Predator

Początek jest tutaj dość klasyczny: mamy oddział komandosów pod wodzą majora Dutcha. Specjalizują się w zadaniach ratunkowych i właśnie dostają kolejne od dawnego towarzysza broni szefa, obecnie agenta CIA. Ich celem jest minister jednego z państw w Ameryce Południowej, który został pojmany przez oddział partyzantów. Ekipa wyrusza do akcji, jednak po drodze odkrywają dość makabryczne zwłoki. A to dopiero początek niespodzianek.

predator_19871

Dla Johna McTiernana „Predator” był pierwszy dużym projektem i drugą fabułą w jego karierze. Pozornie z opisu wydaje się, że będziemy mieli do czynienia ze stricte filmem akcji, jakich powstawało wiele. To jednak tylko zasłona dymna, która zostaje nam zdjęta już na samym początku. Pierwsze półtorej minuty to latający statek kosmiczny, wystrzeliwujący w naszą planetę coś. Pozornie nieistotny detal, jednak ustawia on cały kierunek filmu. Pierwszy akt to wręcz krótka ekspozycja ekipy, składającej się wręcz ze stereotypowej grupy twardzieli: od przypakowanego koksiarza z potężną giwerą, Indianina-tropiciela, znającego hiszpański sapera, sierżanta z łysą czachą i radiowca wyglądającego niczym inteligencik. Sztampowe charaktery, ale jednak zapadają w pamięć. A kiedy dochodzi do kulminacji (scena ataku na partyzantów), dostajemy wszelkie możliwe atrakcje: świszczące kule, kozackie one-linery, wybuchy godne Michaela Baya (takiego z początków kariery) oraz wręcz skaczących przeciwników.

predator_19872

Najciekawszy jednak pozostaje sam Predator – bardzo tajemnicza persona, nie wypowiadająca ani jednego słowa. Stwór z dredami na głowie, maską (niewidoczną aż do finałowego pojedynku jeden na jeden), wyostrzonym wzrokiem – dokładnie sprzętem – oraz nowoczesną technologią, czyniącą go bezwzględnym zabijaką. To by wystarczyło na stworzenie równie ikonicznego przybysza z kosmosu, co Obcy od Ridleya Scotta, ale jest coś jeszcze: ten przybysz ma zasady. Nie zabija nieuzbrojonych, zaś z poległych zbiera głowy z kręgosłupem jako trofea, a pokonany popełnia bardzo widowiskowe harakiri.

predator_19873

I jeszcze jest to świetnie zagrane, co jest sporą zasługą m.in. Arnolda Schwarzeneggera. Wiadomo, że jak jest Arnie, to będzie twardy akcent, mieszanka sprytu oraz ciętych ripost, jednak pojawia się też przerażenie. Ale każdego z ekipy trudno zapomnieć: Billy’ego Duke’a (sierżant Mac), Sonny’ego Landhama (Billy) czy Carla Whitersa (Dillon). Jest też nawet sam Shane Black (Hawkins), który właśnie nakręcił kolejną część serii.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak film McTiernana godnie wytrzymuje próbę czasu. „Predator” to znakomita hybryda kina akcji z horrorem SF, jakiej nie było od czasu drugiego „Obcego”. Reżyser już tutaj wspina się na wyżyny talentu, a tytułowy bohater przeszedł do historii popkultury. Prawdziwe wejście z hukiem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Endless

Sekty są miejscami, które naznaczają ludzką psychikę na bardzo długie lata. Do jednej z nich należeli Aaron i Justin, ale udało im się 10 lat temu uciec. Czy to była dobra decyzja? Zdania są mocno podzielone, bo Justin pamięta to miejsce jako niepokojące, złe i tajemnicze, z kolei Aaron niczego takiego nie pamięta. Bracia pracują jako sprzątacze, jakoś wiążąc koniec z końcem. Ale wszystko się zmienia, gdy trafia do nich kaseta nagrana przez członkinię kultystów. Czyżby wszystkie informacje były nieprawdą? Nie planowali popełnienia samobójstwa? Mężczyźni decydują się wrócić do Camp Arcadii, by dojść do prawdy.

