Zasada przyjemności

Zrobienie dobrego serialu kryminalnego wydaje się być prostym zadaniem: musi dość do zbrodni, prowadzone jest dochodzenie wyglądające jak przechodzenie labiryntu, przy okazji odkrywając brudne tajemnice. No i musi być detektyw, najlepiej doświadczony przez życie oraz z przeszłością. Z czasem jednak te elementy stały się sztampą, powielaną przez kolejnych twórców, co doprowadziło do znudzenia. Nawet zmiana otoczenia czy nawet charakteru śledczych stały się kolejnymi szablonami., ale mogą się obronić, jeśli będzie to przekonujące. Jak parę razy zaskoczy, to będzie fajniej.

zasada przyjemnosci1

Wszystko zaczyna się w Odessie, gdzie nad plażę wypływa łódź z ludzkim ciałem pozbawionym prawej ręki. W tym samym czasie w Warszawie najpierw dochodzi do stłuczki, a w bagażniku rozbitego auta zostaje znaleziona ręka. Również rękę znaleziono w praskim teatrze. Kto i dlaczego miałby dokonać takiej makabry? Co łączy te zdarzenia i czy będą kolejne ofiary? Sprawy niezależnie od siebie prowadzą nadkomisarz Maria Sokołowska z Warszawy, major Viktor Sejfert z Pragi oraz kapitan Sergiej Franko z Odessy.

zasada przyjemnosci2

To był jeden z tych seriali, na który czekałem bardzo. Tak bardzo, że… w dniu premiery go przegapiłem. A wszystko z powodu scenarzysty, czyli Macieja Maciejewskiego – autora fabuły do kultowego „Gliny”. Więc oczekiwania bardzo wysoko poszły w górę. Podobieństwo do serialu Pasikowskiego jest odczuwalne, choć różnic jest też sporo. Akcja tutaj skupia się na jednym śledztwie, które jest rozwojowe, zaś każdy trop jest niemal gwałtownie urywany. Biznesmeni, politycy, ludzie prawa, oligarchowie, mafia, koneksje ze służbami specjalnymi – ta nitka układów i znajomości jest bardzo gęsta. Lecz mimo tego cała historia jest prowadzona czytelnie, w tym – co równie istotne – przeskoki z miejsca na miejsce nie wywołują dezorientacji. Wszystko to wręcz płynie, okraszone świetnymi dialogami i konsekwentnie budowanym klimatem. Jest mrocznie, chwilami niepokojąco, a każdy kolejny element układanki wywołuje jeszcze więcej zamieszania. Czasami jakby sprawca/sprawcy byli cały czas o krok przed naszymi bohaterami.

zasada przyjemnosci3

Nie brakuje też tutaj scen akcji, choć jest ich bardzo niewiele. Za to jak są wykonane – strzelanina w fabryce i następujący po niej pościg czy włamanie na statek są odpowiednio dynamiczne, z bardzo czytelnym montażem, bez szybkich cięć. Da się? A kiedy w tle jeszcze zagra muzyka Michała Lorenc, to klimat wręcz wiadrami się wylewa. Równie świetnie są zarysowane postacie oraz relacje między nimi. Dotyczy to szczególnie naszych śledczych i ich kolegów z pracy czy przełożonych, zamieszone między przyjaźnią, lojalnością a trzymaniem się prawa. Tutaj udało się to poprowadzić bez jakiegokolwiek fałszu, czyniąc każdą z tych postaci wyrazistą, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się dziwnie znajome. A to jest prawdziwa sztuka.

zasada przyjemnosci4

Zaś każdy z naszych śledczych jest intrygujący oraz świetnie zagrany. Wraca do świetnej formy Małgorzata Buczkowska, co cieszy mnie bardzo, gdyż tej aktorce kibicuje od dłuższego czasu. Jej postać jest zbudowana na silnych kontrastach: harda i twarda w pracy, wrażliwa i delikatna poza nią. Potrafi spuścić łomot, a jednocześnie bardzo lubi muzykę klasyczną. Bardzo balansuje na granicy prawa, co czyni ją skuteczną, ale zwraca też uwagę wydziału wewnętrznego. Nie szarżuje z emocjami, ale i tak widać wszystko w jej oczach. Podobnie prowadzi swoją postać Siergiej Strelnikow – samotnego, unikającego głębszych więzi twardziela, z mocnymi pięściami. Z Marią łączy go też dość cyniczne spojrzenie na świat oraz trudne relacje z rodziną, choć wynikają z innych okoliczności. Dla mnie jednak najlepszy był Karel Roden, czyli major Sejfert. Najbardziej doświadczony z grupy, bardziej idący ku emeryturze, wydaje się być bardziej życzliwy i nie osądzający innych, wzbudził we mnie najwięcej sympatii. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyło jak szybko między ta trójka zaczyna działać jak zgrany kolektyw, tworząc bardzo silną chemię.

zasada przyjemnosci5

Drugi plan też jest tutaj bogaty, gdzie nawet epizody potrafią zapaść w pamięć (patologowie w każdym kraju), zarówno od ich partnerów z pracy (m.in. świetni Robert Gonera, Krystof Hadek, Dimitri Oleszko), osób przesłuchiwanych czy podejrzanych (tutaj bezkonkurencyjny jest Marcin Tyrol jako bankier Pronisz). Pokazuje to zarówno talent Maciejewskiego jako scenarzysty, jak i aktorów, których i tak nie jestem w stanie wszystkich wyróżnić.

