Odnaleźć siebie

Henry Turner jest bardzo dobrym i cenionym prawnikiem, który bardziej skupia się na karierze niż na żonie i córce. Wieczorem idzie do sklepu i zostaje postrzelony w trakcie napadu. Na skutek tego zdarzenia, mężczyzna traci pamięć, mowę i jest sparaliżowany. Henry musi się na nowo odnaleźć w tej sytuacji.

odnalezc1

Mike Nichols znów postanowił opowiedzieć o człowieku, który po traumatycznym zdarzeniu zmienia się na lepsze. I mam taki sam problem jak z „Pocztówkami…”, czyli temat dający spore pole do popisu, ale zrobiony w iście amerykański sposób – nudny, nieciekawy, mocno uproszczony, gdzie kobieta przejmuje chwilowo stery w domu, a miłość jest w stanie pokonać wszystko. Co prawda nasz bohater, nie odzyskuje pamięci, ale dość szybko radzi sobie z paraliżem, łatwo odzyskuje mowę. W zamian dostaje sumienie, które nie pozwala mu pracować jako adwokat i na nowo zakochuje się w swojej żonie. Inny słowy, jest dobrym facetem. Sama historia przynudza, choć aktorzy dają z siebie wszystko (zwłaszcza obsadzony w nietypowej roli Harrison Ford oraz wspierająca go Annette Bening) i to dzięki nim daje się to obejrzeć. Ale absolutnie nie warto marnować czasu na ten tytuł. Poza tym Nichols ma lepsze tytuły.

odnalezc2

5/10

Radosław Ostrowski

Pocztówki znad krawędzi

Suzanne Vale jest aktorką, tak jak kiedyś jej matka. Jednak kariera kobiety w średnim wieku przechodzi załamanie z powodu nadużywania narkotyków. Po trafieniu na odwyk, próbuje wrócić do pracy, ale ceną za to jest powrót do matki, a relacje z nią nie należą do najłatwiejszych.

pocztowki1

Kolejna obyczajowa opowieść o walce ze swoimi demonami oraz próbą powrotu na szczyt. Mike Nichols tym razem posłużył się autobiograficzną powieścią Carrie Fisher (tak, to księżniczka Leia), która także napisała scenariusz. Nie mam zarzutu co to tematyki, ale sama realizacja jest dość bezpieczna, by nie rzec obojętna. Bo dzieje się tu sporo – odwyk, powrót do pracy, gdzie nikt jej nie ufa (producenci i firma ubezpieczeniowa), a koleżanki i koledzy obgadują ją za plecami, nowy mężczyzna i życie w cieniu swojej sławnej matki, która lubi wypić i po cichu marzy o powrocie. Problem w tym wszystkim, że ogląda się to z kompletną obojętnością, niemal chłodem (tylko relacje z matką wydają się najciekawsze), idąc wszelkimi możliwymi kliszami (o dialogach nawet nie wspominam – miejscami mocno ocierają się o banał). W dodatku wydaje się to takie powierzchowne, jakby twórcy ślizgali się po temacie, nie wykorzystując potencjału oraz siły emocjonalnej (może poza zakończeniem).

pocztowki2

Aktorsko prezentuje się to całkiem nieźle, choć nie brakuje tutaj znanych twarzy. Przyzwoicie sobie radzi Meryl Streep jako pogubiona, próbująca się pozbierać aktorka, ale lepsza jest Shirley MacLaine, mająca czar i urok, jakby nie zdająca sobie sprawy, że niszczy swoją córkę swoim gadulstwem i wtrącaniem się. Poza tym duetem warto wyróżnić Dennisa Quida (uwodziciel Jack Faulkner) oraz epizody Gene’a Hackmana (reżyser Lowell Kolchek) oraz Richarda Dreyfussa (dr Frankenthal).

Nie będę krył rozczarowania „Pocztówkami…”, gdyż tej krawędzi głównej bohaterki zwyczajnie nie poczułem. To tylko potwierdzenie, że nie można być ciągle w dobrej formie. Po prostu takich opowieści było tysiące, a ta się niespecjalnie wyróżnia od reszty.

5/10

Radosław Ostrowski

Absolwent

Benjamin Braddock jest młodym, 20-letnim absolwentem college’u, który nie bardzo wie co zrobić ze swoim życiem. Podczas świętowania poznaje starą znajomą, panią Robinson, która go uwodzi. I przez dłuższy czas są kochankami. Do momentu, gdy Ben nie poznaje i nie zakochuje się w córce pani Robinson.

absolwent1

Głośny film Mike’a Nicholsa z 1967 roku jest uważany za klasykę kina obyczajowego, które obnażało hipokryzję oraz sztuczność dorosłego życia. To tak w skrócie, bo chłopak nie chce prowadzić nudnego i spokojnego życia, być może dlatego wplątuje się w romans. Pływanie w basenie, potajemne schadzki w hotelu – pustka i spokój. Sztuczność ta jest mocno sygnalizowana zarówno w potajemnych schadzkach z panią Robinson, jak też w wypowiedzi jednej z postaci: „Plastik jest dzisiaj w cenie”. I co wtedy zrobić? Sama historia jest dość prościutka, wręcz banalna, ale Nichols podchodzi do tego w zaskakująco delikatny sposób – same sceny romansowe są bardzo spokojnie, wręcz w niemal ciemności, z bardzo sprytnym montażem. W dodatku epoka, czyli początek hipisowskiej rewolucji obyczajowej, seksualnej i mentalnej. Czy w tym świecie są jeszcze miejsca na prawdziwe uczucia, bycie sobą? Pozornie wydaje się, ze finał daje pozytywną odpowiedź – radość młodych, którzy uciekają ze ślubu w autobus, ale po pewnym czasie ten uśmiech znika. I co dalej?

absolwent2

No właśnie, Nichols potęguje atmosferę niepokoju za pomocą pracy kamery, która skupia się głównie na twarzach, zbliżeniach oraz dopełniając klimatu nastrojowymi piosenkami duetu Simon and Garfunkel (trafnie komentując wydarzenia). I jeszcze jak to jest zagrane – Nichols ma dobra rękę do aktorów, co było wiadome od dawna. „Absolwent” to pierwsza duża rola Dustina Hoffmana, który udźwignął rolę samotnego i zagubionego chłopaka, który bywa czasem niezdarny gdy udaje doświadczonego (scena w hotelowym pokoju). Ale nawet on musiał ustąpić pola wybornej Anne Bancroft. Jej pani Robinson to znużona kobieta po nałogach, znużona swoim życiem, dla której romans staje się szansa na zmianę życia. Ale tak naprawdę jest to kobieta z jednej strony bezwzględna i twarda, z drugiej samotna i bardzo delikatna (scena po wydaniu się romansu). W zasadzie reszta obsady robi tu za tło, ale wybija się debiutująca Katherine Ross jako Elaine Robinson.

absolwent3

Można spodziewać się było trochę lekkiej komedyjki, ale okazuje się gorzkim i ponurym dramatem o samotności swojego pokolenia. I to nie tylko pokolenia Nicholsa, ale chyba każdego pokolenia. Dla mnie jednak to tylko dobry film, który mnie nie do końca porwał.

7/10

Radosław Ostrowski

Kolor purpury

Początek XX wieku dla czarnoskórych Amerykanów był bardzo trudny i ciężki. I nie chodzi tu tylko o rasizm czy nietolerancję, ale też czarni sami sobie gotowali piekło. Mocno się o tym przekonała Celia – młoda dziewczyna, która była gwałcona przez swojego ojca. W końcu – wbrew swojej woli – zostaje żona Alberta, wdowca z czwórką dzieci. Ale na miejscu okazuje się, że jedno więzienie zmieniła na drugie. Wszystko staje się jeszcze gorsze, gdy mężczyzna wyrzuca siostrę Celii ze swojego domu, bo nie chciała się z nim przespać. Od tej pory życie Celii zmienia się w koszmar.

kolor_purpury1

Pierwszy poważny film Stevena Spielberga, którego traktowałem niemal jak swojego sensei. Tym razem zmierzył się z powieścią Alice Walker oraz problem tam dotykanych: przemoc wobec kobiety, stereotypowe traktowanie czarnych czy próba wewnętrznej walki o samowyzwolenie się. Co prawda nie jest to aż tak okrutne i dosadnie brutalne jak w „Zniewolonym”, ale też nie do końca ten film mnie przekonuje. I nie chodzi mi o przewidywalność wydarzeń, tylko o stereotypowe pokazanie postaci w wymiarze wręcz zero-jedynkowym. Jakby było tego mało, scenki niby humorystyczne (robienie śniadania przez Alberta, podgrzewając piec za pomocą nafty) wydawały się dość prymitywne i infantylne. Owszem, trudno przejść obojętnie wobec traktowania Celii przez męża, jednak nawet tło wydarzeń wydaje się mało ciekawe i niezbyt wyraziste (wyjątkiem wydaje się niejaka Sofia). I nawet piękne zdjęcia (zwłaszcza początek na purpurowym polu czy sceny czytania listów siostry z Afryki, gdzie światy obydwu sióstr przeplatają się ze sobą), które miejscami ocierają się o kicz i sentymentalizm („afrykańskie” plenery czy pojednanie córki z ojcem-pastorem w rytm muzyki gospelowej), o co nigdy tego faceta wcześniej nie podejrzewałem (słychać to także w muzyce).

kolor_purpury2

Jeśli zaś chodzi o grę aktorską, najbardziej bronią się tutaj dwie postacie. Pierwsza to dorosła Celia, czyli debiutująca na ekranie Whoopi Goldberg, która udźwignęła i bardzo wiarygodnie pokazała wyciszoną, wycofaną kobietę tłumiącą swoje emocje i bojąca się swojego męża-brutala (Danny „jeszcze nie jestem na to za stary” Glover). Wszelkie próby ucieczki kończą się porażką, choć poznaje po drodze parę postaci stanowiących inspirację. I tą jest bardzo wyrazista Sofia, brawurowo poprowadzona przez Oprah Winfrey zanim zaczęła prowadzić swój talk-show. Jest ona harda, dumna, pewna siebie i nie pozwala sobie w kaszę dmuchać. Ale nie potrafi panować nad swoim temperamentem, bo jak ktoś ja uderzy, to nie ma przebacz, bo odda z cała siłą, co w jednym przypadku odbije się rykoszetem. Więcej nie zdradzę, a reszta po prostu jest i jakoś tam przewija się w tle.

kolor_purpury3

„Kolor purpury” okazał się dla mnie pierwszy dużym rozczarowaniem od Spielberga. Choć został doceniony przez różne gremia (11 nominacji do Oscara, Złoty Glob za rolę Whoopi Goldberg), dzisiaj nie robi zbyt dobrego wrażenia i podtrzymuje tezę, że im więcej nominacji do Złotego Rycerzyka, tym film jest gorszy. Tutaj wyszła naprawdę nudna i przez dość sporą część czasu pozostawiająca obojętnym. A chyba nie o to w kinie chodzi.

5/10

Radosław Ostrowski

Lawendowe wzgórze

Jest rok 1936, powoli zbliża się widmo II wojny światowej. Ale w Kornwalii nie widać tego, wszystko toczy się tu bardzo spokojnym rytmem. W jednym małym miasteczku mieszkają sobie dwie siostry – Ursula i Janet Widdington. To dość spokojne życie zostaje przerwane, kiedy na plaży koło ich domu znajdują nieprzytomnego młodzieńca, którego ściągnęła woda. Mężczyzna okazuje się być Polakiem, nazwiskiem Andrea Marowski i powoli zaczyna aklimatyzować się w nowym kraju. Także przypadkowo wychodzi na jaw, że młodzieniec jest utalentowanym skrzypkiem. Ale nieuniknione jest to, że Andrea będzie musiał opuścić panie.

lawenda1

To, że aktor bierze się za reżyserowie nie jest niczym nowym ani zaskakującym. Do grona takich aktorów-rezyserów dołączył Brytyjczyk Charles Dance, który ostatnio kojarzony jest z rolą lorda Tywina Lannistera z serialu „Gra o tron”. A doszło do tego dziesięć lat temu, jednak „Lawendowe wzgórze” to bardzo wyciszone i spokojne kino. W zasadzie można rzec, że jest to bardzo obyczajowa opowieść. Jednak nie oznacza to w żadnym wypadku ani nudy ani monotonii. Wszelkie emocje są bardzo głęboko skrywane i tłumione, choć czasami (bardzo rzadko) są eksponowane. A że jest to historia miłosna, to emocje muszą się pojawić. Brzmi to jak melodramat? Spokojnie, reżyser unika pułapek sentymentalizmu i przesłodzenia. Wszystko jest tutaj bardzo subtelnie i delikatnie poprowadzone, za to w pełni angażuje. A Kornwalia wygląda po prostu pięknie, w dodatku okraszone naprawdę ładnymi kolorami (scenografia i zdjęcia zasługują tutaj naprawdę na wielkie uznanie). Także dialogi dość proste i nutka humoru dodają animuszu temu tytułowi.

lawenda2

Największym tutaj atutem jest też tutaj wyborne aktorstwo. Szczególnie trzeba wyróżnić Judi Dench, czyli Ursulę, której obecność młodego mężczyzny budzi dawno stłumiona namiętność, która przyszła o wiele, wiele lat za późno. Razem ze stonowaną i powściągliwą Maggie Smith (Janet) tworzą bardzo interesujący duet. Czuć, że między siostrami jest silna relacja i wspierają się nawzajem. Ale największą niespodzianką był Daniel Bruhl. Wierzcie mi, tylko Anglik mógł wymyślić, żeby Polaka zagrał Niemiec. Owszem, wypowiada parę zdań w języku polskim, ale i tak przez większość czasu nawija po niemiecku. Ale bardzo dobrze sobie poradził w roli zagubionego i obcego człowieka. Od razu wzbudza sympatię, nie boi się imprezować, a na skrzypcach gra po prostu świetnie. Kluczowa jest tutaj postać niejakiej Olgi Daniłow (piękna Natasha McElhone), która powoli staje się sympatią i osobą, która odegra kluczową rolę w tej całej historii.

Co ja wam będę mówił? Ten tytuł zasłużył, by trafić do tego cyklu. I zasłużył, by zostać na nowo odkrytym. Piękna historia miłosna.

8/10

Radosław Ostrowski

Bilet na Księżyc

Rok 1969 był ważnym rokiem w historii ludzkości. Albowiem Neil Armstrong razem z dwoma kolegami, których imion niewielu pamięta, stanęli na Księżycu. Parę dni przed tym zjawiskiem w małym miasteczku gdzieś na południu PRL-u, świeżo upieczony maturzysta Adam Sikora dostaje powołanie do wojska. Do Świnoujścia do marynarki. Jednak przed dostaniem kamaszy, jego starszy brat Antek postanawia zrobić z niego mężczyznę w trakcie drogi do koszar.

ksiezyc1

To już wiecie o czym nie jest ten film. Plan był taki, żeby powstała z tego komedia, a reżyserem został niejaki Jacek Bromski, który ostatnio skompromitował się nieudanym „Uwikłaniem”. Jednak w rozśmieszaniu widowni ma większą wprawę („U Pana Boga za piecem” najlepszym przykładem) i tutaj tylko to potwierdza. I tak jak spora część naszych reżyserów, odczarowuje PRL, pokazując bardziej kolorową stronę życia. A jednocześnie (poza realiami epoki – ze wskazaniem na scenografię i muzykę, niestety głównie zagraniczną) widać mentalność Polaków jako ludzi, którzy muszą (inaczej się nie da) kombinować, inaczej nie poradzisz sobie w życiu. Sama konstrukcja to ciąg scenek, w których widzimy bohaterów w interakcji z otoczeniem i innymi osobami, głównie dawnymi kolegami Antka z wojska, ale nie tylko. I te scenki wiernie odtwarzają realia tej epoki – podrywanie dziewczyn, imprezy, załatwianie pokoju w hotelu. W końcu pojawia się pierwsza miłość, która doprowadza do dramatycznej sytuacji (więcej nie powiem), ale zostaje to rozwiązane dość szczęśliwie. I zdarzyło mi się tu naprawdę pary razy porządnie zaśmiać (co w przypadku naszego kina jest czymś naprawdę niezwykłym).

