Ogród rodzinny. Dezerter

Rok 1948, powoli w Czechosłowacji zaczynają instalować się komuniści. A jak radzą sobie bohaterowie „Ogrodu rodzinnego”? Odnalazł się w końcu zaginiony Otta, tylko że twarz ma dość zmasakrowaną i wraca do swojego salonu fryzjerskiego. Vilma z Jindrichem oczekują kolejnego dziecka, a mężczyzna pracujący w kontroli lotów ma problemy z powodu antykomunistycznego nastawienia. Jako taka trzyma się właściciel szklarni Milos, który dzięki wsparciu rodziny jest w stanie prowadzić swój interes. Kto jednak stanie się tytułowym dezerterem?

ogrod_rodzinny_21

Jan Hrebejk ze scenarzystą Petrem Jarchovskim wracają do naszej rodziny i tym razem przygląda się, jak poszczególni bohaterowie odnajdują się w nowej rzeczywistości. „Dezerter” stylistycznie kontynuuje ścieżkę obraną przez pierwszy film. Nadal wrażenie robi warstwa wizualna (salon i szklarnia wygląda świetnie), stylizowane zdjęcia oraz powolna, spokojna narracja. Ale coraz więcej tutaj widać mroku oraz wpływu polityki. Naklejane plakaty, namawiające do głosowania na komunistów, cieć będący komunistą (mocna scena, gdy Jindrich ostro wykłada mu swoje przekonania), zmiana władzy w salonie – tutaj widać, jak mechanizmy historii mają wpływ na naszych bohaterów. Jednak Hrebejk skupia się przede wszystkim na Otcie, który najciężej znosi wszelkie perturbacje, za które będzie musiał zapłacić. Więcej wam z fabuły nie zdradzę, ale będzie parę niespodzianek, nie zabraknie odrobiny humoru (wizyta radzieckich towarzyszy oraz psikus dokonany przez Karlika – śmiech i przerażenie idą tu ręka w rękę) oraz miejscami gorzkich obserwacji.

ogrod_rodzinny_22

Hrebejk tutaj zyskuje na polu obyczajowym, co najbardziej widać w rodzinie Jindricha. Żona wydaje się niby ugodowa, może bardziej dyplomatką, ale mężczyzna nie tylko może odpędzać swoją niezłomną postawą, która przynosi tylko więcej komplikacji. Ale jego podejście do córki jest dość oschłe, co może wynikać z długiej nieobecności, ale także z silnego pragnienia syna. Także podziały polityczne bywają mocne, co doprowadza do pewnej nieufności, nawet nienawiści (spięcie między Karelem a Jindrichem zakończone dość bolesną puentą). Nie mniej reżyser próbuje zrozumieć swoich bohaterów, nawet jeśli dokonują niezrozumiałych dla nas decyzji.

ogrod_rodzinny_23

Tak jak poprzednia część, to był popis Anny Geislerovej (tutaj też obecnej na drugim planie), tak ta należy w całości do Jiriego Machaczka. Aktor bardzo dobrze pokazuje zmieniający się charakter Otty – od bardzo serdecznego, niemal króla życia aż po niemal wrak człowieka, coraz bardziej pozbawionym ducha, charakteru, chęci do czegokolwiek. Pozostali aktorzy nadal prezentują się bardzo dobrze (szczególnie Martin Finger, David Novotny oraz Sabina Remundowa), podtrzymując poziom poprzednika.

„Dezerter” to zdecydowanie mocniejszy i poważniejszy film od poprzednika, gdzie Hrebejk wprowadza wiele mroku. Historia i polityka coraz mocniej wchodzą z butami, ale nadal reżyser troszkę wprowadza humoru. Niemniej wydźwięk całości jest bardzo dramatyczny, co potrafi parę razy uderzyć. Jaki będzie ciąg dalszy? Przekonamy się wkrótce.

8/10

Radosław Ostrowski

6 balonów

Wszystko skupia się w ciągu niemal jednego wieczora, gdzie ma dojść do przyjęcia-niespodzianki wobec chłopaka naszej bohaterki. Katie wydaje się być spokojną, poukładaną dziewuchę, tylko że jest jeden szkopuł: brat Seth, który jest narkomanem. Na odwyku był multum razy, a nawet opieka nad 2-letnią córką nie jest w stanie go zmienić. Dziewczyna próbuje zapisać brata na odwyk, co nie będzie takie łatwe.