Ostatnimi czasy seriale kryminalne w Polsce trzymają bardzo wysoki poziom. Dzieło Dariusza Jabłońskiego wpisuje się w ten trend, pokazując jak wiele jeszcze można wycisnąć w tym gatunku. Dla mnie rozrywka z najwyższej półki, wykonana wręcz pierwszorzędnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

 

Demony wojny według Goi

Luty roku 1996. Na Bałkanach trwa wojna, mimo udziału międzynarodowych sił pokojowych. Tylko, że oni ograniczają się do roli podglądaczy, bez udziału w boju. Bośniacy, Serbowie, Arabowie i bandyci są w tyglu, który ciągle wrze. Wśród żołnierzy znajduje się batalion Polaków pod dowództwem majora Kellera. Oficerowi udaje się nie dopuścić do samosądu ludzi oraz milicji na najemnikach. I to staje się powodem, dla którego minister chce pozbawić dowództwa Kallera, zastępując go majorem Kuszem. Jednocześnie towarzyszy mu porucznik Czacki z prokuratury, by przeprowadzić śledztwo.  Nie może być gorzej? Odebrany zostaje sygnał Mayday z zestrzelonego helikoptera, który tafia na teren bandyty Skiji. Keller, bez zgody dowództwa IFOR wyrusza na pomoc z grupą żołnierzy.

demony wojny1

Władysław Pasikowski wraca do tematyki wojskowej, jednak nie jest tylko tłem jak w „Krollu”. Reżyser próbuje opowiedzieć o naszych żołnierzach na tzw. misjach pokojowych. Dlaczego tzw.? Bo tutaj nasze chłopaki chcą po prostu odbębnić swoją służbę, zarobić kasę i unikać walki. Czyli stać z boku i się przyglądać. A przygotowani są tylko nieliczni, bardziej zaprawieni w boju, wręcz szaleni. Gotowi przyjąć do wiadomości prostą zasadę: albo oni nas, albo my ich. W to wszystko wpleciona sensacyjna intryga z dwójką ocalałych pasażerów samolotu: Francuzów. Nie obejdzie się bez konfrontacji ze świszczącymi kulami, zdradą oraz chwilami załamania się wojaków, którzy stykają się po raz pierwszy z otwartą walką. Strach, przerażenie, zwątpienie, lojalność, walka, szaleństwo – z tym się spotkają chłopaki i nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

demony wojny2

Pasikowski niejako przy okazji stawia pytania o granicę honoru i gdzie ona się znajduje. Nie robi tego jednak wprost, co nie wielu wychwyci. Nie brakuje tutaj odrobiny patosu, krwi oraz bluzgów. W końcu to jest kurwa wojsko, a nie obóz harcerski. Muszę jednak przyznać, że sceny batalistyczne wyglądają dość skromnie. Niby jest pirotechnika oraz kule wystrzeliwane z karabinów, ale czasami wygląda to amatorsko jak w scenie zestrzelenia helikoptera, gdzie widać linkę, z której leci pocisk. O spotkaniu z niedźwiedziem, gdzie kamera dostaje ADHD znane z „Reichu” nawet nie wspominam. No i niestety widać, że góry tutejsze to nie Bałkany, tylko Tatry. Przez co realizm troszkę szlag trafia, ale ogląda się to dobrze. Jest to zasługa sprawnej reżyserii, kilku mocnych dialogów, niezłej intrygi oraz niepokojącej muzyki Marcina Pospieszalskiego.

demony wojny3

No i oczywiście pojawia się kwiat polskiego aktorstwa z twarzami znanymi z filmów Pasikowskiego. Linda nadal jest Lindą, czyli twardym wojakiem, co widział wiele i czasami wymaga od żołnierzy więcej niż są w stanie znieść. Mam wrażenie, że zbyt wiele przeżył, by przejmować się śmiercią, a w walce musi być bezwzględnym jak jego wrogowie. Oprócz niego mamy starych znajomych jak Tadeusz Huk (major Kusz, nowy dowódca), Olaf Lubaszenko (prokurator Czacki) czy Artura Żmijewskiego (sierżant Biniek). Z nowych twarzy największe wrażenie zrobił na mnie Mirosław Baka jako małomówny snajper „Cichy”, który z Kellerem niemal jest w stanie dogadać się bez słów i ruszyłby za nim w ogień. I jeszcze Zbigniew Zamachowski jako obrotny, cwany oraz próbujący przetrwać kapral Houdini.

