Mowgli: Legenda dżungli

„Księga dżungli” Rudyarda Kiplinga zawsze inspirowała filmowców i inspirować chyba będzie. Ale w ostatnim czasie pojawiły się aż dwa podejścia do tego samego materiału. Najpierw Jon Favreau odtworzył w nowej formie wersję Disneya, a dla Warnera postanowił swoją wersję przedstawić Andy Serkis. Reżysera bardziej znamy dzięki kreacjom w technice motion capture, ale czy ta próba się udała?

Niby znamy tą opowieść o Mowglim – chłopcu, wychowywanym przez dżunglę (niczym Tarzan) oraz próbującym żyć wśród wilków. Niby człowiek, ale i nie do końca, bo próbuje kierować się zasadami, jakie wpaja mu niedźwiedź Baloo oraz pantera Bagheera. Problem w tym, że już na jego życie czyha tygrys Shere Khan, który zabił jego rodziców, a także strasznie bruździ po okolicy. Ludzie chcą go zabić, bo zabija ich zwierzęta, a pozostałe zwierzęta zwyczajnie się go boją.

mowgli1

Reżyser jednak zamiast kina stricte przygodowego kreuje o wiele bardziej surowy i mroczny obraz niż dwa lata temu Favreau. Porównania z poprzednikiem są nieuniknione, a co gorsza działają na niekorzyść filmu Serkisa. Niby reżyser chce zrobić o wiele dojrzalszy, poważniejszy film o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, gdzie Mowgli musi odnaleźć swoje miejsce w dżungli. Czy będzie tak jak inni ludzie ją eksplorował dla własnej korzyści, czy będzie może starał się żyć w symbiozie z naturą. Te pytania intrygują, pokazując inne oblicze znanej (przynajmniej z filmów) opowieści. I za tą odwagę podziwiam twórcę, ale mam wrażenie, że twórcy nie pozwolono pójść dalej w tym kierunku.

mowgli2

Bo parę wątków zostaje potraktowanych po macoszemu (kwestia wykorzystania ognia, który czyni z człowieka równie groźnego drapieżnika, co Shere Khan czy ostatecznego potwierdzenia swojego miejsca dla Mowgliego, tak jak próba odnalezienia się wśród ludzi), zaś relacje między ludzkim szczenięciem – jak jest nazywany Mowgli – a resztą stada bardziej przypomina kino familijne. Niby pojawia się miejscami krew (pierwsza próba zabicia Mowgliego przez Shere Khana) czy pokazano niebezpieczeństwa dżungli, ale jest tego zbyt mało. Muszę jednak przyznać, że w obrazku wygląda to nieźle – kamera w ręku Michaela Seresina potrafi pokazać surowy krajobraz, a wiele scen jak wyścig o dołączenie do stada czy Mowgli przyjęty przez ludzi w czym, co mógłbym nazwać rytuałem wygląda naprawdę porządnie. Scenografia oraz efekty specjalnie (zwłaszcza mimika zwierzątek) też cieszą oko, a etniczna muzyka dodaje klimatu.

mowgli3

Aktorsko jest naprawdę dobrze. Mowgli w wykonaniu Rohana Chanda wypada dobrze i przekonująco wokół całego otoczenia. W oczach widać jego zagubienie, a jednocześnie coraz bardziej rozwijającą się jego siłę, spryt oraz determinację. Za to głosowo największe wrażenie robi trio Christian Bale, sam reżyser oraz Benedict Cumberbatch. Pierwszy wciela się w Bagheerę, który ma dość ambiwalentną postawę i skrywa pewną tajemnicę, drugi jako Baloo jest bardziej szorstki oraz mniej przyjazny od oryginału, zaś trzeci w roli Shere Khana (to już drugi Khan w karierze Anglika) budzi postrach oraz przerażenie. I jeszcze bardziej tajemnicza Kaa z magnetyzującym głosem Cate Blanchett.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nową interpretację „Księgi dżungli” od Serkisa, bo brakuje w niej zaangażowania, pomysłu oraz czegoś powalającego totalnie na kolana. Wydaje mi się, że twórcom związano ręce, by jeszcze bardziej zaszaleć z materiałem, dodając bardziej „brudnego” realizmu. Szkoda, bo potencjał był tutaj naprawdę duży i dało się z tego więcej wycisnąć.

6/10

Radosław Ostrowski

Kronika świąteczna

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta… – jak wiadomo, powoli zaczyna się zbliżać, a wtedy pojawiają się choinki, dzwoneczki oraz filmy z pewnym kolesiem w czerwonym stroju. Nie, nie jest to Deadpool, tylko koleś zwany świętym Mikołajem. Wiecie, gość wręczający prezenty w jedną noc, nikt go nie widzi i jego obecność przyjmuje się na wiarę. Tym razem swoją opowieść postanowił pokazać Netflix, wsparty tutaj producencką ręką Chrisa Columbusa (kultowy Kevin, co dwa razy był sam w domu).

kronika_swiateczna1

Sam punkt opowieści jest bardzo prościutki: mamy rodzinę, która straciła ojca-strażaka. Matka pracuje jako pielęgniarka w szpitalu, zaś dwoje dzieci coraz bardziej się od siebie oddala. Starszy brat (Teddy) nie wierzy w bzdury o Mikołaju i idzie na kolizję z prawem, zaś jego siostra (Kate) wydaje się tą bardziej naiwną, pocieszną oraz tą „grzeczną”. Ciężko utrzymać tą więź. W noc wigilijną dziewczynka znajduje na jednej z nagranych taśm pewną rękę z prezentem. Przekonuje brata, by sfilmować i „upolować” świętego Mikołaja. Żeby udowodnić jego istnienie, co w pewnym sensie się udaje. ale problem w tym, że sanie zostają rozbite, renifery zaginęły, a worek z prezentami odleciał w siną dal. Czyżby tegoroczna Gwiazdka miała się zakończyć katastrofą?

