Trzecie spotkanie z Din Djarinem było przeze mnie zwlekane, bo… tak naprawdę to nie wiem. Mam masę seriali zaczętych, niedokończonych oraz na coraz dłuższej liście tytułów do nadrobienia. Jak zwykle sprawy mocno się komplikują, co pokazała… „Księga Boby Feeta”. Nasz Mando z powodu zdjęcia hełmu zostaje uznany za apostatę i wykluczony z klanu. By zmazać tą hańbę musi wyruszyć na Mandalore i zmyć się w wodach pod kopalniami. Problem w tym, że sama planeta została zniszczona przez Imperium, nie nadając się do życia. Jakby tego było mało nasz główny złol – Moff Gideon ucieka, zaś wyszkolony przez Ashokę Grogu wraca do Dina.
By jeszcze bardziej pogmatwać całą układankę, wraca kolejna istotna postać – Bo-Katan. Po ostatnich wydarzeniach została osamotniona w swoim zamku, niczym księżniczka. Dawna grupa najemników odeszła, zaś Mroczny Miecz nadal ma w rękach Din. Ale podczas eksploracji planety nasz Mando odkrywa, że niektóre przekonania mocno mijają się z rzeczywistością.
Co dość mocno mnie zaskoczyło to fakt, że trzeci „Mandalorian” skupia się na… Mandalorianinach. A konkretnie zjednoczeniu całej rasy pod jednym przywództwem oraz powrotu do ojczyzny. Dlatego postać granej przez Katee Sackhoff Katan odgrywa bardzo istotną rolę. W drodze do osiągnięcia tego celu – jak w poprzednich sezonach – trzeba będzie wykonać parę zadań. A to obronić miasto przed atakiem piratów, odbudować robota IG-11, zbadać psujące się roboty na pewnej planecie itd. Ma to swój rytm, a co zaskakujące nie mamy tutaj fan service’u i odniesień do poprzednich filmów sagi. Dzięki Bogu, bo w drugiej serii troszkę z tym przegięto. Wszystko z dobrymi dialogi, ikonicznym tematem przewodnim oraz świetną techniczną jakością.
Najciekawsze jednak były dla mnie odcinki i momenty poboczne – przeszłość Grogu z czasów Rozkazu 66 oraz funkcjonowanie tego świata w czasach Nowej Republiki. Odcinek 3 niemal w całości skupia się na dr Pershingu, który za Imperium prowadził eksperymenty genetyczne. Widzimy wykonywany proces przekształcenia dawnych ludzi Imperium (a także ich maszyn) do służby Nowej Republiki. O wiele bardziej zbiurokratyzowanej, osłabionej, bardzo podatnej na infiltrację. Finał tego wątku okazał się o wiele mocniejszy niż się spodziewałem. Ale sam finał na Mandalore jest fenomenalnym spektaklem, z masą akcji, strzelanin i tak satysfakcjonującego zakończenia jakie można się było spodziewać.
Dla mnie trzeci sezon „Mandalorianina” to (mam nadzieję) bardzo satysfakcjonujący finał całej serii przygód Din Djarina i Grogu. Udaje się mocniej rozszerzyć ten świat, zachowując jego przygodowy klimat. Ostatnie ujęcie dla mnie jest taką kropką nad i, że dla mnie ta historia dobiegła końca. Pora w końcu sięgnąć po inne opowieści z tego uniwersum jak „Andor”.
Wyobraźcie sobie taką sytuację: prowadzicie normalne, uporządkowane według rutyny życie. Wstajesz, ubierasz się, idziesz do pracy, potem fajrant i do domu. „Pić, jeść, spać jak tamagochi.” – śpiewali klasycy rapu. A potem przypadkiem odkrywacie oraz zauważacie, że ten świat wygląda zupełnie inaczej niż do tej pory. To jeden z najbardziej znanych tropów w historii kina, niemal od samego początku. „Metropolis”, „Matrix”, „Truman Show”, „Mroczne miasto” – to tylko kilka przykładów, a do tego grona dołącza „Free Guy”.
Bohaterem jest niejaki Guy, czyli Facet (Ryan Reynolds) – pracownik banku we Free City. On też ma swoją rutynę: wstawanie, śniadanie (płatki z mlekiem), przebranie się, spacer do pracy z kumplem Buddym (Lil Rel Howery) oraz kawą w ręku. Następnie praca, gdzie dochodzi do napadu i wszyscy zachowują spokój, również rutynowo. I tak w kółko, marząc o poznaniu TEJ JEDYNEJ, wymarzonej, idealnej. No i nie uwierzycie, pojawia się taka kobitka, co nuci jego ulubiony kawałek. To musi coś znaczyć i nasz Facet zaczyna przełamywać swoją rutynę. Ale też przypadkiem, dzięki znalezionym okularom – niczym w „Oni żyją” – poznaje prawdę o swoim świecie. Że całe jego życie, praca i rzeczywistość to… gra komputerowa, a on jest NPC-em – postacią niegrywalną. Jak żyć po czymś takim? I jaki ferment to wywoła nie tylko w samej grze?
Za „Free Guy” odpowiada Shawn Levy, który ostatnio jest znany jako reżyser i jeden z producentów kultowego „Stranger Things”. Tutaj mamy mieszankę filmów w stylu „Truman Show” czy „Matrixa” z… „Tronem”. Czemu to drugie? Przez wątek dziewczyny Millie (Jodie Comer), która razem z chłopakiem (Joe Kerry) współtworzyła pewną grę. Ta trafiła do szefa dużej korporacji, a ten zbudował na jego kodzie strzelankę MMO. I cała ta zabawa toczy się dwutorowo, gdzie świat wirtualny ma wpływ na rzeczywisty. Sama akcja mocno wykorzystuje elementy z gry komputerowej (gdy Facet widzi przez okulary), przez co kontrast między prostodusznością Faceta a brutalnością miasta oraz graczy.
Tu się obrywa zarówno graczom – niejako bezmózgim, trochę za bardzo skupionym na wirtualnym świecie oraz żerujących na nich szefach korporacji (cudownie przerysowany Taika Waititi) tak oderwanych od rzeczywistości i przekonanych o swoim geniuszu. Geniuszu do zarabiania pieniędzy, wykorzystywaniu cudzych pomysłów. Klasyczna walka dobra ze złem, gdzie świadome AI nie chce nas zamordować, zrobić z nas niewolników itp. W czasach mrocznych SF pokroju „Ex Machina”, „Upgrade” czy innych „Terminatorów” jest to bardzo odświeżające. Akcja jest poprowadzona z jajem, gdzie nie brakuje ucieczek, strzelanin i pojawiających się znikąd broni oraz postaci, zaś jedna z finałowej bójki między Facetem z Kolesiem iskrzy humorem, zadziwia kreatywnością. Nie mówiąc o brawurowej ucieczce przed coraz ciasnym miastem.
A wszystko to jest cudnie zagrane. Ryan Reynolds tutaj trochę jest inny niż choćby w „Deadpoolu”, ale mi to nie przeszkadzało. Jego Facet mógłby wydawać się irytującym palantem, ale jego naiwność, prostoduszność ma w sobie wiele ciepła, uroku i przyziemności. Jednak szoł kradnie tutaj absolutnie świetna Jodie Comer. Kiedy walczy w grze jako Molotovgirl jest twarda, szorstka, jednak dynamika z Facetem ma w sobie wiele uroku. Natomiast w świecie realnym to zdeterminowana, trochę upierdliwa wojowniczka, próbując znaleźć dowód kradzieży kodu. I tutaj pakuje się w to grany przez Joe Kerry’ego jej były chłopak Keys, choć początkowo ma opory. Aktor solidnie wspiera resztę, nawet jeśli jest troszkę w cieniu reszty obsady.
„Free Guy” jest bezpretensjonalną, czysto rozrywkową zabawą, która miesza akcję, komedię i nawet… romans. Chociaż zawiera pewne wątki, które dość szybko są porzucone (świadomość AI) lub nie pogłębione (satyra na korporacje), ogląda się z wielką frajdą, gdzie efekty specjalne są świetne i nie rozpraszają. Nikt się nie spodziewał, a każdy dostał i wyszedł zadowolony.
Urodzony 16 sierpnia 1975 w Raukokore jako Taika Cohen. Syn Maorysa (artysta) i Żydówki rosyjskiego pochodzenia (nauczycielka). Gdy rodzice rozstali się jak Taika miał 5 lat, chłopcem zajmowała się matka. Uczęszczał do Onslow College, a następnie ukończył w 1997 roku Victoria University w Wellington z wiedzy o teatrze. Podczas studiów dołączył do pięcioosobowego składu komediowego So You’re Man (oprócz niego skład tworzyli Jermaine Clement, Bret McKenzie, Carey Smith i reżyser David Lawrence). Występowali po Nowej Zelandii oraz Australii, co przyniosło im rozpoznawalność.
Współpraca z Clementem zaowocowała przyjaźnią oraz stworzeniem duetu The Humourbeasts, które zyskiwało coraz większą popularnością i uznanie, otrzymując największe możliwe wyróżnienie dla komika, Billy T. Award w 1999 roku. Powoli też zaczynał swoje reżyserskie próby, najpierw w krótkim metrażu. Już jego drugi film „Two Cars, One Night” z 2003 roku przyniósł mu nominację do Oscara za film krótkometrażowy (podczas ceremonii przy czytaniu nominacji… zdrzemnął się). Ale na pełnometrażowy debiut trzeba było czekać aż 4 lata. Napisany w ówczesną partnerką „Orzeł kontra rekin” świata nie zawojował, jednak Taika ciągle pracował. Zarówno w telewizji przy tworzonym przez kumpli ze studiów serialu „Flight of the Concords”. Przełomem był dopiero drugi film „Boy” z 2010, który nie tylko zebrał entuzjastyczne recenzje krytyków, lecz był kasowym hitem w rodzimej Nowej Zelandii.
To otworzyło Taice wrota do Hollywood, gdzie nie tylko realizował swoje reżyserskie produkcje, ale także pojawiał się jako aktor (m.in. w „Zielonej latarni”, „Free Guy” czy „Szalony świat Louisa Waina’) czy przy serialach („Co robimy w ukryciu”, „Reservation Dogs”, „Nasza bandera znaczy śmierć”) także jako scenarzysta i/lub producent. O rolach głosowych przy takich tytułach jak „Rick i Morty” czy „Mandalorianin” nawet nie wspomnę.
Oprócz tego Taika także reżyseruje teledyski (dla zespołów z Nowej Zelandii) oraz reklamy, z których tą najsłynniejszą była nakręcona w 2020 roku dla Coca-Coli.
Do grona jego współpracowników zaliczają się: scenograf Ra Vincent, producenci Kevin Feige, Brad Winterbaum, Carthew Neal, kostiumolog Amanda Neal, kompozytor Michael Giacchino oraz aktorzy Jemaine Clement, Cohen Holloway, Rachel House, Rhys Darby i Jackie van Beek,
Waititi ma na swoim koncie Oscara (i 2 nominacje), nagrodę BAFTA, dwie nominacje do Emmy, dwie nominacje do Nagrody Amerykańskiej Gildii Reżyserów, dwie nominacje do Nagrody Amerykańskiej Gildii Producentów, dwie nominacje do Satelity, nominację do Nagrody Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych oraz Nagrodę Amerykańskiej Gildii Scenarzystów (i cztery nominacje).
A oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Taiki Waititiego w kolejności od najsłabszego do najlepszego. Zapraszam do komentowania pod postem. 3, 2, 1, zaczynamy.
Miejsce 6. – Boy (2010) – 6/10
Tytułowy bohater to 11-letni, który marzy o wyrwaniu się z zamieszkiwanego zadupia. Wtedy pojawia się w domu nieznany chłopcu ojciec, dla którego jest osobą mogącą zrobić wszystko. Mieszanka wyobraźni chłopca zderzona zostaje z brutalną rzeczywistością, czyli przyspieszony kurs dojrzewania. W zasadzie nowe jest otoczenie, a reszta aż zbyt znajoma. Recenzja tutaj.
Miejsce 5. – Co robimy w ukryciu (2014) – 7/10
Komediohorror zrealizowany wspólnie z Jemaine Clementem, którego sukces doprowadził do powstania serialu. Obserwujemy cztery mieszkające ze sobą wampiry w jednym domostwie Nowej Zelandii oraz jak sobie radzą z nową codziennością. Trochę przypomina to zbiór skeczy, z bardzo luźno powiązaną fabułą i stylizowane jest to na dokument. I to wszystko działa. Recenzja tutaj.
Miejsce 4. – Jojo Rabbit (2019) – 7,5/10
Najbardziej „kontrowersyjny” film w dorobku Nowozelandczyka. Osadzona pod koniec II wojny światowej historia skupia się na 10-letnim Jojo – członku Hitlerjugend, wychowanego przez matkę, którego największym przyjacielem jest… Adolf Hitler. Dokładnie jego wyobrażoną wersję. Jego ślepa wiara w nazizm zostaje skonfrontowana, gdy odkrywa w mieszkaniu… ukrywającą się żydowską dziewczynkę. Całe to zderzenie pokazuje w bardzo krzywym zwierciadle cały proces indoktrynacji i manipulacji, która faszeruje umysły nienawiścią oraz wrogością. Mocne, groteskowe, zabawne i… poruszające. Recenzja tutaj.
Miejsce 3. – Orzeł kontra rekin (2008) – 8/10
Pełnometrażowy debiut, który NIE JEST żadnym monster movie czy B-klasową jazdą a’la „Sharknado”. Pozornie to opowieść o spotkaniu i zderzeniu dwojga outsiderów. Ona została wyrzucona z pracy i sprawia wrażenie bardzo wycofanej, on jest bardzo pewny siebie i nie dopuszcza do siebie nikogo. Cała ta interakcja poprowadzona jest z dużym wyczuciem, rozwalający humorem oraz uroczą atmosferą. Poniekąd można to nazwać komedią romantyczną. Recenzja tutaj.
Miejsce 2. – Thor: Ragnarok (2017) – 8/10
To chyba jeden z rzadkich przypadków, kiedy to wyrazisty reżyser, realizując film dla dużej wytwórni za kupę kasy, nie stracił swoich charakterystycznych elementów. Trzeci Thor jest czystą komedią w bardziej absurdalnym stylu. Tym razem nasz bóg młotków musi zmierzyć się zarówno z końcem świata (Ragnarokiem) oraz nieznaną siostrą Helą. Pomoże mu Hulk, podstępny Loki oraz nawalona Walkiria. Jest barwnie, wariacko, z jajem, polane muzą w stylu lat 80. Zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji MCU. Recenzja tutaj.
Miejsce 1. – Dzikie łowy (2017) – 8/10
Najbardziej wzruszający i szczery film Waititiego. Czyli kolejne zderzenie dwóch światów, czyli 12-letniego Ricky’ego, który trafia do rodziny zastępczej. Kiedy wydaje się, że znaleziono nowy dom, kiedy przyszła matka (Rose) umiera, a przyszły ojciec (Hector) nie chce dzieciaka. Zamiast trafić do opieki społecznej, ucieka i to Hector zostaje uznany za… porywacza. Absurdalna mieszanka komedii, kina inicjacyjnego oraz survivalowego, z kapitalnie zagranym duetem Julien Dennison/Sam Neill. Czysta hybryda, gdzie wszystkie elementy łączą się w świetną całość. Recenzja tutaj.
Jakim fenomenem jest Taika świadczy jak bardzo napięty ma grafik i nadal ma. W przyszłym roku zobaczymy nowy film „Next Goal Wins” o najgorszej piłkarskiej reprezentacji, której będzie próbował pomóc Michael Fassbender, do tego ma nakręcił film w świecie „Gwiezdnych wojen”, serialowych „Bandytów czasu”, live-action wersję „Akiry” oraz adaptację komiksu Alejandro Jodorovsky’ego „Incal”. Pracy mu nie zabraknie, a więcej o fenomenie Nowozelandczyk opowiedział w swoim video-eseju Skazany na film:
A jakie są wasze ulubione filmy Taiki Waititiego? Piszcie w komentarzach.
Jest ich czterech i od dawna mieszkają w jednym domostwie. Vladislaw (862 lata), Viago (379 lat), Petyr (8000 lat) i Deacon (183 lata) są wampirami, przebywającymi w Nowej Zelandii z dala od oczu ciekawskich tego świata. Różni ich wiek, doświadczenie oraz pozycja społeczna, lecz muszą działać wspólnie. Poza tym, robią typowe wampiryczne rzeczy: poruszają się nocą, ściągają ludzi, by się nimi najeść oraz starają się unikać ludzi. Oraz wilkołaków, bo inaczej będzie niewesoło.
Duet reżyserski Taika Waititi/Jemaine Clement sięga po znajome motywy horroru wampirycznego, jednak ubrane jest to w konwencji mockumentu. Naszym bohaterom towarzyszy ekipa filmowców (chroniona krzyżami), która ich obserwuje przed udziałem w Przeklętym Balu, organizowany przez Stowarzyszenie Wampirów, Czarownic, Wilkołaków i Zombie. Twórcy balansują między powagą a zgrywą, czerpiąc ze znajomych motywów: ściąganie ludzi pod pretekstem kolacji, strach przed światłem, krzyżem, nienawiść wobec wilkołaków. Każdy z panów próbuje się też odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdzie trudniej jest znaleźć młode dziewice (których krew podobno jest najlepsza). Słyszymy ich przekomarzanki, spory (czemu Deacon od pięciu lat nie myje naczyń) oraz jak znaleźć strój na miasto (nie widząc swojego lustrzanego odbicia jest to cholernie trudne). Każdy z nich ma pewne swoje problemy, trudną przeszłość i koszmary do pokonania.
Sprawy się komplikują, gdy przypadkiem jedna z ofiar (Nick) staje się… wampirem i wprowadza się razem z kumplem Stu. I ten nasz nowy wampir, początkowo wydaje się zafascynowany nowymi umiejętnościami, nieśmiertelnością i tego typu bajerami. On jednak zaczyna wprowadzać zamieszanie, nie mogąc zamknąć się. Cała ta dynamika dodaje wiele świeżości do ogranych klisz i motywów, co w połączeniu z pokręconą muzyką a’la Goran Bregović tworzy mieszankę wybuchową. Jeszcze dorzućmy do tego mocno absurdalny humor, całkiem niezłe efekty specjalne i „prezentowane” archiwalia. Nie do końca realistycznie, ale nie jest to też przesadzone.
Naszemu duetowi udaje się pokazać – jakkolwiek to dziwnie zabrzmi – ludzką stronę wampira. Ich zagubienie (korzystanie z laptopa), odrobinę fascynacji, ukrytych lęków (tutaj głównie Vladislav i Nick) oraz potrzeby… bycia sobą. Jakkolwiek to niedorzecznie brzmi, co pokazuje świetne trio aktorskie Waitii/Clement/Brugh. Nie można nie zapomnieć o Corym Gonzales-Macuerze, czyli kompletnie zadziwionym Nicku oraz niemal małomówny Stuart Rutherford (Stu), uzupełniającym tło.
Krótki czas trwania nie wywołuje znużenia (na szczęście), zaś niemal skeczowa konstrukcja fabuły może wywoływać dezorientację. „Co robimy w ukryciu” to świeża, zabawna komedia grozy w mockumentarowym stylu. Film się przyjął tak dobrze, że powstał serial telewizyjny, który będę musiał sprawdzić.
Tytułowy chłopak ma 11 lat i mieszka w totalnym zadupiu roku 1984, razem z rodzeństwem i babcią. Co jeszcze o nim chcecie wiedzieć? Jest wielkim fanem Michaela Jacksona, jest gnębiony przez paru łobuzów, czasem odwiedza matkę na cmentarzu i hoduje… kozę. Poza tym prowadzi nudne, szare życie oraz marzy o wyrwaniu się stąd. Oraz byciu na koncercie Michaela Jacksona. W końcu pojawia się szansa, kiedy babcia wyjeżdża na pogrzeb i Boy zajmuje się domem. Wtedy pojawia się nie poznany przez niego ojciec (Taika Waititi), którego chłopak traktuje jako kogoś niesamowitego i wierzy, że odmieni jego monotonne życie.
„Boy” był drugim pełnometrażowym dziełem nowozelandzkiego wariata, Taiki Waititiego. Właściwie jest tu wszystko, co znamy z poprzedniego oraz kolejnych jego filmów. Czyli bohatera, którego marzenia i oczekiwania zostają zderzone z brutalną rzeczywistością. Że to, czego szukamy i znajdujemy nie pokrywa się ze sobą. Ale czy to oznacza, iż znalezione musi być od razu złe? Wszystko zaczyna się szybką prezentacją chłopaka (świetny James Rolleston), jego rodziny oraz bardzo wąskiej grupy przyjaciół. Pojawienie się ojca wydaje się zbawieniem oraz szansą na nowe życie. Chłopak wydaje się w niego być zapatrzony w obrazek, choć nic o nim nie wie. Tworzy jakieś nieprawdopodobne wizje (m.in. ojciec jako… Michael Jackson) i chce go naśladować, licząc na jego akceptację i uznanie. Z tego powodu zaczyna się coraz bardziej oddalać od swoich rówieśników.
Ja jednak mimo powolnego tempa, humoru oraz więcej niż porządnego aktorstwa miałem pewien problem z „Boy”. Zbyt szybko zacząłem się domyślać, że tatuś nie jest tym, za kogo się podaje/uważa. Iluzja zaczyna coraz bardziej pękać, co uważniejszy widz dostrzeże (dwaj kumple, kopanie na polu, rozmowy telefoniczne z matką) i zacznie łączyć kropki. Przez co cała tajemnica przestaje działać, a ja zacząłem się „wyłączać” w trakcie seansu. Jeszcze jest parę pobocznych wątków (upośledzony odludek, brat Rocky wierzący, że ma supermoce) sprawiały wrażenie trochę wciśniętych na siłę.
Żebyśmy mieli jasność, to nie jest zły film, a Waititi potrafi omijać klisze i znajome szablony. Problem w tym, że chyba za dużo już widziałem filmów o tematyce przyspieszonego dojrzewania i burzenia dziecięcej iluzji, przez co ciężej mnie było złapać. Niemniej ze względu na specyficzne miejsce jest to odświeżające doświadczenie.
Jak wszyscy pamiętamy, pierwsze spotkanie z Legionem samobójców w 2016 roku nie należało do przyjemnych. Chaotyczna narracja, nijaka antagonistka, brak interakcji między członkami zespołu, przeładowanie ogranymi do bólu piosenkami, za dużo postaci. Innymi słowy, pomysł opowieści o antybohaterach, którzy w zamian za ratowanie świata/przywrócenie porządku mogą liczyć na skrócenie kary lub amnestię, został bezczelnie zmarnowany. Szanse na powrót wydawały się znikome. ALE zdarzył się Cud i nową opowieść o Legionie samobójców (oficjalna nazwa Task Force X) tym razem opowiada James Gunn.
Tym razem grupa kierowana przez prokurator Amandę Waller i pułkownika Ricka Flaga wyrusza na wyspę Corto Maltese. Tutaj doszło do przewrotu, gdzie obalono siłowo prezydenta. Ale celem jest tajemnicza baza w Jotunhaim, gdzie zbiegli naziści przeprowadzali bardzo niejasne eksperymenty. Teraz pojawia się nazwa Projekt Rozgwiazda, który może dotyczyć istoty pozaziemskiej. By dotrzeć do bazy i zinfiltrować ją, muszą porwać i zmusić do współpracy głównego naukowca, Thinkera. Zostają do tego wysłane dwie niezależne grupy: jedna pod wodzą Flaga (ostatecznie żywi z tego wychodzą Flag i Harley Quinn), druga Bloodsporta.
Od samego początku reżyser nie patyczkuje się i serwuje krwawą jatkę polaną bardzo czarnym humorem. Nie ma tutaj wyjaśniania, o co chodzi z Legionem i po co powstał, tylko jesteśmy rzuceni na głęboką wodę. Może fabuła i postacie wydają się znajomymi elementami (skojarzenia ze „Strażnikami Galaktyki” są nieuniknione), stanowiąc pretekst do bezpardonowej rozpierduchy (jak „Deadpool”), stawiając jednak nacisk na jedną istotną sprawę: postacie oraz relacje między nimi. Zwłaszcza, że umiejętności niektórych z nich są wręcz tak absurdalne (kontrolowanie szczurów przez Ratcatchera 2 czy Polka Dot Man strzelający… kropkami), iż mogłyby powstać w umysłach Monty Pythona. Każdy z członków zespołu ma swoją historię, ale nawet to nie pozwala przewidzieć, kto wyjdzie z tej konfrontacji żywy.
I jest to bardzo w duchu Gunna: sceny akcji są zrealizowane wręcz obłędnie (ucieczka Harley Quinn, bijatyka pokazana przez… odbicie hełmu) z bardzo dynamicznym montażem, w tle grają mniej znane piosenki lub gitarowo-perkusyjna muza Murphy’ego (daje ona adrenaliny). Tempo miejscami jedzie na złamanie karku, by potem zwolnić i dać troszkę czasu na złapanie oddechu, a także rzucenie żartem. Ale niejako przy okazji reżyser pokazuje tą ciemniejszą stronę działań rządu USA. nie chodzi tylko o zmuszanie współpracy przez szantaż. Chodzi o tuszowanie i zacieranie śladów wokół brudnych tajemnic za wszelką cenę. Nawet ludzkiego życia – tego raczej w kinie o gościach ze spandeksowymi strojami NIE dostajemy (chyba, że mówimy o serialu „The Boys”), jednak to tylko dodatek.
A w całym tym wariactwie świetnie się odnajdują aktorzy. Show kradnie znowu Margot Robbie, dodając element nieprzewidywalności oraz obłędu jako Harley, o wiele lepiej wypada Joel Kinneman (Rick Flag), pokazując nie tylko większą charyzmę, ale też mocny kręgosłup moralny, zaś Viola Davis nadal pozostaje diabelnie niebezpieczną Amandą Waller.
Jednak nowi bohaterowie też dodają sporo kolorytu, z czego najbardziej wybijają się Idris Elba oraz John Cena. Pierwszy jako Bloodsport jest cynicznym, szorstkim komandosem, trzymającym się na dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Jednak z czasem pokazuje swoje bardziej wrażliwe oblicze oraz zadatki na lidera. Z kolei Cena w roli Peacemakera może się wydawać początkowo przerysowaną karykaturą Kapitana Ameryki (i najlepszym comic reliefem ze składu), jednak to on odpowiada za największą woltę w tej produkcji. No jeszcze nie wspomniałem o Ratcacherze II (dziecięco naiwna Daniela Melchior), naznaczonym silną traumą Polka Dot Manie (cudowny David Dastmalchian) oraz – będącym bardziej przypakowanym Grootem – King Sharku z głosem Sylvestra Stallone’a. Jedyną postacią, o której mogę powiedzieć, że nie do końca została wykorzystana jest Thinker w wykonaniu Petera Capaldiego, którego chciałoby się lepiej poznać.
Byłem więcej niż pewny, że nowy „Legion samobójców” będzie lepszy od produkcji Davida Ayera. Ale że różnica między nimi będzie aż tak WIELKA, zaskoczyło mnie całkowicie. Chyba od czasu „Deadpoola” nie bawiłem się tak dobrze na filmie superbohaterskim, a kategoria R nie jest tylko dodatkiem samym w sobie. Prawdziwa jazda po bandzie, która dostarcza wszystko, co obiecuje. To kiedy będzie sequel?