Nie dziwi mnie opinia, że „Demony wojny” to jeden ze słabszych filmów Pasikowskiego. Co gorsza, czas nie zadziałał na niego zbyt dobrze, niebezpiecznie skręcając ku grotesce. O dziwo, nadal ma kilka dobrych momentów oraz solidnego aktorstwa, by przykuć uwagę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Legiony

Kolejna wielka polska produkcja historyczna, która nikogo nie obeszła. Tym razem za kamerą stanął niedoświadczony z tego typu materią Dariusz Gajewski, zaś za scenariusz odpowiadali goście od „Smoleńska”. Już samo to zapowiadało wielką katastrofę, której nic nie byłoby w stanie uratować. Ale efekt końcowy był dla mnie sporym zaskoczeniem. Po kolei.

legiony2

Akcja filmu toczy się na przestrzeni dwóch lat i skupia się na miłosnym trójkącie. Ola jest pielęgniarką i szpiegiem wywiadu, zaś jej narzeczony Tadek walczy w oddziale. Ten trzeci to Józek – dezerter z zaboru rosyjskiego, który za wszelką cenę chce dotrzeć do Łodzi. Ścigany przez carską armię, zostaje odbity przez grupkę Tadka, wykonującą swoje zadanie. Niejako przez przypadek dołącza do oddziału kierowanego przez Stanisława Kaszubskiego „Króla”, stając się jednym z żołnierzy Legionów Polskich.

legiony4

Powiem krótko: reżyser mocno inspirował się tutaj „Pearl Harbor” Michaela Baya. Czyli jest to historia miłosna z wojną w tle. Tylko, że tak jak w oryginale, sam wątek romantyczny jest zwyczajnie nudny, mdły i nieciekawy. Jest też tak samo poprowadzony, przez co brakowało dla mnie czegoś interesującego. Tym bardziej mnie to bolało, że ten wątek został wysunięty na pierwszy plan, przez co cala ta historyczna otoczka cierpi. Ale sama relacja między tą trójką brzmi niewiarygodnie, zaś relacja między Olą a Józkiem toczy się za szybko. Tak jak w „Piłsudskim” historia jest pocięta, przez co nie do końca skupiałem się na niej. I nie spędzamy zbyt wiele czasu ze swoimi bohaterami.

legiony3

Niemniej muszę przyznać, że Gajewskiemu udało się wykonać kilka rzeczy lepiej niż Michał Rosa. Przede wszystkim wrażenie robiły sceny batalistyczne, a dokładnie jedna: szarża ułanów pod Rokitną, którą przeżyło tylko sześciu ułanów z całego szwadronu. Masa ujęć z różnych kątów (także spod podłoża), szybkie cięcia, dźwięk oraz masa koni i adrenalina. Wykonane jest to fenomenalnie, pokazując, że da się u nas zrobić sceny wojenne z hollywoodzkim rozmachem. Także finał pod Kościochniówką, atak snajpera na rynku czy wysadzenie pociągu potrafią trzymać w napięciu i wyglądają naprawdę dobrze. Chociaż czasami widać wykorzystanie grafiki komputerowej. I jest tutaj parę ciekawych wątków jak wybór między interesem prywatnym a rodzącym się braterstwem broni czy dlaczego Polacy zamiast walczyć w armii carskiej dołączają do rodzącego się polskiego wojska. Czemu niektórzy nadal zostali, a tacy jak Król zdecydowali się walczyć za ideę niepodległości.

legiony1

Aktorsko tutaj jest strasznie nierówno, zaś tylko kilka postaci zasługuje na wyróżnienie. Najlepiej z tego grona wypada Mirosław Baka w roli Króla. Tutaj aktor tworzy charyzmatycznego, szorstkiego twardziela z dialogami godnymi samego Pasikowskiego. Już w pierwszym wejściu aktor pokazuje jak wielki posłuch ma jego postać wobec swoich podkomendnych, mając do dyspozycji swój silny głos. Szkoda tylko, że to nie wokół niego skupiono całą fabułę. Z aktorskiego trójkąta najlepiej wypada Sebastian Fabijański jako Józek. Człowiek niezbyt rozmowny, niejako wskutek okoliczności staje się żołnierzem dla sprawy. Jednak partnerujący mu Bartosz Gellner oraz debiutująca Wiktoria Wolańska wypadają bardzo blado. Co gorsza między nimi nie ma kompletnie żadnej chemii (także między Wolańską a Fabijańskim), napięcia ani zaangażowania, przez co kompletnie nie wierzyłem w tą relację. Reszta postaci tak naprawdę robi za tło (Jan Frycz jako Piłsudski ma tylko jedną scenę), z którego wybija się lekko komediowy epizod Piotra Cyrwusa jako kucharza oraz Grzegorz Małecki jako dawny towarzysz Króla, kapitan Złotnicki.

„Legiony” to film, który tak naprawdę można było obejrzeć razem z „Pilsudskim”, niejako uzupełniając się ze sobą. Jednak Gajewski wykonuje troszkę lepszą robotę, bardziej imponując scenami batalistyczno-akcyjnymi, choć scenariusz też kuleje.

