Alienista – seria 1

Nowy Jork pod koniec XIX wieku nie różnił się za bardzo od dzisiejszego miasta. Nie pod względem architektonicznym czy wyglądu, lecz mentalnym. Brudne ulice, korupcja na szczytach władzy oraz policji nie bojącej się sięgać po informacje siłą. Nowoczesne metody kryminalistyczne z dużym uporem wchodziły do użytku, zaś psychologia jeszcze była w powijakach. I na tym ostatnim aspekcie próbuje się skupić serialowa adaptacja powieści Caleba Carra „Alienista”.

Kim jest alienista? To dawne określenie lekarza psychiatry, a nim w tej historii jest dr Laszlo Kreizler – ekscentryczny mężczyzna, zafascynowany ludzkim umysłem. Tym razem jednak mężczyzna angażuje się w śledztwo dotyczące zabójstwa dzieci. A konkretnie chłopców pracujących jako prostytutki przebrane za dziewczyny. Lekarz odkrywa, że sposób egzekucji przypomina sprawę sprzed 3 lat, dotyczącą jednego z jego pacjentów. W dochodzeniu, niezależnie prowadzonym od policji, pomaga mu rysownik New York Timesa, John Moore oraz pracująca w policji jako sekretarka Sara Howard. Sprawa jest trudniejsza niż się wydaje nie tylko z niewielu tropów, ale też działania stróżów prawa i wpływowych rodzin rządzących miastem.

Serial stacji TNT to mieszanka kryminału, dramatu historycznego oraz psychologicznego dreszczowca. Jeśli miałbym rzucać, to najbliżej jest tutaj do „Ripper Street” (kryminał w XIX wieku) oraz „The Knick” (rozwój medycyny oraz muzyka okraszona elektronika). Twórcy bardziej skupiają się na kryminalnej intrydze, gdzie nie brakuje znajomych tropów: od wpływowych ludzi miasta z zamożnych rodzin lub mających silne koneksje (J.P. Morgan, były komendant policji), działających na granicy prawa skorumpowanych policjantów, ludzi biednych, co są zdani tylko na siebie. A wszystko w czasach rozpowszechnianych idei emancypacyjnych i socjalistycznych, zaś przemoc staje się na ulicy czymś normalnym. I tylko nieliczni decydują się stanąć po stronie słabszych, nie dla kariery, sławy oraz chwały.

Jednocześnie twórcy próbują skupić uwagę na tle społecznym oraz mentalności czasów sprzed wejścia w wiek XX. Rasizm, uprzedzenia wobec imigrantów i cudzoziemców, narzucanie ról społecznych płciom oraz wierzenie własnemu doświadczeniu (oraz uprzedzeniom) niż naukowym faktom. Wszystko jest odpowiednio mroczne, brudne i zderzone ze złem, którego sposobu działania nie da się zrozumieć. Konsekwentnie są odkrywane kolejne elementy układanki oraz mylone tropy, przez co byłem bardzo zaintrygowany aż do trzymającego w napięciu finału. Choć motywacja antagonisty pozostaje nierozwiązana, ale to akurat mnie cieszy i pokazuje, że jeszcze ówczesna wiedza na temat ludzkiego umysłu jeszcze miała wiele do nadrobienia. Wrażenie robi scenografia, gdzie niemal czuć ten brud i smród ulic, a także kostiumy zanurzając w epokę.

Ale to wszystko by nie działało, gdyby nie fantastycznie dobrane trio aktorskie w rolach outsiderów tego świata: psychiatry, rysownika oraz sekretarki z ambicjami oraz zmysłem śledczym. Pierwszego gra rewelacyjny Daniel Bruhl i może on charakterem budzić pewne skojarzenia z doktorem Housem czy Sherlockiem Holmesem – naznaczony mrokiem, pewny siebie i nie bojący się mówić swoich przekonań lekarz. Nie pozbawiony jest on jednak empatii oraz wrażliwości, choć jej nie eksponuje tak mocno. W rysownika wciela się Luke Evans i świetnie sprawdza się w roli przyjaciela alienisty, niejako stojąc po tej jasnej stronie życia (i Mocy 😉), zaś chemia między nimi jest namacalna. Trzecim wierzchołkiem tego trójkąta jest Sara w wykonaniu Dakoty Fanning. Może i sprawia wrażenie delikatnej kobiety, ale to tylko pozory. W rzeczywistości jest silna, ambitna, konsekwentnie dążąca do celu oraz podchodząca do dochodzenia w sposób bardzo analityczny, wyciągając ciekawe wnioski. To trio przyciąga uwagę, a ich wspólne sceny dają sporo emocji.

Drugi plan też jest bardzo bogaty: od działającego w cieniu byłego komendanta Barnesa (Ted Levine) przez korzystających z nowych osiągnięć technologii bracia Isaacson (Douglas Smith i Matthew Sheer) oraz rasistowskiego, brutalnego kapitana Connora (David Wilmot) po próbującego wprowadzić nowe porządki w policji Thodore’a Roosevelta (Brian Geraghty). Są też drobne rólki Sean Young oraz Michaela Ironside’a, jednak to tylko na zasadzie ciekawostki.

Pierwszy sezon „Alienisty” jest więcej niż sprawną kryminalną opowiastką z badaniami ludzkiego umysłu w tle. Niepokojąco koresponduje z dzisiejszą rzeczywistością, pokazując pewną niezmienność rzeczy, co napawa tylko smutkiem. Wciągające śledztwo z mocnym zacięciem społecznym i nie mogę się doczekać aż sięgnę po drugi sezon.

8/10

Radosław Ostrowski

O Yeti!

Yeti – mityczne zwierzęta mieszkające na szczycie Himalajów. Podobno, bo nikt ich na oczy nie widział. Czemu o tym mówię? Bo cała historia zaczyna się od ucieczki takiego stwora. Jednak nie z macierzystych gór, lecz z pewnej podziemnej kryjówki pewnego podróżnika oraz poszukiwacza egzotycznych zwierząt. Stworek trafia na dach w jednym z chińskich miast, gdzie przebywa niejaka Yi. Młoda dziewczyna ciągle jest zapracowana i niepogodzona ze śmiercią ojca. To właśnie ona przypadkowo trafia na yeti, który zostaje nazwany Everest. W końcu decyduje się zaprowadzić zwierzę do domu, w czym pomaga chłopak pragnący zostać koszykarzem i jego kuzyn.

o yeti1

„O Yeti” to najnowsze dzieło od studia DreamWorks, które jest jednym z silniejszych konkurentów Pixara. Ale o dziwo, po premierze filmu szum wokół niego gwałtownie ucichł. Czemu się tak stało? Mam pewne podejrzenia, lecz nie rozpędzajmy się. Sama historia jest bardzo prościutka i w ma wszystko, co klasyczne kino drogi. Trójka bohaterów oraz nasz yeti o mentalności dziecka wyruszają w podróż, która zmusza ich do weryfikacji swoich przekonań. Oddalająca się od rodziny Yi po mistrzowsko grająca skrzypcami i niepogodzona ze śmiercią ojca, Peng jest uzależniony od telefonu, social mediów, a także stanu posiadania, zaś Jin bardzo chce być koszykarzem, lecz nie ma znajomych. Co się wydarzy po drodze, jesteście w stanie łatwo przewidzieć. Dla mnie jednak największym problemem jest brak stawki oraz poczucia zagrożenia. Ponieważ nasz yeti, choć ciągle ma mentalność dzieciaka, działa tutaj na zasadzie deus ex machina. Kiedy wydaje się, że bohaterowie są w potrzasku, nasz Everest posiada moce. I wychodzą niemal ze wszystkiego bez szwanku. Nawet pod koniec drogi, gdzie dochodzi do działań prawdziwych antagonistów.

o yeti2

Choć film jest po angielsku, to osadzenie całości w Chinach wydaje się tutaj bezczelnym skokiem na kasę. „O Yeti” jest celowane w azjatycki rynek, ale – co mnie najbardziej zadziwiło – tego chińskiego kolorytu nie czuć tak bardzo. Może poza sceną fajerwerków czy przepięknie wyglądającymi krajobrazami. W ogóle animacja jest tutaj cudowna, pełna szczegółów (futerko yeti) oraz wręcz zapiera dech w piersiach. Również postacie są bardzo wyraziste, poruszają się bardzo płynnie, a w tle gra cudna muzyka (solówki na skrzypcach – poezja).

o yeti3

DreamWorks to studio, którego produkcje są nierówne. „O Yeti!” nie jest koszmarnie złe, ale to ich najlepszych dokonań ostatnich lat pokroju „Strażników marzeń” czy serii „Jak wytresować smoka” sporo brakuje. Schematyczność oraz skrótowa forma narracji działa na niekorzyść, choć potrafi wyglądać przepięknie. Propozycja zdecydowanie dla młodszego widza.

6/10

Radosław Ostrowski

Aquaman

Arthura Curry poznaliśmy w niesławnej „Lidze Sprawiedliwości” (nadal nie obejrzałem), jednak sam odbiór filmu był bardzo ostry. Zamiast budowy uniwersum DC, doszło do zmiany warty (stery w sprawie produkcji filmów z tego świata przejął Walter Hamada, a Zack Snyder został zwolniony) oraz tworzenia filmów niekoniecznie ze sobą powiązanych. Być może kiedyś zostaną one połączone jak produkcje Marvela, ale wyniki box office na razie są zadowalające w kwestii obranego kierunku. Oznaką nowego stał się film Jamesa Wana, twórcy „Piły” i „Obecności”.

aquaman1

Arthur mieszka w mały miasteczku na wybrzeżu razem z ojcem latarnikiem. Jego matka była królową podwodnej Atlantydy. Problem w tym, że ci pod wodą nie przepadają za nami lądowcami, a wszelkie kontakty z nimi są traktowane jak zdrada. Dlatego matka musiała wrócić do siebie, a Arthurek został na lądzie. Z czasem zaczął odkrywać pewne umiejętności (rozmowy z podwodnymi zwierzętami czy zanurzanie się bardzo głęboko pod wodę) i przechodził treningi pod okiem przyjaciela matki. Przychodzi jednak moment w życiu każdego bohatera, że – niczym słynny elektryk z wąsami – nie chce, ale musi. Nasz Człowiek-Rybak musi objąć tron Atlantydy, inaczej jego przyrodni brat doprowadzi do wojny. Jednak by odzyskać swoje dziedzictwo, trzeba odnaleźć mityczny trójząb pierwszego władcy.

aquaman2

Reżyser Wan kompletnie nie udaje, że robi film oparty na komiksie. Żadnego realizmu a’la Nolan czy mrocznych i ciężkich klimatów a’la Snyder. To samoświadome, kiczowate kino klasy B, gdzie fabuła może i jest schematyczna, ale ważniejsza jest realizacja oraz sama wizja świata. Czy może być poważny film, gdzie mamy ludzi jeżdżących na delfinach czy wielorybach z laserowo strzelającą bronią, zaś jedną z ról gra Dolph Lundgren? Sama historia to klasyczna droga bohatera, który musi pokonać swoje demony, zmierzyć się z wrogami oraz osiągnąć cel. Tylko, że nasz bohater to taki heros mimo woli, zmuszony przez inne czynniki. Nie chce korony i władzy, lecz chronić swoich najbliższych. Może wydawać się to przewidywalne, jednak zaskoczyła mnie realizacja.

aquaman3

Sama akcja jest odpowiednio widowiskowa, a najbardziej zaskoczył mnie fakt, że wiele z tych scen jest kręconych w jednym ujęciu. Kamera wręcz tańczy dookoła, ale wszystko jest jasne i czytelne. Największe wrażenie były starcia Aquamana z Black Mantą oraz Mery ze ścigającymi ją ludźmi z Atlantydy. Ponieważ oboje są rozdzieleni, kamera przeskakuje z postaci na postać i robi to tak płynnie, że nie ma dezorientacji w terenie. Czuć wielki rozmach, a samo podwodne miasto wygląda imponująco. I nie chodzi tylko o komputerowe efekty, ale także o scenografię (m.in. ukryta na Saharze kuźnia czy miejsce spotkania króla Orma z Nereusem) czy nasycone kolorami stroje. Nie można oderwać oczu od filmu, zaś zakończenie sugeruje ciąg dalszy.

aquaman4

Aktorzy świetnie się bawili, co także czuć, a nie udaje się to każdemu. Jason Momoa do tej roli pasuje idealnie, pozornie sprawiając wrażenie osiłka, co wszelkie problemy rozwiązuje pięściami. Albo głową (nie w sensie, że myśli, choć ma przebłyski), budząc sympatię aż do ostatniej minuty. Chcę go więcej. Partnerująca mu Amber Heard jako Mara jest równie cudowna, zaś ich relacja oparta na docinkach, sarkazmie to coś troszkę innego niż spodziewalibyśmy się po kinie superbohaterskim. Jest też aż dwóch łotrów, których motywacja jest prosta (walka o władzę oraz klasyczna zemsta), lecz efektywna. Zarówno Patrick Wilson (król Orm), jak i Yahya Abdul-Mateen II (Czarna Manta) wypadają bardzo dobrze, co w przypadku czarnych charakterów nie jest takie łatwe. Niestety, jest jeden słaby punkt, czyli Nicole Kidman jako matka Arthura. Na ile jednak to wina scenariusza, a na ile pozbawionej mimiki twarzy (jak się wstrzykuje botoks, by zatrzymać urodę, tak to się kończy – o tym może kiedy indziej) nie umiem stwierdzić. Wiem za to, że aktorka wypadła sztucznie, nawet jej głos sprawiał wrażenie wypranego z emocji. Ale na szczęście pojawia się bardzo krótko, więc można to przeboleć.

„Aquaman” to prosta, bezpretensjonalna rozrywka, która nie udaje czegoś, czym nie jest. A jest drogim widowiskiem, ze świetnie sfilmowanymi scenami akcji, charyzmatycznym bohaterem oraz pasją. Takie połączenie zdarza się niezbyt często i jest tak wyważone. Czekam na sequel.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

II wojna światowa dla wielu wydaje się jedyną słuszną wojną. Słuszną, czyli podział na dobrych i złych gości. Jednak czasem wojna sprawia wrażenie niedorzeczności, absurdu, z jakim nie da się zmierzyć. Kimś takim był porucznik John Yossarian – bombardier stacjonujący we Włoszech, a dokładnie na wyspie Primora. Nasz bohater stara się wydostać z armii, jednak liczba lotów bojowych zostaje coraz bardziej podkręcona. Nawet próba zgłoszenia się u lekarza nie jest w stanie tego uratować (tytułowy paragraf 22), więc może trzeba zastosować inne metody.

Powieść Josepha Hellera to bardzo trudny materiał na adaptację w jakiejkolwiek formie. Ubrana w szaty czarnej komedii satyra na wojskową biurokrację oraz pokazanie wojny we wręcz krzywym zwierciadle. Jak na rok 1962 (czyli kiedy wydano powieść) było jednym z mocniejszych ataków na armię, a powieść przeplatała smolisty humor z dramatycznymi, wręcz brutalnymi sytuacjami (czasem wręcz bardzo blisko siebie). I ta sklejka powodowała, że ugryzienie tej powieści przez innych twórców. Co nie znaczy, że nikt tego nie próbował. W 1971 roku swoich sił spróbował Mike Nichols, jednak mało kto o tym filmie pamięta. W tym roku zadania podjęło się Hulu, za fabułę odpowiadali Luke Davies z Davidem Michodem, a całość reżyserował George Clooney z Grantem Heslovem. Efekt?

Fani książki i tak będą rozczarowani, bo tego języka na ekran przenieść się jeden do jeden nie da. Nadal udaje się zachować absurdalność tego świata, gdzie wszystko zależy od… no właśnie, kogo? Dowódców albo interesują totalne pierdoły typu parady (Scheisskopf), albo są wręcz bezwzględnymi sadystami, dla których najważniejsze jest osiągnięcie celu za wszelką cenę (Cathcart). Wojna pokazana jest wręcz jako stan szaleństwa. Sam Yo-Yo (tak jest nazywany Yossarian) wspomina, że nie wie, kto go bardziej chce go zabić: wróg czy dowódca. I wydaje się, że nie ma wyjścia z tej matni – loty bojowe są ciągle podnoszone, przełożony zawsze ma rację, a by ukryć niekompetencje armia dokonuje szalonych rzeczy (awans sierżanta Majora Majora na… majora czy medal dla Yo-Yo za wysadzenie mostu, gdy zginął jeden z członków załogi). No i jeszcze mamy niejakiego Milo – oficera zaopatrzeniowego, który jest w stanie przehandlować wszystko ze wszystkimi, tworząc tajemniczy syndykat, gdzie wszyscy mają swoje udziały. Nawet Niemcy, choć to doprowadza do nieprawdopodobnej katastrofy.

Ale twórcom udaje się (choć pierwszy odcinek troszkę nie trafił do mnie) zachować humor – pod tym względem błyszczy odcinek 4, gdzie Yossarian towarzyszy Milo w jego wyprawach handlowych – z dramatyczną powagą. Najbardziej wyczułem to w scenach bombardowań, gdzie wszystko widzimy z perspektywy lotników. Kamera się trzęsie, słychać strzały baterii przeciwlotniczych, a im dalej w las, tym coraz bardziej śmierć zaczyna brać swoje żniwa. Yo-Yo coraz bardziej zaczyna dostawać szału i ma tego wszystkiego dość. A ja razem z nim. Kolejne próby przełamania tego kręgu kończą się coraz bardziej niedorzecznymi rzeczami, doprowadzając do buntu. Ale nawet zakończenie wydaje się bardzo gorzkie i pozbawione happy endu.

Trudno mi się przyczepić do strony realizacyjnej, gdzie większość scen jest kręcona za dnia. Wszystko skąpana jest wręcz w żółtych kolorach, co podkręca pewną nierzeczywistość tego świata. W tle gra mieszanka muzyki jazzowej z militarystycznym stylem. Chociaż są pewne przełamania tego obrazu (noc we Włoszech, zakończona aresztowaniem protagonisty), zdarza się to bardzo rzadko. Niemniej zapada w pamięć.

Tak samo pozytywnie wypada aktorstwo. W Yossariana wciela się Christopher Abbott i moim zdaniem bardzo dobrze sobie radzi z rolą jedynego normalnego w tym całym wariatkowie. Ale zderzony z rzeczywistością stara się zachować resztki człowieczeństwa i przede wszystkim – przeżyć. Mimo wszystko. Młodzi aktorzy wcielający się w członków eskadry też wypadają dobrze z Lewisem Pullmanem oraz Jonem Rudnitskym na czele. Ale dla mnie najbardziej zapadły w pamięć dwie osoby: Cathcart oraz Milo. Pierwszego gra absolutnie kapitalny Kyle Chandler, tworząc mieszankę balansującą między byciem autorytetem a idiotą. I nie ważne, czy widzimy to w scenie, gdy opieprza ludzi za nie zbombardowanie jednego miasta (jak się okazało, był to Watykan) albo podczas jakiejkolwiek odprawy. Z kolei ten drugi o aparycji Daniela Davida Stewarta pokazuje kapitalizm w najgorszej formie. Bardzo energiczny, cwany gość, odnajdujący się w kwestiach wymian i handlu jak ryba w wodzie. Taki odnajdzie się wszędzie i nie zginie.

Czy można było lepiej przenieść na ekran kultową powieść Hellera? Obawiam się, że nie, bo klimat jest zwyczajnie niepodrabialny. Ale jest w tej historii coś, co nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo gorzki serial, gdzie śmiech oraz śmierć idą ze sobą w niebezpiecznym tańcu, którego finał może być tylko jeden. Sami zobaczcie jaki, jeśli się nie boicie absurdu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wonder Woman

DC ma ostatnio sporego pecha do adaptacji swoich dzieł, chociaż mają równie intrygujących bohaterów jak konkurencja w postaci Marvela. Po odświeżonym Supermanie oraz jego konfrontacji z Batmanem, tak naprawdę niewielu czekało na kolejne dzieła od DC. Nawet ogłoszona „Liga Sprawiedliwości” wydawała się zrobioną na szybko próbą stworzenia uniwersum bez tła postaci, więc wieści o solowym filmie „Wonder Woman” traktowałem bardzo sceptycznie. Czy słusznie?

wonder_woman1

Bohaterką jest Diana – najmłodsza z plemienia Amazonek, które mają za zadanie chronić ludzkość przed wojną, a dokładniej Aresem. Razem z resztą pań mieszkają na wyspie daleko od świata. Ale i tutaj pojawia się wojna – I wojna światowa w osobie brytyjskiego szpiega oraz grupy Niemców. Poruszona opowieścią mężczyzny o toczącej się wojnie Diana decyduje się razem z nim wyruszyć do jego świata oraz powstrzymać generała Ludendorffa przed stworzeniem nowej broni.

wonder_woman2

Za ten film odpowiada znana z filmu „Monster” Patty Jenkins i trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązała się dobrze. Początek, w którym poznajemy początki Amazonek (spowolnione malowidła a’la Snyder) potrafi chwycić i poruszyć, chociaż toczy się dość szybko. Potem całość idzie bardzo spokojnie do Londynu – dzieje się sporo gadania, co jest spowodowane nieobyciem Diany we współczesnym świecie. To zderzenie daje sporo humoru oraz lekkości. Potem jednak zostajemy rzuceni w wir wojny – bury, brudny, mroczny (chociaż pozbawiony krwi) świat, pełen okrucieństwa, podłości, a jednocześnie wielkiego poświęcenia. Sceny akcji wyglądają bardzo porządnie, chociaż efekty specjalnie miejscami są na bardzo średnim poziomie.

wonder_woman3

Ale najbardziej boli finał, który jest ograniczony do starcia Diany z Aresem (jego tożsamość była dla mnie sporą niespodzianką) i ta potyczka była zwyczajnie nudna. Tak jakby tutaj Jenkins została zastąpiona przez Zacka Snydera, który niemal skopiował tutaj finał „Batmana vs Supermana”. Do tego jeszcze zbyt często wykorzystywane slow-motion, przez co starcia są zbyt efekciarskie. Jenkins czasami gubi się w tempie, ale potrafi usatysfakcjonować.

wonder_woman4

Ale sytuację ratuje za to przekonujące aktorstwo. Trudno oderwać wzrok od Gal Gadot, która jest prześliczna, chociaż może wielu zirytować naiwność bohaterki, ale ma w sobie wiele uroku. To pozwala kibicować tej bohaterce. Partneruje jej Chris Pine i ta chemia między nimi jest kołem zamachowym całości. I to czuć od pierwszej sceny. Cała reszta postaci jest jedynie ciekawym tłem, z którego najbardziej się wybija demoniczny Danny Huston (generał Ludendorff) oraz powściągliwy David Thewlis (sir Patrick).

„Wonder Woman” próbuje dogonić konkurencję w postaci Marvela i chociaż pojawia się wiele wad, to całość jest zwyczajnie dobre kino gatunkowe. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na kolejne spotkanie z Dianą Prince w „Justice League” i mam nadzieję, że DC w końcu zrozumie jak należy robić uniwersa.

7/10

Radosław Ostrowski

Przełęcz ocalonych

Wojna zawsze była okrutna, brutalna i bezwzględna. Niszczy charaktery, ale potrafi pokazać bardziej ludzkie oblicze w zdehumanizowanym świecie. To tego brutalnego świata trafia szeregowy Desmond Doss, który nie może (i nie chce) zabijać, ze względu na wiarę. A dokonał najbardziej heroicznego wyczynu z nich wszystkich. To jego historię poznajemy w „Przełęczy ocalonych” – największym filmowym powrocie roku 2016, gdyż reżyserem tego fresku jest najbardziej znienawidzony człowiek w Hollywood – Mel Gibson.

przelecz_ocalonych1

Opowieść o żołnierzu, co chciał być sanitariuszem i nie zamierzał dotknąć broni, można (wręcz trzeba) podzielić na trzy etapy. Pierwsza to dzieciństwo i młodość, podczas którego poznajemy naszego bohatera, jego rodzinę, w końcu przyszłą żonę. Drugi to szkolenie w wojsku, szykany oraz proces. Wreszcie trzeci, czyli walka o przełęcz Hacksaw na Okinawie. Każdy z tych wątków Gibson opowiada inaczej, nie unikając kwestii wiary oraz wierności samemu sobie. Na początek dostajemy ostrą i krwawą migawkę z walki na wzgórzu, gdzie nasz bohater jest niesiony na noszach. A wtedy cofamy się wiele, wiele lat wstecz. Początek jest bardzo barwny oraz odrobinę sentymentalny (ten związek między nim a pielęgniarką rozwija się dość szybko), jednak reżyser nie jest ani nadekspresyjny, tandetny i kiczowaty, chociaż pozornie dzieje się niewiele.

przelecz_ocalonych2

Znacznie ciekawiej robi się w koszarach, gdzie bohater trafia ofiarą szykan, a dla przełożonych jest prawdziwym problemem, którego szybko by się pozbyli. Koledzy uważają go za tchórza i nie dają mu spokoju (pięści idą w ruch), by wreszcie wydalić go z wojska, co się nie udaje. Tutaj poznajemy jego przyszłych towarzyszy: Polaka wyglądającego jak Indianiec, krewkiego rednecka, Włocha oraz sierżanta Powella, który jest (pozornie) typowym sierżantem, czyli drze mordę i rozstawia wszystkich po kątach. Ale i tak czekamy na front. Co jak co, ale Gibson w takich epickich klimatach czuje się najlepiej, bo te momenty zapierają dech w piersiach realizacją na mistrzowskim poziomie. Pamiętacie scenę lądowania w Normandii z „Szeregowca Ryana”? Reżyser niebezpiecznie blisko jest klasykowi Spielberga, gdyż krew i flaki lecą tutaj niemal z prędkością wystrzeliwanych pocisków, nie oszczędzając nieprzyjemnych detali. Rozpadające się zwłoki zjadane przez szczury, robaki, same flaki, obcinane nogi, ręce – to robi gigantyczne wrażenie, zostając w pamięci na długo. Jedyne co przeszkadza to stereotypowe przedstawienie Japończyków jako bezwzględnych zabijaków, próbujących w razie porażki zabić siebie oraz jak najwięcej wrogów.

przelecz_ocalonych3

A w tym całym szalonym i bezwzględnym świecie jest Doss (świetny Andrew Garfield), który nie zabija, lecz niesie pomoc. Każdemu komu się da, zawierzając swoje życie Bogu. Nie jest to jednak religijny fanatyk, ale człowiek chcący żyć tylko i wyłącznie w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Początkowo spotyka go opór i niezrozumienie, lecz zmienia się to w szacunek (sceny, gdy wyciąga ludzi SAM z urwiska – rewelacja) oraz podziw. Poza Garfieldem największym aktorskim zaskoczeniem był dla mnie Vince Vaughn jako sierżant Howell, będący lżejszym wcieleniem niezapomnianego Hartmana z „Full Metal Jacket”. Surowy, ostry i bardzo chamski, ale oddany i waleczny do końca. Właściwy człowiek we właściwym miejscu. Nie sposób zapomnieć też trzymającego fason Hugo Weavinga jako ojca Dossa, prześladowanego przez wojnę złamanego człowieka, ślicznej Teresy Palmer (Dorothy) czy dobrego Sama Wortingtona (kapitan Glover).

przelecz_ocalonych4

„Przełęczą ocalonych” Gibson powrócił do łask Hollywood i pokazał jak ze skromnego budżetu zrobić spektakularne kino wojenne, pełne krwi, brutalności oraz precyzyjnej realizacji (zdjęcia, montaż, dźwięk, popisy pirotechniczno-kaskaderskie), jakiej dawno w tym gatunku nie było. Do tego w odpowiednich proporcjach zachowano patos, bezwzględną rzeź i wiarę. Piorunujący koktajl, który popija się jednym łykiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Film o pszczołach

Barry Benson jest młodą pszczołą, która wchodzi w dorosłe życie. Powinien w tej chwili znaleźć pracę w korporacji Miodex, którą będzie wykonywał do końca życia. Problem w tym, że nasz Barry nie wie, kim chce być. Wreszcie decyduje się na samowolę i opuszcza ul razem z rozpylaczami. Odłącza się od grupy i zostaje uratowany przez kwiaciarkę Vanessę. Przypadkiem odwiedzając sklep zauważa pszczeli miód. Przerażony skalą miodu, postanawia wytoczyć ludziom proces o kradzież i bezprawne wykorzystanie ich pracy.

film_o_pszczoach1

Produkcja od DreamWorks jest zgrabną mieszanką satyry, historią poszukiwania swojego miejsca na Ziemi oraz zawiera ekologiczne przesłanie. Twórcy bawią się wszelkimi konwencjami i pokazują pszczoły tak jak ludzi, co jest plusem. Początek to satyra korporacyjna, gdzie poznajemy jak wygląda życie pszczół, dożywotnio pełniących swoje prace (niczym korporacyjne szczury). Ale kiedy Barry wychodzi na zewnątrz wszystko wywraca się do góry nogami, jadąc w dramat sądowy, gdzie każdy może podjąć walkę o swoje racje, bez względu na rasę i pochodzenie. Nie brakuje tu słownej szermierki czy drwiny z konsumpcyjnego stylu życia (gościnne epizody Stinga i Raya Liotty), co daje do myślenia dzieciom oraz dorosłym.

film_o_pszczoach2

Twórcy świetnie rysują nasze pszczółki oraz spotykanych innych owadów (komar rządzi!), a także ludziom, co wykorzystują zwierzęta do własnych korzyści (to lekkie nadużycie). Wszystko to jest prawdziwie zabawne, ale też i refleksyjnie. Może i ostatni akt jest bardzo przygnębiający, ale to daje mocnego kopa. Bo jeśli pszczoły nie będą pracować, a my ciągle będziemy tępić, będzie wtedy bardzo niewesoło. Wygląda to bardzo ładnie, a kilka aluzji (m.in. Barry w basenie niemal jak w „Absolwencie”) zwróci uwagę także bardziej dorosłego odbiorcy.

film_o_pszczoach3

Także polski dubbing jest więcej niż dobry, ale w przypadku animacji to już jest wypracowany standard. Tutaj największe pole do popisu dostał Maciej Stuhr, który jako Barry potwierdza swój talent komediowy. Jest zarówno bezradny, porażony, ale też uczy się odpowiedzialności za siebie. A także za cały rój, gdy dochodzi do poważnych perturbacji. Partneruje mu Joanna Trzepiecińska jako lekko postrzelona Vanessa, która dba o przyrodę i inne stworzenia. Tutaj mocno widać, że można dojść do porozumienia między ludźmi a owadami. Z drugiego planu najbardziej wybija się przyjaciel Barry’ego, Adam (uroczy Tomasz Bednarek) oraz śliski i bezwzględny prawnik Layton Montgomery (Miłogost Reczek).

film_o_pszczoach4

Pszczoły doczekały się własnego filmu i jest to bardzo fajna przygoda. Niegłupia, zabawna, ale też i dająca do myślenia. Nawet starsi widzowie (poza śliczną animacją i mądrym przesłaniem) znajdą tu coś dla siebie.

7/10

Radosław Ostrowski

Figurantka – sezon 1

Teoretycznie nakręcenie serialu wydaje się łatwe. Potrzebny jest interesujący scenariusz, świetny aktorzy, pewny reżyser i więcej niż solidna realizacja. W przypadku serialu komediowego jest jeszcze łatwiej, bo trzeba dodać parę żartów. Proste? Niekoniecznie. Zwłaszcza gdy jest to serial komediowy o polityce. Teraz skomplikuję sprawę – dla HBO (te trzy słowa są symbolem wielkiej jakości) o amerykańskiej polityce z przymrużeniem oka serial stworzyli dwaj Brytyjczycy – Simon Blackwell i Armando Iannucci.

vp

Główną bohaterką całego zamieszania jest Selina Meyer – była pani senator, która obejmuje urząd wiceprezydenta USA. Chciałaby osiągnąć i zrobić coś wielkiego w polityce bez układów, konotacji itp. Ale okazuje się to nierealne i wywołuje masą dowcipnych i zabawnych sytuacji. Nie brakuje żartu głównie sytuacyjnego (próby dokonania testu ciążowego) i masy bluzgów, pokazując pracę polityka jako coś trudnego, gdzie trzeba automatycznie reagować na zmienną sytuację. Z drugiej strony mając takich współpracowników nic dziwnego, że ciągle się coś sypie. Choć całość ma tylko 8 półgodzinnych odcinków (czas jak w sitcomie i to bez śmiechu), to jednak jest to przyjemnie spędzony czas.

vp2

I teraz najważniejsze – zagrane jest to naprawdę dobrze. Najważniejsza jest tu Julia Louis-Dreyfus w roli Seleny – ciągle zabieganej, ambitnej kobiety, która kiedyś miała jaja i charakter (ten jeszcze pozostał), ale tak naprawdę bywa nieporadna i często musi odkręcać, zmieniać sytuacje. Trudno jej nie polubić. Drugi plan jest tu przebogaty i każda postać bardziej lub mniej bryluje. Jest tu zarówno szefowa sztabu Amy (dawno niewidziana Anna Chlumsky), rzecznika prasowego Mike’a (rozbrajający Matt Walsh), empatycznego doradcę Gary’ego (uroczy Tony Hale), ambitnego i bezwzględnego Dana (ostry Reid Scott) oraz sekretarkę Sue (cięta Sufe Bradshaw). Ta grupa tworzy mocną mieszankę wybuchową.

vp3

Naprawdę udana komedia stacji HBO (po odpychających mnie „Dziewczynach”), która potrafi rozśmieszyć. Jeśli macie trochę czasu (parę godzin) i nie macie co robić, a chcecie się porządnie pośmiać, to już powinniście wiedzieć, co należy zrobić.

7/10

Radosław Ostrowski

Mocne uderzenie

Scott Voss jest nauczycielem biologii w szkole, gdzie nie za bardzo się przykłada, a swoje najlepsze lata ma za sobą. Także szkoła ma spore kłopoty finansowe i dlatego chcą zlikwidować dodatkowe zajęcia z muzyki prowadzonymi przez Marty’ego. Scott chcąc pomóc , dorabia jako nauczyciel dla starających się o obywatelstwo. Tam poznaje Nika, byłego zawodnika MMA. Wtedy wpada na pomysł dorobienia jako zawodnik.

MMA_300x300

Już sam opis zapowiada, że jest to film, którego nie można traktować absolutnie poważnie. Po komedii należy się spodziewać masy humoru (niekoniecznie najwyższych lotów). Nie ma tutaj ostrego treningu przepony, ale zdarzają się zabawne sytuacje, że wymienię chociaż pierwsze walki, dość nieudane czy nauka cudzoziemców. Tak naprawdę jest to opowieść o tym, że zawsze należy walczyć. Może i zakończenie jest naiwne, ale pokrzepia. I jest naprawdę dobrze zrobione (świetnie zmontowana walka). Technicznie jest w porządku, zwłaszcza muzyka jest naprawdę dobra.

Siłą napędową tego filmu jest Kevin James, który jest dość dobrze zbudowany i bywa przekonujący w roli nauczyciela-fightera, który z desperacji walczy, choć nie potrafi. Wychodzi mu to ślamazarnie, ale mimo to trzymamy za niego kciuki. Poza nim wybija się Henry Wnkler (Marty, nauczyciel muzyki) oraz wyjątkowo zabawny Bas Rutten jako Niko. Ten były fighter, który uczy jogi (to też jest dość ciekawe) i stara się o obywatelstwo staje się mentorem i wsparciem dla Scotta.

MMA2_300x300

Ogólnie mówiąc, to oglądało się to z frajdą i lekkością. Jeśli chcecie po tym trenować MMA zastanówcie się, bo możecie ostro oberwać.

7/10

Radosław Ostrowski