Diego

Nie było drugiego takiego piłkarza w historii tego sportu jak Diego Maradona. Argentyński piłkarz z nizin społecznych stał się megagwiazdą, mistrzem świata. Kochany i znienawidzony. Jak każda sławna osoba, miała dwa oblicza. To bardziej prywatne oraz niejako publiczne, medialne. Jak więc możliwe, że osoba kochana i traktowana jak Bóg, zostaje potem odrzucona przez tych samych ludzi i staje się obiektem nienawiści?

diego3

Dokumentalista Asif Kapadia w „Diego” korzysta ze sprawdzonej przez siebie formuły. Innymi słowy, na ekranie widzimy tylko archiwalne materiały, a tzw. gadające głowy są tylko słyszalne. Nie spodziewajcie się klasycznej biografii, bo skupia się na okresie, gdy piłkarz grał we włoskim Napoli. Po nieudanych negocjacjach z Barceloną, tylko podrzędny klub z Neapolu był zainteresowany zakupem tej gwiazdy. A Neapol był uważany we Włoszech jako ten gorszy, brudny, śmierdzący rewie, gdzie łapę na wszystkim trzymała Kamorra. Bida, nędza i rozpacz oraz on – chłopak z nizin, co został supergwiazdą, a miał być zbawcą miasta. Ale sława to jest broń obosieczna. Z jednej strony pozwala pomóc, z drugiej może być wielkim obciążeniem. Zwłaszcza, kiedy zaczyna się być troszkę ponad. Dopóki wygrywał i prowadził klub do zwycięstw, wybaczano mu wiele: branie narkotyków, korzystanie z dziwek, znajomości z mafijną rodziną. Problem jednak w tym, że coraz więcej brudów zaczyna wychodzić, a na Mistrzostwach Świata we Włoszech dochodzi do najgorszego: mecz Włochy-Argentyna w ćwierćfinale. Po tym już nie ma odwrotu.

diego2

Reżyser dostał do dyspozycję pewne archiwaliów: zarówno ze zbioru rodziny Maradony, zrekonstruowane fragmenty meczy, rozmowy z dziennikarzami, trenerami i jeszcze nie wiadomo kim. Wygląda to imponująco, a z tego zaczynają się wyłaniać kolejne oblicza piłkarza: wielbionego przez tłum gwiazdora, zmęczonego sławą sportowca, człowieka czerpiącego z nocnego życia, jak i zależnego od potężniejszych słabeusza. Bóg, geniusz czy oszust? Mit naszego bohatera zostaje naznaczony podczas meczu z Anglią, gdzie jedna bramka została wbita… ręką. Boską ręką, można by rzec. Wszystko się zmienia niczym w rollercoasterze, zwłaszcza dla osób niezainteresowanych piłką nożną. Zdarzają się pewne retrospekcje, dodając pewne detale do życiorysu Argentyńczyka.

diego1

Jak to możliwe, że znajoma formuła (wcześniej użyta w „Sennie” i „Amy”) nie wywołuje jeszcze znużenia? Kapadia znowu tworzy fascynujący i złożony portret człowieka, który stał się mitem. Bez osądzania, bez stawiania tez, a wciągający niczym rasowe kino gatunkowe. Tylko, że mówimy o dokumencie, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Fighter (2019)

Coś ostatnio filmów o sportach walki w Polsce przybyło. A nawet doszło do tego, że z jednego pomysłu powstały dwa różne filmy. Taki jest przypadek „Underdoga” (całkiem przyzwoitego) oraz „Fightera”, gdzie szkielet fabularny jest zbyt podobny, by to zignorować. Ale czy Konrad Maximillian daje radę lepiej od Macieja Kawulskiego?

Bohaterem jest niejaki Tomasz Janicki – bardzo narwany zawodnik MMA, który podczas walki został zdyskwalifikowany. Jego kolejny pojedynek miał być z pięściarzem Markiem „Pretty Boy” Chmielowskim, który chce spróbować swoich sił w MMA. Ale nasz heros decyduje się odpuścić i trafia do rodzinnych stron w jakimś wygwizdowie. Tam pracuje przy wyrębie lasu, zaszywa się i stara raczej unikać kłopotów. Ale wszystko się zmienia, kiedy drobnym cwaniaczkom okrada z białego proszku. Zaczynają się kłopoty, co musi się skończyć ustawieniem walki.

fighter1

„Fighter” miał strasznie pod górkę. Pierwotnie miał się nazywać „Klatka” i opowiadać o walkach MMA, ale w trakcie prac wycofał się producent oraz mający grać jedną z głównych ról Eryk Lubos. To jednak reżysera nie zniechęciło, zdecydował się zmodyfikować scenariusz i doprowadzić sprawę do końca. Za taką postawę należy się szacunek, jednak efekt końcowy jest… strasznie rozczarowujący. Niby jest tutaj parę wątków, mających doprowadzić do całej akcji, ale to wszystko jest strasznie chaotyczne, dziurawe i pozbawione ciągu przyczynowo-skutkowego. Przemyt narkotyków, lokalna mafia, nielegalne walki przy ognisku, żona odchodząca od naszego protagonisty do rywala. No i jest jeszcze potencjalna nowa partnerka, której brat jest zamieszany w przemyt. Same w sobie mają spory potencjał, tylko że historia opowiedziana jest w sposób bardzo płytki, wręcz skokowy.

fighter2

Najgorsze jest to, że wiele rzeczy istotnych zostaje albo opowiedzianych za pomocą krótkiego dialogu (wszelkie sceny z talk-show), albo rozgrywanych jest poza kadrem (kwestia znalezionych narkotyków). I z tego powodu nie mogłem się skupić ani zorientować w którym momencie się znajdowałem, zaś wątki są tutaj klejone na ślinę. Doprowadza to do kompletnego braku zaangażowania, emocji ani wiarygodności. Są też treningi do walki oraz sama potyczka, która jest niechlujnie zmontowana, chaotyczna, jakby miały one maskować brak umiejętności aktorów. Boli to strasznie i kompletnie zniechęca.

fighter3

Nie chce mi się już więcej opowiadać o „Fighterze”, bo tak naprawdę nie ma specjalnie o czym. Film bardzo przypomina mocno poobijanego pięściarza, który wiele przeszedł, jest strasznie poturbowany i ledwo może chodzić. Czy ja muszę mówić coś więcej?

3/10

Radosław Ostrowski

Na ringu z rodziną

Wrestling dla wielu może wydawać się pseudo-sportem. Dlaczego? Bo wszystko jest tutaj udawane, gdzie ciosy są markowane i to jest jeden wielki spektakl. Gdzie ludzie wierzą, że to się dzieje naprawdę. Jednak dla niektórych wrestling jest sensem życia, pasją i miłością jednocześnie. Taka jest brytyjska rodzina Knightów z Norwich w Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że Brytole za tą dyscypliną nie przepadają tak bardzo jak Amerykanie. Nie zraża to jednak familii do działania na lokalny podwórku. Szansą na zmianę tej sytuacji są eliminacje do federacji WWE, gdzie droga do kariery jest wielka. Do walki staje Saraya z bratem Zakiem, tylko że dalej (treningi i przygotowania do NXT – niższa liga) dostaje się dziewczyna.

na ringu z rodzina1

Tą prawdziwą historię postanowił przedstawić aktor Stephen Merchant i decyduje się tutaj skupić się na dwóch aspektach. Po pierwsze, pokazanie czym dla tej rodziny jest wrestling. Z jednej strony scala rodzinę i dla rodziców był wybawieniem przed bardzo niebezpieczną drogą (ojciec – kryminalista i alkoholik, matka – próbowała popełnić samobójstwo). Dla dzieci zaś bywa zarówno szansą na życie, jak i pewnego rodzaju przekleństwem. Najmocniej to widać na przykładzie Zaka, który po odrzuceniu nie potrafi się odnaleźć. Zaczyna zaniedbywać swoją własną rodzinę (nieplanowane dziecko, żona z bardziej sytuowanej rodziny) oraz rolę lokalnego trenera i mentora dla dzieciaków. Ale i nasza sama bohaterka oddalona od rodziny, zdana tylko na siebie, zaczyna się gubić, treningi stają się męczące. W końcu pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę iść w tym kierunku, a może odpuścić i znaleźć sobie coś innego?

na ringu z rodzina2

Te pytania i dylematy są podane w formie komediodramatu, co na pewno czyni seans przyjemnym. Elementy humorystyczne (obiad z przyszłymi teściami czy rozmowa telefoniczna z The Rockiem), jak i dramatyczne wątki są odpowiednio wyważone, a sama opowieść naprawdę angażuje. O dziwo, najbardziej podobały mi się sceny na ringu oraz przygotowania. Jasne, jest to uproszczone, a miejscami pojawia się odrobinka patosu. Na szczęście, jest to przekłuwane humorem, zaś sama choreografia walk potrafi dostarczyć masę satysfakcji. A finałowa konfrontacja to małe cudeńko.

na ringu z rodzina3

Może troszkę czuć troszkę chwiejną rękę reżysera, zaś kilka scen wydaje się niepotrzebnych, jednak sytuację ratuje aktorstwo. Obecny na plakatach Dwayne Johnson pełni rolę epizodyczną (poza tym jest producentem filmu) i w roli samego siebie sprawdza się naprawdę cool, ale tak naprawdę liczy się Florence Pugh. Dziewczyna jest fenomenalna w roli troszkę introwertycznej Sarayi vel Paige. Może i wydaje się wycofaną laską o wyglądzie typowej fanki metalu, ale kiedy jest na ringu, żarty się kończą, a energia dosłownie ją rozsadza. Absolutnie przekonująca w każdej scenie i coraz bardziej jestem ciekaw jej kolejnych kreacji. Warto też wspomnieć o świetnym Jacku Lowdenie, czyli Zaku. Ten chłopak ma na punkcie wrestlingu kompletnego fioła, jednak to nie wystarcza na przebicie się dalej. I świetnie pokazuje jego żółć, rozgoryczenie oraz ból niespełnienia, zaś jego dojrzewanie do roli wsparcia pokazane jest bez fałszu. Swoje robi także cudny Vince Vaughn (trener Hutch), choć troszkę przypomina swoją rolę z „Przełęczy ocalonych” oraz fajny duet Lena Hadey/Nick Frost.

na ringu z rodzina4

„Na ringu z rodziną” może nie podbije i nie zdobędzie szerokiej rozpoznawalności, ale to absolutnie bezpretensjonalna i klasyczna opowieść „od zera do bohatera” w brytyjskim wydaniu. Z humorem, lekkością, ale i odrobiną powagi pokazuje do czego może zaprowadzić pasja oraz determinacja. Plus rodzina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Szermierz

Rok 1953, mała estońska miejscowość Haapsalu. Do tego wygwizdowa trafia niejaki Endel Neils – bardzo utalentowany szermierz, by podjąć pracę nauczyciela w tamtejszej szkole. I jak na sportowca przystało, uczy wychowania fizycznego. W ramach słusznej ideologii, ma zorganizować kółko sportowe. Z powodu niezbyt dużego sprzętu, decyduje się na szermierkę, co nie za bardzo odpowiada dyrektorowi. Ale co zaskakujące, dobrze odnajdują się w niej dzieci. Jednak przeszłość nie zamierza odpuścić.

szermierz1

Dzieło Klausa Haro to tak naprawdę wypadkowa kilku gatunków oraz wątków. Z jednej jest to historyczny dramat o człowieku, ukrywającym się przed systemem. Człowieka pełnego pasji, który nie może się ujawnić, a zwrócenie uwagi może oznaczać kłopoty. Z drugiej strony jest to kino sportowe, dające szansę dla dzieciaków. Dzieci naznaczone przez system, który pozbawia ich najbliższych, przez co czują się samotne i bardzo potrzebują wsparcia. Dla nich nauka szermierki staje się szansą na podniesienie swojej wartości oraz kształtowaniem charakteru. Takich filmów o relacji nauczyciel-uczeń było multum, ale to ta relacja wydaje się najmocniej poprowadzona. No i jeszcze relacja z koleżanką z pracy, idąca ku romansowi. Problem w tym, że zespolenie tych wszystkich wątków czyni „Szermierza” kompletnie niezbyt angażuje. Sam romans jest ledwo liźnięty, całe to zagrożenie wydaje się tylko umowne i pozbawione ciężaru, no i w scenach sportowych najbardziej trzyma za gardło finałowe pojedynki w turnieju. Ta historia wydaje się być o wiele ciekawsza na papierze niż na taśmie, jakby w trakcie realizacji zabrakło jakiegoś mocnego kleju, scalającego wszystkie wątki w spójną całość.

szermierz2

Najciekawiej prezentuje się oprawa audio-wizualne, czyli bardzo stonowane zdjęcia oraz niemal klasyczna muzyka w tle. Niby nie ma tutaj zbyt wiele lokacji, ale sposób stosowania oświetlenia w ciemnych pomieszczeniach. Sceny finałowego turnieju wybijają się bardzo płynnym montażem. A i aktorsko też się trudno do kogokolwiek przyczepić.

„Szermierz” miał zadatki na mocny dramat sportowy z wyrazistym tłem politycznym. Ale sklejenie oraz płytkie potraktowanie wątków osłabia emocjonalną siłę dzieła. Wielka szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Creed II

Kiedy poznajemy Adonisa Creeda teraz jest już mistrzem świata, nadal żyje z Bianką i wydaje się żyć dobrze, szczęśliwie. Można odnieść wrażenie, że nikomu nic już nie musi udowadniać. Ale cień ojca nadal nad nim wisi. Zwłaszcza, gdy do USA przybywa Ivan Drago razem ze swoim synem, Victorem i ma rachunki do wyrównania z Rockym oraz jego podopiecznym, Adonisem. Tylko, że ten drugi ma dużo do stracenia, zaś Rocky nie chce stanąć po stronie Adonisa.

creed2-1

Kiedy pojawił się pierwszy „Creed”, film okazał się sporym zaskoczeniem. Z jednej strony czerpał garściami z serii o Rockym Balboa, ale jednocześnie odnajdywał swoją własną tożsamość. Kontynuacja losów Adonisa wydawała się nieunikniona, jednak tym razem za kamerą nie stanął Ryan Coogler. Zastępujący go reżyser Steven Caple Jr. miał bardzo trudne zadanie do wykonania. I muszę przyznać, że podołał, chociaż mam pewne zastrzeżenia. Bardzo podoba mi się to, że nadal najważniejsze są tutaj relacje między postaciami. Zarówno między Creedem a swoją dziewczyną Bianką, a także między Creedem a Rockym, który nadal jest jego mentorem. Same walki stanowią tylko tło do tego dramatu faceta, który ma dużo do stracenia – nie tylko swoje zdrowie oraz dumę, ale najbliższych (żona, zbliżające się dziecko). Zaś brak Rocky’ego na początku powoduje popełnianie wielu błędów oraz zwiększenie obecności ego, przez co Adonisa bardzo ciężko polubić.

creed2-3

Drugim sporym plusem są antagoniści, czyli Ivan Drago z synem Viktorem. Obaj mówią po rosyjsku, wyglądają bardzo groźnie (zwłaszcza syn, który wygląda jak potężna bestia) i mają bardzo prostą motywację. Niby chodzi tu o zemstę, ale ta motywacja wynika z reperkusji wydarzeń z czwartej części Rocky’ego. Drago po porażce zostaje niejako odrzucony przez swój kraj, pobratymców, dla których walka z Creedem jest pewną szansą na rehabilitację oraz odzyskanie szacunku. To jest dla mnie dość sporym zaskoczeniem, pokazując więcej odcieni szarości. I to motywacja syna, motywowanego przez swojego ojca zadziałała na mnie bardziej niż Adonisa Creeda.

Nadal mogą się podobać stosowane przez poprzednią część montaże treningowe (zwłaszcza ta na pustyni) oraz pewne drobne sztuczki, dodając sporo świeżości. Taki jest dla mnie moment, gdy podczas pierwszej walki są ujęcia z oczu pięściarza. Muszę jednak przyznać, że w poprzedniej części to było po prostu lepiej wykonane. Ale muszę przyznać, że finał jest w pełni satysfakcjonujący oraz wydaje się zakończeniem opowieści o Rockym (trzymający jak zawsze fason Sylvester Stallone).

creed2-2

Aktorsko nadal trzyma dobry poziom, a Michael B. Jordan w roli Creeda ciągle jest świetny, zwłaszcza w scenach pełnych gniewu czy momentów zagubienia. Tak samo czuć chemię między nim a Tessą Thompson czy wspomnianym Stallonem. Ale pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie Dolph Lundgren z bardzo szorstkim spojrzeniem, pełnym gniewu, bólu, złamanego charakteru oraz rosyjskiego akcentu. Tak samo jak bardzo dobrze zbudowany Florian Munteanu w roli Victora Drago, próbującego spełnić oczekiwania ojca.

Wszyscy, którzy obawiali się odcinania kuponów oraz żerowaniu na sentymencie, mogą spać spokojnie. Drugi Creed to godna kontynuacja serii, która – w zasadzie – mogłaby się tutaj skończyć. Nadal czuć w nim serce, szczerość oraz szacunek wobec tradycji.

7/10

Radosław Ostrowski

Underdog

Roman Kosecki zwany Kosą jest zawodnikiem MMA, który walczy z niepokonanym Denim Takajewem. Kosa jest w formie i wygrywa, ale zostaje przyłapany na dopingu, co kończy się dyskwalifikacją. Mężczyzna wraca do rodzinnego Ełka i zaszywa się, pracując jako bramkarz, a następnie… naprawiając lokomotywy. Ala Takajew nie jest zadowolony z wyniku poprzedniej walki i chce rewanżu z Kosą. Tylko czy tamten się zgodzi?

underdog1

W Polsce MMA ostatnimi czasy stały się bardzo popularne, ale żadnego filmu o tym sporcie na naszym podwórku nie było. Sprawę postanowił wziąć w swoje ręce Maciej Kawulski – jeden z włodarzy MMA, który postanowił wyreżyserować „Underdoga”. I szczerze mówiąc, nie spodziewano się zbyt wiele, marketing odstraszał, a nie mający żadnego filmowego doświadczenia Kawulski za kamerą też budził wątpliwości. To nie miało prawa wypalić, prawda? A jednak. Sama historia nie należy do oryginalnych, bo jest to klasyczna opowieść o walce z własnymi demonami, bólem niż przeciwnikiem. Osoby liczące na świetne sceny walk mogą się przejechać. O ile sam początek, pokazany z pierwszoosobowej perspektywy, wygląda świetnie, o tyle finałowa potyczka nadużywa slow-motion i traci swój impet. Do tego trwa dość krótko, jak na metraż filmu.

underdog2

Reżyser bardziej próbuje się skupić na relacjach Kosy z resztą otoczenia: z niepełnosprawnym bratem, ojcem prowadzącym siłownię, dawną znajomą (obecnie panią weterynarz) czy trenerem mającym zespół Tourette’a. Tutaj pomagają naprawdę niezłe dialogi, gdzie patos jest przełamywany humorem. Podobały mi się też sceny treningowe, wykorzystujące lokalną przestrzeń (las, jezioro, pagórki) do różnych biegów (m.in. z przywiązaną kłodą) w teledyskowym montażu. Choć trwają dość długo, czuć w tym wszystkim serducho. Szczerość i pasja wręcz z tego bije, mimo pewnych niedoskonałości.

Po pierwsze, jak wspomniałem wcześniej walki. Żeby być uczciwym, pokazują wiarygodnie wszelkie chwyty oraz ciosy, ale brakuje im impetu. Po drugie, zupełnie od czapy przyklejony wątek rosyjskiej mafii, która chce ustawić walkę i zmusić Kosę do wygranej. No i po trzecie, schematyczność, ale to wynika z konwencji.

underdog3

Reżyser miał szczęście, że udało mi się zebrać dobrych aktorów, którzy z niezbyt dobrego scenariusza wyciskają prawdziwe soki. Absolutnie tutaj błyszczy Eryk Lubos jako łobuz ze złotym sercem, pełen wręcz gniewu, pasji. Chociaż ma wiele za uszami, budzi sympatię i kibicuję się mu do końca. Równie dobrze wypada Mamed Chalidow jako adwersarz, który nie jest tutaj czarnym charakterem. Szczery gość, szanujący swojego przeciwnika, z jasną motywacją. Dla mnie największymi zaskoczeniami są za to kreacje Tomka Włosoka (brat Kosy) oraz Aleksandra Popławska (Nina), kradnąc niejako film.

Spodziewano się raczej katastrofy, ale debiut Kawulskiego okazuje się naprawdę niezłym filmem sportowym. Widać, że to robił debiutant, a kilka rzeczy można było dopracować, jednak w tym wszystkim czuć serce, pasję oraz zaangażowanie. Mam nadzieję, że kolejne filmy o tej tematyce powstaną i będą lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

Ucieczka do zwycięstwa

Bardzo ciężko mi się o tym filmie mówi, bo po raz pierwszy go widziałem BARDZO dawno temu. Kiedy jeszcze moja wiedza o filmach była bardzo malutka. Ale sama koncepcja zorganizowania meczu piłkarskiego podczas II wojny światowej, była czymś absolutnie fantastycznym. To chyba wiadomo o jakim filmie mowa.

Słyszeliście o meczu śmierci? 6 sierpnia 1942 roku w Kijowie odbył się mecz między zawodnikami ligi ukraińskiej (utworzono drużynę Start Kijów) z żołnierzami Luftwafe. Ukraińcy wygrali go 5:1, ale Niemce chcieli rewanżu. Ten nastąpił 9 sierpnia i zakończył się wygraną Ukraińców 5:3. Krążyła fama, że w nagrodę za zwycięstwo piłkarze zostali… rozstrzelani. Prawda była bardziej przyziemna, bo zawodnicy zostali aresztowani przez Gestapo i trafili do obozów pracy. Nie wszyscy przeżyli, a tym, co się udało, zostali oskarżeni o kolaborację z Niemcami. Brzmi jak scenariusz filmowy? Historia ta była inspiracją m.in. dla filmu Johna Hustona z 1981 roku.

zwyciestwo1

Jest rok 1942, gdzieś we Francji znajduje się obóz jeniecki. Wszystko zaczyna się od nieudanej ucieczki jednego z więźniów. Przyjeżdża tam w celu dochodzenia przedstawiciel Czerwonego Krzyża oraz oficer propagandowy, major von Steiner. Rozpoznaje wśród jeńców piłkarza, kapitana Johna Colby’ego. Podczas spotkania rzuca propozycję zorganizowania meczu między żołnierzami Wehrmachtu a więźniami. Pomysł podchwytuje niemiecka machina propagandowa, zaś najwyżsi oficerowie obozu chcą wykorzystać okazję do zorganizowania ucieczki. Jednak będący szefem drużyny Colby nie chce brać w tym udziału.

zwyciestwo2

Przez większość filmu mamy do czynienia z obozową rutyną: nielegalne radio, fałszowanie dokumentów, robienie zdjęć, organizowanie oraz… granie w piłkę. Dla zabicia czasu, którego jest bardzo dużo. Sama intryga może się wydawać niedorzeczna, ale staje się pretekstem do ważkiego pytania. Czy jest możliwe granie na zasadach fair play, gdy świat od pewnego czasu gra bardzo nieczysto? I czy to może być ważniejsze od instynktu przetrwania? Ważniejsze niż ucieczka, rozkaz, zdrowy rozsądek? Nieczyste zagrania z obu stron (organizacja ucieczki, ustawiony sędzia) każą poważnie zastanowić się nad tymi kwestiami. Ale prawdziwą wisienką na torcie jest ostatnie pół godziny, czyli sceny meczu. Dynamicznie zmontowane oraz sfotografowane, z podnoszącą adrenalinę muzyką Billa Contiego to prawdziwa uczta. Coś, co najbardziej zapada w pamięć i trzyma w napięciu jak cholera.

zwyciestwo3

Do tego jest to więcej niż porządnie zagrane. Co jest o tyle zaskakujące, że obok aktorów mamy piłkarzy i nie wywołuje to sztuczności. Klasę potwierdza Michael Caine jako kapitan drużyny Colby, który odpowiedzialność ma wypisaną na twarzy i ma tony charyzmy. Pozytywnie zaskakuje Sylwester Stallone jako Hatch – sprytny, trochę rozgadany Amerykanin. Początkowo myślący tylko o sobie, staje się mocny filarem drużyny. Dobrze radzi sobie Max von Sydow jako major von Steiner, czyli dobry Niemiec. Spośród piłkarzy najlepiej wypada Pele (kapral Fernandez) oraz Bobby Moore (Terry Brady).

Widzę parę wad filmu (zakończenie a’la deus ex machina, schematy kina obozowego), ale energia tego film jest nadal silna. Bardzo porządnie wykonany film z fantastycznymi scenami meczu. Krążą plotki o planowanym remake’u, tylko czy jest potrzebny.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Zachłanne miasto

Małe miasto gdzieś w Kalifornii. To tutaj mieszka Billy Tully – kiedyś bardzo obiecujący bokser, ale po rozstaniu z żoną jego jedyną kobietą był alkohol. Do tej pory nie może wybaczyć swojemu dawnemu menadżerowi oraz promotorowi ostatniej walki. Próbuje znaleźć jakąś pracę, jednak nie udaje mu się długo miejsca zagrzać. W końcu decyduje pójść na siłownię, gdzie poznaje bardzo uzdolnionego, młodego pięściarza. Namawia go, by poszedł do Rubena i spróbował szczęścia jako zawodowiec.

zachlanne miasto1

John Huston tym razem niejako wraca do nurtu opowieści o ludziach mierzących się z własnymi demonami oraz próbującymi się utrzymać na powierzchni. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to niemal paradokumentalna stylistyka, bardzo charakterystyczna dla początków lat 70. Kolorystyka jest bardzo stonowana, nie ma tutaj jakichś efektownych czy efekciarskich sztuczek. Nawet sceny bokserskie są bardzo statycznie fotografowane, co dodaje tylko realizmu. A i samo miejsce wydaje się bardzo takie niesprzyjające szansom na osiągnięcie sukcesu. Tutaj mamy ludzi w jakimś sensie przegranych, którzy odnajdują szczęście albo w krótkich chwilach sławy na ringu, albo w tonach używek. Niemal każdy czuje się niespełniony, przeżywający kolejne rozczarowania, problemy, drobne sukcesy. Wierzą, że jeszcze nie wszystko stracone, że będzie jeszcze szansa na wygraną. Tylko, czy naprawdę tak jest? Wszyscy karmią się złudzeniami, nawet menadżer Ruben, prowadzący siłownię i motywujący swoich podopiecznych dobrych słowem, młodociany Ernie, mający dziewczynę oraz dziecko w drodze, nie będzie w stanie utrzymać ich tylko dzięki walkom czy ciągle pijąca Oma, żyjąca w związku z czarnoskórym.

zachlanne miasto2

Reżyser kibicuje i sympatyzuje z tymi ludźmi, nawet jeśli wydają się bardzo naiwni czy nieznośni na ekranie. Nie oznacza to jednak, że idzie ku sentymentalizmowi oraz da dający nadzieję happy end. Co to, to nie. Miasto Stockton jest tak naprawdę siedliskiem kolejnych wykolejeńców, wiążących koniec z końcem, mający do dyspozycji jedynie karierę jako robotnik. Przeżuje cię, wypluje i ostatecznie odbierze ci siły, energię, motywację, odkładając ją w nieskończoność. Nawet przygrywająca w tle muzyka country wydaje się jakby wzięta z innej bajki.

zachlanne miasto3

Huston trzyma mocno wszystko w ryzach, zaś aktorzy dają z siebie wszystko, tworząc co najmniej bardzo dobre role. Absolutnie błyszczą tutaj trzy kreacje: Stacy’ego Keatcha, Jeffa Bridgesa oraz Susan Tyrrell. Pierwszy wydaje się być najbardziej zmęczony, z bardzo słomianym zapałem, lecz w momencie decydującym (finałowa walka) daje z siebie wszystko. Młody Bridges tutaj gra chłopaka na początku swojego dorosłego życia, ale wydaje się nie być zdecydowany. I te dylematy są bardzo widoczne. Ale szoł kradnie Tyrrell jako wyszczekana Oma, która tylko pije, wydaje się niezadowolona ze wszystkiego (i nie boi się tego powiedzieć), zaś jej przeszłość mocno na nią rzutuje.

zachlanne miasto4

„Zachłannym miastem” John Huston wraca do formy i pokazuje, że nadal jest trafnym obserwatorem rzeczywistości. Szczery, surowy, brutalny oraz bardzo gorzki, a jednocześnie trzymający za gardło do końca. No i jeszcze to proste zakończenie, mówiąc tak wiele z tak mała ilością słów.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Wysokie loty

Wiecie, co to jest lockout? To taka sytuacja w rozgrywkach NBA (i nie tylko), kiedy liga nie gra, bo zawodnicy i kluby nie dogadały się ze sobą w kwestii wynagrodzeń z zysków. Coś jakby przymusowy zakaz pracy. Tracą na tym wszyscy: gracze, widzowie, telewizja, menadżerowie i agenci sportowi. Kimś takim jest niejaki Ray Burke, znający ten świat jak własną kieszeń. Próbuje pomoc swojemu klientowi – młodemu, obiecującemu zawodnikowi, Erickowi Scottowi. Ma on kontrakt, ale nie może grać z powodu lockoutu. Ale nasz agent ma pewien plan, by przełamać impas.

wysokie_loty1

Netflix robi kolejny film okołosportowy i w zasadzie można by olać ten temat. Ale kiedy kręci ten film Steven Soderbergh, sprawy nagle stają się poważniejsze. Reżyser znowu decyduje się kręcić całość na iPhonie, co tworzy bardzo specyficzny klimat, niejako jeszcze bardziej wprawiając w stan osaczenia.  Próbuje się przyjrzeć światowi wielkiego sportu i jeszcze większych pieniędzy, gdzie zawodnik jest jedynie maszynką przynoszącą dochody, każdy może nim manipulować oraz sterować tak, by zarabiał więcej. Cała intryga jest skupiona na dialogach, podjazdowych zagrywkach i lawirowaniu mocno na granicy prawa. Można się w tym wszystkim pogubić, zwłaszcza nie znając zwrotów lockout czy draft, ale reżyser stara się wszystko pokazać w sposób przystępny.

wysokie_loty2

Soderbergh nadal robi to, co potrafi najlepiej, czyli bawi się sprzętem, filmuje czasami pod dziwnymi kątami i stosuje długie ujęcia. Niemniej może parę osób się od tego odbić. Dla mnie jednak problemem były wplecione wywiady zawodników NBA o tym, jak się czuli na początku swojej kariery, o swoich najbliższych itp. Miałem wrażenie, że są troszkę zbędne i troszkę łopatologicznie uzupełniają to, co się dzieje na ekranie. Także ostatnie 15-20 minut, gdzie dochodzi do retrospekcji, potrafiło wybić mnie z rytmu. Nie mniej ogląda się to naprawdę dobrze m.in. dzięki świetnym dialogom oraz trafnemu portretowi tego świata.

wysokie_loty3

No i reżyser ma jeden mocny atut w talii: fantastycznego Andre Hollanda w roli Raya. Ten facet to prawdziwy lawirant, wnikliwie obserwujący cała sytuację i zgrabnie manipulujący ludźmi w osiągnięciu celu. Troszkę przypominał Franka Underwooda, choć nie był aż tak bezwzględny. Zna się na ludziach, chociaż czasami miałem wrażenie, że sytuacja może go przerosnąć. Równie świetna jest Zazie Beets jako Sam, asystentka/nie asystentka i powiernica Raya, całkiem nieźle sobie radząca w całym tym rozgardiaszu, a także Billy Duke w roli trenera Spencera (cytowanie formułki, gdy padają jakiekolwiek skojarzenia z niewolnictwem – perełka).

Soderbergh nie zamierza przechodzić na emeryturę i kolejny raz potrafi zaskoczyć. Świetnie prowadzi pozornie stateczną intrygę, serwuje rozbrajające dialogi, ciągle zaskakuje, a jednocześnie skłania do myślenia. Bardzo porządna robota.

7/10 

Radosław Ostrowski

Wielki Mike. The Blind Side

Wiele już filmów opartych na faktach, bo – jak powszechnie wiadomo – życie jest w stanie napisać najbardziej pokręcone scenariusze. Nie inaczej jest tutaj, bo mamy historię młodego chłopaka z tzw. dzielnicy nędzy i rozpaczy Memphis. Nazywa się Michael Oher i wygląda niczym wielki taran, jest czarny, ale ma duży problem z nauką. W końcu trafia do liceum, gdzie trener decyduje się go przyjąć, na co wpływ mają jego umiejętności, ale wtedy na drodze naszego wielkoluda pojawia się niejaka Leigh Anne Touly – architektki wnętrz, która podejmuje się opieki nad nim.

blind_side1

Historia brzmi jak amerykański sen i może wydawać się nieprawdopodobna. Ale o dziwo reżyser John Lee Hancock nie boi się korzystać z klasycznych klisz, gdzie widzimy powolną przemianę naszego troszkę nie kontaktowego Wielkiego Mike’a nie tyle w dobrego zawodnika, ale i powoli odnajdującego swoje miejsce człowieka. Wszystko tu jest poprowadzone po sznureczku, przebieg fabuły jest bardzo przewidywalny, przez co nie byłem w stanie całkowicie się zaangażować.  Także i postacie są dość schematyczne: empatyczni nauczyciele (poza jednym bucem z języka angielskiego), wspierająca go nowa rodzina (zwłaszcza młodszy brat S.J., który szybko nawiązuje z nim kontakt), uproszczony portret dawnego domu, gdzie przebywa zagubiona matka oraz dawni kumple, upaprani w gangsterkę. No i jeszcze trener, który nie potrafi się dogadać z nowym zawodnikiem. Wszystko wydaje się takie miłe, delikatne, może nawet troszkę cukierkowe.

blind_side3

Owszem, pojawia się nawet odrobinka humoru (nie pozbawiona złośliwości), zaś sceny meczy futbolu amerykańskiego wygląda naprawdę porządnie, lecz cały ten obyczajowy wątek specjalnie nie angażuje. Może zbyt wiele opowieści o ludziach znikąd, którzy dostają szansę na lepsze życie i (nie bez problemów) ją wykorzystują, przez co było mi to znane aż za dobrze. Takich inspirujących filmów było już setki i tysiące, ale tutaj niewiele rzeczy na mnie podziałało. A wszystko jeszcze takie uproszczone i skrótowe.

blind_side2

Jedyną wybijającą się rzeczą (troszkę) jest Sandra Bullock w roli Leigh Anne. Jest to pozornie normalna kobitka, ale nie daje sobie w kaszę dmuchać, uparcie dąży do celu i twardo stąpa po ziemi. A jednocześnie budzi sympatię, powoli przełamując kolejne problemy Mike’a. Sam Oher w wykonaniu debiutującego Quintona Aarona wypada dobrze, choć początkowo może drażnić swoją smutną miną zbitego psa. Jeszcze bardziej mnie zaskoczył drugi plan, gdzie mamy m.in. Raya McKinnona (trener Cotton), Kim Dickens (nauczycielka biologii) czy w epizodzie Kathy Bates (korepetytorka, panna Sue), choć nie mieli zbyt wiele do roboty. Ale zawsze dobrze na nich popatrzeć.

„Wielki Mike” zrobił spore zamieszanie w USA, co wynika ze względu na specyficzny sport oraz ich wiarę w dokonywanie niemożliwych rzeczy. Tylko, że to wszystko jest tak schematyczne i zwyczajnie nudne, iż nie byłem w stanie w to uwierzyć.  

5/10

Radosław Ostrowski