Ja teraz kłamię

Wyobraźcie sobie takie show, gdzie wy jesteście osobami decydującymi. Konfesjonał Gwiazd – tutaj celebryci opowiadają o swoich rzeczach i grzechach, a w zamian dostają dużą kasę. I wy, widzowie, głosujecie telefonami: wierzycie im lub nie. Przed wami troje postaci: aktorka poruszająca się na wózku, reżyser nie mogący znaleźć zatrudnienia oraz piosenkarka po uzależnieniu od narkotyków. Prowadząca, ubrana w turban Kai, wierzy im, ale widownia nie. Od tego momentu poznajemy historię każdego z nich.

ja teraz klamie1

Reżyser Paweł Borowski wraca po 10 latach przerwy. Artysta-plastyk oraz felietonista tworzy tutaj bardzo odrealniony świat przyszłości z perspektywy tzw. wyższych sfer. Ludzi bogatych, pragnących sławy i uwielbienia takich szarych ludzi jak ty i ja. Ludzi podatnych na manipulację oraz oszustwo, bo przecież pragniemy sensacji, makabry oraz tragedii. Z kolejnymi wydarzeniami dostajemy kolejne informacje oraz tajemnice skrywane przez naszych bohaterów. Kolejne tajemnice, jakieś morderstwo, kłamstwa, pęknięcia oraz trzy relacje. Kto kłamie, kto mówi prawdę, kto manipuluje i steruje innymi? Niby nic nowego, ale reżyser robi wszystko, by tutaj pogmatwać, skomplikować oraz namieszać we łbie.

ja teraz klamie2

Najbardziej wybija się tutaj strona wizualna oraz osadzenie w retro-futurystycznej otoczce. Scenografia jest wręcz piorunująca, przypominająca klasyczne kino SF (komputery w kształcie lekko powiększonych maszyn do pisania, „pocztówki”, telewizory czy stare samochody). Także pozornie minimalistyczne studio Kai potrafi zaintrygować. Nie wspominam jeszcze o bardzo wyrazistych kostiumach czy bardzo staroświecko brzmiącej muzyce elektronicznej. Ale największą robotę wykonuje praca kamery Arka Tomiaka. I nie chodzi o pokazanie tej rozbuchanej wizji, lecz sztuczki związane ze zmianami perspektywy, co jeszcze bardziej podkręca tą rzeczywistość. Obłędna robota, jakiej na naszym podwórku zwyczajnie nie widziałem, chyba nigdy.

Problem mam jednak z samą fabułą – pozornie prostą i szczątkową, coraz bardziej komplikującą się. Tylko, że w połowie zacząłem podejrzewać jakąś grubymi nićmi szytą mistyfikację. Pokazywanie tych samych scen zaczyna robić się monotonne i nie prowadzi donikąd. Zaś samo rozwiązanie zagadki jest mało satysfakcjonujące i skręca w stronę jakiejś opery mydlanej. Chociaż może to też jest jakieś oszustwo (ostatnia scena), ale nawet wtedy rozczarowuje.

ja teraz klamie3

I nawet aktorstwo nie jest do końca wykorzystane, a wiele znanych twarzy (Więckiewicz, Chabior, Woronowicz, Dziędziel, Kulig) pełni tak naprawdę role epizodyczne. Z tego całego grona najbardziej wybijają się cztery kreacje, czyli Agata Buzek (prowadząca Kai z turbanem na głowie przypomina uważną korbę), Maja Ostaszewska (aktorka Celia), Rafał Maćkowiak (reżyser Matt) oraz Paulina Walendziak (piosenkarka Yvonne). Choć pozornie nie są za bardzo zarysowani, to cały ten kwartet wyciska ze swoich postaci wszystko, co się da.

ja teraz klamie4

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest oszałamiający wizualnie oraz ma świetną stylizację na retro-futuryzm, ale z drugiej wydaje się troszkę wydmuszką i niewykorzystującym potencjał całej obsady. Nie mniej jest to jeden z bardziej intrygujących polskich filmów SF.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trauma

Ray Monroe właśnie wraca z żoną oraz córką od jej rodziców podczas Święta Dziękczynienia. Mówiąc krótko, wizyta nie była zbyt udana i wyczuwalne są spięcia między małżonkami. Podczas powrotu do domu dochodzi do wypadku – dziewczynka spada w przepaść na plac budowy i ma złamaną rękę. Udaje się małżonkom trafić do szpitala, gdzie mają zostać przeprowadzone badania. Żona idzie z córką, a mąż zostaje i idzie do motelu. Kiedy idzie jeszcze raz do szpitala okazuje się, że nikogo takiego nie było. Czyżby Ray miał jakieś urojenia, czy może ktoś coś tu ukrywa?

trauma1

Brad Anderson już pracował z Netflix tworząc zaskakująco dobry „Bejrut”. Na pierwszy rzut oka „Trauma” wydaje się być co najmniej intrygującym dreszczowcem. Niby motyw człowieka, który widzi jedno, a wmawia mu się drugie jest dość znany („Memento”, „Plan lotu”). Jednak wskoczenie na tory thrillera odbywa się mniej więcej w połowie dzieła. Wtedy nasz bohater zderzony zostaje z biurokracją (już podczas rejestracji mamy przedsmak), kiedy nikt mu nie wierzy, zaś wszelkie dowody działają na jego niekorzyść. I przez większość czasu można odnieść wrażenie, że idziemy w bardzo oczywiste tory: albo to jest jakiś większy spisek (podczas rejestracji padło pytanie m.in. o możliwość pośmiertnego pobrania organów), albo Ray’owi zwyczajnie mózg zwariował. I przez większość tego czasu reżyser zgrabnie lawiruje między tymi przypuszczeniami.

trauma2

Po drodze coraz bardziej zaczyna się nam mącić w głowie (jest podejrzenie morderstwa), by pod koniec całkiem nieźle zakończyć całość. I powiem, że troszkę się tego nie spodziewałem. Chociaż chwile przed wyjaśnieniem całej intrygi były troszkę zbyt efekciarskie. Cały ten włam do piwnicy z pistoletem oraz wybuchowe pokonanie lekarzy dla mnie było zbyt wielkim odlotem. Sama realizacja jest naprawdę niezła, głównie praca kamery oraz minimalistyczna muzyka sprawdzają się bez zarzutu.

trauma3

Aktorsko nie ma jakichś fajerwerków, a największe zadanie miał Sam Worthington w roli zagubionego i zdezorientowanego Raya. Wypada on naprawdę dobrze, a w jego oczach widać coraz bardziej nasilającą się desperację, upór oraz walkę, a także poczucie paranoi. Reszta aktorów wypada poprawnie ze Stephenem Tobolovsky’m oraz Adjoą Andoh na czele.

„Trauma” jest całkiem solidnym thrillerem, czerpiącym z dość ogranego motywu i dostarczającym odrobinkę rozrywki. Pod koniec potrafi odlecieć poza logikę i to może przeszkadzać, ale nie ma się czego wstydzić.

6/10

Radosław Ostrowski

Rebelia

Było już wiele filmów o inwazji kosmitów na Ziemię. Jednak tym razem cała akcja została poprowadzona w sposób pokojowy, czyli politycy postanowili skapitulować i oddać świat (przynajmniej tak zrobili Amerykanie) w pakowanie istot zwanych złośliwie karaluchami. Wszystkie miasta zostały otoczone murem, kosmici zneutralizowani system komputerowy (zagłuszanie sieci), panuje permanentna inwigilacja, a za wiele zbrodni grozi deportacja na obcą planetę. Dziewięć lat po pierwszym kontakcie w Chicago planowany jest zamach terrorystyczny przez ruch oporu zwany Feniksem. Już wcześniej próbowano dokonać zamachu, który zakończył się klęską oraz kompletnym zniszczeniem w pył powierzchni Wicker Park. Organizację próbuje wytropić oficer policji William Mulligan, a do tego celu chce wykorzystać brata zmarłego członka grupy. Tylko, że Gabriel chce uciec z tego miasta.

captive state1

Film Ruperta Wyatta, mimo skromnych środków, poległ w kinach nie zwracając nawet połowy budżetu. Czyżby to był aż tak słaby film, czy może marketing był tak słaby, że nie wiadomo było czym tak naprawdę jest „Rebelia”. Nie jest to klasycznie rozumiane SF, bo technologia jest tutaj praktycznie niewykorzystywana, zaś sami Obcy pojawiają się bardzo rzadko. Bardziej to przypomina kryminał, gdzie mamy tutaj śledzenie, tropienie oraz infiltrację. Dlatego nie ma tutaj efektownej akcji, popisów efektów specjalnych, a wszystko wydaje się bardzo dziwnie znajome. Wszystko utrzymane jest w klimacie kina noir, pełnym szarości, brudu oraz pewnej beznadziei. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo spokojny i wyważony, ale wymaga bardzo uważnego skupienia, bo można się pogubić w tym wszystkim. Przez większość filmu obserwujemy przygotowania do realizacji zamachu, obserwując całą mechanikę funkcjonowania ruchu oporu: od sposobu komunikacji przez oszukiwanie systemu inwigilacji (wszczepione implanty).

captive state3

Ta konspiracja naprawdę działa, zaś sam przebieg oraz konsekwencje całego zamachu potrafią zaangażować, mimo faktu, że główni bohaterowie zostają zepchnięci na daleki plan. I to mnie bardzo bolało, jakby twórcy sobie o tych postaciach przypominają pod koniec (znaczy przez ostatnie 40 minut). Mam też wrażenie, że cały ten społeczny podział mógł zostać o wiele bardziej zarysowany, bo przez większość czasu jestem w dzielnicach biedoty. Praktycznie nie jesteśmy w prywatnych mieszkaniach osób u władzy. Sama scenografia pomaga w budowaniu klimatu, rzadko wykorzystując technologiczne cuda wianki (może poza dronami oraz dziwacznymi statkami w kształcie kamieni). A w tle gra bardzo pulsująca elektronika, co pomaga w budowie niepokojącego klimatu. Tak samo jak bardzo zaskakujący finał.

captive state4

Aktorsko dominują tutaj mniej znane przeze mnie twarze, przez co dodają tego klimatu. Ale prawdę mówiąc najważniejsze są dwie postacie: gliniarza Mulligana oraz Gabriela Drummonda. Pierwszego gra niezawodny John Goodman, który wydaje się bardzo zblazowany, wręcz emanujący spokojem (co słychać w głosie), ale jednocześnie wydaje się bardzo śliskim stróżem prawa. Niemniej pod tą postacią skrywa się coś więcej, jednak to wymaga obejrzenia całości do samego końca. Drugim bohaterem jest Gabriel w wykonaniu Ashtona Sandersa, który jest bardzo wycofanym bohaterem i niejako wbrew sobie zostaje wplątany w całą intrygę. I ta postać potrafi wzbudzić sympatię, mimo niewielkiego czasu na ekranie. Poza nimi na drugim planie mamy tak rozpoznawalne twarze jak Vera Farmiga (prostytutka Jane Doe), Jamesa Ransome’a (Patrick Ellison) czy rapera MGK’a (drobny epizod Jurgisa).

captive state2

Warto dać szansę „Rebelii”, bo widać bardzo inne podejście w kwestii opowieści o inwazji kosmitów oraz ich pobycie na Ziemi. Bardziej stonowany wizualnie, z bardzo brudnym klimatem oraz nieoczywistym zakończeniem. Kawał bardzo porządnego kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Zdrajca w naszym typie

Zrobienie dobrego filmu szpiegowskiego, który nie będzie naładowany efekciarską akcją jest zawsze trudne. Nawet jeśli jest to adaptacja powieści Johna le Carre, który woli skupiać się na postaciach zderzonych ze służbami wywiadowczymi. Nie inaczej jest tutaj, gdzie poznajemy naszych bohaterów – niemłode małżeństwo Perry’ego i Gail. Oboje są w Maroku, chcąc spędzić ze sobą czas, mimo pewnego kryzysu (ona jest zapracowanym prawnikiem, on miał skok w bok). Ale ich w miarę spokojne życie zmienia się, gdy poznają Dimę – rosyjskiego biznesmena, który z rodziną i przyjaciółmi spędza wakacje. Ale następnego dnia mężczyzna informuje Perry’ego, że jest księgowym mafii, dla której pierze pieniądze. W zamian za swoją wiedzę chce azylu dla swojej rodziny w Londynie, zaś Perry ma przekazać pendrive z danymi do MI6. Mężczyzna zgadzając się pomóc pakuje się w poważne tarapaty.