6_balonw1

Netflix znowu próbuje opowiedzieć skromną historię na poważny temat. Wiecie, jak łatwym tematem wydaje się uzależnienie od narkotyków? Jak bardzo pociągającym dla filmowców? Mógłbym wymienić tutaj bardzo długą listę, więc co ciekawego w tej materii ma do zaoferowania „6 balonów”? Po pierwsze, skondensowanie całej opowieści do jednego zdarzenia oraz skupieniu się na jednym wątku, czyli bardzo toksycznej relacji rodzeństwa. Nie mamy tutaj pokazania przyczyny tej sytuacji, dlaczego brat zaczął ćpać i czemu próbuje podjąć się rolę bycia ojcem. Wszystko się skupia na próbie zapisania Setha na odwyku, a po drodze jeszcze odebranie tortu oraz pójście po towar (tytułowe sześć balonów). Sama historia jest dość krótka przez co nie ma mowy o przynudzaniu, a krótki czas pozwala na intensyfikację wydarzeń. Ale też bardzo widać, jak ta relacja działa destrukcyjnie na najbliższych. Może jest to pokazane dość nachalnie (czytany rozdział jakiegoś poradnika oraz „tonący” samochód), niemniej potrafi to zadziałać.

6_balonw2

Jednak „6 balonów” ma jedną, bardzo poważną wadę – nie opowiada niczego nowego w tym temacie. Wszystko to przypomina wyważanie otwartych drzwi, przez co nie byłem specjalnie zaangażowany w całą tą historię. Podejrzewałem, jak to się skończy, a seans był dla mnie zbyt nudny. Może, gdyby był dużo młodszy i zaczynałbym oglądanie filmów z narkotykowym nałogiem, pewnie zmiótłby mnie. Być może taki był zamysł, żeby trafić do młodego odbiorcy. I pewnie zrealizuje ten zamysł.

Z obsady najbardziej znany jest Dave Franco, który tutaj wciela się w uzależnionego Setha. Jest odpowiednio irytujący, żałosny, budzący współczucie. Całkiem nieźle za to wypada Abbi Jacobson w roli Katie i w zasadzie to ona dźwiga ten film na swoich barkach. I czuć tutaj chemię miedzy postaciami, choć Setha bardzo trudno polubić.

Innymi słowy jest to solidny film, tylko że nie ja jestem głównym celem dla twórców. Czy dotrze do młodych ludzi? Nie wiem, ale dla mnie to tylko powtórzenie znanych mi już prawd.

6/10

Radosław Ostrowski

Przebudzenia

Rok 1969, Bronx. Tutaj znajduje się szpital, gdzie pacjentami są chronicznie chorzy pacjenci zwani tutaj warzywkami. Dawno stracili kontakt z otoczeniem, nie reagują na bodźce, można rzec – wegetują. Ale pojawia się nowy lekarz – dr Malcolm Sayer, neurolog bardziej skupiający się na pracy naukowej niż pracy z pacjentami. Odkrywa, że kilkoro z pacjentów miało zdiagnozowane w dzieciństwie zapalenie opon mózgowych, przypominające objawy Parkinsona. Lekarz decyduje się na eksperymentalną terapię za pomocą nowego leku zwanego L-dopa, wykorzystując jednego pacjenta – Leonarda Lowe’a jako królika doświadczalnego.

przebudzenia2

Nakręcony w 1990 roku film Penny Marshall wydaje się na pierwszy rzut oka produkcją, która najwyżej mogłaby trafić do telewizyjnego cyklu „Okruchy życia”. To bardzo skromne kino, pozbawione (od strony formalnej) jakiś wodotrysków, ale angażujące emocjonalnie. I tutaj dochodzi do zderzenia dwóch światów: lat 60., czyli bardziej współczesnego bohaterów oraz tych ludzi, którzy zachorowali jako dzieci i zapadli się jak kamień w latach 20. i 30. Tylko, czy powrót do tego świata po tak długiej przerwie nie wywoła psychicznego szoku. Reżyserka zaczyna też pokazywać więź jaka się tworzy w relacji między Sayerem a Lowe’m – ta przyjaźń staje się impulsem do postawienia pytania, kto tu tak naprawdę śpi. I nie chodzi tu tylko o fizyczny sen, ale ten bardziej mentalny. Wszystko jest tutaj zgrabnie zbalansowane między dramatem a humorem, czyniąc ten seans bardzo pokrzepiającym doświadczeniem.

przebudzenia1

Ale pojawia się jeszcze jedno pytanie, związane z tym, jak doszło do tego „przebudzenia” i dlaczego choroba nawróciła, mimo używania leku. Mimo lat, to pytanie pozostaje nadal bez odpowiedzi. Jest tutaj kilka naprawdę poruszających scen („przebudzeni” na dyskotece, pierwszy spacer Leonarda z Sayerem, recytowany wiersz Rilkego), które pozostaną ze mną na dłużej. Może nawet na zawsze. Każdy z wątków, nawet jeśli wydaje się lekko zarysowane (jak relacja między Leonardem z dziewczyną, która przychodzi odwiedzać swojego ojca).