kronika_swiateczna2

Reżyser Clay Kaytis realizuje klasyczny film familijny, jakiego możecie się spodziewać. Każdy problem zostaje dość szybko rozwiązany, humor jest miejscami bardzo slapstickowy (wręcz ograny do bólu), a finał jest równie oczywisty jak kolejność dni w tygodniu. Są renifery? I nawet ładnie wyglądają, elfy też potrafią być urocze (z wyjątkiem jednego narwańca), a w tle czuć klimat świąt, co także jest zasługą muzyki. Wiadomo, jak to się skończy: prezenty zostaną dostarczone, Mikołaj będzie szczęśliwy, a dzieciaki odnowią swoją więź, pokonując pewne demony. Historia nie porywa, ale ogląda się całkiem nieźle.

kronika_swiateczna3

Najbardziej podobała mi się wizja świata św. Mikołaja. Facet ma dość wypasione sanie (mogą być nawet lekkim samolotem) oraz kilka gadżetów – lokalizator worka, będącego wrotami do domu świętego oraz jego ekipy elfów, zaś sam odnosi się z dużym dystansem do swojego medialno-popkulturowego wizerunku. Jego zderzenie z rzeczywistością staje się źródłem kilku zabawnych sytuacji (scena w areszcie, gdzie wykonuje koncert niczym dawni Blues Brothers), zaś rozpoznawanie swoich podopiecznych, gdy jako dzieci prosili o prezenty, też sprawia troszkę frajdy.

Samo aktorstwo jest poprawne, ale jest jeden mocny punkt: święty Mikołaj. Ale czy może być inaczej, jeśli tą postać gra sam Kurt Russell? I ten Mikołaj jest absolutnie cudowny: z jednej strony wierzy mu się, potrafi wyczarować różne prezenty, chociaż wygląda na troszkę starszego i mniej zadbanego, z drugiej ma masę luzu, dystansu oraz wnosi lekkość tej postaci. Zawsze pozostaje przekonujący, odpowiednio charyzmatyczny, a jednocześnie bardzo jowialny. I jego obecność nakręca ten cały film (tak jak krótki epizod pani Mikołajowej – sami zobaczycie, kto się wcielił w tą postać).

Jaka jest ta „Kronika świąteczna”? Całkiem fajna, chociaż trzeba bardzo mocno zawiesić oko na wydarzenia ekranowe. Lekki, niezobowiązujący seans z rodziną w towarzystwie najbardziej cool Mikołaja w historii. Czy można się rozczarować?

6/10

Radosław Ostrowski

Ballada o Busterze Scruggsie

Potwierdzają to setne przykłady,
Że westerny wciąż jeszcze są w modzie
Wysłuchajcie więc, proszę, ballady
O tak zwanym Najdzikszym Zachodzie

Wojciech Młynarski, „Ballada o Dzikim Zachodzie”

buster_scruggs1

Z tym fragmentem popularnej piosenki Wojciecha Młynarskiego dyskutować jest ciężko, bo od mniej więcej 2003 roku coraz częściej odwiedzaliśmy Dziki Zachód. Czy to w formie zabawy gatunkiem („Slow West”, „Bone Tomahawk”, „Django”), czy to remake’ów klasycznych opowieści („3:10 do Yumy”, „Prawdziwe męstwo”, „Siedmiu wspaniałych”), czy wykorzystaniu gatunkowego sztafażu do historii spoza gatunku („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”, „Zjawa”, „Tajemnica Brokeback Mountain”). Teraz z westernem znowu postanowili się zmierzyć bracia Coen. Początkowo „Ballada o Busterze Scruggsie” miała być serialową antologią, ale ostatecznie współpraca z Netflixem skończyła się pełnometrażowym filmem. Czy to był dobry ruch? I tak, i nie, bo – jak w przypadku każdej kompilacji nie każda historia porwała mnie tak bardzo jakbym chciał. Ale po kolei.

buster_scruggs2

Braciszkowie wykorzystują klasyczne motywy znane z kowbojskich opowieści i przerabiają je na swoją modłę. Jazda dyliżansem, wyprawa pionierów, napad na bank, poszukiwanie złota, wędrowna grupa podróżująca od miasteczka do miasteczka zarabiając opowieściami – bardziej archetypowych motywów do gawędy nie da się znaleźć. Ale wszystko jest tu troszkę inaczej niż zwykle, stanowiąc pretekst do twórczej zabawy oraz gatunkowej demolki. Historia rewolwerowca Bustera Scruggsa okraszona jest cudownymi piosenkami (zupełnie jakbym oglądał musical – prawie jak w „Ave, Cezar”) oraz rozbrajającym humorem, z bardzo przewrotną puentą. Podobnie dowcipna była historia napadu na bank (kasjer atakujący w czymś, co mogłoby być zbroją – niesamowity widok), gdzie kowboj pakuje się w dość pokręcone losy, nie zapominając o absurdalnym dowcipie (pierwsza scena próby powieszenia). Jedynym zastrzeżeniem tej historii jest fakt, że… za szybko się kończy.

buster_scruggs3

I wtedy pojawia się historia trzecia, czyli impresario wędrujący od miasta do miasta z cytującym różne teksty mówcą. Niby nic dziwnego, ale osobnik ten jest pozbawiony wszelkich kończyn, co ma gwarantować pewne profity. Ta opowieść jest cięższa, mroczniejsza (jest cały czas noc) oraz bardziej serio. Samo w sobie może nie wywołałoby to we mnie zgrzytu, jednak brak puenty, niemal brak dialogów sprawiły, że seans był dość męczący. Odbiłem się od tej opowieści niczym od ściany. Zrekompensowało mi tą stagnację historia poszukiwacza złota, choć pozornie w niej nie dzieje się zbyt wiele. Ale jest to najpiękniejsza wizualnie opowieść – krajobrazy wyglądają imponująco, jak z klasycznego westernu czy jakiegoś cudnego malowidła. Prawdziwa wizualna uczta.

buster_scruggs4

Równie imponująco wygląda piąta, najdłuższa nowela. To historia Alice Longabaugh, która wyrusza z bratem do miasta w konwoju. Tutaj jest bardziej melodramatycznie, bo w drodze jeden z przewodników, pan Knapp zakochuje się w tej nieśmiałej, zagubionej damie. Dla mnie ta opowieść też mnie zawiodła troszkę. Dlaczego? Po pierwsze, nie obchodziła mnie główna bohaterka – jej zagubienie, bezradność, emocjonalna apatia działała na mnie odstraszająco, mimo obsadzenia w tej roli Zoe Kazan. Po drugie, nie uwierzyłem w tą relację między Knappem a Alice i nie mogłem zrozumieć, co ten facet w niej widział, że chciał się z nią związać. Sytuację troszkę rekompensowały zdjęcia oraz zakończenie, stawiające całą opowieść w stanie zawieszenia. A na finał mamy pasażerów dyliżansu, jadących do miasteczka z trupem. Stylistycznie całość jest zamknięta w jednej przestrzeni, przypominając wyglądem westerny z lat 30. czy 40., kadrując tylko i wyłącznie twarze pasażerów. Niby są tylko dialogi (głównie o rodzajach ludzi), jednak nastrój troszkę przypomina tutaj horror. Zwłaszcza, gdy poznajemy profesję dość intrygującej pary podróżnych. Satysfakcjonujące i odpowiednio mroczne.

buster_scruggs5

Choć scenariuszowo nie wszystkie historie wciągają tak, jakby mi się marzyło, to jednak dobrze się bawiłem. Zdjęcia miejscami są olśniewające, ale zawsze budują klimat. Tak samo jak kostiumy oraz scenografia, a także muzyka Cartera Burwella – odpowiednio budująca napięcie, opisująca zachwycającą przyrodę oraz pełna kilku zgrabnych piosenek. Także aktorsko jest miejscami znakomicie, rekompensując wiele wad. W mojej pamięci najbardziej zapadł tytułowy Buster (rewelacyjny Tim Blake Nelson) – ubrany na biało elegancik ze świetną nawijką oraz ogromnym talentem wokalnym, budzącym zachwyt. Równie wyrazisty jest poszukiwacz w wykonaniu cudownego Toma Waitsa. Doświadczonego, zdeterminowanego i uparcie dążącego do celu, a jednocześnie pełnego pokory wobec losu oraz przyrody, co od razu wzbudziło we mnie dużą sympatię do tej postaci. Z pozostałych historii warto wspomnieć fantastycznego Harry’ego Mellinga (pozbawiony kończyn Harrison – z jaką pasją wypowiada te same słowa, to czasami włosy się jeżą), zaskakująco poważnego Jamesa Franco (kowboj z drugiej historii) oraz smolisty duet Jonjo O’Neill/Brendan Gleeson (Anglik/Irlandczyk).

buster_scruggs6

Jak widać, historie są dość różne, ale z paru można wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, jeśli chcesz przetrwać, musisz być bardziej sprytny, wyrachowany i bezwzględny niż reszta. Ale nawet to nie da ci pełnej gwarancji. Po drugie, upór i determinacja pomagają się wzbogacić. Tak jak szacunek do Matki Natury. A po trzecie, nigdy nie wiesz, kiedy skończy ci się szczęście, więc zawsze uważaj. Sam film potrafi dostarczyć rozrywki w stylu braci Coen i pokazuje, że jeszcze nie powiedzieli oni ostatniego słowa. Nic, tylko oglądać, a potem na koń! Niby nic, czego byśmy nie znali, ale bardzo przyjemnie się ogląda.

7/10

Radosław Ostrowski

Errementari: kowal i diabeł

Wierzycie w diabła? Taki paskudny gość z rogami, długim ogonem, co chętnie weźmie twoją duszę w zamian za wszystko, czego pragniesz? Tacy osobnicy gdzieś krążyli po świecie, lecz teraz nikt o nich nie pamięta i straszy nimi kościół. Przypomnijmy jednak sobie czasy, gdy Kościół miał bardzo silne wpływy, zaś diabeł istniał naprawdę. I o tym przypomni nowy film Netflixa.

errementari1

Jesteśmy w Hiszpanii lat 30 wieku XIX., czyli czas burzliwej wojny między karlistami a liberałami. W małym miasteczku w kraju Basków zaginęło złoto, które miało trafić do dowódcy karlistów. Gdzieś w jego okolicy przybywa kowal, o którym krążą nieprawdopodobne opowieści. Drugą istotną postacią jest Ursa – młoda dziewczynka wychowywana przez tutejszego proboszcza oraz gospodynię. Osóbka ta czuje się obco, odrzucona przez wszystkich, nie odnajdując się w tym świecie. Los tych dwojga się zetnie, a istotną postacią był demon pragnący o jednej rzeczy: duszy kowala.

errementari2

„Errementari” oparty na opowiadaniu reklamowany był jako horror. Bardziej jednak pasowałoby określenie baśń z elementami nadprzyrodzonymi. Miejsce akcji, czyli wiek XIX wydaje się troszkę nie pasować do konwencji, ale reżyser Paul Alijo skupia się na budowaniu aury tajemnicy. Samo miasteczko, gdzie religia, surowe wychowanie jest na porządku dziennym. Krytycznie tutaj odnosi się do władzy świeckiej, traktowanej jako zagrożenie, jednak ludzie mieszkający tutaj są prości. Surowa scenografia (siedziba kowala i pułapki dookoła) robi miejscami wrażenie, tak jak kostiumy z epoki budują miejscami mroczny klimat. Także sam wygląd diabła, troszkę przypominający demona z filmu „Legenda” wygląda odpowiednio niepokojąco. Jest też pięknie wyglądające retrospekcje z życia kowala, dodające mroku.

errementari3

Problem w tym, że „Errementari” nie wywołuje przerażenia jako horror. Sama intryga wydaje się bardzo prościutko poprowadzona, zaś kolejne elementy układanki utrzymują przewidywalny tor. O dziwo jest to bardziej kameralne niż mogło by się tego spodziewać. Napięcie coraz bardziej słabnie, bohaterowie wykonują drugi raz te same błędy (rozumiem, że zmieniły się okoliczności), nastrój gaśnie, a same postacie – poza kowalek, dziewczynką oraz demonem – nie są zbyt głęboko zarysowane. Ok, to jest baśń, ale przydałoby się coś więcej.

Niemniej te trzy role są absolutnie świetnie zagrane. Uma Bracaglia (przeurocza Ursa), Kandido Uranga (kowal Paxti) oraz Eneko Sakardoy (śmieszno-straszny Sartael) są najsilniejszym kośćcem emocjonalnym tego filmu, tworząc bardzo zniuansowane postacie. Reszta postaci prezentuje się bardzo solidnie, bez poczucia żenady czy wstydu.

„Errementari” mogło być naprawdę świetnym filmem grozy, tylko że jest to bardziej baśniowy film i zwyczajnie nie straszy. Niemniej ma to swój urok, początek jest świetny, a finał nawet daje pewną satysfakcję. Szkoda tylko, że środek zawodzi i mógł być lepszy.

6/10

Radosław Ostrowski

Król wyjęty spod prawa

Szkocja kojarzy się głównie z górzystym terenem, facetami w kiltach oraz bardzo dziwacznym, niezrozumiałym akcentem. I jak każdy kraj, ma swoich narodowych bohaterów. Najbardziej znani i rozsławieni przez popkulturę są William Wallace oraz Rob Roy, a teraz do tego grona wkracza znany w kraju (choć poza nim niekoniecznie) Robert I Bruce – król Szkocji, który zjednoczył naród przeciwko Anglikom. O nim próbuje przypomnieć Netflix pod wodzą reżysera Davida Mackenzie.

Początek to rok 1307, kiedy to szkoccy lordowie składają lenno królowi Anglii, Edwardowi I. Powstanie Wallace’a dogorywa, a sam bohater ukrywa się nie wiadomo gdzie. Jednym z tych lordów jest Robert Bruce, który w zamian za lojalność otrzymuje za żonę córkę earla Ulsteru – Elżbietę de Burgh. Jednak szanse na pokój w kraju coraz bardziej słabną – najpierw umiera ojciec Bruce’a, następnie zostaje schwytany i zamordowany Wallace, doprowadzając do wściekłości ludzi. I to zmusza Bruce’a do bardzo trudnej decyzji, czyli złamania przysięgi oraz wystąpieniu przeciw władcy Anglii. Tylko czy udaje się samozwańczemu królowi zjednoczyć wszystkich rodów? Bo nie wszyscy pójdą na ten układ.

krol_wyjety_spod_prawa1

Reżyser sprawnie opowiada historię Bruce’a od złożenia przysięgi aż do otwartego starcia pod Loudown Hill w 1307. Czyli jak widać, mamy początek walki o niepodległość, a nie cała szeroką biografię władcy. I moim zdaniem, jest to duży plus. Sama historia, mimo wielu postaci oraz dość złożonych układów politycznych, jest bardzo przejrzysta i czytelna. Chociaż muszę przyznać, że przebieg wielu wydarzeń potraktowano dość skrótowo, ale wiadomo – w dwie godziny wszystkiego nie da się upchnąć. Mamy dość skromnie pokazaną relację Bruce’a z nową żoną, żądnych dominacji nad krajem Anglikami, wewnętrznie podzieloną Szkocję czy żądnego zemsty oraz chcącego odzyskać swoje włości Jamesa Douglasa.

krol_wyjety_spod_prawa2

Ale realizacja budzi uznanie. Nie brakuje długich ujęć (choćby pierwsze 10 minut), średniowiecznej muzyki, bardzo dobrze wyglądających kostiumów oraz scenografii. Ale nie jest to film „czysty” i sterylny, bo gdy dochodzi do walk, nie brakuje lejącej się posoki, błota oraz wypływających flaków. Przemoc zmusza Bruce’a do działania podstępem, po partyzancku i te sceny pompują adrenalinę (nocny atak na zamek czy odzyskanie posiadłości przez Douglasa) niczym w rasowym kinie akcji. Dynamika jest ciągle zachowana, krajobrazy wyglądają pięknie (wręcz monumentalnie), a reżyser odpowiednio zaprawia wszystko patosem, gdzie trzeba.

krol_wyjety_spod_prawa3

Aktorsko jest tu więcej niż nieźle, chociaż nie do końca wykorzystano pierwszy plan. Chris Pine w roli Bruce’a daje sobie radę i dodaje parę odcieni szarości do tej postaci, czyniąc tą postać mniej jednoznaczną: przecież zabił rywala o tron, chcąc dogadać się w sprawie wspólnej walki, później działał bardziej jak zbój niż rycerz. Aktor sprawia wrażenie opanowanego i spokojnego, jednak w oczach widać, że się gotuje. Florence Pugh ma podcięte skrzydła i nie ma zbyt wiele do zagrania jako nowa żona Roberta, ograniczona do roli wspierającej i lojalnej wobec niego kobiety. I tylko tyle. Ciekawszy jest drugi plan zdominowany przez niezawodnego Stephena Dillane’a (król Edward I) oraz wręcz obłędnego Aarona Taylora-Johnsona (James Douglas) z dzikością w oczach, której nie da się opisać. To trzeba zobaczyć samemu.

Czyżby zła passa Netflixa, hurtowo realizującego średnie filmy została w końcu przełamana? „Król” może nie jest tak imponujący jak „Braveheart”, ale chyba też nie o to tu chodziło. Zamiast hollywoodzkiego przepychu oraz totalnej rozróby, mamy troszkę kameralne kino historyczne, które bardziej trzyma się ziemi i realizmu. Powolne tempo oraz niektóre nierozwinięte wątki mogą wielu odstraszyć, niemniej wciąga.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 1

Filmów opartych na grach komputerowych było wiele, ale żadna nie była do końca udana. Nie odstraszało to jednak filmowców, by w końcu przynajmniej zbliżyć się do zadowalającego efektu („Warcraft: Początek”, pierwszy „Mortal Kombat”) zarówno dla graczy, jak i dla kinomanów. Tym razem jednak do gry postanowił się włączyć Netflix, sięgając po klasykę gier konsolowych, czyli serię „Castlevania”. Cykl opowiadał o rodzie Belmontów, który walczy z Draculą oraz jego armią z zaświatów.

Pierwsza seria to właściwie geneza całego konfliktu. Jest XV wiek i jesteśmy w krainie zwanej Wołoszczyzna, gdzie przebywa Vlad Dracula Tepesz – wampir, posiadający bardzo zaawansowaną wiedzę oraz technologię, jakiej spodziewalibyśmy się w XIX czy początku XX wieku. Wtedy w jego życiu pojawiła się kobieta – Lisa, która chciała leczyć oraz pomagać innym ludziom. Ale 30 lat później pewien duchowny dostrzegł w niej zagrożenie i spalono ją na stosie. Reakcja hrabiego mogła być tylko jedna: dał mieszkańcom rok na pogodzenie się z Bogiem, by potem zebrać armię i wyplenić wszystkich mieszkańców kraju. Jedyną osobą, która może go powstrzymać jest ostatni potomek rodu Belmontów, którzy zostali przeklęci przez Kościół.

castlevania_11

Odpowiedzialny za serial Warren Ellis (scenarzysta) oraz reżyser Sam Deetz ubrali tą historię w konwencji animacji stylizowanej na anime. Kreska jest bardzo charakterystyczna (te oczy), ale tylko w ten sposób można było pokazać brutalność oraz okrucieństwo wielu scen. Twórcy bardzo sugestywnie oddają realia epoki, gdzie Kościół miał wielką pozycję społeczną, lecz zamiast oświecenia oraz miłosierdzia jest terror, indoktrynacja oraz ślepe posłuszeństwo połączone z żądzą władzy. I to doprowadza do rozpanoszenia się zła, które wszystkich potraktuje jednakowo. A Bóg tylko milczy, opuszczając swoich „wyznawców”.

castlevania_12

Pierwsza seria to w zasadzie początek, wprowadzenie do większej opowieści, co sugeruje czas trwania (cztery odcinki po ok. 25 minut), przez co zostawia duży niedosyt. Jednak samo wykonanie robi wielkie wrażenie, ale ostrzegam: to nie jest film dla dzieci, a sceny przemocy są bardzo krwawe i brutalne, co w tego typu stylistyce jest absolutnie naturalne. Same sceny akcji, których nie ma zbyt wiele, wyglądają po prostu świetnie: kamera płynnie pokazuje każdy ruch, cios, uderzenie. I to się bardzo przyjemnie ogląda, zachowując pewien niepokojący klimat.

castlevania_13

Także aktorstwo oraz postacie są bardzo wyraziste. Sam Trevor Belomont (świetny Richard Armitage) ma wszelkie cechy antybohaterów: cynizm, zmęczenie życiem, jednak pod tą maską obojętnego człowieka, mającego w dupie wszystkich dookoła kryje się doświadczony, troszkę arogancki, ale niepozbawiony sprytu i wiedzy wojownik. Może troszkę wyszedł z wprawy, ale nie odpuszcza. Równie wyrazisty jest Dracula (Graham McTavish), chociaż pojawia się stosunkowo rzadko, niemniej budzi majestat swoją posturą oraz fizyczną transformacją. Mocna, wyrazista kreacja, podobnie jak ogarniętego żądzą władzy biskupa (opanowany Matt Flewer) czy tajemniczego Alucarda (James Callis) obecnego w finale.

Jak napisałem, pierwsza seria jest wprawką do mrocznej opowieści o walce dobra ze złem. Czy Belmontowi i jego drobnej ekipie uda się pokonać mrocznego Draculę? Czy może jednak polegną? Jestem strasznie ciekawy ciągu dalszego.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Atypowy – seria 2

Pamiętacie Sama Gardnera, 18-latka ze spektrum autyzmu, który próbuje się usamodzielnić? Druga seria zaczyna się dokładnie tam, gdzie poprzednia się skończyła, czyli dużymi perturbacjami w rodzinie. Siostra trafia do nowej szkoły, mama zdradziła tatę, za co zostaje wyrzucona z domu  i to tata próbuje się zająć domem, zaś relacje z Paige się ochłodziły. No i jeszcze musi znaleźć nową terapeutkę, a Sam zaraz kończy szkołę. No i pytanie: czy zostaje w domu (jak wcześnie planowano), czy może jednak zdecyduje się na studia.

atypowy_21

Pierwszy „Atypowy” był całkiem sympatycznym komediodramatem, z bardzo fajnym bohaterem, próbującym się odnaleźć w nowych sytuacjach. No i ma fioła na punkcie pingwinów, Antarktyki oraz wszystkiego dookoła. Druga seria, choć nie pozbawiona uroku oraz humoru, jest o wiele poważniejsza, a co najważniejsze widać pewną ewolucję postaci. I nie chodzi tylko o Sama, ale też o wszystkich dookoła niego. Oni wszyscy są zmuszeni do przewartościowania swojego życia, by na nowo się w nim odnaleźć. I wszystko to jest poprowadzone w sposób intrygujący, szczery i bez poczucia irytacji, jakie miałem podczas oglądania poprzedniej serii.

atypowy_22

Nadal widzimy Sama, który próbuje – na własny sposób – odnaleźć się w świecie, który nie jest tak uporządkowany jakby chciał. Zarówno kwestie życia w związku, próba odnalezienia się po rozstaniu rodziców, próby usamodzielnienia się (posiadanie własnego konta w banku)jak i coś absolutnie nowego: grupowa terapia Sama u szkolnego pedagoga. I to daje szerszej perspektywy na spektrum autyzmu, który też bywa źródłem nieporozumień (aresztowanie Sama przez policję), ale też złośliwości i kpin. Tutaj rodzina musi się na nowo połączyć, co nie jest pokazane w sposób uproszczony czy hollywoodzki, ale zachowana zostaje lekkość w opowiadaniu historii. Czy rodzice będą się w stanie dogadać i wybaczyć? Czy siostra sobie poradzi w nowej szkole? No i czy Sam odnajdzie swoje miejsce? Większy nacisk jest na interakcje, postacie bardziej irytujące poprzednio (matka, Zahid) zyskują na oczach, co działało nadal działa (ojciec, Sam, siostra) i zostaje nawet rozwinięte. Jedyny mniej angażujący wątek dotyczy byłej terapeutki Sama oraz jej życia prywatnego. Ale to jedyna skaza w serialu, który zdecydowanie złapał wiatru w żagle.

atypowy_23

Nadal jest to świetnie zagrane. Fason nadal trzyma Keir Gilchrist w roli Sama, który rozbraja swoją wiedzą o Antarktydzie, pingwinach, ale coraz bardziej zaczyna ewoluować. Nadal słowa traktuje dosłownie i dość opornie idzie mu z pewnymi nawykami, jednak coraz bardziej zaczyna dostrzegać pewne rzeczy. Nadal jest uroczym, choć troszkę innym nastolatkiem, którego nie byłem w stanie nie lubić. Również świetna jest Brigitte Lunde-Paine, czyli troszkę złośliwa, zdystansowana Casey (siostra), tutaj stojąca przed nowym wyzwaniem, czyli adaptacją w nowej szkole. Pojawi się jeszcze w jej życiu ktoś, kto może poważnie namieszać i ta relacja jest bardzo zaskakująca. Pozytywnie zaskoczyła mnie Jennifer Jason Leigh, tutaj przechodząca dość poważną drogę do odzyskania zaufania. I jest absolutnie fantastyczna, co było dla mnie kompletnym szokiem. Już nie drażni, tylko zaczyna budzić sympatię, a nawet współczucie. Fason trzyma Michael Rapaport, czyli ojciec próbujący być wsparciem dla wszystkich, choć nie zawsze daje radę. Ta interakcja, tarcia między rodziną, która ewidentnie się kocha, choć czasem ma siebie dość, jest prawdziwym złotem.

Kompletnie mnie zaskoczyło jak wielką ewolucję dokonał ten serial Netflixa, zachowując swój sympatyczny charakter. Świetnie balansuje między dramatem a komedią, bardziej czuć tutaj ciężar, by rozładować humorem (niesamowita scena przemowy pod koniec roku). Nie umiem słowami opisać jak bardzo ten serial mi się podoba. Weźcie tego Netflixa i zobaczcie koniecznie – niby skromny serial, ale wariat.

8/10

Radosław Ostrowski

Druga strona wiatru

Kino zna historie filmów, których realizacja jest o wiele ciekawsza niż ostateczne dzieło. I trochę się obawiałem, że  z tym filmem będzie podobnie. „Druga strona wiatru” to ostatni, niedokończony za życia twórcy film Orsona Wellesa. Kręcony (z przerwami) w latach 1970-76 zawierał ponad 100 godzin materiału, ale filmu nie udało się zmontować, zaś taśmy zaginęły. Dopiero w 2014 udało się znaleźć rolki z filmem, a prawa wykupił Netflix. Ekipa pod wodzą montażysty Boba Murowskiego („The Hurt Lokcer”) oraz Petera Bogdanovicha zaczęła realizować wizję Wellesa, przy okazji poddając obraz cyfrowej obróbce.

Film jest ubrany w formę dokumentu, w którym poznajemy reżysera Jake’a Hannaforda. To już starszy facet, próbujący po latach wrócić do świata swoim nowym filmem „Druga strona wiatru”. Pokaz tego dzieła ma się odbyć w ranczu filmowca, do którego zjeżdżają krytycy, kinomani oraz najbliżsi współpracownicy, w tym Brooks Otterlake (Peter Bogdanovich) – twórca tego dokumentu.

druga_strona_wiatru1

Sama koncepcja filmu jest dość intrygująca, chociaż początek wywołuje ogromną dezorientację. Z jednej strony mamy bardzo enigmatyczne fragmenty filmu, gdzie nie pada ani jedno słowo. Z drugiej są filmujący wszystko dziennikarze, pasjonaci, którzy próbują bliżej poznać Hannaforda oraz zaczynamy odkrywać pewną tajemnicę wokół tego filmu. Bo praca nad nim nie jest zbyt prosta z dwóch powodów: brakuje forsy na dokończenie materiału oraz zniknął grający główną rolę aktor. Żeby jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, reżyser bawi się formą po całości: zmiana kolorystyki z kolorowej (film Hannaforda) na czarno-białą, przechodząca w kolor, dużo zbliżeń, bardzo szybki montaż, przeskok z postaci na postać i początkowo ciężko jest złożyć to wszystko do kupy.

druga_strona_wiatru2

Reżyser bardzo złośliwie odnosi się do samego środowiska, które troszkę niczym sępy, chce jak najwięcej odkryć, poznać, zrozumieć. Obrywa się przemądrzałym krytykom, którzy – jak nie wiedzą – mówią zbyt dużo, nieufnym producentom oraz troszkę po części samemu reżyserowi, będącemu mitomanem, realizującym kino w troszkę partyzancki sposób: bez scenariusza, mocno wyciskając z aktorów wszystkie soki, zmuszając do posłuszeństwa. Wszystko poznajemy jedynie w rozmowach, dialogach, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, kolejno odkrywanych kart, konfliktów, pretensji oraz niejasnych układów. I wiem, że dla wielu ten seans może być bardzo męczący, ale warto zaryzykować. A największe wrażenie i tak robią sceny z filmu – bardzo wysublimowanego wizualnie, z kilkoma operatorskimi trickami (scena z lustrzanymi odbiciami na wystawie) oraz zabawą oświetleniem (bardzo zmysłowa scena erotyczna podczas jazdy samochodem, gdzie widzimy tylko kobietę z przodu, a światło pulsuje niczym u Davida Lyncha) oraz eleganckim jazzem w tle. Ale gdybyście mnie chcieli zapytać o czym to było, nie umiałbym wam odpowiedzieć, bo byłem kompletnie zahipnotyzowany kadrami, a także bardzo enigmatycznymi kreacjami Oli Kodar i Roberta Randona.

druga_strona_wiatru3

Także grający tutaj główne role John Huston (Hannaford) oraz nieznany mi z tej strony Peter Bogdanovich (Otterlake) tworzą bardzo wyraziste kreacje, początkowo przypominającą relację mistrz-uczeń. Ale im dalej w las, tym więcej jest tutaj niejasności, skrywanej zazdrości oraz wrogości, dodającej wiele toksyn do tego dziwnego duetu. Welles w postaci reżysera pokazuje niejako samego siebie, czyli będącego poza głównym nurtem wizjonera, próbującego dotrzeć do współczesnej widowni.

Czy „Druga strona wiatru” ma szansę przebicia się dla kinomanów nie znających w ogóle postaci Orsona Wellesa? Czy będzie czymś więcej niż ciekawostką dla filmoznawców? Dla pewnego wąskiego grona widzów jak najbardziej, zaś kilka kadrów bardzo mocno zapadnie w pamięć. Welles potrafi uwieść, zaintrygować, zaskoczyć, nie zawsze dając odpowiedzi.

7/10 

Radosław Ostrowski

O Matador

Brazylia kinematograficznie kojarzy się z tasiemcowymi serialami, w których po pewnym czasie logika jest totalnie zaburzona, zaś wszelkie komplikacje są tak wielkie, że nie da się w tym wszystkim połapać. Ale to właśnie tam rok temu Netflix pomógł zrealizować film tamtejszego twórcy, Marcelo Galvao na realizację swojego filmu, będącego… westernem.

Sama historia jest dość mocno pogmatwana i skupia się na pewnym mężczyźnie. W młodości, niemowlęciem będąc, zostaje znaleziony przez samotnego wojownika zwanego Siedem Uszu. Czyni z niego idealnego myśliwego, po czym wyrusza do miasta i znika. Wiele, wiele lat Blancharda już jako mężczyzna wyrusza na poszukiwania i tam poznaje francuskiego potentata, pana Bertranda, co wywołuje masę komplikacji.