6/10

Radosław Ostrowski

Chyłka – Zaginięcie

Mecenas Joanna Chyłka jest jednym z najbardziej cenionych adwokatów warszawskiej kancelarii Żelazny/McKay. Ostra, szorstka i zawsze wygrywająca każdą sprawę. Ale najbliższe dni mocno wywrócą jej życie do góry nogami. Po pierwsze, zostaje patronem aplikanta Kordiana Oryńskiego, a po drugie dzwoni z prośbą o pomoc dawna znajoma Angelika Szlezyngier. Kobieta razem z mężem są podejrzewani w sprawie zaginięcia swojej córki, a śledztwo coraz bardziej skupia się na nich.

chylka1-1

TVN zdecydował się przenieść na ekran cykl powieści Remigiusza Mroza o mecenas Chyłki. Jednak dlaczego zaczęli od drugiego tomu? Pozostaje to zagadką, niemniej „Zaginięcie” lawiruje między kryminalną intrygą a dramatem sądowym. Bo choć mamy tutaj dochodzenie, nasi bohaterowie nie uczestniczą w nim bezpośrednio. W końcu obrońcy mają przede wszystkim bronić swoich klientów, a nie bawić się w detektywa oraz dotrzeć do prawdy. Być może dlatego mamy tutaj sporo scen w sądzie, gdzie każdy dowód, każda poszlaka jest rozpatrywana ze wszelkich możliwych perspektyw. A czy prawda jest tak naprawdę ważna, istotna czy liczy się tylko wygrana za wszelką cenę? Te pytania będą krążyć w trakcie oglądania, a sprawa zaczyna mieć drugie dno.

chylka1-2

Reżyser Łukasz Palkowski ma wprawę w prowadzeniu kryminalnych opowieści (kto oglądał pierwszy sezon „Belfra”, ten wie) i tutaj tylko to potwierdza. „Zaginięcie” jest pozornie spokojnie poprowadzone i bez jakichś formalnych fajerwerków. Pozornie stonowany kolorystycznie, gdzie mamy zderzenie sterylnych budynków Warszawy z Augustowem i okolicami – niepozbawione brudu, szarzyzny oraz będąca bardziej przyziemna. I pojawiają się zakręty, cliffhangery, kolejne wolty zmuszające do weryfikacji tego, co już wiemy o bronionych klientach. Kto tu tak naprawdę kłamie, manipuluje i komu możemy zaufać? Tajemnica tutaj naprawdę wciąga, tylko szkoda, że ostatni odcinek troszkę wykłada wszystko kawę na ławę (w jednym monologu, ale za to z retrospekcjami) i jednocześnie jest podbudowa pod drugą serię.

chylka1-3

Na mnie największe wrażenie robiły utarczki w sądzie oraz relacja między Chyłką a Oryńskim. Dialogi nie są pozbawione ciętych ripost, bluzgów oraz wszystkich meandrów prawniczych. Pozornie jeszcze mamy parę pobocznych wątków, jednak nie psują one dobrego wrażenia i nie ma ich tutaj aż tak wiele, by stanowiło obciążenie. Cała historia o dziwo ma ręce i nogi, intryga nie wydaje się naciągana czy absurdalna, zaś bohaterowie potrafią zaciekawić.

chylka1-5

Aktorsko serial całkowicie dominuje Magdalena Cielecka, wracająca do wielkiej formy. Aktorka miała dość trudną rolę prawniczki, z ciętymi ripostami, bardzo niedostępną, kompetentną i nie bojącą się stosować nieczystych zagrywek. Bywa cyniczna i nieufna wobec klientów, a jednocześnie walczy jak lwica. Choć nie przyzna się do tego wprost. Zderzona zostaje z idealistycznym oraz zaczynającym swoją karierę Ordyńskiego, który dostaje ksywę „Zordon” i aparycję Filipa Pławiaka. Aktor radzi sobie dobrze, ma wiele uroku i tworzy dość zgrany duet. Najtrudniejsze zadanie mieli wcielający się w role podejrzanych Katarzyna Warnke i Michał Żurawski. Ona sprawia wrażenie dziwnie spokojnej, a on jest bardzo wyciszony, wręcz przybity, zaś oboje skrywają wiele tajemnic. Z drugiego planu warto wyróżnić Mirosława Haniszewskiego (sprytny, choć lekko „dresiarski” cwaniak Wito), Piotra Głowackiego (prokurator Aronowicz z włosami a’la Jezus) oraz Piotra Żurawskiego (informatyk Kormak).

chylka1-4

Powiem szczerze, że „Zaginięcie” jest bardzo sprawnie wykonanym serialem kryminalnym. Historia wciąga, dialogi są mocne (chociaż za dużo klną), zaś prawnicze meandry potrafią zaangażować. I jestem strasznie ciekawy, co będzie dalej z mecenas Chyłką oraz nową, bardziej skomplikowaną sprawą. A że druga seria już w piątek, to zgadnijcie, co będę robił.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tam i z powrotem

Łódź, rok 1965. PRL-owski system nie jest dobry dla wszystkich, zwłaszcza jeśli nie jest w zgodzie z nim. Jedną z takich postaci jest dr Andrzej Hoffman – chirurg z przeszłością AK-owską. Zostawił w Anglii żonę w ciąży, zaś wszelkie próby zdobycia paszportu są skazane na porażkę. Do tego jeszcze strasznie „przykleił” się do niego pewien ubek, pragnący zmusić go do szantażu. W szpitalu poznaje Piotra Jurka – dawnego kolegę z oddziału. Niespełniony malarz, będący na utrzymaniu kasjerki. Też ma problemy z powodu przeszłości. By móc żyć w zgodzie z samym sobą, Jurek postanawia dokonać napadu na konwój bankowy, lecz nie jest w stanie tego zrobić sam.

