gangsterskie. Ale spokojnie, Allen to nie Coppola czy Scorsese, więc go przemoc i zabijanie nie kręci (aczkolwiek strzelanin nie brakuje). Czy sztuka może być inspirowana życiem? I czy należy iść na kompromisy i łamać swoje przekonania? I jak daleko można się posunąć dla sztuki? – te ważkie pytania są podane w błyskotliwych dialogach, gdzie nie brakuje zarówno przemyśleń jak i humoru. W ogóle scenariusz jest jednym z najlepszych tekstów napisanych przez Allena w ogóle. Okraszone to jak zawsze jazzową muzyką (tutaj piosenkami z epoki), odtworzeniem realiów (scenografia i kostiumy robią wrażenie), jak i niezawodnej pracy kamery Carlo Di Palmy.

Jedno, co zawsze wyróżnia Allena to także świetnie dobrana obsada i obecność samego Allena. Tego ostatniego akurat tutaj zabrakło, ale i tak efekt jest piorunujący. Rolę typową dla Allena, czyli neurotycznego, pełnego wątpliwości inteligenta tutaj gra John Cusack i wypada więcej niż dobrze. Przekonująco pokazał wątpliwości Davida, który nie chce się sprzedać, ale jest bardzo krytyczny wobec prób wprowadzenia zmian. Dopiero po pewnym czasie odkrywa, że artystą się nie rodzimy, ale stajemy na skutek prób i ciągłego szukania. Jednak tak naprawdę trzy osoby przyćmiły i ukradły ten film – genialny Chazz Palminteri (gangster Cheech, w który pojawia się talent dramaturgiczny i staje się „cichym współautorem” sztuki, dla której jest w stanie zabić), wyborna Dianne Wiest (Helen Sinclair – podstarzała gwiazda żyjąca przeszłością) i bardzo dobra Jennifer Tilly (irytująca Olive – pozbawiona talentu i w dodatku wywyższająca się). Poza nimi pojawiają się tu m.in. Jim Broadbent (podjadający Warner Purcell), Rob Reiner (Sheldon Flender) i Joe Vitarelli (Nick Valenti).

Nie bez powodu „Strzały…” są uznawane za jeden z najlepszych filmów Allena. Tu wszystko jest dopracowane, dopięte i jest na bogato, zaś przyjemność z seansu jest ogromna. Kto nie widział, ten trąba.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski