Wysokie loty

Wiecie, co to jest lockout? To taka sytuacja w rozgrywkach NBA (i nie tylko), kiedy liga nie gra, bo zawodnicy i kluby nie dogadały się ze sobą w kwestii wynagrodzeń z zysków. Coś jakby przymusowy zakaz pracy. Tracą na tym wszyscy: gracze, widzowie, telewizja, menadżerowie i agenci sportowi. Kimś takim jest niejaki Ray Burke, znający ten świat jak własną kieszeń. Próbuje pomoc swojemu klientowi – młodemu, obiecującemu zawodnikowi, Erickowi Scottowi. Ma on kontrakt, ale nie może grać z powodu lockoutu. Ale nasz agent ma pewien plan, by przełamać impas.

wysokie_loty1

Netflix robi kolejny film okołosportowy i w zasadzie można by olać ten temat. Ale kiedy kręci ten film Steven Soderbergh, sprawy nagle stają się poważniejsze. Reżyser znowu decyduje się kręcić całość na iPhonie, co tworzy bardzo specyficzny klimat, niejako jeszcze bardziej wprawiając w stan osaczenia.  Próbuje się przyjrzeć światowi wielkiego sportu i jeszcze większych pieniędzy, gdzie zawodnik jest jedynie maszynką przynoszącą dochody, każdy może nim manipulować oraz sterować tak, by zarabiał więcej. Cała intryga jest skupiona na dialogach, podjazdowych zagrywkach i lawirowaniu mocno na granicy prawa. Można się w tym wszystkim pogubić, zwłaszcza nie znając zwrotów lockout czy draft, ale reżyser stara się wszystko pokazać w sposób przystępny.

wysokie_loty2

Soderbergh nadal robi to, co potrafi najlepiej, czyli bawi się sprzętem, filmuje czasami pod dziwnymi kątami i stosuje długie ujęcia. Niemniej może parę osób się od tego odbić. Dla mnie jednak problemem były wplecione wywiady zawodników NBA o tym, jak się czuli na początku swojej kariery, o swoich najbliższych itp. Miałem wrażenie, że są troszkę zbędne i troszkę łopatologicznie uzupełniają to, co się dzieje na ekranie. Także ostatnie 15-20 minut, gdzie dochodzi do retrospekcji, potrafiło wybić mnie z rytmu. Nie mniej ogląda się to naprawdę dobrze m.in. dzięki świetnym dialogom oraz trafnemu portretowi tego świata.

wysokie_loty3

No i reżyser ma jeden mocny atut w talii: fantastycznego Andre Hollanda w roli Raya. Ten facet to prawdziwy lawirant, wnikliwie obserwujący cała sytuację i zgrabnie manipulujący ludźmi w osiągnięciu celu. Troszkę przypominał Franka Underwooda, choć nie był aż tak bezwzględny. Zna się na ludziach, chociaż czasami miałem wrażenie, że sytuacja może go przerosnąć. Równie świetna jest Zazie Beets jako Sam, asystentka/nie asystentka i powiernica Raya, całkiem nieźle sobie radząca w całym tym rozgardiaszu, a także Billy Duke w roli trenera Spencera (cytowanie formułki, gdy padają jakiekolwiek skojarzenia z niewolnictwem – perełka).

Soderbergh nie zamierza przechodzić na emeryturę i kolejny raz potrafi zaskoczyć. Świetnie prowadzi pozornie stateczną intrygę, serwuje rozbrajające dialogi, ciągle zaskakuje, a jednocześnie skłania do myślenia. Bardzo porządna robota.

7/10 

Radosław Ostrowski

Gun City (La sombra de la ley)

Barcelona, tuż po zakończeniu I wojny światowej. Tutaj dochodzi do niebezpiecznego incydentu – zostaje skradziony wagon wojskowy zawierający broń. By wybadać sprawę do pomocy zostaje wysłany komisarz Anibal Uriarte z Madrytu. Choć podejrzanymi o dokonanie tego czynu są anarchiści, sprawa okazuje się bardziej skomplikowana, bo w tej układance jest kilka niewiadomych: lokalny gangster z koneksjami, działacze związkowi, rewolucjoniści, skorumpowana policja.

gun_city1

Tym razem wygrzebałem na Netflixie hiszpański film sensacyjno-gangsterski w stylu retro. Już od razu przyszły mi skojarzenia z „Nietykalnymi” De Palmy czy „Wrogami publicznymi” Manna. Sama stylizacja jest tutaj bardzo mocno odczuwalna, ale reżyser Dani de la Torre próbuje opowiedzieć tutaj coś więcej. Widać tutaj duży rozmach oraz budżet na realizację: scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco (zwłaszcza klub Eden), ilustrując realia lat 20. Czyli czasów, kiedy jeszcze związki zawodowe czy prawa feministek były tłumione siłą przez władze. A jednocześnie jest to wizja pełna brudu, cynizmu, degeneracji świata oraz paskudnych powiązań świata polityki i mafijnego półświatka. Intryga i śledztwo niejako jest zepchnięte na drugi plan, a bardziej interesuje go odkrywanie kolejnych powiązań, relacji oraz koneksji. To wszystko pokazuje mocno niestabilną sytuację polityczną w kraju tuż po udanym zamachu na prezydenta, choć fabuła jest prowadzona w bardzo czytelny i klarowny sposób.

gun_city2

Zaczynają się pojawiać kolejne fragmenty oraz wydarzenia, które – na pierwszy rzut oka – mogą wydawać się zwyczajnym zapychaczem czasu. Ale reżyser bardzo pewnie i konsekwentnie zaczyna realizować swoje cele. Skoro jest to film sensacyjny, to nie brakuje strzelanin, bijatyk, pościgów oraz bardzo noirowego klimatu. Ale jest to zrobione w sposób bardzo kreatywny, wręcz za pomocą wykorzystywania długich ujęć (bijatyka w samochodzie, gdzie kamera krąży dookoła auta czy starcie policji ze strajkującymi), co czyni całość o wiele atrakcyjniejszą niż standardowe sceny akcji. Chociaż ostatnia strzelanina z miejscami trzęsącą kamerą, to jednak nie ma tutaj wielkiego poczucia chaosu. Godne jest to hollywoodzkich filmów gangsterskich. Zdjęcia są świetnie, z bardzo dobrym wykorzystywaniem oświetlenia. Nie brakuje tutaj kilku zagadek (przeszłość Uriarte czy prawdziwa geneza działań), które intrygują, mimo że ostatecznie wydają się przewidywalne. Ale jak to wciąga i pasjonuje.

gun_city3

Równie świetne jest aktorstwo, mimo pozornie schematycznych postaci. Cyniczny twardziel z dobrym sercem oraz mroczną tajemnicą (główny protagonista), skorumpowany glina z grupą kumpli (inspektor Rediu, Tisico), wpływowy i bezwzględny gangster („Baron”), młody idealista żądny wojny (syn szefa związkowców) i idący pokojową drogą ojciec oraz córka-idealistka. Każda z tych postaci jest wyrazista (może poza postaciami kobiecymi – oprócz Sary), a motywacje – zwłaszcza naszego protagonisty – pozostaje przez sporą część tajemnicą, co zaciekawia.

„Gun City” to akurat jedna z najciekawszych produkcji dystrybuowanych przez Netflixa, pokazująca europejskie spojrzenie na gatunek zza Wielkiej Wody. Bardzo stylowo i elegancko wykonany, że świetnym noirowym klimatem oraz bardzo skomplikowana intrygą. Może i nic nowego, ale za to pierwszorzędnie wykonane.

8/10

Radosław Ostrowski

Seria niefortunnych zdarzeń – seria 3

Na pewno wielu z was śledziło losy sierot Baudelaire’ów, na których majątek dybie złowrogi hrabia Olaf. Mam dla fanów tego telewizyjnego cyklu dwie wiadomości – trzecia serii ciągle potrafi zaskakiwać i utrzymuje poziom poprzedników. Ale jest też ostatnim spotkaniem z całym tym zwariowanym światem, gdzie doszło do rozpadu między członkami pewnej organizacji o skrócie WSZ. Jak pamiętamy druga seria zakończyła się cliffhangerem – dosłownie. Klaus i Wioletka spadają w przepaść swoim wozem, zaś Słoneczko zostaje porwane przez hrabiego Olafa i jego świtę, więc sytuacja jest niewesoła. Ale jak wiemy nie od dziś, jakoś zawsze udawało naszemu rodzeństwu wyjść z tarapatów.

seria_niefortunnych_zdarzen31

Trzecia seria oparta jest na ostatnich czterech częściach cyklu Daniela Handlera. Im dalej w las, tym coraz bardziej atmosfera staje się mroczna i niemal do samego końca czuć pewną fatalistyczną aurę nad naszymi bohaterami. Dawno jednak zostaje porzucony schemat z serii pierwszej, ale coraz bardziej odkrywamy kolejne tajemnice dotyczące schizmy, jej przyczyny oraz dlaczego hrabia Olaf stał się tym, kim jest. Bo – co chyba może zaskoczyć – nasz antagonista nie był takim demonicznym łotrem. Podział na dobrych i złych (taki jednoznaczny) zaciera się, zaś pozornie ci dobrzy też mają wiele za uszami, o czym przekonamy się podczas kulminacyjnego zdarzenia w Hotelu Ostateczność, co doprowadza do paru nieprzyjemnych wolt oraz moralnie wątpliwych decyzji. Pojawiają się też nowe, kluczowe postacie jak Kit Snicket (ciężarna wolontariuszka WSZ oraz siostra Jacquesa i Lemony’ego),  dość demoniczna para (Mężczyzna z brodą, ale bez włosów i Kobieta bez brody, ale z włosami) wywołująca strach u samego Olafa czy w końcu menadżerowie hotelu Ostateczność (bracia bliźniacy).

seria_niefortunnych_zdarzen35

Jeśli podobały wam się wstawki śpiewane, to… nie znajdziecie ich. Nie znaczy to jednak, że twórcy zrezygnowali ze swojego specyficznego humoru, który pozwala jakoś spokojniej przetrwać całą tą eskapadę. Nadal wrażenie robi świetna scenografia, choć miejsc do popisu nie było zbyt wiele – podpalona kryjówka czy hotel Ostateczność wyglądają olśniewająco, tak jak okręt podwodny. Wszystko to buduje klimat, będący mieszanką groteski, mroku i powagi, a jednocześnie czuć tutaj aurę przemijania, co mocno podkreśla narracja samego Snicketa (ten element pozostaje niezmienny).

seria_niefortunnych_zdarzen33

Dla wielu pewnym problemem może być zakończenie, które wydaje się pozornym happy endem. Naszym bohaterom udaje się przeżyć, jednak ich losy pozostają tajemnicą. Tak jak wiele wątków pozostaje niejako urwanych i w sporej części niedopowiedzianych (działalność WSZ, dalsze losy Bagiennych, sam Snicket), wywołując spore poczucie niedosytu. Niemniej nie mogłem odczuć satysfakcji z rozwiązania głównego wątku oraz kilku kapitalnie poprowadzonych scen jak proces hrabiego Olafa czy finał na wyspie.

seria_niefortunnych_zdarzen32

Nadal serial – poza realizacją – zachwyca też kapitalnym aktorstwem, ale to wie każdy, kto miał z tym cyklem styczność. Wszyscy przewijający się dotychczas bohaterowie (hrabia Olaf, Baudelaire’owie, Lemony Snicket, Esmeralda Szpetna, pan Poe) ciągle są fantastyczni i oglądanie ich sprawia masę przyjemności, zyskując coraz więcej głębi. Z nowych postaci najbardziej w pamięć zapada demoniczny duet Richard E. Grant/Beth Grant (zbieżność nazwisk przypadkowa), budzący lęk samym przerażeniem oraz niemal obojętnym, matowym głosem, a także Allison Williams (Kit Snicket) oraz Peter MacNichol (próbujący żyć z dala od cywilizacji Ishmael, który skrywa pewną tajemnicę).

seria_niefortunnych_zdarzen34

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to już jest koniec i więcej już nie spotkam się z bohaterami „Serii niefortunnych zdarzeń”. Z jednej strony jest to komediowo-przygodowy serial pełen surrealistyczno-groteskowego stylu, wyróżniając się z grona innych seriali Netflixa. Z drugiej ma też dość wiele do powiedzenia na temat świata i te wnioski nie są zbyt wesołe, co dziwnie ze sobą współgra. Dojrzewanie dawno nie było takie słodko-gorzkie, mroczne, ale też z pewną nutką nadziei.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Velvet Buzzsaw

Współczesna sztuka – ja tego gówna nie rozumiem! jak nawijał znany raper Hukos. Ale to w tym świecie toczy się akcja nowego dzieła Dana Gilroya. Świata sztuki nowoczesnej, galerii sztuki, cenionych artystów oraz krytyków, od których słowa zależy ich artystyczne życie lub śmierć. Kimś takim jest krytyk Mort Vanderwalt, bardzo wnikliwy oraz błyskotliwy koleś. Pracuje dla Galerii Haze kierowanej przez Rhodorę Haze, która – jak każde galeria – szuka czegoś dochodowego, bo dobra sztuka jest taka, która przynosi duże pieniądze. Wszystko zmienia się, gdy asystentka znajduje dzieła zmarłego sąsiada, niejakiego Diese’a, który chciał je zniszczyć.

velvet_buzzsaw1

Sam film wydaje się być kombinacją komedii, dramatu i… horroru. Ten ostatni wynika z działań obrazów Diese’a, doprowadzając ludzi mających z nimi styczność do zgonu. Jeśli budzi w was skojarzenie z drugą częścią „Pogromców duchów”, jest to całkiem niezły trop, chociaż nie jest to stricte film grozy. Reżyser chce z jednej strony w bardzo krzywym zwierciadle spojrzenie na świat sztuki współczesnej. To świat bardzo zblazowanych ludzi, którzy używają bardzo wyrafinowanych zwrotów, by wyrazić jakie wrażenie robi konkretne dzieło. No i jeszcze mają dość sporo pieniędzy, podkupowanie, podchody – sztuka stała się kolejnym rodzajem skarbonki. Tylko, że artysta może się napocić, naprodukować i nie przebić się. I tu przewija się drugi wątek, czyli dorobek Diese’a – twórcy, który niejako zaprzedał duszę diabłu, by realizować wielkie dzieła (pamiętacie „Portret Doriana Greya”?) i osiągnąć niejako twórczą młodość. Te malowidła są miejscami mroczne, ale i sam materiał, z jakiego wykonano budzi lęk.

velvet_buzzsaw2

Ta dwuwątkowość niejako rozbija cała konstrukcję, bo z jednej strony mamy sporo gadania, miejscami odrobinę złośliwego humoru, satyrycznego spojrzenia. Z drugiej jednak są te sceny żywcem wzięte z horroru, gdzie kontakt z obrazem doprowadza do śmierci: surrealistyczne wydarzenia, poczucie, że malowidło „porusza się”, bardzo niepokojąca muzyka, ograniczone oświetlenie oraz posoka. Te sceny potrafią trzymać w napięciu, są niejako celebrowane przez reżysera i niektóre potrafią uderzyć (asystentka „otoczona” przez farbę z obrazów – wow). Tylko, że wnioski wyciągane przez „Velvet Buzzsaw” są po prostu mało zaskakujące, wręcz banalnie znajome. Pieniądz rządzi światem, kwestie między sztuką a rynkiem, zaprzedanie się oraz ślepa pogoń za sukcesem, czyli wyścig szczurów w świecie sztuki. I jak się w tym wszystkim odnaleźć.

velvet_buzzsaw3

Całość ogląda się nawet dobrze, co jest zasługą nie tylko niezłej realizacji, co bardzo dobrego aktorstwa. Absolutnie błyszczą Jake Gyllenhaal oraz Rene Russo. Ten pierwszy wydaje się błyskotliwym, inteligentnym krytykiem. Początkowo wręcz wyluzowany, z okularami ukrywającymi oczy oraz niemal rozedrganymi rękoma, coraz bardziej zaczyna wariować (świetna scena podczas instalacji odtwarzającej dźwięki) i dociera do przerażającej prawdy. Z kolei Russo jako femme fatale oraz kapitalistyczna lwica sprawdza się absolutnie świetnie, magnetyzując za każdym razem. Bardzo intrygująca postać. Z drugiego planu najbardziej wybija Zawe Ashton w roli Josephine, próbującej się wybić asystentki Haze. Niby piękna oraz apetyczna, ale powoli zmieniająca się w bezwzględną harpię i to przeraża. Troszkę nie do końca wykorzystano potencjał Johna Malkovicha (wycofany artysta Piers) oraz Natalie Dyer (Coco, która ma za zadanie tylko krzyczeć po znalezieniu kolejnych zwłok – troszkę słabo).

Ciężko mi ocenić „Velvet Buzzsaw”, bo Gilroy chce oczarować jak dzieła sztuki nowoczesnej i zachwycić formą, tylko że wszystko wydaje się tak banalne, nudne, nieciekawe. Owszem, momenty budujące poczucie zagrożenia są pokazane bezbłędnie, lecz cała reszta zwyczajnie niezbyt angażuje. A był potencjał na coś więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

IO

Tytułowe Io to jeden z księżyców Jowisza, gdzie trafiła niemal cała ludzkość po tym, jak Ziemia powiedziała nam: dość. Powietrze zostało coraz pozbawione tlenu, pojawiały się duże anomalie atmosferyczne, zaś cała fauna i flora nie przetrwała. Na naszej planecie zostali nieliczni ludzie, którzy próbowali przywrócić ją do stanu przed katastrofą jak dr Harry Walden. Tylko, ze te nieliczne próby (włącznie z genetycznymi eksperymentami) kończyły się porażką lub krótkotrwałym sukcesem. Niemniej córka naukowca, desperacko próbuje dokonać przełomu, ale czasu zostało coraz mniej.

IO1

Najnowsze cudo od Netflixa to bardzo kameralne i oszczędne kino SF. Niby takich opowieści o końcu świata było wiele, lecz tutaj próbuje się to ubrać w niemal filozoficzną przypowieść o samotności, dokonywaniu trudnych wyborów oraz ilustracji pewnego uporu, by jednak ugłaskać naszą planetę-matkę. Mocno podniszczony świat, pełen opustoszałych budynków oraz pozornie pięknych krajobrazów może działać na plus, lecz skupienie fabuły na jednej postaci jest strasznie trudne i wymaga czegoś, co pozwala skupić uwagę na dłużej. Dlatego pojawia się druga postać, niejakiego Miceha, który decyduje się wyruszyć na ostatni prom i niejako po drodze trafia do siedziby Waldena (mocno przypominającej budynki z „Marsjanina”). Pozornie daje to spore pole do popisu na potencjalny wątek romansowy, ale twórcy chcą iść w zupełnie innym kierunku. Jest sporo gadania, przez co odkrywamy informacje o całym tym bajzlu, jednak cała opowieść zaczyna robić się zwyczajnie nudna i wręcz usypiająca. Na bohaterach kompletnie mi nie zależało, ich zarysowanie oraz próby dodania głębi kompletnie nie przemawiały do mnie, tak samo jak motywacja głównej protagonistki.

IO2

Niby ma to swój klimat na początku, lecz z każdą sekundą wszystko zaczyna powoli spadać na łeb na szyję. Wszystko wydaje się tutaj bardzo szablonowe, mocno znajome oraz będące tak naprawdę pozbawioną własnego pomysłu na siebie kalką wielu dzieł. I nawet nie pomaga grający w tle Chopin, ani aktorstwo mocno męczących się Margaret Qualley ani Anthony’ego Mackie, którzy starają się bardzo. Tylko, że scenariusz nie daje im zbyt wiele pola do popisu.

„IO” to jeden z najsłabszych filmów Netflixa, jaki widziałem kiedykolwiek. Nudny, smętny, pozbawiony własnego charakteru i marnujący potencjał na co najmniej intrygujące kino. Można stosować zamiast tabletek na sen.

4/10

Radosław Ostrowski

Umysł w ogniu

Sam początek jest więcej niż tajemniczy. Widzimy młodą kobietę w szpitalu, z jakimiś przewodami na głowie. Niby nic dziwnego, ale jest ona przykuta i przywiązana do łóżka. Dlaczego? co się stało? I kim ona jest? Cofamy się wstecz i odkrywamy, że dziewucha to Susannah Cahalan i zaczyna swoją pracę jako dziennikarka The New York Post. Mieszka z chłopakiem (muzykiem), całkiem nieźle sobie radzi, ale coś dziwnego zaczyna się dziać – obraz się rozmazuje, dźwięk dochodzi zniekształcony, wreszcie ataki psychotyczne. Badania lekarskie jednak nie wykazują kompletnie nic.

umysl_w_ogniu1

Debiutancki film Geralda Barletta jest oparty na prawdziwej historii Calahan oraz jej walki z tajemniczą chorobą, o której istnieniu lekarze praktycznie nie mieli pojęcia. Wszystko toczy się tutaj bardzo powolnym tempie, skupiając się na bohaterce. Pokazanie zaburzeń percepcji u chorej osoby daje się sporym polem do popisu i tutaj twórcy chętnie z tego korzystają. Twarz naszej bohaterki bywa rozmyty, kilka razy słyszymy jakieś niewyraźne szumy, słowa odbijają się niczym echo i widzimy, że coś się dzieje nie tak. Problem w tym, że każda wizyta u lekarza niczego nie wyjaśnia. Badania wykazują, że jest zdrowa, ale zachowanie sugeruje coś innego. Każdy atak, każda słowna zaczepka czy gwałtowna eksplozja w wykonaniu Susannah jest jak granat wyrzucony do pomieszczenia, w którym jesteśmy. Wali to po oczach, trzyma za gębę i wywołuje poczucie niepewności, bo nie wiadomo, co może stać się dalej. Te momenty w filmie robią największe wrażenie, niczym w rasowym thrillerze. Choć mam wrażenie, że pewne relacje można było głębiej zarysować (zwłaszcza między nasza dziewczyną a jej chłopakiem), ale i tak ogląda się ten film naprawdę nieźle.

umysl_w_ogniu2

Reżyser potrafi mocno uderzyć, ale też pokazuje – niejako przy okazji – funkcjonowanie służby zdrowia, która szuka możliwe najprostszych rozwiązań, nie zawsze adekwatnych do problemu. Troszkę tak, jakby się chciano problemu pozbyć. Skutki nadmiernego stresu? Syndrom odstawienia alkoholu? A może to choroba psychiczna? Zupełnie tak, jakby ci ludzie chcieli dopasować każdego pacjenta do jakiegoś z góry określonego szablonu. Przy prostych przypadkach to działa, ale przy bardziej skomplikowanych trzeba patrzyć troszkę szerzej.

umysl_w_ogniu3

Niby nie jest to nic nowego w temacie osób z nietypowymi chorobami, ale potrafi wciągnąć i zaangażować. Duża w tym zasługa dającej z siebie wszystko Chloe Grace Moretz, która jest absolutnie rewelacyjna oraz bardzo sugestywna w tej kreacji. A że bardzo łatwo było ją przeszarżować, to tym bardziej należy się uznanie, że nie przekroczyła tej cienkiej granicy (zwłaszcza w tych bardziej ekspresyjnych momentach jak euforia w pracy czy wybuch wściekłości podczas śniadania). Nieprawdopodobna kreacja. Dobrze się sprawdzają jako rodzice Carrie-Ann Moss oraz Richard „prawie jak Hugh Jackman” Armitage, pozytywnie zaskakuje Tyler Perry w roli naczelnego, zaś troszkę humoru przemyca Jenny Slate (Margo).

„Umysł w ogniu” dostał dużo ostrych słów na swój temat, choć moim zdaniem, nie zasłużył sobie na takie słowa. Porządna historia walki z chorobą, okraszona wspaniałą główną rolą, wznoszącą całość na wyższy poziom. Ciarki gwarantowane.

7/10 

Radosław Ostrowski

Autor

Wiecie jak ciężko jest być pisarzem? Zwłaszcza kiedy nie ma się ku temu żadnych predyspozycji? Alvaro chce zostać pisarzem i to takim z najwyższej półki. Zamiast tego pracuje jako notariusz w kancelarii, zaś sławę pisarską otrzymała jego żona. I to go gryzie bardzo, bo choć od trzech lat chodzi na zajęcia z pisania, postępów robi bardzo niewiele. W końcu decyduje się wziąć urlop, wynająć mieszkanie i skupić się na tworzeniu.

autor1

Kino hiszpańskie nie jest mi aż tak dobrze znane jakbym tego chciał. Ale od czego jest Netflix, gdzie pojawił się „Autor”. Gatunkowo trudno ten film jednoznacznie określić – dramat, komedia, thriller. Raczej wszystko po trochu, a całość skupia się na Alvaro. To człowiek, który jest przekonany o swoim talencie, chociaż gdy słyszymy pierwsze fragmenty, wieje pretensjonalnością oraz sztucznością. Ale decyduje się na dość szalony krok. Niby postępuje zgodnie z porada, czyli przygląda się, obserwuje innych i wyciąga informacje. Wszystko zmienia wizyta w toalecie, gdzie słyszy rozmowę sąsiadów naprzeciwko. Zaczyna podsłuchiwać i wykorzystywać informacje jako tworzywo do swojego materiału. Niby dzieło zaczyna nabierać charakteru, coraz lepiej odbiera je wykładowca, lecz w głowie pojawia się pytanie: czy to nie jest pewne przekroczenie granicy etycznej? Czy autor (lub osoba do niego aspirująca) ma prawo grzebać lub manipulować, by uczynić swój tekst ciekawszym? Te pytania powodują, że tą pozornie statyczną opowieść ogląda się z dużym zainteresowaniem, bo nie wiemy, co nasz bohater zrobi, wykona. Do czego może się posunąć, by osiągnąć cel.

autor2

Kolejne interakcje, kolejne odkrywane tajemnice – to wszystko zaczyna przyciągać i sprawia, że nie byłem w stanie do końca przewidzieć, co się wydarzy. I to jest największa zaleta filmu. „Autor” potrafi nagle zmienić się w komedię, by przejść w dramat, nawet zaserwować potencjalny wątek kryminalny. I to wszystko służy jako „mięso” dla niedoszłego literata, którego motywacja i intencje są bardzo mroczne. Co pokazuje naprawdę bardzo udana rola Javiera Gutierreza, który błyszczy najjaśniej. Także każdy z nowych sąsiadów sportretowany został bardzo dobrze, nawet jeśli nie pojawia się zbyt często na ekranie. Również warto wyróżnić Antonio de la Torre w roli wykładowcy, który zaczyna dostrzegać i kierować umiejętnościami protagonisty.

autor3

„Autor” pozostaje intrygującym, tajemniczym filmem, gdzie twórcy prowokują do przemyśleń w sprawie tworzenia dzieł literackim. Zgrabna mieszanka komediodramatu i thrillera, choć wiele osób może się znudzić. Niemniej warto dać szansę „Autorowi”, by mógł nas oczarować.

7/10 

Radosław Ostrowski

Kto się śmieje ostatni?

Al Hale kiedyś był menadżerem gwiazd amerykańskiej estrady, jednak to było wieki temu. Obecnie ma kontakt tylko z wnuczką, a brak klientów zmieniło życie naszego bohatera w stan wegetatywny. Przenosi się w końcu do domu starców, gdzie poznaje jednego ze swoich klientów. Buddy Green miał szansę na wielką karierę, lecz 50 lat temu wycofał się. Al decyduje się na szalony pomysł, by Buddy wrócił na scenę po raz ostatni.

the_last_laugh2

Kolejne dzieło Netflixa, tym razem jedno ze świeższych i będące komedią. Komedią ze starością w roli głównej. Niby ten temat był już mielony przez kino setki razy, więc czy jest sens tworzenia czegoś innego w tej kwestii? Mamy tutaj tak naprawdę kumpelską komedię, chociaż dowcipy z dzisiejszej perspektywy są takie staroświeckie. Ale w żadnym wypadku wulgarne, czy prostackie, choć nie brakuje także tematyki erotycznej. W zasadzie to jest sympatyczne kino w starym stylu, gdzie mamy tutaj występy od klubu do klubu, gdzie dochodzi do drobnych przekomarzanek dwójki bohaterów. Jeszcze po drodze pojawia się pewna sympatyczna ex-nauczycielka plastyki, do której nasz Al zaczyna czuć miętę, co też ma wpływ na cała imprezę. Zaskoczeń tutaj nie ma, chyba że mówimy o wplecionych scenach musicalowych dziejących się pod wpływem grzybków. Można się tutaj parę razy uśmiać, choć całość jest przepełniona lekko nostalgicznym klimatem oraz wspomnieniami.

the_last_laugh1

Sama realizacja jest mocno niedzisiejsza, w tle gra sympatyczny jazz, ale tak naprawdę całość dobrze dobrany duet protagonistów. Chevy Chase wydaje się mieć swoje lata za sobą, lecz nadal ma odrobinę charyzmy i ciągle budzi sympatię. Zdecydowanie lepszy z tego duetu wypada Richard Dreyfuss w roli powoli wracającego do estrady Greena. To on sprawia wrażenie bardziej wyluzowanego, dowcipnego i wywołuje uśmiech niemal samą obecnością. Czuć chemie między bohaterami i to ona może być największym wabikiem, tak samo jak nadal atrakcyjna Andie MacDowell na drugim planie.

„Kto się śmieje ostatni?” to taki sympatyczny średniak, który nie będzie do końca stratą czasu, chociaż można było to zrobić lepiej. Chemia między aktorami jest na tyle silna, że może zaangażować.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Manhunt

Sam początek jest bardzo mylący, bo mamy jakąś zwykłą knajpę, którą prowadzą dwie kobiety. Przychodzi do knajpy dość elegancko ubrany mężczyzna, a zaraz po nim wchodzi armia typów w garniturach. Elegancki pan (Du Qiu) odchodzi, a cała knajpa zmienia się w jedną wielką rzeźnię. Bo nasze dziewczyny to zabójczynie na zlecenie. Mija trochę czasu i okazuje się, że nasz pan z początku to adwokat pracujący dla dużej korporacji farmaceutycznej. Ma wkrótce wyjechać do Stanów, ale dzień przed wyjazdem zostaje wrobiony w morderstwo. Ofiarą jest bardzo młoda kobieta, pracująca dla firmy, zaś nasz Du musi uciekać nie tylko przed policją, ale też przez zabójcami.

manhunt1

Azjatyckie kino akcji wydaje się być zdrowo pokręcone, co pokazuje „Manhunt”. Film zapowiadany jako powrót mistrza Johna Woo, który wykorzystuje dość sprawdzone klisze z kina sensacyjnego. Mamy wrobionego bohatera, skorumpowanego gliniarza, złą korporację z tak ogranym planem, że głowa mała, jest jeszcze dobry glina z traumatyczną przeszłością, siostry-morderczynie, młoda policjantka bez doświadczenia. Wątki się tutaj mieszają, przeplatają, przez co tempo oraz nastrój wywołują kompletną dezorientację. Z jednej strony mamy krwawą jatkę, pościgi, strzelaniny i eksplozje (z obowiązkowym slow motion), ale z drugiej jest parę kiczowatych scen – głównie retrospekcje, gdzie w tle gra pianinko. Takiego surrealizmu nie widziałem od dawna, a sama intryga potrafi doprowadzić do… śmiechu.

manhunt2

Muszę jednak przyznać, że gdy dochodzi do strzelanin czy wszelkiego rodzaju rozpierduchy, Woo łapie oddech i nie odpuszcza. Wygląda to bardzo dynamicznie, odpowiednio wykorzystując spowolnienia, podkręcając adrenalinę. I nieważne, czy jest to pościg na motorówkach, atak zabójców na motorach czy finałowa konfrontacja w tajnym laboratorium. Kule świszczą, pięści idą w ruch, a czasem gdzieś tam przelatują gołębie. A jednocześnie wszystko przebiega płynnie, bez chaotycznego montażu, trzęsącej się kamery, za to z ciekawą inscenizacją. To się ogląda z dużą satysfakcją, chociaż zarówno przesyt wątków, jak i nadmiar klisz bardzo mocno osłabia.