ksiezyc2

Jest tu nostalgicznie i kolorowo (zdjęcia Michała Englerta to po prostu poezja), zaś aktorzy naprawdę dają sobie radę. Debiutujący na ekranie Filip Pławiak w roli nieporadnego i wrażliwego Adama jest po prostu uroczy i bardzo naturalny. Ale i tak cały film kradnie mu Mateusz Kościukiewicz, czyli jego starszy brat Antek. Inteligentny, cwany i bardzo zaradny, w dodatku serwuje najlepsze teksty (skrót PKP – mały cymes). Swoje też dodają małe epizodziki w wykonaniu takich aktorów jak Andrzej Grabowski (konduktor Kociołek), Piotr Głowacki (dźwiękowiec kapeli „Szrama”), Łukasz Simlat (narwany i nawalony ubek pan Leszek) czy Andrzej Chyra (pilot Barczyk), dodając odrobinę kolorytu. A Anna Przybylska? Ona tam jest i tańczy dla mnie :), a poza tym dobrze sobie radzi. I ładnie wygląda.

ksiezyc3

Dobra polska komedia? Brzmi to jak oksymoron, ale „Bilet…” pokazuje, że się da zrobić. Może następni filmowcy pójdą tym szlakiem? Czas pokaże, ale to dobry kierunek.

7/10

Radosław Ostrowski

Sierpień w hrabstwie Osage

Rodzina – każdy z nas posiada jakąś rodzinę, która ma wpływ na całe nasze życie i określa nas. Ale jak każda rodzina posiada nie tylko fajne anegdotki i dobre rzeczy, ale jest parę trupów schowanych w szafie oraz tajemnice, o których lepiej nie mówić. I o tym opowiada film „Sierpień w hrabstwie Osage”.

Poznajcie rodzinę Westonów mieszkającą w hrabstwie Osage gdzieś w Środkowym Zachodzie USA. Tam mieszkają już bardzo stare małżeństwo Violet i Beverly. Ona cierpi na raka krtani, on był pisarzem i wykładowcą. Ale pewnego dnia on znika i opuszcza dom, więc matka zwołuje swoje dwie córki (trzecia mieszka razem z nimi), by wsparły ją. Ale parę dni później wszystko zmienia się w stypę. I wtedy wyjdzie na jaw cała prawda. A nawet i więcej.

sierpien1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest sporym ryzykiem, jednak reżyser John Wells po części wychodzi z tego starcia obronna ręką. Owszem, rodowód teatralny jest mocno widoczny (90% wydarzeń toczy się w domu), ale to nie przeszkadza. Dialogi są zgrabnie podane, ale jeśli po opisie spodziewacie się sielankowego kina obyczajowego, to poszukajcie lepiej czegoś innego. Tutaj mamy masę ironii i sarkazmu, dawne pretensje nagle eksplodują, wszyscy skrywają mniejsze lub większe tajemnice, każdy jest bardziej rozczarowany i ma żal do każdej ze stron. Nestorka rodu jest mocno rozczarowana swoimi dziećmi i nie wstydzi się im tego powiedzieć wprost, zaś córki najchętniej chciałyby opuścić dom i wrócić do swojego życia. Czy w takiej sytuacji w ogóle jest szansa na wybaczenie? Nie liczyłbym na to. Chociaż nigdy nie mów nigdy. Tempo jest spokojne, fabuła jest raczej pretekstem od odkrywania tajemnic, czasem przerywane jest to ładnym widokiem krajobrazu na zewnątrz. I tyle, tylko że w tym wszystkim czasami brakuje pazura (najmocniejsza scena przy stole w trakcie stypy), ale trzyma się to wszystko kupy.