endless1

Reżyserski duet Justin Benson i Aaron Moorhead postanowili się pobawić różnymi gatunkami, by sprowokować do przemyśleń. Sam film to zbitka kina drogi, SF oraz horroru, gdzie przez większość czasu pojawia się wiele tajemnic. Skąd się wzięła ta taśma? Dlaczego kultyści zachowują się jak normalni ludzie? Dlaczego to miejsce wydaje się tak rajskie? I po co w ogóle stamtąd uciekać? Wszystko wydaje się tutaj w miarę normalne, ludzie sympatyczni, bez jakiegoś nawiedzonego pieprzenia. W tle gra bardzo pulsująca, niepewna muzyka. A im dalej w las, tym więcej zagadek się pojawia – trzy księżyce, „próba siły” ze sznurem, kobieta szukająca męża. O co tutaj tak naprawdę chodzi? I dlaczego w tym małym kawałku ziemi można tak łatwo się zgubić? Ale w połowie twórcy zaczynają odkrywać kolejne elementy układanki, doprowadzając do stanu umysłu zwanego mindfuckiem. Więcej wam nie powiem, ale ta wolta może wprawić w zakłopotanie, przez co trudno było mi to ogarnąć.

endless2

Niemniej muszę przyznać, że „Endless” wygląda bardzo pięknie i to zarówno w scenach niby onirycznych (od połowy filmu), jak też wyglądu samego obozu. Z drugiej strony przez większość scen, film wygląda niemal jak dokument, co dodaje realizmu na początku. A najmocniejszym ogniwem, mimo przełamania pozostaje braterska relacja (sami reżyserzy w tych rolach), zachowująca naturalność oraz wiarygodność do samego końca. Widać pewne skrywane żale, pretensje oraz dwie różne postawy życiowe: twarde stąpanie po ziemi kontra pewna niesamodzielność połączona z poczuciem bliskości, jednak czuć między nimi silną więź i bliskość.

endless3

„Endless” jest dziwaczną mieszanką tajemnicy z fantastyką oraz bardzo specyficznym klimatem, który wielu może odrzucić. Potrafi miejscami wciągnąć, jednak dla wielu może zadziałać usypiająco. Niemniej warto spróbować i dać szansę, bo może dacie się wciągnąć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Upgrade

Czym jest cyberpunk, chyba nie trzeba tłumaczyć. Każdy, kto oglądał „Blade Runnera”, grał w „Deus Exa” czy czytał powieści Williama Gibsona zna świat wszczepów, udoskonaleń technologicznych, mających ułatwić życie. Jednak nie każdy chce mieć wydrukowaną pizzę, zdalnie sterowany wóz czy inne ułatwienia. Kimś takim  jest Grey (nie Christian) – mechanik samochodowy, mieszkający z żoną, będącą zwolenniczką nowych technologii. Ale wracając do domu, auto się psuje, oboje zostają napadnięci. Kobieta ginie, a mężczyzna zostaje sparaliżowany od szyi w dół. Świat wtedy jest do dupy, a tylko technologia pomaga mu funkcjonować. I wtedy jego dawny zleceniodawca, decyduje się mu pomóc za pomocą wszczepu zwanego Stemem, dzięki któremu będzie mógł się samodzielnie ruszać. Ale wszystko się zmienia, gdy maszynka zaczyna „mówić” głosem, a Grey decyduje się dokonać zemsty.

upgrade1

Gdy poznałem nazwisko reżysera „Upgrade” nie byłem pewny, czy chciałem to zobaczyć. Leigh Whannell, czyli scenarzysta „Piły” nie wydawał się właściwym kandydatem, dodatkowo mierzącym się z nieznanym sobie gatunkiem. Sama fabuła to mieszanka cyberpunkowego SF, z brutalnym kinem akcji klasy B, bez imponującego budżetu. Jednak nie jest to dla twórcy problem, bo reżyser bardzo sprawnie lawiruje między gatunkami, mieszając kino gatunkowe z refleksjami na temat sztucznej inteligencji oraz człowieczeństwa.

upgrade2

Wynika to z wątku związanego ze Stemem. Na początku – za pozwoleniem naszego protagonisty – jest w stanie tymczasowo przejąć kontrolę nad ciałem bohatera, zmieniając go w maszynę do zabijania. Ale z czasem zaczyna coraz bardziej ingerować w życie bohatera, podpuszczając go do realizacji jednego celu – zemsty. I o dziwo, obydwa te wątki nie wywołują zgrzytu i się pięknie uzupełniają aż do bardzo przewrotnego finału.

Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, mimo że film nie miał tak dużego budżetu jak powiedzmy nowy „Blade Runner”. Nie brakuje zarówno neonowych świateł i mocnych kolorów (siedziba Erona, kryjówka hakerki), jak i bardziej futurystycznie wyglądających samochodów oraz prostych gadżetów jak maszyna do aplikowania leków czy zamówienia jedzenia. Efekty specjalne wyglądają imponująco, tak jak sceny akcji, gdzie Stem „rusza” się bohaterem, a kamera jest usztywniona. Wygląda to wręcz obłędnie, choreografia jest pomysłowa i finezyjna, a sceny odpowiednio brutalne (akcja w łazience knajpy). Jedynym dla mnie poważnym problem jest słabo zarysowany drugi plan (poza Stemem): źli są źli, bo kurwa tak, rodzina Greya pojawia się bardzo krótko, a o prowadzącej śledztwo policjantce wiemy, że lubi stosować staroszkolne metody pracy.

upgrade3

Więcej pola do popisu masz Grey (świetny Logan Marshall-Green, czyli klon Toma Hardy’ego z brodą), serwujący masę sprzecznych emocji: od bólu, gniewu, bezsilności aż po żądzę zemsty. Miłośnik „nie cyfrowego” stylu życia, zmuszony do życia z czipem. Na mnie największe wrażenie robił w scenach akcji, nie tylko z powodu ich wykonywania, ale pewnego mrocznego paradoksu. Gdy walczy i atakuje swoimi nogami oraz rękoma, jego twarz pokazuje zupełnie inne emocje: dezorientację, szok oraz przerażenie tym, co robi. Niczym w horrorze, wznosząc całość na wyższy poziom.

Whannell zaskoczył wszystkich i pokazał, że z małym budżetem (niczym klasycy kina z lat 70. i 80.) jest w stanie wyczarować świetne kino. „Upgrade” to wszystko, co najlepsze w kinie klasy B – mroczny, niepokojący klimat, a cyberpunkowy sznyt oraz świetna rola Marshalla-Greena wznosi całość na o wiele wyższy poziom. Poza akcją potrafi sprowokować do zastanowienia się.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny

Dr Goldfoot już raz na ekranie się pojawił w 1965 roku. Z jednej strony miał być takim żartem z bondowskiego Goldfingera, połączonego z nieprzewidywalnym Fantomasem, zawsze będącym o krok przed swoimi przeciwnikami. W kontynuacji zrobione przez Mario Bavę, nasz zbrodniarz tym razem planuje zaostrzyć stosunki między USA a ZSRR za pomocą swoich dziewczyn-robotów z ładunkami wybuchowymi. Panny zabijają generałów NATO, a jednocześnie organizuje eksplozję bomby jądrowej z amerykańskiego samolotu na Syberię.

dr_goldfoot1

Sama historia brzmi dość bzdurnie i idiotycznie. Bo i w sumie tak jest, chociaż reżyser próbuje wycisnąć z tej fabułki ile się da. Tylko, że całość jest ciągiem slapstickowych gagów, sfilmowanych w przyspieszonym tempie niczym z serii o Bennym Hillu. Wszystko toczy się na bardzo cienkiej granicy podobieństwa, dowcipy oparte są na improwizacji, powtarzalnych gagach (odbicie się ciapowatych agentów przed wpadnięciem) oraz lekko erotycznych podtekstach. Głupota zarówno bohaterów (portierów Cichio i Franco, próbujących zostać agentami), jak i miejscami samego antagonisty wprawia w zakłopotanie. Każdy absurdalny pomysł (willa zamieniona w szkołę prowadzoną przez zakonnicę czy ucieczka z samolotu za pomocą… parasola) zamiast rozbawić, niczym w komediach z Leslie Nielsenem, tutaj wprawia w osłupienie i jest co najwyżej głupawy, pozbawiony finezji oraz frajdy.

dr_goldfoot2

Bava nie chce, ale musi zrobić ten film, kompletnie nie potrafią się w tym cyrku odnaleźć. Fabuła nie angażuje, postacie są kompletnie przerysowane i sztuczne, aktorstwo bardzo przeszarżowane, humor bardzo koślawy oraz troszkę prymitywny. Z całego projektu wybija się jedynie Vincent Price w roli głównego złego, sprawiający wrażenie najbardziej wyluzowanego w tym całym chaosie. Jednak nawet on nie jest w stanie wyciągnąć tej miernoty na wyższy poziom. Po obejrzeniu najlepiej wymazać z pamięci.

2/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Caltiki – nieśmiertelny potwór

Wszystko zaczyna się od pewnej naukowej wyprawy, gdzieś w Ameryce Południowej. Badacze chcą ustalić, co spowodowało, ze w VII wieku naszej ery Majowie opuścili swoje domostwa. Jednak na miejscu dochodzi do zaginięcia jednego z członków ekspedycji, drugi zaś wraca w stanie szoku. Dr John Fielding decyduje się wyjaśnić sprawę, co doprowadza do tragedii (ciężko raniony członek wyprawy Max) oraz znalezienia pewnej mazi, która zostaje zabrana do badań.

caltiki1

Mario Bava znowu dokańcza film Richardo Fredy, który został zwolniony. Tym razem jednak mierzy się z horrorem SF, któremu troszkę też po drodze do monster movie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się dość śmieszny, chociaż miewa momenty bardzo urocze. Reżyser obiecuje dość wiele i mimo skromnego budżetu oraz czarno-białej taśmy, potrafi zbudować klimat. Nieźle wyglądające budowle, podwodne ujęcia – to wygląda całkiem przyzwoicie. Podobnie jak prosty pomysł odtworzenia zaginionej taśmy (pra-początki found footage) czy powolne odkrywanie kolejny tajemnic związanych z dziwaczna mazią oraz boginią Caltiki. Wraz z powrotem do domu, akcja zaczyna iść wobec dwóch wątków: dr Fieldinga i badań nad mazią oraz „zarażonego” i okaleczonego przez nią Maxa, zmieniającego się w bardzo nieprzyjemnego osobnika.

caltiki2

Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to interesujące, to „Caltiki” nie potrafi wykrzesać zbyt wielkich emocji. Sama istota, która posiada zdolność do klonowania, nie wywołuje takiego przerażenia, zaś sceny epickie (głównie finał z użyciem plastikowych makiet czołgów) mogą się wydawać dość zabawne. Podobnie jak kilka klisz związanych z próbą powstrzymania naszych protagonistów (aresztowanie przez policję, wypadek zakończony spektakularną eksplozją), bardzo teatralne aktorstwo czy bardzo wybijająca się muzyka. Ale nie brakuje kilku pomysłowo wykonanych scen: oszczędna czołówka, pierwszy atak Maxa po wypadku czy badanie za pomocą promieniowania nadal mogą sprawić wiele radości.

caltiki3

„Caltiki” bardziej dzisiaj śmieszy, choć pewnie w dniu premiery było czymś świeżym. Czas okazał się bardziej morderczy niż jakiekolwiek monstra z dawnych czasów, technicznie nie robi zbyt dobrego wrażenia, a realizacyjnie wypada najwyżej przeciętnie.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Ostatnie pokolenie

Wyobraźcie sobie świat, w którym coraz trudniej jest zdobyć wodę z powodu ogromnej suszy. Z tego powodu dystrybucja tego surowca jest mocno ograniczona, zaś ranczerzy, by przetrwać, muszą handlować alkoholem i liczyć na cud. Kimś takim jest Ernest Holm, ale bardzo brakuje mu umiejętności. Mężczyzna mieszka z synem i córką, która umawia się z dość szemranym Flemmingiem, który ma inne plany wobec tej ziemi.

ostatnie_pokolenie1

Początek dzieła Jake’a Paltrowa może budzić skojarzenia z postapokaliptyczną wizją świata, pełnego pustynnych krajobrazów, szalejących bandytów oraz zwykłych ludzi, próbujących przetrwać. Reżyser przez dłuższy czas prezentuje wizję swojego świata, gdzie nie brakuje pomysłowych gadżetów (futurystyczny telefon czy mechaniczny osioł), jednak nie one są tu najważniejsze. Degrengolada świata, pełna biurokracji, korupcji oraz drobnych cwaniaków jak Robbie, handlujący dziećmi czy licytacje sprzętu. I tutaj mamy zwykłą rodzinę oraz mocno przywiązanego do ziemi Flema, który do realizacji swoich celów nie cofnie się nawet przed morderstwem. Historia skupia się na zabójstwie, zemście, brutalnej inicjacji oraz uczynieniu ziemi znowu żyznej. Niby nie dzieje się wiele, ale reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne elementy intrygi, prowadząc do dość oczywistego finału, naznaczonego krwią, odpowiedzialnością oraz mrokiem. Wszystko to wsparte przez bardzo surowe zdjęcia, pełne pustynnych krajobrazów (na początku) oraz niepokojącą muzykę. Może czasami dialogi wydają się dość suche, a pewne wątki związane ze światem poza rolniczym, gdzie trzeba mieć przepustki, są szybko urwane i można było je rozwinąć, niemniej seans jest całkiem przyjemny.

ostatnie_pokolenie2

Za to nie zawodzą aktorzy, z których najbardziej wybija się trzech panów. Michael Shannon zawsze się sprawdzał w postaciach z tajemnicą oraz nieprzyjemną przeszłością, tutaj jedynie potwierdza swoje umiejętności. Ernest jest bardzo wycofanym, skrytym facetem, próbującym wytrwać do końca. Bardziej wybija się za to Nicholas Hoult, przechodzący olbrzymią ewolucję Flemming. Na początku chłopak na motorku, wyglądający jak bandzior, z czasem stający się panem na włościach, pewnym siebie facetem. Wreszcie bardzo wycofany Kodi Smit-McPhee (Jerome), który jest zapatrzony w ojca, też zmienia się w sprytnego, dojrzałego mężczyzny.

ostatnie_pokolenie3

„Ostatnie pokolenie” to kolejny ciekawy głos w nurcie niezależnego kina SF. Niby nic nowego, a sama intryga może też wydaje się niezbyt zaskakująca, ale potrafi miejscami poruszyć i trzymać w napięciu, chociaż wydaje się spokojny. Te paradoksy nie wykluczają się nawzajem.

7/10 

Radosław Ostrowski

Midnight Special

Jesteśmy rzuceni w sam środek historii, gdzie dwóch mężczyzn ukrywa się w motelowym pokoju. Do tego z nimi jest chłopiec, noszący… gogle na twarzy. O co tu chodzi? Kim są ci ludzie i przed kim się ukrywają? Reżyser Jeff Nichols bardzo szczątkowo przekazuje informacje, dopiero z czasem tworząc pewien obraz wydarzeń, dlatego nie będę streszczał fabuły, bo im mniej się wie, tym lepiej dla widza. Powiem tylko tyle, że naszymi uciekinierami interesuje się pewna sekta, policja, FBI, a nawet NSA. Twórca bardzo konsekwentnie buduje aurę tajemnicy, do której możemy się przebić słuchając dialogów czy informacji z radia lub telewizji. Żadnej dokładnej ekspozycji, szczegółów, ale będą się dziać rzeczy nie z tego świata, pozbawione racjonalnego wytłumaczenia.

midnight_special1

To wyjaśnia dlaczego większość scen toczy się nocą, a im bardziej próbujemy rozgryźć przyczynę, tym bardziej to wszystko zaczyna wciągać, bo kim jest ten chłopak? Nowym Mejsaszem (jak chce sekta), bronią (jak uważa rząd) czy może kimś zupełnie innym. Nichols jednocześnie prowadzi historię w sposób oszczędny, kameralny, przez co nie ma tu zbyt widowiskowych scen. Ale to wszystko pozostaje intrygujące, tajemnicze oraz opowiedziane pewną ręką. Choć pozornie zawiera pewne dziury oraz niedopowiedzenia, to jednak nie czułem się zdezorientowany, zagubiony. Jedyne, co mocno psuło mi efekt to zakończenie, które wywołuje we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony wygląda piorunująco, z drugiej może wydać się zbyt łopatologiczny, pokazując troszkę więcej niż – być może powinna.

midnight_special2

Choć postacie są bardzo zarysowane i nie wiemy zbyt wiele, zagrane są co najmniej bardzo dobrze. Zarówno Michael Shannon (Roy), jak i Joel Edgerton (Lucas) są świetni w roli duetu przyjaciół, łączących siły w sprawie chłopca, a wszelkie emocje prezentują wręcz całym sobą. Tak samo przyciąga Jaeden Lieberher (Alton), magnetyzujący swoim specyficznym wyglądem oraz tajemniczymi umiejętnościami. Odrobinkę humoru udaje się przemycić Adamowi Driverowi, który jako wycofany, małomówny analityk NSA Paul Sevier, wypada dość zaskakująco.

midnight_special3

„Midnight Special” wydaje się być hołdem Nicholsa dla filmów spod znaku Kina Nowej Przygody, ale nie podejmuje gry na nostalgii czy bycia zbiorem cytatów. To mroczna tajemnica, która skupia uwagę, mimo pewnej szczątkowości fabuły oraz małej dawce informacji o bohaterach czy świecie przedstawionym. Bardzo intrygujące, pociągające i nieoczywiste kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ładunek

Andy mieszka na łajbie w postapokaliptycznej Australii opanowanej przez epidemię zombie. Jak zostaniesz ugryziony, to w dwie doby staniesz się fanem mózgów żywych ludzi. Właśnie tak się dzieje najpierw z żoną Andy’ego, a następnie z nim samym. Problem w tym, że jest jeszcze niemowlę o imieniu Rosie. I teraz Andy ma dwie doby, by oddać ją w dobre ręce, zanim stanie się zombie.

cargo1

Netflix próbuje nadrobić lekko podniszczoną reputację swoich filmów, tym razem pozwalając na rozszerzenie pewnej krótkometrażówki z 2013 roku. Postapo w Australii, gdzie niemal wszędzie jest pustynia, sawanna, troszkę roślinności, mało budynków i jeszcze mniej ludzi. Klimat zagrożenie i niepokoju jest wręcz namacalny i bardzo lepki, niczym kurz pustynny na twarzy. Twórcy łączą wątek naszego bohatera z pewną aborygeńską dziewczyną Toomey. Dziewucha ma swoje problemy (ojciec przemienił się, matka walczy z nieumarłymi) i na początku te wątki się przeplatają ze sobą, aż w pewnym momencie stanowią jedną historię. Po drodze nasi bohaterowie spotkają różnych ludzi – wykorzystujących do zabijania zombie, zarażoną rodzinę chcącą odejść z tego świata (bardzo dramatyczny moment) czy Aborygenów, którzy jako jedyni zachowują się tak, jakby wiedzieli, co nastąpi.

cargo2

Ta odyseja, choć toczy się bardzo powoli i opiera się na sprawdzonych schematach (jak żyć w nienormalnym świecie i pozostać człowiekiem), to jednak „Ładunek” potrafi wciągnąć, a ja w głowie stawiałem sobie pytanie: co ja bym zrobił w tej sytuacji? Czy też uciekłbym z klatki jak Andy, zostałbym razem z pogryzioną żoną czy zostawiłbym ją w cholerę? To ciągle prowokuje, a element etniczny daje nowego posmaku.

cargo3

Tak samo jak niosący na swoich barkach Martin Freeman, który – pozornie – wpisuje się w klasyczne emploi faceta mierzącego się z dramatycznymi wydarzeniami. On powoli zaczyna uczyć się życia w ekstremalnym świecie (zabijanie), posługując się bardziej sprytem, ale pozostając nadal ludzki. Tak samo próbuje żyć Toomey (świetna Simone Landers), rozdarta między ojcem a resztą otoczenia. Ona znajduje w Andym imitację ojca, choć oboje będą musieli sobie zaufać. Tak mocnego duetu dziecko-dorosły nie widziałem od dawna.

„Ładunek” nie jest może najlepszym filmem o zombie, ale potrafi wnieść wiele świeżości w tej gatunek. Pustynny klimat, zombie chowające się w piasek i światło w tym wyniszczonym świecie. Troszkę klimatem przypomina grę „Walking Dead”, a Freeman pokazuje, że sam jest w stanie udźwignąć film. Netflix powoli poprawia swoją reputację.

7/10

Radosław Ostrowski

Planeta wampirów

Na planetę Aura, z której dochodzi pewien tajemniczy sygnał, wyrusza ekspedycja składająca się z dwóch statków: Argosa i Galliota. Jednak podczas lądowania załoga jest wręcz gnieciona przez tamtejszą grawitację, a gdy dochodzi do kontaktu z podłożem, załoga dostaje szału i próbuje się nawzajem wymordować.

planeta_wampirow1

Mario Bava tym razem idzie w stronę kina SF zmieszanego z horrorem. Pozornie historia brzmi jak z kina klasy B, czyli mamy tajemniczą planetę, coraz dziwne sytuacje, których trudno wyjaśnić w sposób racjonalny. Ale wyjaśnienie, mimo że wydaje się bardzo oczywiste (umierająca rasa chce wyrwać się i podbić świat, by przetrwać), to jednak reżyserowi udało się zbudować klimat tajemnicy, osaczenia, niepokoju. Uderzyła mnie bardzo bogata scenografia, chociaż twórcy – poza salą filmową nie mieli praktycznie nic – zbudowali wnętrze statku kosmicznego (widać, że to lata 60.), jak i samej planety pełnej zarówno niepokojącej roślinności, wulkanów, dziwacznych kształtów. Wygląda to bardzo elegancko, a długie kadry tylko pomagają wejść w tą opowieść, będącą inspiracją dla „Obcego”.

planeta_wampirow2

Zdarzają się w zachowaniu mniejsze głupotki, ale „Planeta” potrafi miejscami straszyć, choć później ten klimat zaczyna się coraz bardziej sypać. Za to Bava pewnie prowadzi intrygę, potrafi zaskoczyć finałem (ale jak niby miałoby dojść do tej sytuacji – nie mam pojęcia), chociaż sceny bijatyk oraz strzelanin wyglądają dość teatralnie, zaś aktorstwo też delikatnie mówiąc, nie jest najwyższych lotów. Ale z tych dziwacznych elementów powstał film klasy B, który daje wiele frajdy i satysfakcji. Angażujący, wciągający, chociaż niekoniecznie mądry film rozrywkowy.

Ma w sobie pewien niewymuszony urok, chociaż wampirów nie zauważyłem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

Konfrontacja między dwoma bohaterami nie z tego świata, potyczka na jaką czekano od dawna. Człowiek-Nietoperz z Gotham vs kryształowy Superman z Metropolis. Ktoś bardzo chce, żeby nasi herosi zaczęli się między napierdalać, szczuje ich przeciw sobie. A wszystko zaczęło się od starcia Supermana z Zodem, gdzie dochodzi do śmierci wielu ludzi, w tym pracowników firmy Wayne’a. A to było dwa lata (i poprzedni film temu), coraz bardziej podkręcając klimat. Jednak pierwsze przyjęcie kontynuacji „Człowieka ze stali” wywołało ogromne kontrowersje, dlatego postanowiłem troszkę odczekać, by na chłodno podejść do tematu.

batman_v_superman2

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas oglądania to chaos, wynikający z masy wątków, przez co ciągle przeskakujemy z miejsca na miejsce: od Gotham, Metropolis po afrykańską pustynię, gdzie dochodzi do masakry. Dodatkowo jeszcze mamy różne oniryczne majaki, które są powrzucane byle gdzie i choć niektóre wyglądają rewelacyjnie (Batman schwytany przez wojsko Supermana w przestrzeni a’la Mad Max), to stanowią pewien niepotrzebny naddatek. Bardzo powoli próbowałem odkryć główny plot, gdzie ciągle podgrzewana jest nienawiść do Supermana, wypominając mu wszystkie ofiary podczas prób ratowania świata. Świata, który pełen jest mroku (nie tylko z powodu, że większość ujęć jest kręconych nocą), nienawiści wobec nieznanego oraz pełnego przemocy. Ale wiele jest tutaj zagadek i niedopowiedzeń, przez co film niestety traci. Przeszłość Batmana (znowu widzimy śmierć rodziców, a rezydencja została zrównania z powierzchni ziemi) pozostaje niejasna, tak samo jak motywacja Luthora (okraszona niestety, bełkotliwymi, pełnymi symboliczno-filozoficznych frazesów zdaniami) oraz fakt, jak zdobył te wszystkie informacje mające doprowadzić do ostatecznej rozwałki i to, jak zaplanował to wszystko. To się zwyczajnie w głowie nie mieści.

batman_v_superman1

Wizualnie wygląda to naprawdę porządnie, od samego początku atakuje nas podniosła, wręcz majestatyczna muzyka, czyli jest bardziej poważnie i patetycznie. Samo w sobie nie jest jakąś poważną wadą, a Snyder próbuje zachować balans wobec lekkich, kolorowych filmów Marvela. Jednak czasami reżyser przesadza (zwłaszcza wobec tekstów Luthora), a konsekwentnie budowany klimat trafia szlag w momencie, gdy pada słowo „Martha”. Do tego jeszcze ta potyczka z Doomsdayem, wyglądająca jak jedno z wielu starć filmowych, gdzie przeciwnikiem jest komputerowo wygenerowane bydle. Kompletny brak zaangażowania, jakiego w tego typu filmach nie lubię.

batman_v_superman3

Aktorsko jest tutaj bardzo nierówno. Henry Cavill wracający do roli Supermana, czyli herosa z egzystencjalnymi problemami i daje sobie radę, chociaż nadal jest sztywny jakby kija połknął. O wiele lepiej wypada Ben Affleck jako Batman. Aktor bardzo dobrze przedstawił zmęczonego, cynicznego herosa, który nie waha się przed zabijaniem ludzi na prawo i lewo, zaś odrobinę cynicznego humoru dodaje Jeremy Irons, czyli Alfred. Niestety, ale wpadką trzeba określić to, co zrobił Jesse Eisenberg jako Lex Luthor. Ten facet nie wygląda groźnie i zamiast strachu, budził we mnie wyłącznie śmiech. Zwłaszcza swoimi tikami nerwowymi, czyniąc postać wręcz groteskową, karykaturalną. Reszta aktorów (zwłaszcza Amy Adams, Laurence Fishbourne czy Diane Lane) są zaledwie tłem, w dodatku pozbawionym jakiegokolwiek dobrego materiału. Wyjątkami od tej reguły są Gal Gadot (Wonder Woman, tutaj wchodzi na sam finał), Holly Hunter (senator Finch) oraz Jena Malone (Jenet, koleżanka z pracy), ale to tylko drobne epizodziki.

batman_v_superman4

Mam bardzo, ale to bardzo mieszane uczucia co do tego filmu. „Batman v Superman” to zdecydowanie rozczarowanie, bo liczono głównie na nieprawdopodobne doświadczenie, które zmiecie wszystkie filmy superbohaterskie z powierzchni ziemi. Ale masa głupich błędów i niespójności scenariuszowych, gdzie zachowania bohaterów wydają się niezrozumiałe (zwłaszcza trzeci akt) niszczy tą wizję, czasami doprowadzając patos do niestrawnych dawek. Nawet wersja ostateczna (trwająca pół godziny dłużej) nie jest w stanie zakryć masy dziur.

6/10

Radosław Ostrowski