manhunt3

To bardzo dziwne kino podane w azjatyckim sosie, gdzie powaga miesza się z żartem. Czy to miał być pastisz kina akcji, czy po prostu Woo potraktował całą historię zbyt poważnie? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż film wiele razy traci impet, by znowu uderzyć. I ta sinusoida trwa do końca, co może wiele razy odrzucić. Ale jako B-klasowe kino rozrywkowe daje radę, chociaż po Woo należy spodziewać się więcej.

6/10 

Radosław Ostrowski

Cam

Alice jest bardzo młodą dziewuchą, która utrzymuje się z dość nietypowej profesji. Otóż jest, jakby to ująć, udaje sekslaskę przez Internet i dostaje za to pieniądze. Rodzina oczywiście o niczym nie wie, bo toczy się to w jej mieszkaniu, specjalnie przygotowanym pokoju, zaś jej celem jest dojście do Top 50. A brakuje jej naprawdę niewiele. Po jednym z bardziej hitowych filmów, jej kanał zostaje przejęty przez… no właśnie, kogoś, kto się pod nią podszywa, zaś wszelkie próby zalogowania na konto, kończą się porażką.

cam1

Troszkę wygrzebany przeze mnie thriller od Netflixa i studia Blumhouse zaczyna się bardzo intrygująco. Kiedy widzimy Alice vel Lolę przed kamerą nie do końca wiemy, czego się spodziewać. Czy to będzie film o pędzie ku sukcesowi za cenę sprzedawania swojego ciała przez Internet, czy o odkryciu tej tajemnicy przez nieświadomą rodzinę. Jednak tak naprawdę debiutujący twórcy stawiają na jedną z bardziej prawdopodobnych sytuacji: kradzieży tożsamości. Przez Internet można to zrobić bardzo łatwo, a nawet można dokleić czyjąś twarz do innej osoby. Reżyser bardzo powoli prowadzi cała układankę, niemal w całości skupiając się na Alice. Dlatego pojawia się kilka wolt, które zmuszają do myślenia, zaś sami doppelgangerzy stają się bardziej agresywną, wulgarną wersją swoich odpowiedników. A wszystko to tworzy bardzo ponury, wręcz surrealistyczny klimat, budzący pewne skojarzenia z „Black Mirror”. Większość akcji toczy się w pokoju Alice, gdzie za pomocą komputera podejmuje wiele desperackich kroków. I o dziwo, to wszystko potrafi trzymać w napięciu aż do finałowej konfrontacji.

cam2

Ale jeśli liczycie na to, że dostaniecie odpowiedź na najistotniejsze pytanie, czyli kto lub co za tym wszystkim stoi… nic z tego. To pozostaje kwestią domysłów, czy to jakaś AI, skomplikowany program, a może ktoś więcej.  Powinno to być wadą, lecz tutaj działa to na korzyść i w zasadzie spycha na dalszy plan, bo sama taka sytuacja wydaje się bardzo prawdopodobna. Muszę troszkę przyznać, że poboczne wątki (relacja Alice z rodziną czy przyjaciółki z branży) są troszkę potraktowane po macoszemu i nie są bardzo rozwinięte, co dla wielu może być problemem.

cam3

Sytuację ratuje jednak konsekwentna reżysera oraz znakomita kreacja Madeline Brewer. Aktorka gra tutaj w zasadzie trzy postacie i każdą z nich prowadzi inaczej. Spokojna, naturalnie wyglądająca Alice, bardziej kusząca (lecz dość pruderyjna) Lola oraz jej bardziej wyuzdana sobowtórka. Każda z tych wersji różni się i jest poprowadzona bez jakiegokolwiek fałszu. Ona dźwiga tak naprawdę film na swoich barkach i wywiązuje się ze swojego zadania wzorcowo. Czekam na kolejne popisy tej panny. Reszta w zasadzie prezentuje się solidnie (najbardziej wybijają się Patch Darragh oraz Michael Dempsey), nie odwracając uwagi od głównej intrygi.

„Cam” jak thriller sprawdza się naprawdę dobrze – potrafi utrzymać w napięciu, zaskakuje parę razy, zaś finał pozostaje otwarty. Może dałoby się z tego więcej wycisnąć, niemniej twórcy dość konsekwentnie idą obraną ścieżką, zmuszając do uważnego krążenia po nowych technologiach.

7/10 

Radosław Ostrowski