przebudzenia3

Ale to wszystko trzyma na swoich barkach dwie znakomite kreacje. Bardzo pozytywnie zaskakuje Robin Williams w roli bardzo empatycznego, choć pozornie nieporadnego lekarza. Z każdą sceną coraz bardziej zaczyna nabierać pewności siebie, próbuje dotrzeć do każdego z pacjentów, bo mu na nich zależy. Widać to w jego oczach, pewnych drobnych nieporadnościach, ale to bardzo sympatyczna postać, którą każdy pacjent chciałby poznać. Ale tak naprawdę tutaj błyszczy Robert De Niro w roli Lowe’a. Aktor znakomicie prezentuje swoją postać człowieka, który na nowo odkrywa świat, chcący czerpać z niego garściami. Jednak największe wrażenie robią sceny, gdzie widać nawrót choroby – nerwowe tiki, problemy z poruszaniem, porozumiewaniem się. Bardzo łatwo było tą rolę przeszarżować, ale to wszystko zostaje utrzymane w rysach, bez popadania w karykaturę. Absolutnie totalna rola, bez cienia fałszu. Także pozostali aktorzy w rolach „przebudzonych” pacjentów wypadają bardzo dobrze, chociaż bardzo krótko ich poznajemy, zaś drobne epizody Maxa von Sydowa (dr Ingram, który pierwszy badał pacjentów) czy Petera Stormare’a (chemik) dodają smaczku.

Jeśli jeszcze nie widzieliście „Przebudzeń”, to zobaczcie je koniecznie. O takich filmach zwykło się mawiać jako „małe wielkie kino”. Niby niepozorne, delikatne i może wydawać się bardzo drobna, jednak potrafi zaangażować, jest bardzo głęboko humanistyczny w duchu. Krzepiące, kapitalne kino, który wydaje się być ponadczasowe.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Takie nasze życie

Po wielkim sukcesie jakim był debiutancki „Sokół maltański”, reżyser John Huston w ciągu zaledwie roku pokazał swoje drugie dzieło. Ku zaskoczeniu wszystkich nie był to „męski” film, lecz obyczajowy dramat oparty na powieści niejakiej Ellen Glasgow. Zaś na głównym planie są dwie postacie kobiece. Wszystko toczy się wokół dwóch rodzin, które prowadziły firmę zajmującą się produkcją tytoniu (firma Fitzroy-Timberlake). Tam mieszkały przez pewien czas dwie kobiety – opanowana, rozważna, stabilna Roy oraz dość rozpuszczona, lubiąca zabawę Stanley. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy decyduje się porzucić swojego narzeczonego (mecenas Craig) i zabiera ze sobą Petera – świetnego lekarza oraz… narzeczonego jej siostry. Bierze z nim ślub i ucieka aż do Baltimore.

takie_nasze_zycie1

Reżyser opowiada historię dwutorowo, z perspektywy obydwu pań, pokazując dwie strony wychowania. Z jednej strony spokojną, ale powoli dochodzą do swojej ścieżki Roy oraz bardzo egoistyczną, skupioną na zabawie, pozbawionej poczucia odpowiedzialności Stanley. Każda z tych ścieżek prowadzi do innych kierunków. Ale tak naprawdę najważniejsza jest ścieżka blondwłosej siostry, której los pozostawał dla mnie najciekawszy. Dlaczego? Bo nie było do końca wiadomo, czy w końcu weźmie odpowiedzialność za swoje czyny, czy dalej będzie próbowała uciekać. Nawet jeśli w jej życiu dochodzi do coraz bardziej dramatycznych sytuacji.

takie_nasze_zycie2

Więcej nie chcę wam zdradzić, bo to na nich opiera się cała opowieść. Bardzo statycznie wykonana, niemal w bardzo teatralnym stylu. Akcja ograniczona do kilku miejscu, gdzie pojawia się maksymalnie około 5 postaci (a nawet mniej), w całości opartej na niezłych dialogach. Problem w tym, że ta konwencja do mnie nie dotarła, a reżyser nie potrafił docisnąć gazu tam, gdzie trzeba było. Choć całość wygląda naprawdę nieźle, kompletnie nie byłem w stanie się zaangażować, zaś przebieg wydawał mi się dziwnie łatwy do przewidzenia. Może nie koniecznie w szczegółach, ale ogólny zarys już tak.

takie_nasze_zycie3

Mimo upływu lat aktorsko wypada więcej niż przyzwoicie, a każda postać jest sensownie napisana, zagrana i wyrazista. Największe wrażenie wywołuje ekspresyjna Bette Davis (Stanley), której zwyczajnie było mi żal, chociaż ekspresyjna jest bardzo (w momentach, kiedy wszyscy chcą jej pomóc, ale odbiera to jako atak oraz szczucie), bez popadania w karykaturę czy przerysowanie. Równie wyrazisty jest Charles Coburn (wuj William) – pełen temperamentu, niepozbawiony sprytu kapitalista, przekonany o swojej sile oraz lękiem do lekarzy. Kontrastem dla tej pary jest pozornie spokojna Olivia de Havilland (Roy), która dość szybko zbiera się do kupy, coraz bardziej rozedrgany Dennis Morgan (dr Peter) oraz zachowujący spokój Frank Craven (Asa Timberlake).