tam i z powrotem1

Wojciech Wójcik był jednym ze speców kina sensacyjnego przed pojawieniem się Władysława Pasikowskiego. Tym razem postanowił wykorzystać prawdziwą historię napadu na bank, by odtworzyć świat uznany za dawny. Świat, gdzie w cenie było łapówkarstwo, kłamstwa, oszustwa. Ludzie starający się funkcjonować przyzwoicie byli wykluczeni albo upokarzani za swoją przeszłość. Wtedy niewygodną, a dzisiaj chlubną. Wójcik samą intrygę prowadzi bardzo powoli, mimo korzystania z konwencji heist movie. Sam napad pokazany jest w bardzo krótki sposób, lecz ważniejsze jest tutaj całe tło. Udaje się bardzo dokładnie odtworzyć mentalność oraz realia lat 60. Bardzo szczegółowa scenografia (mieszkanie Hoffmana, pani Krysi czy sale szpitalne), z masą charakterystycznych rekwizytów pokroju telewizora, płyty z pocztówkami robi piorunujące wrażenie. Sama historia, choć prezentowana bardzo powoli, potrafi wciągnąć i zaangażować. Sam napad to popis pracy montażysty (zmarłego przed premierą Marka Denysa), tak samo robotę robią zdjęcia oraz dialogi.

tam i z powrotem3

Jednocześnie reżyser niejako przy okazji stawia jedno ważne pytanie: ile można w stanie zrobić, by poczuć się wolnym? I do czego można się posunąć? Do zbrodni? Czy może warto zawsze pozostać przyzwoitym, mimo niesprzyjających okoliczności? Widać to bardzo mocno w postawach naszych bohaterów: bardzo wycofanego i antysystemowego (choć nie czyniącego tego wprost) lekarza oraz mocno cynicznego, egoistycznego Piotra.

tam i z powrotem2

Mam tylko jeden, poważny problem: nasz bohater. A w zasadzie jego nadmierna kryształowość, przez którą miałem wrażenie, że obserwuje wręcz świętego, nie człowieka. Jedynym przełamaniem tego charakteru jest udział w napadzie oraz finałowa scena (wymuszona przez producentów). Niemniej zaskoczyła mnie kameralność i precyzyjna praca scenarzystów oraz Wójcika.

tam i z powrotem4

Film na wyższy poziom wznoszą aktorzy. Kolejny raz klasę potwierdza Janusz Gajos, ale w jego przypadku to jest standard, gdzie drobnymi spojrzeniami buduje bardzo wyrazistą postać troszkę niezłomnego profesjonalisty w swoim fachu. Ale ciekawszy jest Jan Frycz jako Piotr. Troszkę egoista, który – dosłownie – dusi się w kraju, lubi troszkę wypić. Jednak jego moralność jest w odcieniach szarości, tworząc dość intrygujący duet z Gajosem. Za to na drugim planie najbardziej błyszczy śliski Olaf Lubaszenko (kulejący porucznik Niewczas) oraz wygadany i obrotny Mirosław Baka (waluciarz Król).

Moim skromnym zdaniem „Tam i z powrotem” to najbardziej dojrzały film w dorobku Wojciecha Wójcika. Fantastyczny scenariusz, bardzo pewna reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo daje wiele satysfakcji. Bardziej ambitny film sensacyjny ze złożoną psychologią postaci.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabawa, zabawa

Były sobie trzy kobietki, które dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, praca. Magda jest młodą dziewczyną, która łączy studia z pracą. Dorota to topowa pani prokurator, ma syna oraz męża polityka. Z kolei Teresa jest szanowany lekarzem dziecięcym. W końcu tytuł profesora zobowiązuje. A co wszystkie je łączy? Wszystkie od dłuższego czasu mają pewnego partnera, choć ma różne imiona: wino, szampan, wóda. W końcu dochodzi do momentu, kiedy musi zostać podjęta decyzja – dalej trwać w tym związku czy zerwać?

zabawa zabawa1

Mam bardzo silne wrażenie, że Kindze Dębskiej udał się tylko jeden film: „Moje córki krowy”. Następne próby opowieści o ludziach mierzących się z własnymi dramatami. Wydaje się, że „Zabawa, zabawa” jest kolejną próbą tego typu historii. Ale filmów o nałogowych alkoholikach było mnóstwo, zwłaszcza w naszym podwórku (filmografia Smarzowskiego pełna jest procentów). Ale kobieta pijąca? O tym jakoś się nie mówi, nie opowiada, nie pokazuje. Bo alkohol nie wybrzydza, nie osądza, nie krytykuje. Pociąga i przyciąga każdego bez wyjątku, a zanim się zorientujesz, nie możesz bez niego żyć. Reżyserka w jakimś sensie historie, które już znałem, słyszałem, oglądałem. Jak alkohol potrafi zadziałać w sposób destrukcyjny. Nie tylko wobec osoby pijącej, ale całego otoczenia. Bo im dłużej trwa ten taniec z butelką, tym coraz trudniej jest go przerwać. Każda wymówka wydaje się dobra, żeby dalej on trwał i trwał. Bo przecież nic się nie stało, bo ja nie piję (za dużo).