zdrajca w naszym typie1

Jak wspomniałem „Zdrajca” to niby film szpiegowski, ale zupełnie innego kalibru. Już prolog, gdzie widzimy zmianę warty w rosyjskim syndykacie pokazuje, że stawka będzie wysoka (finał kończy się morderstwem). Reżyserka Susanna White próbuje iść drogą znaną ze „Szpiega”, czyli pokazuje na ekranie szachową rozgrywkę, gdzie kwestia zaufania jest najważniejsza. A w tej całej stawce cywile, nie mający kompletnie zielonego pojęcia, w co się pakują, bo cała operacja jest prowadzona w tajemnicy i bez zgody przełożonych. By jeszcze bardziej skomplikować opowieść, widzimy powiązania biznesu, polityki oraz mafii, a wszystko po to, by stworzyć bank do prania brudnych pieniędzy. Co na to ludzie u władzy? Nic, bo przeciwnicy mają wpływy (minister, który jest byłym szefem MI6, wspiera całe przedsięwzięcie) i potrafią dopaść każdego.

zdrajca w naszym typie2

Napięcie tutaj budowane jest przez ciągłe komplikacje oraz brak ufności do wywiadu przez Dimę. Bo będzie tak jak on chce, albo nie dostaniecie nic. Cały czas wydaje się wisieć zagrożenie ze strony mafii, nie bojącej się zabić bez mrugnięcia okiem (początek filmu). Ale mam pewien problem z tym filmem. Niby wszystko jest na swoim miejscu, lecz nic mnie to nie obchodziło. Ani zmiany lokacji, dwutorowość narracji (para małżonków oraz działający w wywiadzie Hector) czy dość chaotycznie wyglądające sceny akcji (bójka Dimy z jednym z ochroniarzy w hotelowej kuchni). Mam też wrażenie, że parę wydarzeń zostało pociętych i urwanych.

zdrajca w naszym typie3

Trudno też kogokolwiek wyróżnić aktorsko, choć nie brakuje znanych twarzy. Solidnie wypada Ewan McGregor oraz Naomie Harris w roli naszych małżonków, którzy niejako wbrew sobie pakują się w aferę szpiegowską. Ale to Szkot wyciska więcej ze swojej roli, dając jej charakter. Dla mnie jednak największe wrażenie zrobił mocny Stellan Skarsgaard w roli Dimy. Pozornie sprawiający wrażenie dobrze bawiącego się, lecz lawiruje między lękiem, pewnością siebie a buńczucznością. I ten cudnie brzmiący akcent dopełniają tej postaci.

„Zdrajca w naszym typie” próbuje być innym filmem szpiegowskim, do którego kino nas przyzwyczaiło. Problem w tym, że wygląda to i ogląda się porządnie, lecz czegoś tutaj zabrakło, by porwać na dłużej.

6/10

Radosław Ostrowski

W blasku księżyca

Jest rok 1988, Filadelfia. Tutaj pracuje Thomas Lockhart – zwykły krawężnik, który bardzo chciałby pracować jako detektyw. Potrzebuje jedynie sprawy, która pozwoliłaby mu rozpędzić jego karierę. W końcu trafia się coś takiego, choć sprawa jest bardzo tajemnicza. W trzech różnych miejscach zostają znalezione ciała ludzi z trzema kółkami na szyi. Z wszystkich ofiar wylewa się krew z oczu, uszu oraz nosa, która okazuje się… ludzkim mózgiem. Udaje się odnaleźć podejrzaną, jednak mimo intensywnego pościgu, dziewczyna wpada pod pociąg. Dziewięć lat później, kiedy Lockhart awansuje, seria zabójstw powraca, co jeszcze dziwniejsze dokonuje ich… ta sama dziewczyna.