Rok 1945, czyli moment w historii, kiedy powoli zaczął rozpętywać się pokój. Ale nie w Niemczech, kiedy jeszcze trwała wojna. Jednak nie jesteśmy w dużym mieście, lecz gdzieś na prowincji. Tam mieszka 10-letni Johannes Blitzer, nazywany przez wszystkich Jojo. I stara się być porządnym nazistą, samotnie wychowywany przez matkę oraz Hitlerjugend. Ojciec zaś ruszył walczyć za kraj, więc chłopakowi pomaga jego wymyślony przyjaciel, czyli sam… Adolf Hitler. Z takim wsparciem można osiągnąć wszystko. Tylko, że nasz chłopak przypadkiem odkrywa, iż na strychu ukrywa się dziewczyna. Żydówka, co może oznaczać poważne tarapaty.
Komedia z nazizmem w tle to bardzo karkołomne zadanie i przypomina ono chodzenie po polu minowym. Chyba, że za kamerą stanie Taika Waititi, to można spodziewać się wszystkiego. Jego najnowszy film to mieszanka satyry, komedii oraz kina inicjacyjnego. Historia skupia się na chłopaku, który jest „zarażony” nazistowską ideologią. Ideologią nawołującą do nienawiści wobec innych oraz przekonaniu o swojej wyższości. Ideologią, którą doprowadziła do śmierci milionów ludzi na świecie. Tylko, że ona jest pokazana w krzywym zwierciadle, przez co tylko teoretycznie jest niegroźna jak podczas scen, gdy prowadzone są rozmowy o Żydach. Jak ich rozróżnić od innych ludzi, jak są głupi, żywią się krwią, kobiety składają jajka itd. Patrząc na to z dystansu może wydawać się to absurdalne, tak jak moment pojawienia się gestapo i krótka historia pewnego zgłoszenia czy ćwiczenia bojowe w… basenie. Wszystko to jednak służy reżyserowi w piętnowaniu nacjonalistycznych postaw, które przynoszą tylko śmierć, zniszczenie oraz bezsensowne ofiary. I powoli kroczymy drogą spojrzenia na ten świat bez wyimaginowanego Adolfa, który początkowo wydaje się sympatyczny, ale tak naprawdę jest skupiony na sobie, żądając ślepego posłuszeństwa.
Waititi odpowiednio lawiruje między komedią (absolutnie bezbłędna czołówka z muzyką Die Beatles), a momentami bardziej dramatycznymi (przeszukanie przez gestapo czy finał, pokazujący walkę o miasto). To tutaj reżyser pokazuje bardzo delikatne, wręcz wrażliwe podejście do tematu. Nawet jeśli wizualnie film przypomina stylem dzieła Wesa Andersona (tylko bez symetrycznych kadrów), poczucie humoru jest bardzo w stylu Nowozelandczyka. Jak podczas dialogów Jojo z Hitlerem czy powoli rodzącego się uczucia między chłopcem a dziewczyną, gdy na początku sobie docinają. Takich momentów jest więcej, ale nie zdradzę wam.
Czy jest coś, co mi się nie podobało? Niestety, ale jest jedna kwestia. Przesłanie reżysera oraz całego filmu jest miejscami aż za bardzo powiedziane wprost. Dla mnie to było zbyt nachalne i osłabia troszkę siłę tego filmu. Na siłę można też wypomnieć, że Waititi korzysta ze znajomych motywów swojego kina jak odkrywanie, że coś nie jest takie, jak sobie wyobrażamy, burzenie kolejny tajemnic i masek czy samotność. To jednak nie kłuje tak bardzo w oczy.
Ale Taice udało się zebrać naprawdę świetną ekipę aktorską. Objawieniem jest Roman Griffin Davis w roli tytułowej. Początkowo sprawia wrażenie zacietrzewionego fanatyka, dla którego Adolf (w tej roli sam reżyser Taika, który kradnie ten film) staje się niejako ojcem, autorytetem, wzorcem. Ale kolejne zdarzenia doprowadzają do konfliktu oraz spięć związanych z trzymaniem się tego wzorca, które są pokazane bardzo przekonująco. Mimo tego chłopak budzi sympatię, zwłaszcza w bardzo zmieniającej się relacji z ukrywającą się Elzą. I tu kolejna niespodzianka, czyli cudowna Thomasin McKenzie, o której na pewno jeszcze usłyszymy. Tutaj jest mieszanką ironii, lęku, niewinności oraz zagubienia, przez co nie można oderwać od niej oczu. Na drugim planie mocno także błyszczy zaskakująca Scarlett Johansson (bardziej trzymająca się ziemi matka – absolutnie błyszczy w scenie „tańca z mężem”) oraz świetny Sam Rockwell (kapitan Klenzendorf), choć troszkę za bardzo przypominał swoją rolę z „Trzech billboardów..”, szczególnie w finale.
Choć „Jojo Rabbit” nie jest najlepszym filmem w dorobku Waititiego, nie nazwałbym go wtopą czy rozczarowaniem. To trafna i zaskakująco delikatna satyra na nazistowską ideologię z perspektywy najbardziej podatnej na nią osoby – dziecięcego umysłu. Na szczęście reżyser pokazuje, że z takich fałszywych przekonań można się uwolnić. Choć nie jest to łatwa droga.
„Gwiezdne wojny” – ile emocji wywołuje nadal ta marka, pozostaje dla mnie rzeczą niepojętą. Ostatnimi czasy dominują jednak emocje negatywne wokół tego cyklu. Mocno podzielił wszystkich „Ostatni Jedi”, a i ostatnia część sagi okazała się dla wielu sporym rozczarowaniem. Czyżby Disney nie miał kompletnie pomysłu na franczyzę, mając sobie za cel jak największe wyciśnięcie kasy z fanów? Oraz ciągłe obracanie się wokół znanych z poprzednich części wydarzeń, postaci oraz nostalgii? Przełamaniem tego wizerunku miał być zrealizowany dla (niestety, nieobecnej w Polsce) platformy Disney+. Stworzony i napisany (w sporej części) przez Jona Favreau „The Mandalorian” miał iść w zupełnie innym kierunku, z nowymi postaci oraz klimatem bardziej przypominać westerny czy filmy o samurajach. Czy udało się spełnić założenia?
Akcja serialu toczy się między 6 a 7 częścią „Gwiezdnych wojen” i osadzona jest w bardziej odległych częściach galaktyki. Bohaterem zaś jest tytułowy Mandalorianin – noszący się w pełnym rynsztunku łowca nagród pracujący dla Gildii. Innymi słowy, klasyczny twardziel, co poluje na różnych bandziorów i z tego się utrzymuje. Jednak w obecnych czasach przedstawicieli tej grupy nie ma zbyt wielu, a i zleceń coraz mniej. Innymi słowy, obalenie Imperium nie przyniosło wszystkim wiele korzyści. Jednak nowe zlecenie może zmienić wiele, ale sprawa jest bardzo tajemnicza. Zlecenie jest ustne, klient jest bardzo tajemniczy, a o celu wiadomo tylko, gdzie przebywał ostatnio oraz ile ma lat.
I muszę szczerze przyznać, że „Mandalorian” ma rozmach godny produkcji kinowej. Można odnieść wrażenie, że ktoś podzielił film na odcinki, a następnie wrzucił na mały ekran. Nie brakuje wręcz batalistycznych scen (finał 7 odcinka oraz cały 8), pościgów (Mando na tropie Javów) czy bardzo zaskakujących intryg (odbicie więźnia z kosmicznego statku). I kiedy wydaje nam się, że najważniejsza będzie nitka główna (tajemnicze zlecenie oraz postać, nazwana przez widzów Baby Yodą), twórcy zaczynają nas przenosić po różnych częściach kosmosu, a konstrukcja fabuły staje się epizodyczna. Te fragmenty wydają się dość nierówne (zwłaszcza odcinek 4 i 5), przez co odczuwa się znużenie, mimo krótkiego trwania odcinków (maksymalnie 45 minut). W tym miejscach albo historia jest średnio angażująca (wątek zlecenia na Tattoine), albo kompletnie nudna i po łebkach (obrona wioski przed bandytami jak w „7 wspaniałych”). Z tego grona najbardziej wybija się odcinek z odbiciem więźnia, serwując woltę oraz świetnie trzymając w napięciu aż do samego końca.
Mimo tej nierówności tempa oraz narracji (co może wynikać z udziału kilku reżyserów, m.in. mocno odstającej od reszty Bryce Dallas Howard i Dave’a Filoni), czuć lekko westernowy vibe. Małomówny, tajemniczy protagonista (znakomity Pedro Pascal), którego przeszłość powoli odkrywamy w retrospekcjach, ogromne i różnorodne krajobrazy (od pustyni po wioskę koło wód i lasu). Jest nawet bójka w barze (pierwszy odcinek), zaś otwarty finał sugeruje znacznie ciekawszy drugi sezon.
Równie dobre wrażenie robi aktorstwo, mimo faktu, że o postaciach nie dowiadujemy się zbyt wiele. Pedro Pascal jest absolutnie kapitalny w roli małomównego twardziela, cały czas obecnego w zbroi i masce, przez co emocje były wyczuwalne tylko za pomocą mowy ciała oraz samego głosu. Robi to bez zarzutu, a jego relacja z Baby Yodą to najmocniejszy punkt. Serial samą obecnością kradnie Werner Herzog w roli tajemniczego klienta z bardzo opanowanym, wręcz kojącym głosem oraz pewnością siebie, a także Taika Waititi jako droid IG-88 (momenty, gdy grozi autodestrukcją – perełki). Swoje trzy grosze dorzuca zadziorna Gina Carano (Cara Dune), twardy Carl Weathers (szef Gildii, Greef Carga) oraz świetny Nick Nolte (trzymający się z dala Kuill) czy budzący grozę swoją determinacją Giancarlo Esposito (Moff Gideon).
Pierwszy sezon „Mandaloriana” to obietnica wielkiej przygody. Może jeszcze nie do końca spełniona, zostawia wiele zagadek, ale wygląda bardzo imponująco i okazale. Robi też jedną, istotną rzecz: przywraca nadzieję na odwiedzenie bogatszego świata Gwiezdnych wojen. Moc chyba wracać do Galaktyki.
Gdybym sugerowałbym się tylko samym tytułem, spodziewałbym się jakiegoś filmu z jakimiś zmutowanymi zwierzętami, które się naparzają. Wiecie, jak Godzilla z King Kongiem, Obcy z Predatorem, PiS z PO (to akurat słaby przykład) czy Jaegery z Kaiju. Jednak już pierwsze minuty debiutanckiego filmu Taiki Waititiego okazują się zwykła wkrętką. Ale może po kolei.
Poznajcie Lily – pozornie zwykła dziewczyna pracująca w fast-foodowej knajpie. Ale jest dość dziwna, bo nikt jej nie lubi – ani koleżanki z pracy, ani szef. Poza bratem, który jest prawdziwym nerdem i ma z nim najsilniejszą więź. I jest jeszcze ktoś, kto jej się bardzo podoba, do którego wzdycha, choć nie zauważa jej. To jest Jarrod – pracownik sklepu ze sprzętem elektronicznym, który wygląda dość osobliwie. W końcu dostaje szansę, by go bliżej poznać, a to z powodu zaproszenia na imprezę.
Skoro nie jest żadna naparzanka czy inne filmy z mordobiciem w tle (choć jest scena walki, ale TO trzeba zobaczyć samemu), to czym jest „Orzeł kontra rekin”? To typowy film nowozelandzkiego twórcy, zdominowanego przez samych ekscentrycznych bohaterów, szukających tego, co szukają wszyscy ludzie: akceptacji innych, miłości, szczęścia. Tutaj jest bardziej lub mniej pokręcony, co może wynikać z pewnych przykrych doświadczeń (śmierć najbliższych), ale też pewnych własnych oczekiwań zderzonych z rzeczywistością oraz poczuciem porażki, przegranej. Tutaj wariactwo czy ekscentryczność (haker-amator, który zawirusował swój komputer, rodzeństwo prowadzące własny – nieudany – biznes z ciuchami oraz kosmetykami) jest czymś absolutnie normalnym, a reżyser traktuje swoje postaci z życzliwością.
Waititi serwuje tutaj bardzo specyficzne poczucie humoru, polane absurdem, które może dla wielu być zbyt niedorzeczne i niezrozumiałe. Ale w tym całym wariactwie jest metoda, bo lubi się te postacie, mimo dziwaczności, chce się z nimi pobyć jak najdłużej. Zarówno z tą bardzo empatyczną, ciepłą Lily (olśniewająca Loren Taylor – ten uśmiech), która po prostu jest i nie wymaga niczego więcej, jak i Jarroda (świetny Jemaine Clement), chociaż do tego drugiego trudniej dotrzeć. Jest wielkim egoistą, który mocno ubarwia pewne rzeczy, by przez chwilę poczuć się lepszy. I to on musi pogodzić się z pewnymi kwestiami, by w ten sposób odnaleźć szczęście, doceniając to, co ma.
Trudno jednoznacznie ocenić, kto wygrał ten pojedynek, ale jedno jest pewno. Sam film pozostaje bardzo pokręconą komedią romantyczną, przerabiając reguły tego gatunku na swoją modłę i polewając humorem a’la Taika. Jeśli dodamy do tego piękne animowane wstawki oraz śliczną muzykę w duchu indie, będziemy mieli bardzo ciepły i pogodny film, jeśli lubicie „inne”, mniej mainstreamowe dzieła.
Pamiętacie Thora? To taki koleś, który rzuca swoim młotem, robi rozpierduchę i zawsze pakuje się w jakieś tarapaty. Najczęściej przez swojego braciszka, Lokiego, który czuje się niedoceniony albo chce mieć władzę nad Asgardem. Ale tym razem Thor ma dużo, dużo większy problem, bo przychodzi siostrzyczka, o której istnieniu braciszkowie nie wiedzieli. Hela to bogini śmierci, która robi rozpierduchę, niszczy młot Thora, a sam bóg piorunów wypada z gry.
Poprzednie części Thora były troszkę bardziej poważne, mroczne i ciężkie, a jedynka wręcz szekspirowski. Ale tym razem postanowiono zatrudnić nowozelandzkiego wariata, czyli Taikę Waititi. Niezależny filmowiec i Marvel? To brzmi jak szaleństwo, ale efekt jest bardzo interesujący. „Ragnarok” jest komedią, która mogłaby śmiało postawić na półce obok… „Strażników Galaktyki”. Jest znacznie więcej humoru niż można by się było spodziewać. Czuć to już na samym początku, gdy nasz heros zostaje uwięziony, a potem dzieje się cyrk. Loki podszywający się za Odyna, Heimdall zostaje wygnany, Hela jest prawdziwą twardzielką, a rozgardiasz panuje ogromny. Do tego Thor jeszcze trafia na arenę gladiatorów i niczym Spartakus musi powalczyć o swoją wolność. I tak jak poprzednie część, to dalej historia dojrzewania tego łobuza w odpowiedzialnego przywódcę, mierzącego się z kłamstwami oraz rodzinnymi tajemnicami.
A w tle tego wszystkiego ma dojść do Ragnarok, czyli mitycznego końca świata oraz totalnego wysadzenia Asgardu w pizdu. Wizualnie jest na bogato, wali kolorami po oczach, a kilka scen (retrospekcja, gdzie wojska Walhalii walczyły z Helą) jest wręcz malarskich. Wszystkie poważniejsze wątki są rozładowywane poczuciem humoru (postać lekko tępego Skurge’a, który zmienia stanowisko jak chorągiewki czy wszystko z dr Strange’m), włącznie z całym wątkiem wokół Arcymistrza i pojedynków na arenie. Tutaj dochodzi do decydujących wydarzeń, jest nawet wiele rzeczy z buddy movie, trochę mroku (ale nie za dużo), polane kiczem z muzyką a’la lata 80. na czele. A finał jest wręcz spektakularny, czyli typowy dla Marvela (sceny po napisach sugerują, że Thor zmierzy się z Thanosem).
Wreszcie znalazł się w tej postaci Chris Hemsworth, dodając bardzo dużo luzu oraz dystansu wobec tej postaci. Nie brzmi tak podniośle i jest bardziej ludzki niż boski (narcyz, złośliwiec, dbający o reputację), co jest dla mnie największym plusem. Charakteru za to nie stracił Loki (życiówka Toma Hiddlestone’a), który nadal jest takim cwaniakiem, działającym na dwa fronty. I wreszcie jest charakterny łotr, znaczy się łotrzyca w postaci Heli (cudowna Cate Blanchett), planująca się odegrać za dawne winy. Ale film za to kradnie fantastyczny Jeff Goldblum jako troszkę elokwentny, cwany, podstępny i złośliwy Arcymistrz oraz sam reżyser jako kamienny wojownik Korg.
Chociaż początek jest dość powolny i spokojny, „Ragnarok” nabiera rozpędu doprowadzając do ekstremum. Człowiek-Młot nabiera nowych mocy i jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż się można spodziewać. Nie wiem, co tym razem wymyślą twórcy MCU z Thorem, ale czekam na to.