zabawa zabawa2

Ale to wszystko jakoś niespecjalnie angażuje. Same pierwsze sceny są mocnym uderzeniem i zapowiadają coś poważnego. Jednak sama konstrukcja jest problematyczna. Przeskoki z postaci na postać wybijały mnie z rytmu. Dębska pokazuje mikroscenki, ale bardziej skupia się na pokazywaniu skutków niż przyczyn. Nie ma odpowiedzi na pytanie dlaczego (może poza jednym zdaniem), co mnie troszkę zmartwiło. Nawet psychologia postaci wydaje się mocno uproszczona. Chciałoby się bliżej poznać każdą z tych bohaterek, co byłoby sporą wartością dodaną.

zabawa zabawa3

Jedynie broni się realizacja: długie ujęcia, płynny montaż oraz dość dołująca muzyka w tle. Ale tak naprawdę wszystko trzyma na barkach aktorskie trio. Wielką przyjemnością było dla mnie oglądanie Doroty Kolak (profesor Teresa), troszkę ironizującej Agaty Kuleszy (Dorota) oraz poruszającej Marii Dębskiej (Magda). I nawet najbardziej nie do końca trafne momenty nie wywołują fałszu. Ale postacie poboczne – poza granym przez Dorocińskiego męża pani prokurator – nie mają tutaj zbyt wiele do roboty. Są tylko pewnymi epizodami, pozbawionymi większego znaczenia, przez co troszkę szkoda aktorów. Nie można nie wspomnieć o rozładowujących napięcie duetu policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir).

„Zabawa, zabawa” to kolejny film Dębskiej, który jest lepiej zrealizowany, zagrany niż napisany. Strasznie przeszkadza szarpana narracja oraz słabnące zaangażowanie, a także poczucie zmarnowania potencjału na coś więcej. Czy jest szansa na zbliżenie się do poziomu „Dwóch córek krów”? Może następnym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia misja

Francja. To tutaj działa Andre Kostynowicz. Nie słyszeliście o nim, ale jest najlepszy w swoim fachu. Zabija ludzi za pieniądze na zlecenie rządu Francji. Właśnie wykończył dwoje członków Hamasu, którzy próbowali zabić premiera. Podczas akcji przechodzi chwilowe osłabienie – okazuje się, że ma guza mózgu. Nie zostaje mu zbyt wiele czasu, chyba że zgodzi się na operację. Przełożeni Kostynowicza dają mu kolejne zadanie: francuska mafia wydała wyrok na biznesmena Józefa Murana. Mężczyzna decyduje się przyjechać do Polski, bo ma kilka niezałatwionych spraw. Nie wie, że na miejscu już czeka na niego obława.

ostatnia misja1

Wojciech Wójcik był przez lata uważany za jednego ze specjalistów od kina sensacyjnego. Zawsze stawiał na wiarygodną psychologię postaci oraz obserwację rzeczywistości. „Ostatnia misja” to kolejna współpraca reżysera z Witoldem Horvathem, ale efekt nie trzyma poziomu „Ekstradycji”. Znowu mamy pokazaną III Rzeczpospolitą Aferową: korupcja na szczytach władzy, powiązania biznesu z mafią, finansowe machlojki. Do tego handel narkotykami, mafijne rozgrywki, rezydent FBI, brudy z przeszłości. Tłoczno tu i ciasno, jak na ponad półtorej godziny. Przez co ciężko pozbyć się wrażenia, że wiele wątków (bankowy dług, walka o władzę między Sztychem a Rekordem) i postaci należałoby usunąć. Choćby w przypadku córki Kostynowicza, która ma ojczyma (oskubał ją z kasy), starszego pana, będącego tak naprawdę przyjacielem Andre i jeszcze wspólnika Bruno. Ten ostatni okazuje się prawą ręką Murana oraz próbuje rządzić półświatkiem. Sama intryga jest poprowadzona troszkę przewidywalne, ale nie wywołuje to znużenia. Z czasem wszystko zaczyna się rozkręcać i jest parę zaskoczeń.

ostatnia misja2

Pod względem realizacyjnym największym problemem był dla mnie montaż. W paru scenach (m.in. akcja na początku czy wysiadanie Murana z auta) cięcia są miejscami zbyt szybkie, zaś kamera stara się przyspieszać. Napięcie próbuje potęgować zaskakująco dobra muzyka Grzegorza Skawińskiego, a dialogi nie są pozbawione humoru. Tylko, ze czegoś tutaj brakuje. Jakiegoś mocnego uderzenia czy pazura, by film zapadł mocniej w pamięć.

ostatnia misja3

Wójcikowi udało się za to zebrać ekipę bardzo dobrych aktorów, którzy wykonują swoją robotę bez zarzutu i podnoszą frajdę z oglądania. Świetnie się sprawdza Peter J. Lucas w roli Kostynowicza. Spokojny, opanowany, zawodowiec w swoim fachu, ale jednocześnie tłumiący emocje. Klasę kolejny raz potwierdza Janusz Gajos w roli tropiącego komisarza Sobczaka. Aktor znowu potwierdza swoją formę, ożywiając pozornie nieciekawą postać skutecznego gliniarza, sprawnie łączącego fakty i mającego szerokie kontakty. Tak samo złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Piotrze Fronczewskim (śliski biznesmen Muran) oraz Mirosławie Bace (Bruno Wiśniewski). Ale jest jedna duża skaza w tym wianuszku, czyli Ewa Gorzelak. Aktorka w roli Moniki przez cały czas wydaje się sztuczna, jej nadekspresja irytuje, zaś kilka dialogów w jej wykonaniu brzmi fatalnie.