w cieniu ksiezyca1

Najnowsze dzieło Netflixa idzie w stronę stylowego thrillera z elementami nadprzyrodzonymi. Reżyser Jim Mickle znany jest z tego, że potrafi zaskoczyć i parę razy zwieść w pole. Początek bardzo przypomina stylem kryminały z lat 80., gdzie mamy panoramę miasta, noc oraz dość krwawe sceny. Same pościgi i gonitwy wygląda bardzo dynamiczne, w tle gra syntezatorowa muzyka. Zabawa jednak dopiero się zaczyna, zaś kolejne poszlaki wydają się prowadzić w bardzo absurdalne tropy. Tutaj logika może wydawać się niedorzeczna, zaś kolejne przeskoki w lata (co 9 lat) pokazują bardzo destrukcyjną rolę obsesji wyjaśnienia za wszelką cenę sprawy. Wyjaśnienie całe historii tylko pozornie wydaje się niedorzeczne, mimo wykorzystania wątków z kina SF (oklepane podróże w czasie). Muszę jednak przyznać, że reżyserowi udało się mnie zaskoczyć, a po seansie nie miałem poczucia niedorzeczności czy bezsensu wydarzeń ekranowych. A przeskoki w dekadę są pokazane bardzo delikatnie, bo całość niemal ogranicza się do kilku lokalizacji. Niemniej to śledztwo angażuje, mimo paru drobnych bzdur oraz przestylizowania.

w cieniu ksiezyca2

Aktorsko tak naprawdę najwięcej do pokazania miał Boyd Holbrook i ze swojego zadania wywiązuje się z nawiązką. Lockhart w jego interpretacji to ambitny gliniarz, którzy nie odpuszcza okazji do osiągniecia sukcesu. I wierzy, że rozwiązanie tej sprawy będzie dla niego szansą na powrót do normalności, zaś charakteryzacja (bo jego bohater starzeje się) nie wywołuje poczucia sztuczności. Ma dobrą chemię z Bokeemem Woodbinem (Maddox), grającym jego partnera z pracy. Wrażenie zmarnowanego talentu sprawia Michael C. Hall (kapitan Holt), będący na bardzo dalekim planie, za to zaskakuje naznaczona tajemnicą Cleopatra Coleman w roli głównej antagonistki.

w cieniu ksiezyca3

„W blasku księżyca” pokazuje, że Mickle nadal ma talent do tworzenia zaskakujących filmów gatunkowych, choć tutaj była pewna dawka przewidywalności. Jest stylowy, wciąga i dostarcza rozrywki, a to czasem wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Pod ciemnymi gwiazdami

Jesteśmy gdzieś na wyspie w Wielkiej Brytanii, która jest oddzielona troszkę od świata. To właśnie tutaj żyje Moll – niby dorosła kobieta, ale ciągle mieszka z rodzicami (ojciec ma Alzheimera). Pracuje jako przewodniczka wycieczek, śpiewa w chórze prowadzonym przez matkę, jednak troszkę to życie staje się dla niej męczące. I wtedy pewnego ranka na jej drodze pojawia się łobuziak o imieniu Pascal. Mieszka sam, poluje (nielegalnie), nie dba o siebie, ale ją pociąga. Niby nic niezwykłego, ale w okolicy grasuje osobnik, co zabija młode dziewczyny.

beast1

Debiutujący reżyser Michael Pearce tutaj skleja elementy pozornie do siebie niepasujące. Bo jest tu dreszczowiec, kryminalna zagadka, romans, nawet baśń, psychologiczny horror i to wszystko zmieszane, poszatkowane oraz sprawdzone według przepisu Romana Polańskiego. Cały czas miałem pewne skojarzenia (bardzo luźne) ze „Wstrętem” czy „Dzieckiem Rosemary” w krajobrazie znanym z „Tess” (tylko współcześnie). Reżyser wydaje się nie być zainteresowany śledztwem, a ważniejszy jest tutaj nastrój tajemnicy oraz naznaczona mrokiem relacja dwójki bohaterów. Postaci, które mają swoje tajemnice, demony i wiele niedopowiedzeń. Nad nią znęcano się w szkole (skończyło się atakiem nożyczkami), on siedział w więzieniu i nielegalnie poluje. Cała ta sprawa mordercy wydaje się być tylko tłem, które co jakiś czas wypływa i robi poważny ferment. A jednocześnie cały czas obecny jest tutaj mrok, choć scen nocnych jest bardzo niewiele. Mrok odczuwalny w duszy każdej postaci, zarówno rudowłosej dziewczyny, jej apodyktycznej matki, tajemniczego chłopaka, a wszelkie tropy i poszlaki wywołują jedynie dezorientację, by w finale ostatecznie nie dać jednoznacznej odpowiedzi. Po prostu mamy rozrzucone puzzle, a ty widzu sam układaj i spróbuj rozgryźć to wszystko.

beast2

Ewidentnie Pearce wie, jak podsycić poczucie niepewności oraz próbuje wejść do bardzo zwichrowanego umysłu (i to budzi we mnie skojarzenia z Polańskim). Jest parę momentów zmuszających nas do zastanowienia się, kim tak naprawdę są nasi kochankowie. Próbujący zerwać z konserwatywną społecznością, tłumiącą budzą się seksualność i potrzebę usamodzielnienia się od rodzinnego gniazda. W tle przygrywa bardzo niepokojąca muzyka, niemal idąca ku horrorowi, pojawiają się oniryczne wstawki. A jednak nie czuć znużenia czy irytacji, czego troszkę się obawiałem, zaś zakończenie… potrafi walnąć oraz wywrócić wszystko do góry nogami.

beast3

Ale najmocniejszym punktem jest tutaj magnetyzujący duet Jessie Buckley/Johnny Flynn. Ona wygląda zjawiskowo, przyciąga uwagę i ma w sobie pewien romantyzm, z kolei on to taki łobuz żyjący po swojemu, przyciągający swoim stylem życia, izolacją od reszty oraz tajemnicą. Kiedy są razem, dosłownie iskrzy, zaś reszta postaci zwyczajnie nie istnieje.

„Beast”, choć jest dziełem debiutanta, nie sprawia takiego wrażenia i parę razy zaskakuje. Potrafi oczarować swoją aurą godną romantycznych horrorów, tylko dziejąca się tu i teraz. A jednocześnie pokazuje jak można w człowieku obudzić tytułową bestię.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciemno, prawie noc

Wałbrzych. Miast pełen brudu, kopalni oraz szarzyzny. I to właśnie tutaj przybywa dziennikarka Alicja Tabor, która kiedyś tu mieszkała. Próbuje napisać o sprawie zaginięcia trójki dzieci, mimo starań policji. Ale kobieta jeszcze próbuje rozgryźć pewną tajemnicę z przeszłości, co może mieć istotny wpływ.

ciemno prawie noc1

Borys Lankosz po latach przerwy wraca z kolejną adaptacją literacką. Tym razem wziął na warsztat powieść Joanny Bator, której – niestety, albo na szczęście nie czytałem. Niby mamy tutaj coś w rodzaju dochodzenia, gdzie nasza bohaterka prowadzi rozmowy. Czy to z matką jednej z zaginionych dzieci, ciotką drugiego czy dyrektorem z domu dziecka „Aniołek”. I do tego jeszcze mamy przebitki z przeszłości, odkrywania tajemnic z życia samej Alicji (a dokładniej zniknięcia jej siostry) oraz wiele innych zagadek. I muszę przyznać, że atmosfera oraz klimat tajemnicy naprawdę wciąga. Poczucie obcości potęgują znakomite zdjęcia Marcina Koszałki (zarówno te nocne, jak i przyrody) oraz świdrująca uszy muzyka. Ale dla mnie największym problemem jest tutaj scenariusz, który całe to śledztwo spycha absolutnie na daleki, BARDZO daleki plan. Twórcy przypominają sobie o tym w ostatnich 30 minutach, gdzie znikąd pojawia się pewien trop. Do tego jeszcze przeskakujemy z postaci na postać, z wątku na wątek, już do niego nie wracając.