sierpien2

Jednak najmocniejszym atutem jest także doborowa obsada, która aż imponuje od znanych nazwisk i twarzy. Dominują jednak tutaj dwie panie – Meryl Streep (miejscami mocno balansująca na granicy szarży nestorka-narkomanka) oraz Julia Roberts (ironiczna, ostra i mocno krytyczna Barbara, która mocno przypomina mamusię, a klnie nie gorzej niż Bellfort w „Wilku z Wall Street”), które mocno walczą ze sobą. Wtedy napięcie jest wręcz namacalne i porażające. Ale pozostali członkowie obsady nie są gorsi i jest na kogo popatrzeć: od solidnego Chrisa Coopera i dawno nie widzianą Juliette Lewis przez stonowaną Julianne Nicholson i Ewana McGregora aż po Sama Sheparda i Benedicta Cumberbatcha. Wszyscy mają spore pole do popisu i je w pełni wykorzystują.

sierpien3

„Sierpień…” nie jest niczym nowym o rodzinnych relacjach, zwłaszcza wśród rodziny mocno patologicznej. Ale pozostałem kawałkiem mocnego, obyczajowego dramatu skłaniającego do refleksji.

7/10

Radosław Ostrowski

Przed północą

Pamiętacie Jesse’ego i Celine, którzy poznali się przypadkiem w Wiedniu? Potem znów przypadkowo trafili na siebie w Paryżu? No i minęło 9 lat i oboje są parą. On nadal pisze, ona jest aktywistka ekologiczną i maja dwójkę dzieci. Teraz przebywają na wakacjach w Grecji u pisarza Patricka. Znajomi zaserwowali im noc w hotelu.

polnoc1

Trudno jest zrobić trzecią część opowieści, żeby nadal była pasjonująca i ciekawa, co udaje się nielicznym. Richard Linklater znów wraca do swojej ulubionej pary i ustawia ich w tak zwanym wieku średnim. Oboje po 40-tce, z paroma doświadczeniami i ciężkimi sytuacjami. Ale nadal jest to inteligentnie poprowadzona rozmowa, tym razem w szerszym grenium, jednak poziom i intensywność pozostała praktycznie bez zmian. A w dodatku Grecja, mniej pocztówkowa, ale jednocześnie przyciągająca uwagę. Jednak druga część filmu (wieczór w hotelu) to brutalna i szczera rozmowa pełna pretensji, bólu i win. Wtedy emocje zaczynają gwałtownie rosnąć, czyniąc całość bardzo gorzką i bolesną. Jednak nie jest to sztampowa gadanina i spór o byle co. Nadal jest to rozmowa na poziomie, pełna trafnych uwag i poważnych refleksji w ogóle na temat relacji z drugim człowiekiem, które nigdy nie należą do łatwych. Ewolucja w jaką idzie ta seria jest zaskakująca i bardzo wnikliwa. I nie ma tu postawionej kropki nad i, więc może nastąpi ciąg dalszy.

No i całość nadal ciągnie Ethan Hawke z Julie Delpy – oboje są po prostu wspaniali, a bez nich ten film po prostu nie istnieje. Chemia między nimi jest namacalna, zaś mimo lat nadal mają sobie coś z młodzieńczego uroku. A że przygniatają ich problemy (rozwód Jesse’ego z pierwszą żoną i przez to ograniczone kontakty z synem, niespełnienie zawodowe Celine), to już inna sprawa. Być może dlatego dla wielu to będzie gorzkie kino, ale moim zdaniem bohaterowie dojrzewają i walczą z rzeczywistością (także ze sobą).

polnoc2

Po obejrzeniu tej części trylogii nurtują mnie tylko dwa pytania. Pierwsze, czy na następną część trzeba będzie czekać następne 9 lat? Drugie, czy w ogóle jest potrzebna następna część? Czas pokaże. Ja w każdym razie będę czekał.