ostatnia misja4

Powiedzmy sobie to wprost: Wojciech Wójcik miał lepsze filmy w swoim dorobku niż „Ostatnia misja”. Mimo wielu wad oraz klimatu lat 90., potrafi wciągnąć i dostarczyć odrobinę rozrywki. Tylko, że można było z tego wycisnąć więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Pierścionek z orłem w koronie

Rok 1944. Kiedy wybucha powstanie, dowódcą jednego z plutonów pozostaje młody chłopak Marcin. Z całego plutonu przeżyła ledwie garstka chłopaków, a po upadku rozkazuje ocalonym zdjąć mundury i w cywilu opuścić miasto. Dowódca jest ranny, a jego dziewczynę Wisię zabierają własowcy. Po powrocie do zdrowie kontaktuje się z nim były dowódca, major Steinert. Chce przekonać Marcina do członkostwa w organizacji NIE, ale odmawia. Nawiązuje kontakt z byłym żołnierzem AL – Tadeuszem Śliwą z PPR.

pierscionek1

Andrzej Wajda tym filmem wraca do tematyki świata powojennej Polski. „Pierścionek” zaczyna się od mocnego uderzenia i krótkich scen z Powstania Warszawskiego. Widzimy beznadziejną walkę z Niemcami oraz coraz bardziej gasnący zapał do walki. A jednocześnie zaczynamy obserwować zagubienie młodych ludzi i całego środowiska AK, próbującego się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Świecie zdominowanym przez komunistów, gdzie dawni bohaterowie są uważani za wrogów ojczyzny, zaufanie jest towarem deficytowym i nie wiadomo, kto tak naprawdę jest kim. Kłamstwo i podstęp stało się elementem prowadzenia gry – gdzie Historia śmieje się z naszego poczucia obowiązku oraz mechanizmów, na które nie mamy żadnego wpływu. Reżyser z jednej strony pokazuje naiwność oficerów AK, którzy – z różnych powodów – są przywiązani do wydawałoby się bezsensownych wartości, przekonani o gwarancjach Zachodu, ale też pokazuje bezsensowność jakiejkolwiek decyzji. Czy pozostaniesz po swojej stronie czy spróbujesz pójść na pakt z diabłem (współpracę z Sowietami), zawsze poniesiesz klęskę.

pierscionek2

Cała intryga jest tutaj mocno zawikłana – współpraca Marcina z tajemniczym porucznikiem Kosiorem, wywóz żołnierzy AK na Syberię, wreszcie próby dotarcia do dowództwa podziemia. Wajda bardzo gorzko pokazuje ten beznadziejny czas. Ale to wszystko wydaje się jednocześnie bardzo teatralne – w scenach dominują dwie, trzy postacie, wszystko oparte jest na sporej ilości dialogów, czasami wręcz przeładowany. Nie brakuje scen zbiorowych jak wywiezienie AK-owców z peronu kolejowego, ale nie ma ich zbyt wiele. Wajda wydaje się troszkę wycofany i miejscami zwyczajnie nudzi, spowalnia, a dla osób nieznających historii Polski wyda się zbyt nieczytelny.

pierscionek3

„Pierścionek” za to może pochwalić się świetną obsadą, która wyciska soki. Bardzo dobrze radzi sobie debiutujący wówczas Rafał Królikowski. Marcin w jego wykonaniu to zagubiony, zgorzkniały człowiek, który stracił wiarę w swoich dowódców. Próbuje się odnaleźć i na własną rękę zrozumieć działania nowej władzy, jednak każda próba kończy się klęską. Całość bezczelnie kradnie rewelacyjny Cezary Pazura jako porucznik Kosior. Pozornie wydaje się troszkę dowcipnym, balansującym między powagą a zgrywą, wojskowym. Ale tak naprawdę to bardzo bezwzględny i zabójczo skuteczny ubek, bardzo łatwo rozgryzający swoich rozmówców (scena „przesłuchania” Marcina, w którym pozbawia go złudzeń wobec pomocy Zachodu), przez co jest strasznie nieprzewidywalny. Równie świetny jest Mirosław Baka (Tadeusz Śliwa), który magnetyzuje swoimi kwestiami.

pierscionek4

„Pierścionek” dla Wajdy jest próbą rozliczenia się zarówno z mitem Armii Krajowej, jak i polemizuje z samym sobą. Stąd obecność sceny z „Popiołu i diamentu” (tej z płonącymi kieliszkami), gdzie też podejmowane były kwestie nowego świata w latach 1944-45. Jednak tamten film miał większą siłę rażenia, ale film z 1992 roku miał kilka mocnych scen.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mały Jakub

