Predator: Prey

Kiedy w roku 2018 Shane Black dokonał zmasakrowania „The Predatora”, wielu uznało to za pogrzeb i sygnał, że należy dać spokój wojownikom z rasy Yautia. Zostali już przemieleni (nie tylko w filmach, ale także w komiksach oraz grach komputerowych) do tego stopnia, iż nie da się już niczego nowego do opowiedzenia. Szczególnie, kiedy właściciele zabijaków w dredach 20th Century Fox, zostali kupieni przez Disneya. I wtedy na białym koniu wjechał Dan Trachtenberg. Twórca „10 Cloverfield Lane” wpadł na prosty pomysł, by dać Predatory w troszkę innym settingu.

„Prey” dzieje się w 1718 roku na terenach obecnego Ju Es Ej, kiedy ten kraj jeszcze nie istniał. Tym razem zamiast wojaków czy uzbrojonych twardzieli, skupiamy się na Indianach z plemienia Komanczy. Konkretnie zaś na Naru (Amber Mindhunter) – kobietę, która z jednej strony jest uzdolnioną znachorką i zielarką, ale też chce być wojowniczką. Tylko ta profesja raczej jest skierowana dla mężczyzn, takich jak jej brat Taabe (Dakota Beavers). Towarzyszy mu podczas polowania na lwa, mającym być jej rytuałem. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem, a po drodze zauważa dziwne rzeczy (spore ślady, zmasakrowane zwierzęta). A my wiemy, co to oznacza – w okolicy pojawił się Predator.

Prawda jest taka, że „Prey” w zasadzie jest tym samym, co poprzednie filmy z tej serii. Czyli konfrontację bardziej zaawansowanego kosmicznego łowcę z mniej rozwiniętymi ludźmi. Jedyna zmienna to miejsce oraz czas, czyli XVIII-wieczna Ameryka. Czy jest to odświeżające? O dziwo, tak. Reżyser daje dużo czasu na poznanie kultury Komanczów, ich obyczajów czy bliskości z naturą. Sporo jest tu pięknych ujęć samego krajobrazu, w tle gra etniczna w formie muzyka, zaś sami Indianie wiele razy mówią swoim językiem (aczkolwiek przez większość czasu jednak używają angielskiego – inaczej nie zrozumielibyśmy niczego). Jest tu też parę skrętów w kierunku horroru, kiedy pojawia się (w sporej części czasu niewidzialny) Predator, będący odpowiednikiem slasherowego zabójcy – szczególnie w trzecim akcie, kiedy pojawiają się francuscy traperzy. Ma troszkę inne od tych, które widzieliśmy do tej pory (metalowa tarcza) albo zmodyfikowane wersje znajomych (laserowy celownik, co zamiast strzału z działka uderza… strzałkami). Także nasz myśliwy przechodzi pewną ewolucję na przestrzeni lat. Niby drobiazg, a jaką czyni różnicę.

Aktorsko tutaj na swoich trzyma tu Amber Mindhunter w roli Naru i ona tylko pozornie wydaje się kolejną „silną, niezależną kobietą”, którą wszędzie widzą wszyscy hejterzy, grifterzy oraz inni niepewni siebie chłopcy, co uważają się męskich mężczyzn. Owszem, bywa czasem uparta w swoim celu, a reszta traktuje ją z pewnym lekceważeniem. Nigdy jednak nie przekracza granicy irytacji, nie traci sympatii i nie brakuje jej sprytu. Bardzo mi się podobała ta postać. Równie świetny jest Dakota Beevers w roli jej starszego brata, Taabe. Zaś sam Predzio w wykonaniu Dane’a DiLiergo (podparty grafiką komputerową) jest nadal groźnym bydlakiem, budzącym przerażenie oraz postrach.

Czy „Prey” jest najlepszym sequelem z serii? Ciężko mi to ocenić, bo dawno nie widziałem kontynuacji i nie chcę tak lekko rzucać takim tekstem. To zdecydowanie bardziej poważna część, gdzie zaskakująco jest sporo momentów bez dialogów, pięknych zdjęć oraz krwistej akcji. Jest tu sporo świeżości oraz niewiele odniesień do oryginału, czyniąc go własnym bytem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Uwięzieni w kosmosie

Filmy SF, skupiające się na eksploracji kosmosu są w zasadzie podgatunkiem samym w sobie. Takie produkcje jak „Pierwszy krok w kosmos”, „Apollo 13” czy „Pierwszy człowiek” to w zasadzie klasyka gatunku. Ale są też filmy z nurtu fantastyki naukowej, gdzie liczyło się przetrwanie jak choćby „Grawitacja” czy (między innymi) „2001: Odyseja kosmiczna”. Rok po produkcji Stanleya Kubricka pojawił się film, który mógłbym uznać za wariację na temat sytuacji z „Apollo 13”. Tylko, że jest to adaptacja powieści Martina Caidina z 1964 roku.

„Uwięzieni w kosmosie” opowiada historię załogi statku kosmicznego „Ironman 1” (nie, nie nazwano go na cześć Tony’ego Starka). Trzech ludzi: komandor Jim Pruett (Richard Crenna), pilot „Buzz” Lloyd (Gene Hackman) oraz dr Clayton Stone (James Franciscus) zostaje wysłanych na stację badawczą, będącą swoistym laboratorium. Mają tam spędzić osiem miesięcy, jednocześnie testując wpływ otoczenia na ich stan psychofizyczny. Po pięciu miesiącach ekipa wraca do domu swoim Człowiekiem z żelaza (nie, film Wajdy wtedy nie istniał), jednak pojawia się problem. Silnik robi focha i nie odpala się, co rodzi dwie poważne komplikacje. Statek baaaaaaaaaaaardzo powoli zbliża się do Ziemi, do której ma baaaaaaaaaardzo duży kawałeczek. Na tyle duży, że załoga nie dożyje powrotu do domu (pod warunkiem, że nie spłoną wkraczając do atmosfery). NASA w postaci doktora Charlesa Keitha (Gregory Peck) początkowo przekreśla jakąkolwiek szansę na pomoc. Wszystko zmienia interwencja samego prezydenta USA – najpotężniejsza osoby świata, która nie zna słowa niemożliwe. Co oznacza, że trzeba przygotować ekipę ratunkową.

Wydaje się, że jest tu wszystko konieczne do stworzenia angażującego, pełnego emocji dramatu. Do tego za kamerą stał John Sturges, wówczas znany z „Siedmiu wspaniałych”, „Wielkiej ucieczki” oraz powstałej rok wcześniej „Stacji arktycznej Zebra”. Całość wygląda niczym dokument, gdzie w ogóle nie pojawia się muzyka, w większości czasu będąc w NASA. Dużo jest dyskusji, przygotowań i oczekiwania, co mogłoby być ciekawe. Jednocześnie przebijamy się do pojazdu z załogą, gdzie próbują przeżyć. Problem jednak w tym, że historia kompletnie nie angażuje. I tu nawet nie chodzi o nadmiar statycznych ujęć czy mocno archaiczne efekty specjalne, lecz bardzo wolne i senne tempo.

Najbardziej widać to w roli Gregory’ego Pecka, który – w teorii – ma być pozbawionym emocji, opierającym się na faktach specjaliście. Jednak w jego sposobie grania czuć pewne znużenie oraz brak zaangażowania. Lepiej jest w momentach z załogą, co jest zasługą Richarda Crenny (opanowany dowódca) oraz Gene’a Hackmana (przechodzący załamanie nerwowy pilot) – szczególnie podczas ich rozmów z żonami w bazie. Jednak takich angażujących emocjonalnie scen jest zwyczajnie za mało. I nawet huragan przeszkadzający wystrzeleniu rakiety nie był w stanie zmienić tego stanu.

„Uwięzieni w kosmosie” są przykładem produkcji ze sporymi środkami oraz grupą uzdolnionych ludzi, z której ostatecznie wychodzi całkowity średniak. Czas nie był dla niego zbyt łaskawy, efekty specjalne wyglądają śmiesznie, zaś aktorzy nie maja za bardzo nad czym pracować. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że jest to bardzo tania oraz niedziałająca wersja „Apollo 13”. Wiem, że film Howarda powstał później, lecz to skojarzenie mocno naznaczyło ten seans.

5/10

Radosław Ostrowski

W nich cała nadzieja

Na hasło polskie kino SF skojarzenia są dwa: „Seksmisja” Juliusza Machulskiego oraz filmy Piotra Szulkina. Były próby przypomnienia sobie tego gatunku, głównie oparte na niskim budżecie jak „Jestem REN”, „Ja teraz kłamię”, „Ostatni samotnik”, „Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” czy – na razie najlepszy film ostatnich lat – „Człowiek z magicznym pudełkiem”. Nie wymieniam tu produkcji krótkometrażowych, bo lista byłaby jeszcze dłuższa. Parę lat temu debiutujący reżyser Piotr Biedroń też zdecydował się pójść w kino fantastyczno-naukowe, mając do dyspozycji gumkę-recepturkę, zużyte ciuchy, masę blachy oraz paczkę fajek. Ale czy „W nich cała nadzieja” jest warta uwagi?

Opowieść to niemal klasyczne kino postapokalipsy. Ziemia miała nas już serdecznie dość i wskutek ociepleń klimatycznych doszło do roztopienia lodowców, pojawienia się zapomnianych wirusów oraz bakterii. Ludzkość ostatnimi środkami wystrzeliła rakiety w kosmos, by stąd uciec do znajdujących się arek. Na wyniszczającej planecie, niedobitki zamieszkiwały domostwa znajdujące się w najwyższych regionach, z dala od nieznośnej atmosfery. W jednej z takich baz żyje Ewa (Magdalena Wieczorek), której towarzyszy jedynie pilnujący obozu robot patrolowy Artur (Jacek Beler). By wpuścić uprawnione osoby, muszą one podać hasło. Problem jednak w tym, że po trzech miesiącach hasło się zmienia, zaś nasza Ewa… zapomniała go. I nie może wejść, bo inaczej Artur ją zabije.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa, gdzie mamy tutaj walkę o przetrwanie w niemal opustoszałej Ziemi. Reżyserowi udaje się zbudować klimat i atmosferę izolacji, samotności. Samo odwiedzanie opustoszałego miasta, z zardzewiałymi samochodami, bardzo śladowymi ilościami towarów, gdzie poruszać się trzeba w masce tlenowej. I o dziwo wygląda to dużo lepiej niż w przypadku produkcji mikrobudżetowych. Cholernie dobre zdjęcia, skromna i bardzo efektywna scenografia (jak choćby wnętrze elektrowni czy „bazy”), świetne efekty specjalne na początku oraz praktyczny wygląd robota są imponujące. Także elektroniczna muzyka pomaga w budowaniu klimatu. Ale największym problemem jest tutaj scenariusz, który najbardziej pokazuje ograniczenia budżetowe. Nasza bohaterka próbuje przemówić maszynie, dla której najważniejsze jest oprogramowanie. Jak znasz hasło (nieważne, ile razy się widzieliśmy oraz jak długo się znamy) – wchodzisz, jak nie – jesteś intruzem.

Dlatego bohaterka (choć dobrze zagrana przez Magdalenę Wieczorek) sprawia wrażenie tępej pindy. Bo mogłaby przegonić robota – mimo posiadania przez niego karabinu maszynowego – poruszającego się bardzo powoli. Bo wszelkiej próby perswazji (włącznie z podszywaniem się pod uchodźcę) kończą się klęską. Tu należałoby albo użyć większego sprytu, albo pójść na siłową konfrontację jak np. wjeżdżając w niego rozpędzonym samochodem. Co niby nasza bohaterka robi, lecz… eee, nic więcej nie zdradzę.

Pełnometrażowy debiut Biedronia jest frustrującym doświadczeniem. Technicznie bardzo imponujący, pełen klimatu i atmosfery, jednak treściowo odtwórczy oraz rozczarowujący. Niemniej jest nadzieja oraz spory potencjał w tym reżyserze. Oby ją w pełni wykorzystał.

6/10

Radosław Ostrowski

Renaissance

Kino spod znaku cyberpankowego SF ma dwa oblicza: japońskich animacji pokroju „Akiry” czy „Ghost in the Shell” oraz amerykańskich filmów pokroju „Blade Runnera” albo innego „Matrixa”. Nie oznacza to, że w innych krajach nie podejmowano prób zmierzenia się z tym podgatunkiem fantastyki naukowej. Takie ryzyko podjął w 2006 roku francuski reżyser Christian Volckman w animacji „Renaissance”.

Akcja toczy się w Paryżu roku 2054, gdzie wszystko i wszystkich można zobaczyć, podsłuchać, obserwować. Tu działa bardzo potężna korporacja Avalon, zajmująca się szeroko pojętą medycyną, w tym prowadzeniem szpitali czy badań naukowych. Jedna z osób zajmujących się badaniami, 22-letnia Ilona Tasujew znika bez śladu. Włącznie z jej samochodem. Do sprawy zostaje skierowany kapitan Karas, bardzo twardy i nie idący na kompromisy śledczy.

Reżyser mocno tutaj inspiruje się kultowym klasykiem Ridleya Scotta z 1982 roku. „Renaissance” to ubrany w sztafaż SF kryminał noir, z masą znajomych elementów: wielkiej tajemnicy, co może zmienić oblicze świata; chciwa korporacja zacierająca ślady; nieustępliwy detektyw, dystopia. Brakuje tylko tutaj robotów czy futurystycznych maszyn, co oszałamiają swoim wyglądem. Całość jest o wiele bardziej przyziemna i skupiona na samym śledztwie. Problem w tym, że dialogi niespecjalnie zapadają w pamięć, samo rozwiązanie jest dość przewidywalne i jedynie gorzki finał potrafił uderzyć.

Co wyróżnia film Volckmana od innych animacji to jego stylistyka. Stworzona przez Attitude Studio animacja wykorzystała technikę motion capture, następnie całość przeniesiono do komputera, gdzie stworzono tła oraz fakturę. Samo w sobie nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie jeden istotny szczegół. Całość jest zrobiona w czerni i bieli, ale nie w stylu dawnych filmów z lat 30., 40. czy 50. Nie ma tu żadnych odcieni szarości, tylko czerń tak lepka niczym sama noc, przerywana tylko bielą świateł. Nieważne, czy są to światła reklam, mieszkań, klubu, samochodu czy latarki – po niemal 20 latach wygląda to imponująco. Szczególne wrażenie zrobił na mnie widok z szyb albo brawurowego pościgu samochodowego z gonitwą przez szklaną powierzchnię nad katedrą Notre-Dame. O podziemnym metrze nawet nie chcę wspominać – nie można od tego oderwać oczu.

W sumie mógłbym podsumować, że „Renesans” to klasyczny przerost formy nad treścią. Za dużo skupienia jest tutaj na warstwie wizualnej (bardzo imponującej, z cudownymi przejściami montażowymi), próbując zamaskować dość szablonową opowieść spod znaku noir SF. Swoją drogą jest w tym cholernie skuteczny.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Życie Chucka

Co mogło powstać z połączenia sił dwóch specjalistów od horroru – filmowego i literackiego? Mike Flanagan to twórca znany głównie z serialowych miniseriali grozy jak „Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Nocna msza” czy „Zagłada domu Usherów”. Stephen King – cóż, tego pana fanom straszenia przedstawiać nie trzeba. Już dwa razy ich drogi się przetarły: najpierw w powstałej dla Netflixa „Grze Geralda” oraz w „Doktorze Sen”, czyli karkołomnej kontynuacji „Lśnienia”. Teraz pojawia się kolejne wspólne (chyba można tak to nazwać) dzieło – „Życie Chucka”. I to jest zupełnie inna bestia.

Cała historia opowiedziana jest w trzech aktach, zaczynając od… końca. Widzimy świat, który zaczyna przechodzić katastrofę. Kolejne części świata są albo zalewane powodziami, niszczone przez wulkany, trzęsienia ziemi i reaktory nuklearne. Co doprowadza do zniknięcia ludzi, także braku Internetu, telefonów komórkowych, a nawet telewizji. Do tego wszędzie pojawiają się reklamy, banery związane z niejakim Charlesem Krantzem (Tom Hiddleston) z okazji 39 wspaniałych lat. Ale kim jest Chuck?

Sama historia opowiedziana od końca łączy ze sobą postać Chucka – księgowego, ze smykałką do tańca. Flanagan odwracając chronologię, próbuje pokazać pokręcone losy człowieka oraz jego małego wszechświata. Czyli ludzi mających wpływ na niego, drobnych momentów z życia aż po śmierć na raka. Mamy tu zarówno wychowujących go dziadków: wnikliwego księgowego (Mark Hamill) oraz babcię, co w liceum była królową parkietu (Mia Sara). Jest też nauczycielka wf’u, pani Rohrbacher (Samantha Sloyan) czy właściciel domu pogrzebowego (Carl Lumbly), niespełniony prezenter pogody. Pewne postacie, miejsca (strych zamknięty na klucz), a nawet zdania w każdym akcie się powtarzają niczym w pętli. Jednak ta opowieść kompletnie mnie nie zaangażowała. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze: ta dziwaczna konstrukcja, gdzie każdy akt jest osobną opowieścią (wizja końca świata, nagły moment z życia Chucka parę miesięcy przed chorobą oraz dojrzewanie i wychowanie u dziadków), wywoływał na początku dezorientację. Dopiero w drugim akcie coś się przestawiło i obraz zaczął ożywać, jednak zakończenie mnie nie usatysfakcjonował. Drugi problem to narracja z offu – nie dlatego, że źle brzmi. W końcu wypowiada ją sam Nick Offerman, ale miałem poczucie przeładowania nią. Zbyt wiele rzeczy jest nią niejako maskowane, a za mało pokazane. I samego dorosłego Chucka w wykonaniu Hiddlestona jest zwyczajnie malutko (za to scena tańca na ulicy z grającą perkusją oraz Annalisse Basso – rewelacyjna, od zdjęć przez montaż aż po choreografię).

Aż sam nie chce wierzyć, że to piszę, ale „Życie Chucka” to pierwsze rozczarowanie w dorobku Flanagana. Czy to wynika z tego, że reżyser zbyt wiele czasu spędził w telewizji, przez co powrót do krótszej formy był wyboisty, czy może sam materiał źródłowy nie był zbyt dobry – nie umiem rozstrzygnąć. Film ma swoje momenty, jest dobrze zagrany i ładnie wygląda, ale nie potrafił mnie emocjonalnie zaangażować. Pierwszy duży zawód tego roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Misja na Marsa

Brian De Palma wielokrotnie pokazywał jak łatwo odnajdował się w każdej konwencji gatunkowej: od thrillera przez kryminał po kino akcji. Ale w 2000 roku postanowił zaryzykować i zrealizować film SF z relatywnie sporym budżetem (100 milionów dolców), znanymi twarzami oraz sporymi ambicjami. Jednak efekt jest co najmniej… dziwaczny oraz trudny do rozgryzienia.

„Misja na Marsa” zaczyna się w roku 2020, kiedy ma zostać wysłana pierwsza misja kosmiczna na Marsa pod dowództwem Luke’a Grahama (Don Cheadle). Udaje się zbudować stację oraz podjąć próby eksploracji planety. Zespół trafia na dziwną konstrukcję, mogącą potencjalnie zawierać wodę. Okazuje się jednak, że za nią znajduje się… coś metalicznego, odkryte przez radar. Jednak większe nasilenie dźwięku maszyny doprowadza do burzy piaskowej, doprowadzając do zabicia trójki astronautów, zaś los czwartego pozostaje tajemnicą. NASA decyduje się wysłać ekipę ratunkową, by zbadać co się stało. Grupę tworzą przyjaciele Luke’a: dowódca Woody Blake (Tim Robbins), jego żona Terri (Connie Nielsen), cierpiący po śmierci żony Jim McConnell (Gary Sinise) oraz technik Phil Ohlmyer (Jerry O’Connell).

Sam punkt wyjścia był bardzo obiecujący. De Palma mocno tutaj czerpie z „2001: Odysei kosmicznej” na poziomie designu statków kosmicznych, ale także próbując głębiej sięgnąć. Problem jednak w tym, że scenariusz wydaje się niby mądry i sprytny, lecz tylko udaje głębię. Jak to u De Palmy, nie brakuje tutaj długich ujęć (początkowa impreza w domu, moment odpalenia statku przed Marsem) oraz budowania napięcia (dotarcie załogi do statku z zapasami czy pierwsze uderzenie burzy piaskowej). Jeszcze bardziej uderza tu tempo – zadziwiająco wolne i spokojne, nawet w scenach opartych na napięciu, by w trzecim akcie lekko przyspieszyć, zostawiając po sobie masę pytań oraz ogromną konsternację. To miało być jak „2001: Odyseja kosmiczna”, a skończyło się jak wariacka teoria Daenickena. I sam nie do końca wiem, co o tym myśleć.

Jest to nawet solidnie zagrane. Najwięcej emocjonalnego ciężaru wręcz Gary Sinise jako McConnell, będący mieszanką opanowania i inteligencji. Co najbardziej widać w momencie, gdy na statku zaczyna spadać ciśnienie, a on decyduje się… nie zakładać hełmu ani butli z tlenem. Nie wiem, czy to miało pokazać jego poświęcenie albo silną wolę, ale mnie to uderzyło. Swoje robi też trzymający klasę Tim Robbins oraz w mniejszej rólce Don Cheadle. Za comic relifa (niezbyt dobrego) wciśnięty jest Jerry O’Connell, jednak on najmniej zapada w pamięć.

„Misja na Marsa” była filmem, po którym kariera Briana De Palmy mocno się posypała i nigdy nie odzyskała swojego blasku. Spory budżet, efekty specjalne oraz świetna strona wizualna nie są w stanie przykryć poszatkowanego, dziwacznego scenariusza. Do oglądania na własną odpowiedzialność.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Player One

Kiedy ostatni raz Steven Spielberg zrobił film, który nie miał być celem dla Amerykańskiej Akademii Filmowej? Zamiast opowieści na ważny i poważny temat, tylko czysto rozrywkową produkcję? Dla mnie takim filmem była animacja „Przygody Tintina”, jednak jest jeden tytuł przeze mnie przeoczony do teraz. Czyli adaptacja „popkulturowego świętego Graala” (według marketingu) autorstwa Ernesta Cline’a „Ready Player One”.

Akcja dzieje się w roku 2045, kiedy ludzie coraz więcej czasu spędzają w wirtualnej rzeczywistości, bo świat to szara, smutna jak p***a okolica niczym z podręcznika do tworzenia dystopii. Najbiedniejsi mieszkają w „stożkach”, bogacze radzą sobie w o wiele bardziej zamożnych dzielnicach. Ale wszyscy większość czasu spędzają w OASIS. Co to za miejsce? To wirtualna gra multiplayerowa, uruchamiana na specjalnych goglach, gdzie możesz robić… w zasadzie wszystko. Od grania w kasynach przez strzelanie, jeżdżenie po zdobywanie artefaktów. Grę stworzył James Halliday (Mark Rylance w dziwnej fryzurze) z Ogdenem Morrowem (Simon Pegg), lecz ich drogi się rozeszły, zaś informatyczny geniusz zmarł parę lat wcześniej. Jednak zostawił pewną szansę na przejęcie kontroli, wręcz otrzymanie gry w spadku. Trzeba znaleźć easter egga (ukryte jajko), schowanego gdzieś w grze, lecz by go otworzyć trzeba znaleźć trzy klucze. Proste? Jak ustawa sejmowa, dzięki paru wskazówkom, ale od śmierci twórcy nie udało się tego nikomu dokonać. Wielu próbuje w tym wredna (bo zawsze musi być taka) korporacja Innovative Online Industries pod wodzą Nolana Sorrento (Ben Mendelsohn).

Jednak jest jeden śmiałek, którego losami się bardziej interesujemy. To niejaki Wade Watts (Tye Sheridan), mieszkający u swojej ciotki w Columbus, stan Ohio. Tu jest totalna bida z nędzą, rodzice nie żyją, zaś w „prawdziwym” świecie nie ma tu dla niego nic. Ale w OASIS ma paru kumpli: specjalizującego się w naprawach Aech (Lena Waithe), Daito (Win Morisaki) oraz Sho (Philip Zhao). Sam chłopak (jako Parzival) obsesyjnie próbuje rozgryźć zagadki i znaleźć klucze. Wtedy pojawia się niejaka Art3mis (Olivia Cook), w której nasz heros się zakochuje. Ale to jej obecność doprowadza do przełomu w poszukiwaniach.

Może i Spielberg jest wiekowo dziadkiem, jednak nadal ma w sobie bijące serducho młodzieniaszka. Sama historia jest dość prosta, przypominająca konstrukcją grę komputerową. Jest główny quest, parę pobocznych postaci oraz główny zły do pokonania. A że pod awatarem może ukrywać się praktycznie każdy, poziom zaufania spada, dodatkowo podbijając napięcie. Wszystko przy okazji jest wręcz przeładowane ilością odwołań i odniesień do popkultury wszelkiej maści – głównie do lat 80. – filmów, gier komputerowych, nawet komiksów. Nie wszystkich da się wyłuskać, choćby było się strasznie skupionym czy oglądało film klatka po klatce. Trudno oderwać oczy od imponujących efektów specjalnych (szczególnie fotorealistycznych scen z przeszłości Hallidaya oraz pewnego hotelu ze znanego horroru), bardzo dynamicznych scen akcji w rodzaju brawurowego wyścigu samochodowego czy finałowego starcia w zamku, mieszanki znanych hitów (Van Halen, Bee Gees, New Order) oraz epickiej muzyki mistrza Alana Silvestri. Jest to zarówno miłość do szerokiej popkultury, ale także pewien dystans do niej. Oraz standardowa – jak na mistrza Spielberga – opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności, sile przyjaźni i walce o idealizm. Nadal to działa.

Można się trochę przyczepić, że całość bywa czasami zbyt intensywna, niektóre postacie drugoplanowe w zasadzie są ledwo naszkicowane, zaś przesłanie brzmi lekko dydaktycznie oraz naiwnie (żyć trzeba tu i teraz, zaś świat wirtualny może być odskocznią, lecz niczym więcej). Jednak „Player One” nie wydaje się być wyrachowaną zagrywką staruszka, próbującego udawać jaki jest cool. Także aktorzy wypadają co najmniej bardzo solidnie. Tye Sheridan jako Wade/Parzival może początkowo wydawać się troszkę sztywny, lecz z czasem zaczyna nabierać rozpędu jako outsider i komputerowy nerd. Pełna uroku Olivia Cooke jako tajemnicza Art3mis kradnie serce swoją zaradnością oraz determinacją, tworząc całkiem niezły duet z Sheridanem. Jednak na drugim planie wybija się pełen ciepła Mark Rylance (Halliday), niepokojący Ben Mendelsohn (prezes Sorrento) oraz robiący trochę za comic reliefa T.J. Miller (iRok).

Po okresie solidnych i porządnych filmów Spielberg wraca do swojego czarowania swoją wyobraźnią. „Player One” ma w sobie ducha kina nowej przygody, lecz w kompletnie zmienionym opakowaniu, na większą skalę. To nadal kino pełne pasji, odrobiny szaleństwa oraz potrafiące cuda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Superman (2025)

Do trzech razy sztuka? – chciałoby się rzec Warner Bros, gdy postanowili znowu stworzyć Kinowe Uniwersum DC. Teraz jednak postanowili wziąć sprawy poważnie. Założyli DC Studios, zaś do prowadzenia go wzięli Jamesa Gunna oraz Peter Safrana. I to ten duet ma odpowiadać za kreatywność i jakość zarówno wszystkich produkcji. A teraz właśnie dostajemy pierwszy film tego nowego świata, czyli „Supermana” – najbardziej ikoniczną postacią komiksów DC. Czy ta inkarnacja godna jest legendarnej wersji Richarda Donnera?

W tym świecie Superman (David Corenswet) na naszej planecie znajduje się już 30 lat. Ujawnił się trzy lata temu, stając się zaskakująco popularnym, a także spotyka się od trzech miesięcy z Lois Lane (Rachel Brosnahan). Jednak sytuacja i popularność Człowieka ze Stali zmienia się, gdy interweniuje w konflikcie zbrojnym między dwoma krajami. Bez konsultacji z rządem, wojskiem, kimkolwiek. A w międzyczasie Lex Luthor (Nicholas Hoult), właściciel korporacji LutherCorp, ma jeden cel i jeden cel tylko ma: zabić Supermana. Już przygotował bardzo dokładny plan działania w celu zdyskredytowania Kal-Ela oraz jego eliminacji.

W tej wersji „Supermana” Gunn nie bawi się w genezę Człowieka ze Stali, tylko od razu rzuca nas w sam wir wydarzeń. Nasz heros dostaje srogi łomot, ląduje gdzieś na Antarktyce i z pomocą psa Krypto (uroczy zwierzak!) wraca do Twierdzy Samotności. Rzadko coś takiego się dostaje na sam początek, a to dopiero początek niespodzianek. Gunn czerpie z komiksów nie tylko kolorystykę (to najbarwniejszy film superbohaterski od bardzo dawna), ocierając się o camp, lecz także zachowując charakter naszego Supka. Jest on bardzo naiwny, wierzący w dobro ludzi i każdą sprawę traktuje jednakowo poważnie (uratuje dziecko, dorosłych, a nawet wiewiórkę), działając odruchowo oraz z potrzeby serca. I to pakuje go w kłopoty, zaś jedno wydarzenie zmusza go do postawienia pytań o swoją tożsamość.

Do tego miksu reżyser wrzuca odrobinę geopolityki, metaludzi w postaci Gangu Sprawiedliwości (Zielona Latarnia, Hawkgirl i Mr. Terrific), intryga Luthora – jest gęsto oraz ciasno. Ale ku mojemu zdziwieniu udaje się tu zachować balans między postaciami, wątkami oraz postaciami w tak krótkim czasie. Sama akcja wygląda imponująco (szczególnie walka z Kaiju), chociaż używa się tu sporo zbliżeń na twarz (szczególnie podczas lotu), nietypowych kątów czy długich ujęć (starcia Mr. Terrific w bazie wojskowej pokazana z perspektywy chronionej polem ochronnym Lois). Niemniej muszę przyznać, że czasem humor nie zawsze trafia, muzyka nie zapada w pamięć, a niektóre postacie nie mają zbyt wiele czasu ekranowego (Perry White, Hawkgirl).

Muszę jednak przyznać, że Gunn ma nosa w kwestii castingu. Bardzo zaskoczył mnie nieznany David Corenswet, który dla mnie jest najbardziej pokornym Supermanem, jakiego widziałem na ekranie. Ma odpowiednią prezencję, charyzmę oraz świetnie oddaje charakter Człowieka ze Stali, bez popadania w śmieszność. Równie fantastyczna jest Rachel Brosnahan i muszę przyznać, że to moja ulubiona interpretacja Lois Lane. Jest bardzo charakterna, zadziorna, twardo dążąca do prawdy i potrafi sobie sama radzić. Chemia między nią z Davidem jest bardzo silna, stanowiąc jeden z najmocniejszych atutów filmu. Ale całość skradł rewelacyjny Nicholas Hoult w roli Luthora – dzianego korposzefa, będącego bardzo chłodnym, zimnym psychopatą, którego nienawiść czuć w każdym wypowiadanym słowie. Facet jest brutalnym narcyzem, stanowiącym godne wyzwanie dla Supka. Odrobinę lekkości wnosi cudowny Nathan Fillion (Guy Gardner aka Zielona Latarnia) oraz Edi Gathegi (Mr. Terrific), parę razy zawłaszczając ekran.

Wielu było sceptycznych i wielu miało wątpliwości, czy nadal jest miejsce dla słynnego herosa z Kryptonu. Jednak James Gunn niczym Richard Donner w filmie z 1978 roku, podchodzi do materiału źródłowego z szacunkiem i bez poczucia wstydu. To zaskakująco dobra rozrywka oraz solidny fundament pod nowe uniwersum, bez wciskania na siłę innych postaci. Chcę zobaczyć kolejną przygodę Supermana, a także uważnie będę się przyglądał kolejnym ruchom DC Studios.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Superman: Powrót

Do zobaczenia za 20 lat – tymi słowami zwrócił się Superman do Lexa Luthora w czwartej części przygód Człowieka ze Stali. Nikt jednak nie spodziewał się, że niemal te słowa okażą się prorocze. Bo niecałe 20 lat od katastrofalnego „Superman IV” największy harcerzyk kina superbohaterskiego wrócił. Po dwóch nieudanych próbach kontynuacji, z błogosławieństwem samego Richarda Donnera oraz znanym z serii „X-Men” reżyserem Bryanem Singerem na pokładzie. Mimo sporego budżetu i całkiem niezłych wyników box office, film wydaje się zapomniany wśród fanów kina superbohaterskiego.

Akcja „Superman: Powrót” zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z drugiej części, kompletnie ignorując pozostałe. Superman (debiutujący Brandon Routh) zniknął z Ziemi. Przyczyną były informacje od astronomów o odnalezieniu resztek planety Krypton. Ale naszemu herosowi nie udaje się znaleźć nikogo żywego z jego pobratymców. Teraz wraca na Ziemię, gdzie świat bardzo mocno się posunął do przodu. Lois Lane (Kate Bosworth) zdobyła nagrodę Pulitzera, ożeniła się z siostrzeńcem naczelnego Daily Planet, Richardem Whitem (James Marsden) i ma pięcioletniego syna. Z kolei Lex Luthor (Kevin Spacey) wymknął się sprawiedliwości, a teraz zaczyna znowu knuć. Zgadnijcie kto go może powstrzymać?

Film Singera to dość dziwna bestia. Z jednej strony jest to sequel, w zasadzie można nazwać go „Superman V”, lecz z drugiej jest w pewnym sensie… remakiem klasyka Donnera. Reżyser mocno odnosi się do filmu z 1978 roku, zarówno w kwestii dialogów, inspirowanych scen, jak i głównego planu Luthora (lekko zmodyfikowany, ale ogólny szkielet jest identyczny). Niby próbuje dorzucić coś od siebie, ale w zasadzie jedynym elementem był… syn Supermana, o którego istnieniu przypadkowo odkrywa łysy geniusz zbrodni. Akcji jest zaskakująco niewiele (najbardziej zapada w pamięć ratowanie samolotu pasażerskiego czy ułożenie spadającej kopuły Daily Planet na ziemię), wszystko w szaro-burych, niemal wypranych kolorach (próbuje być na siłę realistyczny wizualnie) i bardzo się wlecze. Nawet scenografia (poza siedzibą Daily Planet i Smallville) nie rzuca się za mocno w oczy. Brakuje tutaj jakiegoś ognia, emocji i zaangażowania. Sytuację częściowo ratuje fantastyczna muzyka Johna Ottmana, wykorzystująca ikoniczny motyw Johna Williamsa oraz niezły montaż.

Sama obsada jest dość nierówna mieszanka. Brandon Routh jako Superman/Kent przypomina fizycznie Christophera Reeve’a, ale scenariusz oraz dialogi ciągną go mocno w dół. Do tego w scenach latania nasz Supek jest zrobiony w CGI i wygląda niczym figura woskowa (szkoda, bo reszta efektów specjalnych jest cholernie dobra). Za to ogromnym rozczarowaniem jest Kate Bosworth w roli Lois Lane – absolutnie sztuczna, egoistyczna, znowu wciśnięta do roli damy w opałach. Co gorsza, między nią a Routhem chemia postanowiła zrobić sobie wolne, przez co kompletnie się nie wierzy w ten związek. Za to absolutnie świetny jest Kevin Spacey w roli Luthora – odpowiednio teatralny, opanowany i jednocześnie ma najwięcej frajdy z grania. Reszta aktorów (Frank Langella, Parker Posey, James Marsden) wypada przyzwoicie, ale nic ponadto.

To nie jest taki powrót na jaki fani Supermana czekali. Singer nie może się zdecydować czy robi kontynuację, czy remake, przez co film stoi w dużym rozkroku. Historia nie powala, dialogi są najwyżej średnie, warstwa wizualna lekko szara, a aktorstwo jest tylko troszkę powyżej średniej. Był rozważany plan kontynuacji, lecz dostaliśmy w zamian reboot od Zacka Snydera. I wiemy jak to się skończyło.

6/10

Radosław Ostrowski

Superman IV

O k******************a!!!!!!Jeśli to są pierwsze słowa po seansie, nie wróży to zbyt wiele. I w zasadzie mógłbym zakończyć na tym recenzję czwartej przygody Człowieka ze Stali o aparycji Christophera Reeve’a. Ale to byłoby zbyt łatwe i zbyt proste, więc czas na zrobienie małej rzeźni nad filmem z 1987 roku.

W nowym filmie Superman tym razem mierzy się z paroma dużymi perturbacjami. Po pierwsze, Daily Planet zostaje wykupiona przez wydawcę brukowców, Warfielda (Sam Wanamaker). Innymi słowa, nie liczy się jakość pisanych tekstów, tylko ilość sprzedanych egzemplarzy. Po drugie, pokojowy szczyt między USA a ZSRR zakończył się klęską i kraje dalej planują się zbroić nuklearnie. Przez co jeden z uczniów, niejaki Jeremy wpada na GENIALNY pomysł, by Superman rozwiązał tą sprawę. I nie uwierzycie, zabiera cały nuklearny arsenał i wysyła prosto w Słońce. Przepraszam, co k****a?? No i jeszcze Lex Luthor (Gene Hackman) ucieka z więzienia, tym razem z pomocą siostrzeńca (Jon Cryer). Cel jest jeden i jeden tylko: zabić Supermana. W tym celu tworzy Nuclear Mana.

Tym razem za kamerą stanął Sidney J. Furie, znany najbardziej ze szpiegowskiego thrillera „Teczka Ipcress” oraz lotniczego akcyjniaka „Żelazny Orzeł”. Tym razem prawa do Supermana wykupiło od Salkindów Cannon Films, czyli specjaliści od kina klasy B. Jednak w połowie lat 80. panowie postanowili wpompować więcej kasy w swoje tytuły, by rywalizować z wielkimi studiami z Hollywood. Ale żadna z nich nie odniosła sukcesu i co gorsza, przed rozpoczęciem zdjęć odcięto połowę budżetu. To jednak nie usprawiedliwia tego pierdolnika, który dostaliśmy. Już od samego początku rzeczy dzieją się bez ładu i składu. Otóż radziecki pojazd z kosmonautami (w tym jeden to śpiewa „My Way” Sinatry w swoim języku) zostaje uderzony przez… jakiś odłamek. Skąd, jak, dlaczego? Nie wiadomo. Tutaj wiele rzeczy dzieje się przypadkowo (gdy Lois Lane wsiada do pociągu metra, to kierowca dostaje zawału), postacie ze sceny na scenę zmieniają swój charakter (córka nowego właściciela, co najpierw chce uwieść i przelecieć Clarka, by potem podążać ku idealizmowi – kiedy do tego doszło?) oraz motywację (Nuclear Man widząc zdjęcie panny Warfield chce ją mieć – bo tak?? i zabiera ją ze sobą… w kosmos – bez żadnego skafandra, butli z tlenem. Ona by tego nie przeżyła!!!). Im dalej, tym rzeczy są bardziej idiotyczne oraz kuriozalne (pokonanie Nuclear Mana przez Człowieka ze Stali przy pomocy… windy – to są jakieś jaja czy podwójna randka, gdzie Clark i Superman muszą być jednocześnie).

Do tego technicznie jest strasznie, strasznie słabo. Wszystko kompletnie wyprane z kolorów, efekty specjalne są specjalnie tragiczne (szczególne sceny latania, które niemal wyglądają tak samo i nasz bohater ma wyprane kolory kostiumu czy naprawa Wielkiego Muru Chińskiego… wzrokiem), modele są wyraziście widoczne. A żeby jeszcze bardziej pokazać taniość tego filmu, ostatnie ujęcie jest ŻYWCEM wzięte z pierwszego Supermana. O dziwnych postsynchronach w wypowiadaniu dialogów nie chce mi się nawet gadać. Cholera jasna, James Cameron rok wcześniej zrobił drugiego „Obcego” na podobnym budżecie, co ten film i wygląda on dużo, DUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUŻO lepiej.

„Superman IV” to totalna katastrofa, która niemal zamordowała kino superbohaterskie i całe szczęście, że dwa lata później pojawił się „Batman” Tima Burtona. Scenariusz jest poszatkowany, chaotyczny, pozbawiony jakiejkolwiek logiki, reżyseria praktycznie nie istnieje, zaś aktorzy (poza Reevem i Hackmanem) są równie zagubieni jak ja. Totalny syf, padaka oraz o jednego Supermana za dużo.

2/10

Radosław Ostrowski