o_matador1

Sama konstrukcja filmu przypomina stylistykę Quentina Tarantino, czyli łamanie chronologii oraz masa postaci, które posiadają pokręcone, mroczne historie. Ramą narracji w „O Matador” jest opowieść prowadzona przez młodego mężczyznę, podróżującego z dwójką dzieci, przez co początek może wywołać dezorientację. jest kilka scen, które później powracają jako bardziej rozwinięte. Później reżyser idzie ku bardziej efekciarskiej formie, serwując kolejne postacie (prostytutka, tajemniczy Gringo, rysownik i prawa ręka Francuza, mściciel w stroju łowcy głów), tworząc jeszcze większy chaos do tej ballady o chciwości, która doprowadza do zatracenia się, skazując na potępienie kolejne pokolenia. Niby nie brakuje strzelanin i krwi, surowego krajobrazu pustyni czy bardzo dynamicznej muzyki, granej na gitarach oraz dość wystawnej scenografii (siedziba Blancharda, jego burdel), jednak się w to wszystko zaangażować z powodu swojej bardzo epizodycznej struktury. Bo nie do końca wiemy, na kim tak naprawdę się skupić, a żadna postać (poza naszym protagonistą, później zwanym Fryzjerem) nie zostaje zbyt wyraziście napisana, pełniąc role archetypowych szablonów typu: psychopatyczny zabójca (pomocnik rysownika, który ma obsesję na punkcie czystości), perwersyjna żona głównego łotra, szlachetna prostytutka, samotny mściciel etc.

o_matador2

„O Matador” jest bardzo wymagającym filmem, który chciałby wnieść troszkę świeżej krwi do westernowej konwencji, jednak nie za bardzo wie, co chce opowiedzieć. Aktorsko jest dość solidnie (najbardziej wybija się troszkę dziki Diogo Mordago), jest parę mocnych scen, ale to troszkę za mało, by zapadł bardziej w pamięci. Wielka szkoda.

6/10 

Radosław Ostrowski

Apostoł

Początek XX wieku. Gdzieś z dala od cywilizacji znajduje się wyspa, której mieszkańcom przewodzi prorok Malcolm. Ostatnio jednak coraz bardziej doskwierają problemy, bo ziemia nie chce dać plonu, mimo silnych modlitw, a dodatkowo pojawiają się tam szpiedzy króla, próbujący zinfiltrować wyspę. Dlatego jedną z metod utrzymania się jest porywanie ludzi dla okupu, by móc jakoś przetrwać. Dlatego pojawia się tam Thomas Richardson, by odbić przebywającą tam siostrę.

aposto1

Tym razem dla Netflixa poszedł tworzyć Gareth Evans, czyli twórca nowych klasyków kina kopanego – „Raid” oraz „Raid 2”. Jednak jego nowe dzieło ma z kinem kopanym tyle wspólnego co rap z disco polo. „Apostoł” to bardzo mroczny thriller, niepozbawiony elementów horroru, gdzie nie ma tak naprawdę pośpiechu. Spokojne tempo narracji pomaga budować klimat, oparty na tajemnicy dotyczącej czemu oddaje się cześć na tej wyspie oraz funkcjonującym tu zasadom. Powoli zaczynamy poznawać kolejnych mieszkańców, kto jest kim, a także jakie wkrótce mogą dojść spięcia. Bo będziemy mieli zarówno młodych kochanków, świetnie sobie radzącą z medycyną córkę proroka oraz kompletnie inaczej podążających ojców założycieli wyspy. Cała ta aura wywołuje ciągłe poczucie zagrożenia, wręcz klaustrofobii, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać, dopiero w finale wykładając wszystkie karty na stół.

aposto2

Wrażenie robi strona wizualna i widać tutaj spory budżet, bo wiernie odtworzono stroje oraz budynki z początku XX wieku. Na początku – zanim trafiamy na wyspę – mamy krótkie momenty ówczesnej rzeczywistości, gdzie nie brakuje zarówno pociągów, jak i dość bogatego domostwa. Surowa scenografia, pełna drewnianych budynków, jakiegoś tunelu czy tajemniczego budynku a’la stodoły, gdzie… o nie, tego wam nie zdradzę. Muzyka wręcz niemal świdruje uszy, operator serwuje kilka tricków, jak choćby znany z „Upgrade” sceny, gdzie kamera przykleja się do boku bohatera.

aposto3

Musze jednak ostrzec: to seans dla ludzi o bardzo mocnych nerwach i jeszcze twardszych żołądkach. Bo krew leje się ostro i jest bardzo naturalistycznie przedstawiona przemoc, która zostanie w pamięci na długo. Tak jak pytania o to, do czego może doprowadzić wiara jako narzędzie kontroli oraz posłuszeństwo (pamiętanie „Brimstone”?), a także do czego jest w stanie dopuścić się człowiek, by osiągnąć cel słuszny dla swojej grupy.

Reżyser nie tylko pewnie prowadzi narrację, pełną intensywnych emocji, krwawych scen oraz świetnego aktorstwa. Dan Stevens jako Thomas z błyskiem szaleństwa oraz cynizmem zmieszanym z determinacją tworzy postać bardzo przesiąkniętą mrokiem oraz naznaczoną mroczną przeszłością. Trudno mu nie kibicować, choć musi działać podstępem. Dla mnie największe wrażenie zrobił Michael Sheen w roli proroka Malcolma, który stara się zachować swoje stado w jedności, choć miewa momenty zwątpienia, zaś siłę stosuje tylko w ostateczności. Świetny jest także drugi plan, któremu przewodzi Lucy Boynton (Andrea, córka proroka) oraz wręcz diabelski Mark Lewis Jones (Quinn).

Coś ostatnio dziwnego się dzieje, bo Netflix w realizowaniu filmów chyba zaczyna łapać wiatr w żagle. „Apostoł” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ta sieć miała do zaoferowania w tym roku, a Gareth Evans potwierdza klasę jako reżyser. Bez ciosów z karata, ale nie bez przemocy. Wiele kadrów oraz scen zapamiętacie na długo.

7,5/10

Radosław Ostrowski