Bohaterem jest mężczyzna w średnim wieku, który mieszka sam gdzieś w bloku. Zauważa, że ktoś buszuje w lodówce. Dzięki podstępowi odnajduje małego chłopca, ukrywającego się w szafie. Ma takie samo imię jak on – Jakub. Dzieciak zostaje przewieziony do ośrodka, z którego ucieka i poznajemy historię dorosłego Jakuba.

maly_jakub1

Film Mariusza Bielińskiego próbuje odkryć wewnętrzne traumy dorosłego człowieka, który przeżył bardzo wyboistą drogę w wieku dziecięcym. Sama historia wydaje się bardzo delikatna, skromna, ale jednocześnie ciężko się w nią zaangażować. Dlaczego? Bo jest strasznie skrótowo przedstawiona, ledwo liźnięta i mimo kilku interesujących pomysłów zwyczajnie nudzi. Jest i relacja chłopca z bijącym go ojcem, który ulega drobnemu wypadkowi, przez co jest uziemiony w stodole czy odkrycie pewnej tajemnicy w domu dziecka, ale to wszystko wydaje się poprowadzone w tak banalny sposób, z tak słabymi dialogami i nie do końca przekonującymi postaciami, które nie są ani rozbudowane, ani interesujące, ani nawet wiarygodne psychologicznie. „Mały Jakub” podchodzi do kwestii przemocy domowej, samotności oraz ciężkiej przeszłości, ale sposób wydaje się mocno archaiczny. Scenki oraz punkty zapalne nie są rozwijane, przez co trudno wejść w tą opowieść, zmieniającą się w niestrawny kicz. A niektóre kadry (sceny z wnoszeniem latawca) sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę, by wydłużyć czas.

maly_jakub2

Zdjęcia próbują nadać całości wyższy pułap, ale nawet Arkadiusz Tomiak nie jest w stanie wybić tego filmu ponad telewizyjną produkcję. Trudno za to zapomnieć wpadającej w ucho, prześlicznej muzyki, towarzyszącej nam w tle. Aktorzy też próbują wycisnąć, co się da z postaci (zwłaszcza Mirosław Baka i Eryk Lubos), tylko scenariusz nie daje im absolutnie żadnej swobody. Nawet role dziecięce brzmią bardzo, bardzo sztucznie.

maly_jakub3

„Mały Jakub” niezgrabnie balansuje między powagą i kiczem. Chce powiedzieć coś ważnego, ale wnioski są pokraczne oraz zamącone (ostatnia scena) – dla dorosłych zbyt naiwne, dla dzieci za mroczne. Totalny bajzel.

4/10

Radosław Ostrowski

Sęp

W ciągu sześciu lat zniknęło lub uciekło kilkudziesięciu kryminalistów, zaś śledztwa w ich sprawie utknęły w martwym punkcie. Kiedy jednak zostaje odbity z więziennego konwoju po procesie Radosław Raczek „Djuna”, generał policji prosi o pomoc w rozwiązaniu sprawy inspektora Bożka i komisarza Aleksandra Wolina „Sępa”.

sep1

Mówi się, że w Polsce nie da rady zrobić filmu akcji na poziomie amerykańskim. A jednak, zadania tego podjął się Eugeniusz Korin – reżyser teatralny, który debiutuje na dużym ekranie. Sama intryga jest naprawdę pomysłowo i nieszablonowo opowiedziana – reżyser myli tropy, kluczy, parę razy potrafi zaskoczyć, zaś finał pozytywnie zaskakuje (jednak moralne rozterki bohatera zbyt łatwo zostają rozwiązane). Choć film trwa około dwóch godzin, nie ma tu miejsca na nudę. Owszem, dialogi nadal bywają niesłyszalne, sceny pod tablicą (Sęp rozwiązujący matematycznie zagadkę) wydają się zbędne, ale za to jest świetnie zrealizowane (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie), czuć tutaj inspiracje Davidem Fincherem i Christopherem Nolanem (montaż równoległy). Dawno nie było filmu, który by tak wyglądał na naszym podwórku.

sep2

A skoro porównuje się do Hollywood, to i obsada musi być gwiazdorska. No i jest – pytanie, czy poza tym idzie coś więcej? O dziwo tak, choć nie jest idealnie. Naprawdę dobrze wypadł Michał Żebrowski w roli wnikliwego śledczego, który jak naukowiec łączy fakty w całość, a i przyłoić też potrafi. Partnerujący mu Daniel Olbrychski w roli inspektora Bożka wypada bardzo przekonująco i ma ten błysk w oku. Z drugiego planu zdecydowanie należy wyróżnić Piotra Fronczewskiego (generał Krasucki), Andrzeja Seweryna (profesor Reaktorski) i Mirosława Bakę (Rajski, dowódca oddziału odbijającego więźniów). Ale żeby nie było zbyt dobrze, są dwie poważne rysy: irytujący Paweł Małaszyński (komisarz Robaczewski) – na szczęście nie pojawia się zbyt długo i Anna Przybylska (Natasza McCormack), która średnio pasuje na instruktorkę kickboxingu.

sep3

Korin swoim debiutem udowodnił, że i u nas da się zrobić dynamiczny i nieszablonowy kryminał. Choć może nie wszystko jest dopracowane, to jednak potrafi zrobić mocne wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski