Carte blanche

Kacper jest nauczycielem historii w jednym z liceów w Lublinie. Mieszka razem z matką, a jego przyjacielem jest informatyk Wiktor. Jego dość spokojne życie zmienia się pod wpływem wypadku samochodowego. Matka zginęła, a mężczyźnie pogarszał się wzrok. Wizyta u lekarza rozwiewa wszelkie wątpliwości – genetyczna choroba nieodwracalnie pogarsza stan wzroku, doprowadzając do nieodwracalnej ślepoty. Nauczyciel postanawia ukryć swoją przypadłość, mówiąc o tym tylko przyjacielowi.

carte_blanche1

Filmowcy na całym świecie lubią inspirować się prawdziwymi historiami. Nie inaczej jest w przypadku filmu Jacka Lusińskiego. Pierwowzorem Kacpra jest Maciej Białek – nauczyciel VIII LO w Lublinie, który przez kilka lat ukrywał swoją chorobę. Punkt wyjścia dał spory potencjał i albo mogło powstać kino w rodzaju „Stowarzyszenia Umarłych Poetów” albo stać się depresyjnym dramatem. Reżyser idzie bardziej pośrodku – nie jest on strasznie depresyjny, choć pokazuje niełatwą drogę radzenia ze swoimi słabościami i niedoskonałościami. Udaje się przemycić odrobinę humoru, trzyma nawet w napięciu (oczekiwanie na moment zdemaskowania) i daje do myślenia. Desperacka próba utrzymania stołka staje się dla bohatera walką z nieuczciwym i brutalnym losem. Na tym polu „Carte blanche” wygrywa, a ujęcia pokazujące coraz bardziej psujący się wzrok (obraz staje się bardziej mglisty) zapadną w pamięć na długo.

carte_blanche3

Swoje też robią dobrze prowadzeni aktorzy z Andrzejem Chyrą i Arkadiuszem Jakubikiem. Ten pierwszy jest charyzmatycznym nauczycielem, mającym świetny kontakt z młodymi. Każda zmiana w jego zdrowiu pokazana jest bardzo subtelnie, delikatnie, a strach miesza się z desperacją. Ten drugi jest lekko jowialnym, ale też twardo stąpającym po ziemi przyjacielem. Relacja miedzy ta dwójką napędza i wnosi lekkość. Jeśli chodzi o postacie drugoplanowe, to jest tutaj słabo – tutaj wybija się tylko niezawodna Dorota Kolak (surowa, choć nie do końca dyrektorka), Eliza Rycembel (niepokorna uczennica Klara) oraz Wojciech Pszoniak (profesor).

carte_blanche2

Z czym mam największy problem? Nie przekonuje mnie tło, a dokładniej portret szkoły. Tu wszystko niemal jest zbył ugrzecznione, nie ma poważniejszych konfliktów, spięć. Rodzice są tutaj nieobecni. Drugim problemem jest wątek miłosny między Kacprem a koleżanką z pracy (nudna Urszula Grabowska), który sprawia wrażenie wrzuconego na siłę i toczy się schematycznie. Wszystko tutaj (poza bohaterami) jest płytkie i powierzchowne.

„Carte blanche” to sympatyczne i ciepłe kino, które na pewno działa pokrzepiająco. Jednak ja liczyłem na coś więcej, bo potencjał w tej historii był ogromny. Szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Bez kompasu

Sam jest przedsiębiorcą, pracującym w dużej firmie. Pewnego dnia po pracy widzi w wiadomościach informacje, że jego syn zabił sześć osób w szkolnej bibliotece, sam ginąc. Dwa lata później mężczyzna odchodzi od żony, zamieszkuje w łodzi i pracuje jako robotnik przy malowaniu domów. I wtedy odbiera rzeczy po synu (Joshu), gdzie są m.in. kasety z nagranymi przez niego piosenki. Występuje w knajpie, gdzie gra jeden z jego kawałków i tak poznaje młodego gitarzystę Quentina, który chce z nim współpracować.

bez_kompasu2

Kino obyczajowe, w dodatku niezależne, nie należy do zbyt popularnego gatunku filmowego. Jednak to z tym gatunkiem postanowił się zmierzyć debiutujący w roli reżysera świetny aktor William H. Macy. I muszę przyznać, ze wyszło mu to całkiem nieźle, chociaż – jak to w każdej tego typu produkcji – wiadomo jak się to skończy. Sama historia toczy się wokół naszego bohatera oraz późniejszych relacji z Quentinem, którego zaczyna traktować jak syna. Jednak nieprzepracowana trauma związana ze śmiercią dziecka oraz konsekwencji wywołanych jego czynami jest równie ważna jak granie piosenek i szukanie sprzętu dla zespołu. Ale całość nie jest ani mroczna, ani depresyjna – na szczęście nie zabrakło miejsca dla humoru (scena, gdy Sam na okręcie gra na gitarze elektrycznej demolując regaty – perła), dzięki czemu film odbiera się jako sympatyczny i przyzwoity kawałek kina.

bez_kompasu1

Najlepsze są tutaj sceny koncertowe, gdzie (prawie) młoda kapela gra i szaleje. Czuć energię, chemię oraz pasję z grania. A i same wokale prezentują się dobrze i fajnie się tego słucha. Ale czegoś tutaj brakuje – jakiejś większej siły, która potrafiłaby zostawić ten film w pamięci dłużej.

bez_kompasu3

Sytuację częściowo ratuje solidne aktorstwo. Najbardziej tutaj błyszczy świetny Billy Crudup, który potwierdza swój nieprzeciętny talent. Jest zmęczony, ucieka od problemów w alkohol, a dopiero granie budzi w nim energię i staje się sobą. Podobnie ma się z Antonem Yelchinem – młody, niepewny siebie Quentin znajduje w Samie mentora oraz przyjaciela, pomagającego mu w wielu sprawach związanych z dojrzewaniem (m.in. jak poderwać dziewczyny). Poza tym duetem jest dość bogaty drugi plan, w którym przewijają się znane twarze, m.in. Laurence’a Fishbourne’a (sprzedawca instrumentów Del), Felicity Huffman (była żona, Emily) i Seleny Gomez (dziewczyna Josha, Kathy) – na szczęście pojawia się krótko i nie irytuje. Pojawia się też sam reżyser jako właściciel baru, w którym grają muzycy.

bez_kompasu4

Debiut Macy’ego jest rzeczą, której nie powinien się wstydzić, ale chwały też mu nie da. Całość jednak jest tak solidna, że czas spędzony przy „Bez kompasu” nie będzie straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Więzy życia

Poznajcie Tony’ego Starka. Od razu utnę wszelkie spekulacje – nie jest on Ajron Menem, ani dalszym jego krewnym. Pracuje jako maszynista w kolei, pracując ponad 20 lat. Mieszka z żoną Megan, która choruje na nowotwór (stadium 4, czyli ostatnie) i tak już żyją długo ze sobą. Pewnego dnia podczas pracy Tom ma wypadek – młoda kobieta z synem zatrzymała się na torach, chłopakowi udaje się uciec. Gdy trafia do rodziny zastępczej, ucieka i rusza na poszukiwania Starka.

wiezy_zycia1

Takich opowieści było setki, jeśli nie tysiące. Więc dlaczego warto obejrzeć kolejną obyczajową opowieść, tym razem nakręconą przez Allison Eastwood – debiutantkę i córkę legendarnego Clinta? Kolejny raz okazuje się, że prostota jest największa siłą, potrafiąca wywołać wzruszenia oraz emocje. Reżyserka stara się unikać emocjonalnego szantażu, nie próbuje w żaden sposób słodzić, by dać na bajeczkę dla pocieszenia i ku pokrzepieniu serc. Wiedziałem jaki będzie finał, ale nie chciałem, by do tego doszło – polubiłem tych bohaterów, którzy próbują odnaleźć się w tej nietypowej sytuacji – pogodzenia się ze śmiercią, poczucia odpowiedzialności za drugą osobę, wreszcie opiekę nad dzieckiem, którego nigdy się nie miało. Wiadomo, ze początkowe spięcia powoli będą łagodzone, ale to i tak chwyta za gardło, a kilka scen (Megan w łazience czy obwinianie chłopaka za śmierć mamy) zostanie w pamięci na długo.

wiezy_zycia2

Realizacyjnie jest to solidne rzemiosło bez jakiegoś wielkiego błysku. Stonowane zdjęcia, łagodna, gitarowa muzyka w tle – bez fajerwerków, ale nie o to tu chodzi. To ma poruszać i wzruszać, co robi skutecznie.

wiezy_zycia3

Eastwood pewnie prowadzi aktorów, którzy wykorzystują okazję do zbudowania pełnokrwistych postaci. Błyszczy zarówno Kevin Bacon (Tony Stark) jak i Marcia Gay Harden (Megan Stark). On jest skryty, walczący i kochający swoją pracę tak bardzo, że swoją żonę zaniedbał. Ona z kolei jest już zmęczona walką i chce dalej czerpać z życia. Miłość widać u ich obojga, ale też jest pewna rezygnacja. I wtedy pojawia się Davey (naturalny Miles Heizer), który wnosi nową energię, ale boi się i jest niepogodzony ze stratą. Trio to wygrywa wszelkie emocje oraz wydarzenia z ekranu.

wiezy_zycia4

Szkoda tylko, że to był jednorazowy wyskok Allison Eastwood jako reżyserki, bo pokazuje się tutaj z dobrej strony. Cieple, pogodne kino obyczajowe, które potrafi poruszyć i wzruszyć. Może jeszcze się przełamie, kto wie.

7/10

Radosław Ostrowski

Masters of Sex – seria 1

Seks zawsze interesował człowieka – zresztą towarzyszył mu odkąd mężczyzna ciągnął kobietę po ziemi trzymając ją za włosy. Jest rok 1957, St. Louis. Już znany był raport Alfreda Kinseya, który otworzył drzwi do refleksji nad seksualnością. Jednak wtedy doszło do spotkania dwojga ludzi, którzy zaczęli badań co dzieje się z ciałem podczas seksu, czyli zamiast rozmów czyny. Kto przeprowadzał badania? Szef położnictwa, dr William Masters oraz przydzielona mu sekretarka, Virginia Johnson.

masters_of_sex1

Prawdziwą historie badań nad seksem, które zostały opublikowane dopiero po 10 latach, opowiada serial stacji Showtime, która jest znana z produkcji przełamujących tabu obyczajowe. Prowadzona fabuła przez Michelle Ashford (wcześniej pracowała m.in. przy serialu „Pacyfik”) oraz pilotowana przez doświadczonych reżyserów (pilota nakręcił John Madden) plus dość apetyczny temat gwarantowały uwagę wszystkich. Jednak tak naprawdę jest to serial obyczajowy. Imponuje tutaj praca w odtworzeniu realiów epoki – zarówno pod względem wizualnym (scenografia i kostiumy są tutaj naprawdę bez zarzutu – włącznie ze sprzętem medycznym), jak i przede wszystkim mentalnym. Tutaj lekarzami są – prawie – sami mężczyźni, kobieta co najwyżej może być sekretarką, homoseksualizm uznawano za chorobę. Czyli kiedy wiedza naukowa w najważniejsze sprawie dla człowieka była pełna mitów i zagadek. A jak wiadomo pionierzy mają najtrudniej.

masters_of_sex2

A skoro badania nad seksem, to nie da się pokazać bez nagości oraz erotyki. To jest po prostu niemożliwe. Pytanie tylko jak to pokazać, by nie było ani wulgarne, ani prymitywnie. Całość jest tutaj zrobiona naprawdę ze smakiem, zarówno wobec par jak i masturbacji. A że scen rozbieranych jest sporo (wiadomo, tytuł zobowiązuje), to i jest na co popatrzeć, jednak nie jest to żadne porno. Przy okazji też obserwujemy różne stadia i kolory miłości, bo podczas badań może zdarzyć się naprawdę wiele, także rzeczy niezaplanowanych, mogących odbić się na życiu innych. Całość ogląda się po prostu bardzo dobrze i sposób realizacji może budzić skojarzenia z „Mad Men”, bo tempo jest dość powolne, skupiające się na relacjach międzyludzkich. Jedno wam mogę zagwarantować – emocji będzie wiele.

masters_of_sex3

Swoje też tutaj robi koncertowe aktorstwo. Michael Sheen w roli dr Masters jest po prostu fenomenalny, tworząc portret wyciszonego i troszkę zamkniętego w sobie lekarza. Motywacja do badań nie jest jednoznaczna (może to zboczeniec?), ale jest on bardzo zdeterminowany i uparty, co widać w podejściu do pracy. Partneruje mu Lizzy Caplan, która pokazuje… wiele na ekranie, ale nie opiera swojej roli tylko na nagości. Jak o tej postaci mówi dr Masters: „ma tendencje do łapania kilku srok za ogon” – jest samotną matką (nie radzi sobie z tym najlepiej), a jednocześnie chce robić karierę, co nie jest takie proste. Czuć tutaj chemię między tą dwójką, a iskry sypią się mocno.

masters_of_sex4

Drugi plan jest tutaj tak przebogaty, że nie wiem od kogo tak naprawdę zacząć. Każdy z aktorów tworzy mocną i pełnokrwistą postać, a najbardziej wybija się tutaj Beau Bridges oraz Caitlin Fitzgerald. On w roli rektora uniwersytetu Bartona Scully’ego jest bardzo empatyczny, jednak skrywający tajemnicę związaną ze swoją orientacją seksualną. Jest też jedynym przyjacielem Mastersa. Z kolei Fitzgerald jako żona Masters wydaje się być troszkę w cieniu męża, jednak im dalej w las, tym bardziej stara się od niego być niezależna. Tak naprawdę jest więcej postaci (żona Scully’ego, dr Lillian DePaul, Jane), ale to by zmieniło się w zwykłą wyliczankę.

masters_of_sex5

Pierwsza seria mocno mi zaostrzyła apetyt i stawia pytania w kwestii przyszłości dalszych badań. Jedno jest pewne – będzie seks, golizna, ale zrobiona w bardzo elegancki sposób. Oj, będzie się działo. Czekam na dalszy rozwój wypadków.

masters_of_sex6

8/10

Radosław Ostrowski


Biutiful

Hiszpania wydaje się być pięknym krajem, ale ulice i slumsy wszędzie wyglądają tak samo. Na jednym z takich ulic mieszka Uxbal – samotny ojciec, który mieszka z dwójką dzieci. Z czego się utrzymuje? Zarabia na imigrantach, którym stara się zapewnić pracę. I sam przy okazji troszkę zarabia, starając się zapewnić byt. Jednak jego dość stabilne życie zmienia się z powodu jednej diagnozy – nowotwór. I jak tu pomoc przetrwać dalszą walkę o byt?

biutiful1

O Alejandro Gonzalesie Inarritu mówiłem już przy okazji „Birdmana”, a „Biutiful” to jego wcześniejszy film sprzed 5 lat. Historia w zasadzie wydaje się prosta i widzimy bohatera, który powoli odchodzi ze świata. Otoczenie jest bardzo brudne, szare i parszywe – praktycznie pozbawione jakiejkolwiek nadziei, jak i jakiejkolwiek jasnych kolorów. Widać to zarówno w paradokumentalnej formie (ujęcia głównie w ręki, brak mocnych kolorów), jak i dość powolnym tempie. Jest codzienna walka o byt, toczona zarówno przez imigrantów (głównie z Chin i Afryki), jak i naszego bohatera. Problem jednak w tym, ze Inarritu troszkę skręca w stronę moralizatorstwa (etyczne rozterki) oraz pretensjonalności (zakończenie), jednak miejscami tworzony jest oniryczny klimat (wizyta w dyskotece z pulsującym montażem), ale zdarzają się pewne dłużyzny jak relacja z była żoną chorującą na dwubiegunowość czy szef chińskich imigrantów, ale klimat beznadziei oraz depresji potrafi mocno się udzielić.

biutiful2

Ale tak naprawdę ten film jest popisem jednego człowieka – Javiera Bardema. Uxbal przez niego grany to człowiek dźwigający na sobie sporo nieszczęść i cierpień, mocno ukrywający swoją chorobę. Ale jest to też facet wywołujący empatie oraz naprawdę chcący pomóc innym ludziom, co widać w rozmowach z szefami imigrantów jak i żona jednego z aresztowanych. Pozornie zmęczona i zgaszona twarz potrafi pokazać wiele emocji – nic dziwnego, że aktor otrzymał nominację do Oscara.

biutiful3

Piękno w „Biutiful” jest ulotne, zgaszona i pełne brzydoty. Inarritu jest brutalny i bezwzględny wobec otaczającego go świata. Dla tej wizji oraz znakomitego Bardema absolutnie warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Motyl (Still Alice)

Choroba towarzyszy człowiekowi niemal od początku. Kino też interesuje się różnymi chorobami z jednej strony dlatego, że jest to bardzo interesujące i pozwala obserwować osoby inaczej odbierające rzeczywistość (choroba psychiczna) albo pomagają oswoić nam daną chorobę, zrozumieć ją. Myślę, że taki też cel przyświecał twórcom filmu „Still Alice” – Richardowi Glatzerowi oraz Washowi Westmorelandowi.

Poznajcie Alice Howland – jest doktorem wykładającym lingwistykę na Uniwersytecie Columbia, bardzo inteligentna kobieta w wieku średnim, lat 50 dokładnie. Mieszka z mężem (lekarzem i naukowcem), wychowała troje dzieci – można śmiało stwierdzić, że jest szczęśliwa i spełniona. Jednak zaczynają zdarzać się drobne problemy z pamięcią – zapominanie słów, zagubienie się w terenie. Pozornie wydaje się to czymś normalnym – przecież z wiekiem organizm słabnie. Jednak badania lekarskie u neurologa stawiają ostateczną diagnozę: Alzheimer we wczesnym stadium. Trzeba mówić coś więcej?

still_alice1

Wydaje się, ze ta choroba nie jest zbyt atrakcyjna dla filmu – jest mało „widowiskowa”, że się tak wyrażę. Zmiany następują w ludzkiej psychice, a nie w warstwie fizycznej. Tutaj mózg rozpada się wcześniej od reszty. Pytanie jak to pokazać na ekranie? Twórcy stawiają tutaj na prostotę realizacyjną – pomaga tutaj zarówno montaż działający niemal jak repeta, by pokazać pewne momenty zapominania (pojawiające się fragmenty starego filmu jako zamglone wspomnienia) oraz pokazanie w sposób niewyraźny wszystkiego poza samą bohaterką. Przy okazji choroba działa nie tylko na nasza Alice, która coraz bardziej staje się bezradna i nieporadna, ale też na jej najbliższych.okazuje się, ze jej odmiana Alzheimera jest genetyczna i jej dzieci mogą mieć to samo. Twórcy idą w delikatne subtelności, obyczajowe obserwacje oraz odrobinę czarnego humoru. Jak mówi sama Alice: „Wolałabym mieć raka. Nie czułabym takiego wstydu. Dla chorych na raka ludzie noszą różowe bransoletki, biegają w maratonach, zbierają datki, a ja nie czułabym się jak jakiś społeczny… zapomniałam słowa.” Na pewno twórcom udało się wiarygodnie przedstawić rozwój choroby, poczucie pewnej bezsilności oraz bezradności –  to powolne umieranie, gdzie jesteś tak naprawdę zależny od innych i zostajesz pozbawiona swojej osobowości, intelektu, nie mogąc zrobić nic.

still_alice2

Film też jest pamiętany głównie ze względu na nominowaną do Oscara kreację Julianne Moore. Bardzo lubię i cenię tą aktorkę, jednak jej nominacja jest dla mnie zastanawiająca. Czy to jest źle zagrane? Nie, ale sama rola nie wymagała jakiejś fizycznej metamorfozy, nie jest w żaden sposób efektowna czy dynamiczna. Z drugiej strony są kreacje, które nie są zbyt efektowne czy widowiskowe, ale miały siłę rażenia niemal atomowej bomby. Tutaj Moore radzi sobie dobrze i oddaje to, co powinna przeżywać osoba cierpiąca na ta chorobę – zagubienie, przygnębienie, bezradność. Nie mniej i więcej, jednak ma kilka mocnych momentów (przemowa dla Stowarzyszenia Osób Chorych na Alzheimera) i potrafi poruszyć. Ale chyba więcej mieli do przedstawienia jej partnerzy. Zarówno Alec Baldwin (oddany i starający się wesprzeć mąż), jak i kompletnie zaskakująca in plus Kristen Stewart (skłócona z matką córka Lydia) pokazują więcej i przykuwają moją uwagę bardziej.

still_alice3

Po obejrzeniu „Still Alice” przychodzą do głowy przymiotniki: smutny, ciężki, depresyjny. O happy endzie możecie zapomnieć, bo nie ma na to na razie lekarstwa. Na pewno będę  tym filmie przez jakiś czas myślał i parę scen będę pamiętał. Mam taką nadzieję.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Boyhood

Dzieciństwo – czas ważny i istotny w życiu każdego człowieka, gdzie wszystko jest pierwsze, świeże, zaskakujące i nowe. Ale chyba żaden reżyser nie podszedł do tematu dzieciństwa z takim rozmachem jak Richard Linklater. Postanowił opowiedzieć o dzieciństwie i dojrzewaniu Masona na przestrzeni 12 lat jego życia.

boyhood1

W zasadzie ten film nie powinien mi się podobać, gdyż jest to ciąg nie do końca powiązanych ze sobą obyczajowych scenek, gdzie obserwujemy Masona oraz jego rodzinę. Widzimy różne wydarzenia: przeprowadzki, imprezy, spotkania z ojcem (rodzice się rozwiedli), pierwsze miłości. To zapis chwil, z którymi każdy się zetknął, ale jednocześnie jest to osadzone w konkretnej przestrzeni czasowej, co podkreśla świetnie dobrany soundtrack (Coldplay, Kings of Lion, The Black Keys itp.). Koncepcja jest intrygująca, czas trwania też robi wrażenie (ponad 2,5 godziny), jednak nie jestem w stanie dostrzec arcydzieła. Nie brakuje tutaj humoru, ciepła i czułości, przejmujemy się losami naszych bohaterów, tylko nie wiem, czegoś mi tu w tym wszystkim zabrakło. Poza pomysłem, niczego nowego tutaj nie dostajemy – zwykłe życie opowiedziane jednak w ciekawy sposób. Montaż jest tak płynny, ze trudno domyśleć się w jakim momencie jesteśmy.  Jednak czegoś mi zabrakło, by nazwać to wielkim kinem, a sam sentyment oraz przypomnienie paru wydarzeń z dawnego czasu to dla mnie za malutko.

Mocny atutem jest tutaj gra aktorska – pełen naturalizmu, wiarygodności i bez specjalnego popisywania. Najbardziej błyszcza tutaj Patricia Arquette oraz Ethan Hawke w rolach rodziców – oboje nie do końca radzący sobie ze swoimi problemami, ale starają się i próbują troszkę być mentorami dla swoich dzieci. Każde z nich ma swoje mocne momenty (pożegnanie ze swoim synem – matka czy rozmowa o dziewczynach i sensie życia – ojciec) i na swój sposób odnajduje się w świecie. Podobnie radzą sobie Ellar Coltraine (Mason) oraz Lorelei Linklater (Samantha, siostra).

boyhood4

„Boyhood” ma zarówno luźną konstrukcję jak i otwarte zakończenie, które każdy z nas może sobie dopisać. Bywa nostalgiczne, zabawnie i poważnie – jak to w życiu. Jak dla mnie tylko dobre kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Gran Torino

Walt Kowalski – stary, zrzędliwy pierdziel mieszkający w dzielnicy pełnej Azjatów. Nikt go nie lubi, wali prosto z mostu, rodzina liczy tylko na jego spadek i uważa go za niedołęgę. Pewnego wieczora pomaga młodemu chłopakowi znad przeciwka, który dostaje łomot od swojego kuzyna-gangstera. Ta relacja okazuje się bardzo istotna.

gran_torino1

Ostatni film Clinta Eastwooda z Clintem Eastwoodem w roli głównej. A jest to typowy Eastwood – małomówny, niepoprawny twardziel mocny nie tylko w gębie. W końcu gra Polaka (Matki Boskiej ani polskiej flagi nie widziałem) – może troszkę stereotypowego, czyli niepokornego, krnąbrnego i ostrego, ale i tak jest wiarygodny do końca. Sama historia jest tak przewidywalna, że nic nie jest w stanie tego zakryć. Ani niepoprawne politycznie dialogi, ani sarkastyczny humor, nawet rodzina Hmongów (taki lud z Wietnamu i Chin – było jeszcze trzecie państwo, ale wyleciało mi z głowy) wydaje się typowa. Ciapowaty syn, mądrzejsza siostra i babcia mówiąca tylko w swoim języku. Wiadomo jak się potoczy – Walt stanie się mentorem dla dzieciaka, który stanie się prawdziwym facetem, a narwanych gangsterów czeka zasłużona sprawiedliwość. aktorsko jest w porządku – bez jakiś błysków, ale i bez poważnej wtopy.

gran_torino2

Ale zakończenie przełamuje ten film, który byłby tak naprawdę jednym ze średniaków. Tam Clint kpi i ośmiesza przemoc (więcej nie powiem). Choćby dla niego warto zobaczyć tą konwencjonalną opowieść o starym pierdzielu, który tak naprawdę jest spoko gościem. Tylko jest jeden warunek – nie wkurwiajcie go.

gran_torino3

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Za wszelką cenę

Frankie Dunn to starszy pan, który posiada własną salę bokserską i trenuje młodych fighterów na przyszłych mistrzów. Mówi niewiele, doradza dobrze, ale boi się zaryzykować. I do właśnie do niego przychodzi niemłoda dziewczyna Maggie Fitzgerald, która nalega na to, by Frankie został jej trenerem. Pod wpływem swojego przyjaciela, Eddie’ego „Scrap-Iron” Dupuis, mężczyzna postanawia zostać jej trenerem oraz menadżerem.

za_wszelka_cene1

 

Tak naprawdę ten film miał być debiutem Paula Haggisa, który także napisał scenariusz i miał pomysł na obsadę. Chciał obsadzić Clinta Eastwooda, ale ten powiedział, że zagra pod jednym warunkiem – że wyreżyseruje ten film, tak też się stało. Z filmami o boksie jest tak, że zazwyczaj najważniejsze jest to, co się dzieje na ringu (efektownie sfilmowane walki), a to, co poza nim wydaje się drobiazgiem, niemal dodatkiem. Ale coraz bardziej widac jest pewne odwrócenie tych proporcji, gdzie najważniejsze staje się to, co jest poza ringiem. A co tam jest? Nieustanna i ciągła walka. O co? O godność, szacunek do siebie, o przebaczenie dawnych win. Eastwood tworzy bardziej dramat obyczajowy niż stricte bokserską opowieść. Utrzymana jest niemal w półmroku (wiele nocnych ujęć, z oszczędnym oświetleniem), tempem dość spokojnym, ale bez przesady oraz uważnymi refleksjami na temat boksu. Technicznie jest bardzo konserwatywna, niemal konwencjonalna, ale to pewien znak rozpoznawczy Brudnego Eastwooda. Nie przeszkadza mu to jednak grać na emocjach i pokazać kilka postaci, dla których nauka u Frankiego będzie istotna. Jedni nauczą się pokory (arogancki i pewny siebie Shawrelle), inni dostaną skrzydeł i przejrzą na oczy (niepozbawiony serca do walki Danger) – pozornie to film jakich wiele, co może sugerować także obecność narracji z offu (Eddie’ego). Jednak finał dosłownie wgniata w fotel i pozostaje w pamięci na długo (musicie to sami obejrzeć, więcej nie powiem).

za_wszelka_cene2

Sam film ociera się o arcydzieło, ale na to miano wnoszą go także aktorzy. Eastwood pozornie gra ten sam typ postaci, czyli małomównego, twardego mężczyznę. Jednak pod tą maską widać pewne cechy mniej spotykane w tych postaciach: troska, odpowiedzialność, a także strach i dawne winy, nie dające spokoju (pogorszone relacje z córką, która nie chce z nim mieć kontaktu). Także Morgan Freeman radzi sobie wybornie jako przyjaciel i podpora Frankiego, który ma wiele do opowiedzenia, obserwuje wiele, a jednocześnie będąc tłem zawłaszcza sobie ekran. Jednak tak naprawdę wszystko to sprowadza się do jeszcze jednej osoby – Hilary Swank. Maggie w jej wykonaniu to pozornie obojętna kobieta, dla której boks staje się pasją oraz sensem życia. Jej energia i determinacja wynikająca z bycia tą gorszą jest zrozumiała i bardzo wiarygodnie pokazana, a jej relacja z Frankie początkowo przypomina relację mistrz-uczeń, by potem ewoluować na poziom ojciec-córka. Upór, konsekwencja i pewna siła, której nie umiem  nazwać – dla mnie to kompletna rola, w pełni zasługująca na Oscara. Reszta aktorów, prezentuje przynajmniej dobry poziom, nie odwracając uwagi od tego trójkąta.