„Takie nasze życie” z dzisiejszej perspektywy może wydawać się statycznym, nudnym dramatem obyczajowym, gdzie z góry wiadomy jest przebieg wydarzeń. Huston zrobił dość solidne kino obyczajowe w lekko teatralnym stylu. Tylko, że niezbyt to angażuje.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Opowieść

Poznajcie Jennifer – to dziennikarka przed 50-tką, ale nadal atrakcyjna. Od lat żyje w narzeczeństwie z wziętym operatorem i powoli szykuje się do ślubu. Jednak jej dość spokojne życie zmienia się przez telefon od przerażonej matki. Pozornie kobieta ignoruje ten telefon, aż w końcu zostaje wysłana przyczyna: opowiadanie napisane przez Jen w wieku 13 lat, gdzie wspomina okres pobytu u nietypowej pary, zajmującej się trenowaniem (dzieci) oraz hodowlą koni. Tylko, że jest też o relacji intymnej z dorosłym mężczyzną.

opowiesc1

Reżyserka filmu Jennifer Fox postanowiła opowiedzieć o sobie samej oraz próbie pokonania swojej traumy, która dawno temu została wyparta przez pamięć. Sama Jenny pamięta samo miejsce, wrażenia, postacie, ale szczegóły dawno się zatarły, a wiele rzeczy oraz pozostało nienazwanych. To obyczajowy dramat, poprowadzony jednak troszkę inaczej niż tego typu produkcje nas przyzwyczaiły. Wiele scen, dialogów i fragmentów opowiadania zostaje powtórzonych, chociaż kontekst coraz bardziej zaczyna się zmieniać. Z jednej strony jest tu prowadzone dochodzenie własne śledztwo, gdzie poznajemy kolejne retrospekcje, rozmowy z bohaterami tamtych wydarzeń i odkrywanie kolejnych elementów układanki. Czyli klasyka tego typu produkcji. Z drugiej zaś Jenny „rozmawia” poprzez łamanie czwartej ściany i zwracanie się bezpośrednio do tych bohaterów już jako dorosła kobieta. Robi to nawet z młodszą wersją siebie, co na pewno czyni całość o wiele bardziej atrakcyjnie.

opowiesc2

Bardzo przekonująco odtworzono realia lat 70. – czasów bardziej liberalnych, gdy takie słowa jak molestowanie, pedofilia były nieznane, zaś o niewłaściwych zachowaniach nie mówiło się wprost. Tylko co zrobić w takiej sytuacji, jak odkryć prawdę i czy jest szansa na oczyszczenie, rozwianie wątpliwości. Nawet sceny intymnych relacji pokazane są na tyle delikatnie, by nie oskarżać twórców o pornografię, ale potrafią nadal przerazić. I co najważniejsze, nie daje tutaj mocnej kropki nad i w sprawie co dalej. Czy będzie szansa na związek, jaka była prawda i jaki będzie kolejny ruch? To może troszkę przeszkadzać.

opowiesc3

Za to film nadrabia świetnym aktorstwem. Tutaj błyszczy znakomity Laura Dern w roli Jennifer – pozornie spokojna, opanowana, lecz drobnymi modyfikacjami głosu oraz gestami widać, że w środku zaczyna się tutaj gotować. I to jest postać mocno trzymająca za gardło, której losy zaczynają nam zależeć. Równie mocna jest Elisabeth Debicki jako zjawiskowa pani G, będąca mieszanką delikatności, surowości oraz ciepła, a także partnerujący jej Jason Ritter (bardziej śliski, choć tego nie widać od razu Bill). Tak samo klasę prezentuję Ellen Burstyn jako matka oraz nieźle radzący sobie Common. Ale największą niespodzianką jest młodsze oblicze Jennifer, czyli Isabelle Nelisse – bardzo delikatna, naiwna oraz zagubiona dziewczynka, zauważona przez obcych ludzi.

„Opowieść” znowu pokazuje, że jeśli chodzi o realizację filmów telewizyjnych, HBO nadal pozostaje wyznacznikiem wysokiej jakości. Może czasami tempo może wielu znużyć, jednak sam film prowokuje do refleksji i dotyka (na szczęście, nie powiechrzownie) poważnego tematu, wspierany przez świetne aktorstwo. Ta „Opowieść” porusza i angażuje.

7/10

Radosław Ostrowski

Everything Sucks! – seria 1

Rok 1996, miasteczko Boring, czyli taka zwykła pipidówa gdzieś w Kalifornii. I to w tutejszym liceum uczy się trzech kumpli: Luke O’Neill, McCready i Tyler. Cała trójka dołącza do kółka audio-wideo, gdzie odpowiadają za realizowanie wiadomości szkolnych. I właśnie tam, Luke poznaje Ją – niezwykłą, młodą dziewczynę, choć pozornie wyglądającą jak szara myszka. I to bardzo dźwięczne imię Kate. Tylko, że jest ona córką dyrektora szkoły, co może komplikować sprawę.

everything_sucks1

Nowy serial Netflixa to osadzona w latach 90. młodzieżowa tragikomedia, skupiona na problemach młodych ludzi. Pozornie mogą wydawać się błahe: pierwsza miłość, brak jednego z rodziców, realizacja swojej pasji, odkrywanie swojej orientacji. Ale to wszystko pokazane jest tak wdzięcznie oraz z lekkością. A jednocześnie jest to mocno osadzone w realiach lat 90., gdzie nie było jeszcze telefonów komórkowych, a Internet (baaaaaaaaaaardzo powolny) działał tylko w szkolnych bibliotekach. Punktem wyjścia i całe clou serialu opiera się na realizacji wspólnego filmu przez kółko teatralne oraz wideo, co jest dodatkowym źródłem humoru. Całość prowadzona jest powoli, ale emocje parę razy potrafią uderzyć z siłą niemal bomby atomowej (Kate wspominająca swoją matkę), zachowując zdrowy balans między humorem a dramatem.

everything_sucks2

Najbardziej rozbudowana jest tutaj relacja miedzy Kate a Lukiem, która zaczyna coraz bardziej ewoluować – od zakochania i miłości przez gniew, ból aż po przyjaźń. Trudno odmówić twórcom szczerości w przedstawieniu tej pozornie prostej historii, opowiadanej w krótkiej formie (10 odcinków po niecałe 30 minut). Troszkę nie do końca są zarysowani bohaterowie drugoplanowi (poza ojcem Kate, matką Luke’a oraz parą z kółka teatralnego), mogących mieć coś ciekawego do opowiedzenia. Poznajemy ich jedynie w szkole, podczas przygotowań do filmu, ale poza szkołą nie wiemy o nich nic. Być może zostałoby to rozwinięte w następnych seriach, o ile powstaną.

everything_sucks3

Technicznie serial troszkę przypomina dokument – stonowane kolory, czasami ujęcia z ręki, troszkę „amatorskie” zbliżenia na twarze. To tylko podbudowuje klimat epoki, tak samo jak świetna muzyka z epoki (Oasis, Tori Amos, Spin Doctors czy The Cardigans), idealnie budująca tło, a nawet kluczowa w wielu miejscach jak wtedy, gdy Luke, by umówić się z Kate… realizuje własną wersję teledysku do „Wonderwall” czy jak Luke z Kate jadą na koncert Tori Amos. Efekt bywa piorunujący, nawet mimo stosowania klisz (czarnoskóry wychowywany przez samotną matkę, wycofany nerd kalkulujący swoje szanse, pocieszny idiota).

everything_sucks4

Aktorsko jest tutaj świetnie, co jest też zasługą mało znanych twarzy. Absolutnie rewelacyjni są Peyton Kennedy (Kate Messner) oraz Jahi Di’Allo Winston (Luke), tworząc bardzo portrety młodych ludzi, mierzących się z brakiem jednego z rodziców oraz pewnych tarć z nimi, a także relacji damsko-męskich, odkrywania swojego ja (Kate), zachwycając od pierwszej do ostatniej sceny. Równie świetna jest Sydney Sweeney jako przechodząca swoją własną ewolucję Emaline oraz Elijah Stevenson w roli skupionego na sobie, lekko bucowatego Olivera, szefa kółka teatralnego. Poza nimi warto też wspomnieć Patcha Darragha (Ken Messner), który pozornie wydaje się niezdarnym, ale sympatycznym dyrektorem szkoły. Jego próby zrozumienia i wychowania córki, pokazują jak wiele ma w sobie ciepła oraz empatii.

„Everything Sucks!” to bardzo bezpretensjonalna, szczera, pełna nostalgii (ale bez przesady) historia w stylu „Luzaki i kujony”, gdzie lata 90. są zaledwie tłem, niedominującym nad całą opowieścią. Sympatyczne, przyjemne, ale też potrafiące bardzo zaangażować kilka mocnymi scenami, czego się nie spodziewałem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Gorący czwartek

Gdzieś na Śląsku żyje sobie trzech młodych chłopaków, którzy żyją sobie bez jakichś większych perspektyw. Żyje im mija od kradzieży do kradzieży, rodzice w zasadzie nie istnieją, są zdani tylko na siebie. Aż trafia im się szansa, czyli wypasiona furka i chłopaki kradną torbę, a także radio i portfel.

goracy_czwartek1

Telewizyjny debiut Michała Rosy to kolejny przykład kina turpistycznego, próbującego pokazać spojrzenie na świat bez retuszu, ale jednocześnie jest w tym coś poetyckiego jak biedaszyby nocą. Historii jako takiej tutaj nie ma, wszystko sprawia wrażenie dokumentu, gdzie przyglądamy się naszym bohaterom, choć ich motywacja nie jest powiedziana wprost. Reżyser prowadzi dziwną taktykę i wodzi ciągle za nos (niczym ostatnio we „Florida Project”), przez co nie wiadomo, co jest grane. Włóczęga przy zachodzie słońca, bardzo skoczna muzyka z dziecięcymi wokalizami, pierwsza miłość – tych wątków jest sporo, a Rosa próbuje zgrabnie lawirować. Ale mimo dość krótkiego czasu trwania (niecała godzina), reżyser troszkę potrafi zmęczyć, bo ile można oglądać o beznadziei oraz marazmie. Każda próba wyrwania się i zdobycia pieniędzy (sprzedaż radia u pasera, „znaleźne”) kończy się porażką. Wiele scen jest tylko po to, żeby ładnie wyglądało w obrazku (pochód chłopaków przez drogę), montaż jest bardzo surowy, postacie są ledwie zarysowane, za to pochwalić należy słodko-gorzkie zakończenie, dające pewną nadzieję.

goracy_czwartek2

Spokojne, powolne i gorzkie kino z fantastycznie zagranymi dzieciakami, co u nas praktycznie nie istnieje. Naturszczycy (Damian Lubas, Daniel Nowak, Grzegorz Lempa) zachwycają swoją naturalnością, wręcz lekkością i swobodą w tworzeniu młodych, naiwnych chłopaków. Mimo tego, że czasem działają na granicy prawa, to budzą sympatię i kibicuje się im aż do końca. Z drugiego planu najbardziej wybija się Ewa Dałkowska (Godyszowa) oraz Adam Bauman (paser), kradnąc film na kilka minut.

goracy_czwartek3

Film przepadł i raz na jakiś czas telewizja sobie o nim przypomni. Ale debiut Rosy pokazuje ogromny potencjał tego twórcy, trafnie opisującego obecną rzeczywistość. Nawet jeśli okazuje się niezbyt przyjazna – ciekawe spojrzenie na przyjaźń.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Film można obejrzeć na stronie cyfrowa.tvp.pl po rekonstrukcji cyfrowej.

Zaginiony bez śladu

Howard Wakefield jest pozornie człowiekiem sukcesu. Jest prawnikiem w dużej korporacji, ma piękny dom na przedmieściach, śliczną żonę i dwoje dzieci. Ale któregoś dnia mężczyzna postanawia nie wracać do domu. Najpierw dochodzi do awarii prądu w pociągu, a Howard decyduje się zamieszkać na poddaszu, by móc obserwować sytuację w domu.

wakefield1

Film Robin Swincord to adaptacja opowiadania E.L. Doctorowa, a punkt wyjścia wydaje się intrygująca. To bardzo kameralny dramat psychologiczna człowieka przeżywającego wewnętrzny kryzys. Powoli zaczynamy poznawać jego przeszłość, jak zdobył swoją kobietę oraz poczuciu pewnej pustki, wypalenia. Początkowo to zniknięcie wydawało się hecą, wygłupem, próbą odegrania się na żonie, z którą od pewnego czasu coś się zaczęło psuć. Ale to wszystko pozwala Howardowi na zmianę perspektywy, spojrzenie z boku i rozliczenie się z samym sobą. Pojawiają się retrospekcje skontrastowane z obecnym stanem Howarda, który – niejako na własne życzenie – staje się żebrakiem, żulem żyjącym ze śmieci. Wszystko to nie jest pozbawione odrobiny humoru (sceny, gdy Howard wyobraża sobie, że zostanie rozpoznany przez żonę), chociaż te fragmenty pojawiają się bardzo rzadko. Chyba, że wspomnimy o narracji Howarda z offu, pozwalającej na bliższe poznanie tego zwichrowanego charakteru. Sam film jest bardzo wymagający i skupiony na oczyszczającej psychodramie, niemniej w żaden sposób nie wywołuje znużenia. Kolejne elementy układanki nie sprawiają wrażenia wydumanych, a niektóre refleksje są zadziwiająco trafne.

wakefield3

Jedynie rozdrażnić może zakończenie, stawiające na niedopowiedzenie (chociaż przed napisami końcowymi widzimy dwie możliwości). Czasami dialogi brzmią troszkę literacko, ale nie irytuje to zbyt mocno. Melancholijny klimat bardzo dobrze buduje muzyka, razem ze stonowanymi zdjęciami oraz spokojnym montażem.

wakefield2

Aktorsko jest całkiem dobrze, ale tak naprawdę liczy się tylko Bryan Cranston, kolejny raz potwierdzający klasę. Początkowo Howard wydaje się niezbyt przyjemnym typkiem, a jego decyzja dla mnie była kompletnie niezrozumiała i nieracjonalna. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy skomplikowanego bohatera, nie pozbawionego wad (manipulacja, bezwzględne dążenie do celu), ale też bardzo zagubionego i próbującego odnaleźć się na nowo. Howard potrafi wzbudzić współczucie, co nie jest takie łatwe. Bardzo niejednoznaczna postać.

„Zaginiony bez śladu” to kolejny przykład one man show, zdominowane całkowicie przez Bryana „Heisenberga” Cranstona, pokazującego swój wszechstronny talent oraz robiącego nieprawdopodobne wrażenie. Dla niego absolutnie warto odnaleźć ten film na półkach DVD.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzikie róże

Mała wioska gdzieś w Polsce, gdzie wszyscy się znają. To tutaj mieszka Ewa – młoda kobieta, zbierająca dzikie róże, opiekująca się dwójką dzieci. A jej mąż wyjechał za chlebem poza kraj i pojawia się raz na rok. Kobieta sprawia wrażenie bardzo wycofanej, nie kontaktowej oraz nieufnej, a my powoli zaczynamy odkrywać, co się naprawdę stało.

dzikie_re1

Film Anny Jadowskiej to dramat obyczajowy, który stara się nie iść na łatwiznę i nie pokazywać polskiej wsi w jeden z dwóch znanych sposobów. Pierwszy to „wieś sielska, anielska”, gdzie wszyscy są sobie życzliwi, przyjaźni i każdemu można zaufać. Drugi sposób to wizja znana z dorobku Smarzowskiego, czyli piekło, patologia oraz wszelki możliwy koszmar. Reżyserka jest tutaj gdzieś pośrodku, bo nie brakuje plotek i życia na pokaz, ale kiedy zdarza się tragedia, mieszkańcy rzucają się na pomoc. To pierwsze pokazują przygotowania do komunii oraz poczucie, by żyć tak, żeby nie dawać pretekstu do plotek. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę związaną z Ewą, do której na początku bardzo trudno się przekonać, polubić, zrozumieć. Ale z czasem widzimy jej klincz z resztą otoczenia (apodyktyczna matka, pyskata i krnąbrna córka, coraz bardziej oddalający się od niej mąż czy pewien namolny chłopak), gdzie musi odgrywać pewne role i coraz bardziej zaczyna jej to ciążyć. Pytanie tylko, co zrobi – dalej będzie się kisić czy w końcu podejmie próbę wyrwania się z tej dziury?

dzikie_re2

Jadowska nie ocenia swoich postaci, ale traktuje ich ze zrozumieniem oraz sympatią. Jednocześnie portret tej wsi (mimo dość luźnej konstrukcji fabularnej) nie sprawia wrażenia złagodzonego czy przerysowanego, ale jest też bardzo autentyczny, bardzo przyziemnie. Wszystko to jest zaskakująco pięknie wizualnie (zdjęcia pokazujące las z dzikimi różami), tylko muzyka potrafi rozdrażnić uszy. Wiele wątków może sprawić wrażenie pourywanych (komunia, zaginięcie, romans), ale później to wszystko zaczyna się kleić w jedną, sprawnie połączoną układankę. Nawet to pourywane zakończenie daje pewną nadzieję i szansę na nowy rozdział.

To wszystko nie miałoby takiej siły rażenia, gdyby nie fantastyczna Marta Nieradkiewicz. Jej Ewa to bardzo wycofana kobieta, tłumiąca w sobie masę niekiedy bardzo sprzecznych emocji: od zmęczenia przez obojętność po walkę. Bardzo trudno grać postać, sprawiającą wrażenie biernej emocjonalnie, ale wszystko zostało tutaj wygrane drobnymi spojrzeniami, niewielkimi ruchami, pauzami czy „łapaniem” oddechu. Nie potrafiłem oderwać oczu i z czasem zacząłem coraz bardziej rozumieć tą bohaterkę. Drugą niespodziankę zrobił Michał Żurawski, czyli Andrzej – żywiciel domu, pan i władca. Ale to bardziej złożona postać, próbująca na nowo odnaleźć więź z żoną, której nie rozumie, atakuje, grozi. Czuć w tym pewną miłość, ale dla niego coraz trudniej jest ją wyrazić. Ten duet nakręca „Dzikie róże”, pozbawiając poczucia fałszu. Nawet role dziecięce wypadają bardzo przyzwoicie, ale największą skazą jest Konrad Skolimowski (kochanek), który samym głosem wywołuje irytację.

dzikie_re3

To zaskakująco delikatny, spokojny film, ale nie jest to chłodna wiwisekcja polskiej wsi. To bardzo przekonujący dramat osoby nie potrafiącej dostosować się do norm społecznych, mimo wszelkich starań. Jaki będzie kolejny etap Ewy? Dojdźcie do ostatniej sceny i sami wyciągnijcie wnioski.

7/10

Radosław Ostrowski

The Florida Project

Gdzieś na Florydzie znajduje się mały motel, w okolicach Disneylandu. Motel zwie się Magic Kingdom, gdzie mieszkają Moonee z matką Halley, zaś poza nimi są ludzie wykluczeni, bardzo biedni. A wszystko toczy się w wakacje, gdzie tak naprawdę nie ma co robić.

florida_project1

Sean Baker przygląda się tej części Ameryki, o jakiej tu nie widzimy, nie słyszymy, nie prezentuje się zbyt często. Choć motel wygląda wręcz bajkowo, z pastelowymi kolorami, znajduje się w przedsionku Disneylandu, to tak naprawdę nie jest to raj. Wszystko tak naprawdę poznajemy z perspektywy Moonee, czyli rozbrykanej, postrzelonej, energicznej dziewczynki, nie do końca ogarniającej otaczającej jej rzeczywistości. Trudno wejść w ten film, bo przypomina to wszystko dokument, gdzie przyglądamy się pewnym zdarzeniom, które pozornie sprawiają wrażenie niepowiązanych fragmentów. Ale reżyser jest zaskakująco szczery, a wszystkie klocki zaczną powoli się sklejać w jedną całość. Powoli zaczynamy poznawać jak Halley zarabia na swój oraz swojego dziecka byt, a wiele rzeczy dzieje się poza okiem kamery. Zabieg ten ma celu „przyjęcia” perspektywy Moonee, a rzadko pojawiający się dorośli oraz ich problemy przewijają się jako tło. „Florida Project” to kolejna próba – i zaskakująco udana – rozdrapania amerykańskiego snu, który dla dorosłych się skończył. Dzieci jeszcze mają marzenia, ale pytanie na jak długo. A im bliżej finału, tym bardziej robi się dramatycznie, co kompletnie mnie zaskoczyło. Dla tego momentu warto przeczekać te krzyczące, rozbiegane dzieciaki na początku. Pozornie wszystko wydaje się nudne, ale dalej widzimy coraz większą patologię. Więcej wam nie powiem, bo to jest jedna z niespodzianek.

florida_project2

Jeszcze większą są znakomite role dziecięce. Nie wiem, jak robią to Amerykanie, ale nie można przejść wobec tego obojętnie, zwłaszcza wobec tego, co robi Brooklyn Prince. Mooney to bardzo rozkręcona dziewucha z ADHD, pełna naiwności, ale i bardzo dużej energii oraz siły, kopiująca też pewne zasłyszane słowa, gesty, zachowania. Równie mocna jest Bria Vinaite, czyli wytatuowana i pyskata Halley, sprawiająca wrażenie starszej siostry niż matki, która pozornie sprawia wrażenie osoby mającej gdzieś innych. Ale tak naprawdę przekonująco pokazuje różne desperackie kroki w celu utrzymania siebie oraz córki. Największą uwagę przykuwa jednak Willem Dafoe, czyli menadżer hotelu, Bobby. Nie tylko spec od naprawiania, pilnowania porządku, ale ktoś, mogący być autorytetem, nawet jeśli wydaje się troszkę szorstki w obyciu.

florida_project3

Film Seana Bakera troszkę przypomina dorobek Harmone’a Korine’a, chociaż jest to bardziej wizualnie pokazany świat znany z filmów Mike’a Leigh czy Kena Loacha. Takie wizualne zderzenie z treścią oraz tematyką może wywoływać na początku dysonans, jednak udało mi się złapać ten rytm. I co najważniejsze: potrafi wzruszyć, poruszyć, rozbawić.

7/10

Radosław Ostrowski