8/10

Radosław Ostrowski

Przed zachodem słońca

Jesse i Celine po wspólnym dniu i nocy w Wiedniu obiecali sobie, że wrócą tu za pół roku. I przypadkowo poznają się po 9 latach w Paryżu. On został pisarzem i promuje swoją powieść, ona ukończyła studia i mieszka w Paryżu. Niby ich znamy, ale w życiu wiele się pozmieniało, znowu zaczną ze sobą rozmawiać aż do momentu, kiedy trzeba będzie pójść na lotnisko.

zachod1

Sequele są trudne do zrealizowania, zwłaszcza w przypadku tak nastrojowego i klimatycznego filmu jak „Przed wschodem słońca” opartego na dialogach i gadaniu. A jednak Linklaterowi znowu się udało stworzyć pasjonujący i ciekawy film, choć uroku i młodzieńczości już tu nie ma. Ale nie jest to zaskakujące, bo bohaterowie dojrzeli i się zmienili. Może nie tyle oni, co ich przekonania i refleksje. Jednak nadal słucha się tych opowieści. Na początku jest dość lekko, swobodnie i pozornie o niczym, ale im dalej tym więcej pojawia się rozczarowań, smutku, poczucia niespełnienia, nieudane związki. Niby jest to potem obracane w żart, ale posmak goryczy pozostaje. Nadal jednak są to dość poważne i wnikliwe refleksje na temat człowieka w ogóle – jego miejscu na ziemi, próbach nawiązania relacji i dlaczego małżeństwa staja się nieszczęśliwe. Reżyser jednak tutaj stoi bardziej przy ziemi, pozbawiając trochę otoczki romantyzmu, co w tym przypadku chyba jest zaletą. Także grający tu główne role Julie Delpy i Ethan Hawke nadal przykuwają uwagę i ciągnie ich do siebie – oboje są dojrzali, zweryfikowali swoje przemyślenia, ale nadal jest między nimi chemia.

zachod2

I tylko jedna rzecz mi się nie podobała – za krótko. Następuje zawieszenie i znów trzeba będzie poczekać jakieś 9 lat, żeby poznać dalszy ciąg. A że będzie, to tylko kwestia czasu.

8/10

Radosław Ostrowski

Zapiski młodego lekarza – seria 1

Rok 1917. Do małej wsi Murjewo znajdującej się gdzieś w głębi Rosji trafia młody lekarz, dr Władimir Bomgard, który swoje doświadczenia w pracy spisuje w swoim pamiętniku. 17 lat później, dr Bomgard zostaje przesłuchany przez KGB i przypadkiem wraca do swoich zapisków.

mlody_lekarz1

W świecie telewizji najbardziej rozpoznawalne są trzy litery HBO w USA i BBC w Europie. Ci drudzy postanowili przenieść na mały ekran opowiadania Michaiła Bułhakowa. Historia dr Bomgarda jest nie tylko obrazem ówczesnej mentalności Rosjan, którzy niespecjalnie cieszą się z nowoczesnych wynalazków, ale także pokazuje co znaczy odpowiedzialność w tym zawodzie i jak bardzo różni się rzeczywistość od nauki. Znudzenie, nieświadomość, znachorzy – tak wygląda Rosja w czasach rewolucji. Zaś w samych wspomnieniach przeplatają się obaj lekarze, co mocno uatrakcyjnia te opowieści, które potrafią nawet rozbawić (pierwszy poród czy amputacja tępą piłą). Ale mimo humoru, jest to absolutnie poważna historia z uzależnieniem w tle.

mlody_lekarz2

Skromna produkcja, wręcz niemal teatralna (wszystko w jednym budynku) z zakończeniem zapowiadającym ciąg dalszy nie byłaby tak fascynująca, gdyby nie kapitalnie grający główne role Jon Hamm (ten starzy, bardziej cyniczny i doświadczony) i Daniel Radcliffe (młodszy, niepewny siebie, przerażony). Panowie tworzą naprawdę zgrabny duet, zaś postacie felczera (Adam Godley) czy akuszerki Pelagiewy (Rosie Cavaliero) wnoszą odrobinę lekkości.

mlody_lekarz3

Sam serial jest sympatyczną tragikomedią, gdzie odpowiednio balansując humor i dramat. Świetnie się to ogląda, a czas trwania jest odpowiedni (25 minut). Czekam na następne serie.

8/10

Radosław Ostrowski