za_wszelka_cene3

Pamiętam jak ten film obejrzałem po raz pierwszy i poruszył mną całkowicie. W tej kwestii nic się nie zmieniło, a widok widowni krzyczącej podczas walki „Mo Cuishle” pozostanie mi w pamięci do samego końca. Podobnie jak ostatni dylemat moralny. Tak się robi po prostu wielkie kino. Następne filmy Eastwooda już nie były w stanie osiągnąć tego pułapu, co nie znaczyło, ze były one nieudane. Ale o tym opowiem innym razem.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

The Knick – seria 1

Nowy Jork, rok 1900. Tytułowy Knick to skrót od nazwy szpitala Knickerbocker, którego właścicielami jest zamożna rodzina Robertsonów. Ale głównym bohaterem jest tutaj nowy szef oddziału chirurgii, John „Thack Madry” Thackery, który objął ta posadę po samobójstwie swojego mentora, dr Julesa Christiansena. Thack próbuje dokonać rewolucji w medycynie, co nie jest dość łatwe, a jego zespół stara się mu w tym pomóc.

Steven Soderbergh postanowił porzucić kino, w którym czuł się lekko ograniczony na rzecz telewizji. Serial stworzony przez Jacka Amiela i Michael Beglera (obaj pracowali m.in. przy serialu „Zwariowany świat Malcolma”) nie jest taką produkcją medyczną jak ostatnie tytuły. Nie ma tutaj pacjenta tygodnia, przewija się za to życie prywatne naszych głównych bohaterów: od lekarzy, przez właścicieli po dyrektora, a także obserwujemy początki przełomów medycznych, m.in. z wykorzystaniem zdjęć rentgenowskich. A po drodze pojawią się m.in. aborcje, nieudane operacje płodu łóżeczkowego, zamieszki na tle rasowym (morderstwo policjanta) czy badania nad krwią. Jedno mogę powiedzieć od razu – sceny operacji są bardzo realistyczne oraz drastyczne, więc osoby o słabszych nerwach nie powinny nawet zbliżać się do tego tytułu. Jedyne, co może rozczarowywać I serię jest zakończenie, a w zasadzie jego brak. Sprawiający wrażenie jakby niedokończonego, jakbyśmy byli dopiero w połowie serii, a nie na samym końcu. Technicznie jest to mieszanka rozmachu oraz przywiązania do detalu w odtwarzaniu realiów (scenografia, kostiumy, przedmioty i także warstwa obyczajowa), a sama kamera bywa czasami trzęsąca się (niemal reporterska) albo niewyraźna. Jest to celowy zabieg reżyserska, by dodać pewnego „brudnego” realizmu.

Swoje tez robi naprawdę świetnie poprowadzona obsada, gdzie każdemu z bohaterów udaje się stworzyć pełnokrwiste postacie. Nie będę oryginalny twierdząc, ze bryluje tutaj Clive Owen jako Thack. Kim jest ten lekarz? Na pewno ambitny, odważny i nie bojący się ryzyka. W dodatku nie pozbawiony ironicznego poczucia humoru oraz potężnego nałogu – kokainy. Czy wyjdzie z tego? Zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale ten facet kradnie szoł całej reszcie.

Drugą mocną postacią jest wybrany na zastępcę Thacka (przez rodzinkę) dr Algernon Edwards (wyborny Andre Holland), który jest genialny, błyskotliwy oraz pomysłowy w prowadzeniu nowych zabiegów, tylko jest… czarny. Dlatego spotyka się z odrzuceniem i na własną rękę prowadzi praktykę pomagającą swoim pobratymcom, jednak wszelkie tę wątpliwości zostają rozwiane. Nie brakuje też innych ciekawych postaci jak opryskliwy kierowca Tom Cleary (mocarny Chris Sullivan), zadłużony u gangstera dyrektor Herman Barrow (Jeremy Bobb), zapatrzony w Thacka dr Bertram Chickering Jr. (Michael Angaramo) czy dociekliwy inspektor Speight z Departamentu Zdrowia (David Fierro).

Muszę przyznać, ze „The Knick” mnie pozytywnie zaskoczył, choć wymaga on sporo cierpliwości oraz pełnego wejścia w ten świat. W końcu jak pisano na reklamowych plakatach: „Nowoczesna medycyna gdzieś musiała mieć swój początek”. Nie wiem jak wy, ale czekam na dalszy ciąg produkcji Cinemaxa.

8/10

Radosław Ostrowski