ciemno prawie noc2

Bo im dalej w las, tym więcej patologii, brudu i degrengolady zobaczycie. Gwałty, zabijanie zwierząt, pedofilia, pornografia dziecięca, handel dziećmi, kazirodztwo, Kotojady, morderstwo – chyba niczego więcej nie pominąłem. Problem jednak w tym, że im bardziej oddalamy się od śledztwa oraz niby bliżej poznajemy tło, tym bardziej miałem to kompletnie w dupie. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach, co jest kompletnie zaskakujące. Samo szokowanie brutalnością, podłością i okrucieństwem świata, gdzie słońce już dawno opuściło to miejsce jest bardzo nieskuteczną strategią. Zamiast współczucia jest nuda, śmiech, obojętność (niepotrzebne skreślić).

ciemno prawie noc3

Reżyser jest jednak na tyle sprytny, że zaprosił iście gwiazdorską obsadę i częściowo próbuje ratować ten bajzel. Ale te duże nazwiska w większości pojawiają się na kilka, kilkanaście minut. Podobać może się wycofana Magdalena Cielecka w roli Alicji Tabor, tylko że nie bardzo byłem w stanie wejść w jej skórę. Niewiele się o niej dowiadujemy, albo inaczej: ta historia jest strasznie poszatkowana. Poza nią najbardziej wybija się z tego grona Piotr Fronczewski (dyrektor domu dziecka) oraz bardzo pogubiona Roma Gąsiorowska (Mizera).

Oglądając „Ciemno, prawie noc” cały czas miałem skojarzenia z „Ostrymi przedmiotami”, tylko że Lankoszowi ktoś bardzo stępił pazury. Zamiast emocji oraz tajemnicy, pojawia się przerost formy nad treścią, a kolejne dokręcanie patologicznej śruby po prostu irytuje. Nie spodziewałem się takiego rozczarowania.

4/10

Radosław Ostrowski

Darling

Wszystko zaczyna się w nieznanym mieście, takim dużym. Jakich jest tysiące w USA. Ale akcja ogranicza się do bardzo starego domostwa, gdzie zostaje przydzielona młoda dziewczyna. Ma pilnować tego domu i nie otwierać drzwi na samej górze. Dom skryta bardzo mroczną tajemnicę.

darling1

Raz na jakiś czas pojawiają się takie filmy, o których mało kto słyszał. Czasami słusznie, a czasami nie. Jak jest z filmem Mickeya Keatinga? „Darling” to bardzo kameralne kino psychologiczne, które bardzo mocno inspiruje się utrzymanym w podobnym tonie filmom Romana Polańskiego. Fabuła jest tutaj bardzo szczątkowa, enigmatyczna oraz… bardzo prościutka. Jeśli oglądaliście „Wstręt”, to poczujecie się jak w domu. Reżyser bardzo próbuje wejść w zwichrowany umysł naszej bohaterki. Jednak realizacja jeszcze bardziej wywołuje spore zamieszanie. Montaż jest pełen krótkich przebitek, wywołujących wielką dezorientację. Co się dzieje naprawdę, a co jest tylko wytworem wyobraźni. Samo domostwo przypomina klasyczną produkcję z horroru: meble niemal wzięte z XIX wieku, brak śladów nowoczesnej technologii (nawet telefon jest niedzisiejszy). Tylko, że to wszystko jest zwyczajnie nudne, nieangażujące oraz kompletnie niezrozumiałe.

darling2

Niby realizacyjnie też się trudno do czegoś przyczepić, bo nawet muzyka jest tutaj podporządkowana formie. Czarno-białe zdjęcia sprawia jeszcze większe poczucie odrealnienia. Podział na rozdziały, wiele onirycznych scen (rozpędzony ruch bohaterki czy nawiedzony trup) – wywołuje to wielki mętlik w głowie. Niby intryguje, ale cały czas miałem wrażenie poczucia deja vu.

darling3

Dla osób zaczynających przygodę z psychologicznym horrorem „Darling” może być niezłym początkiem. Ale bardziej wyrobieni kinomani wyczują przeciętność, której nie jest w stanie uratować specyficzna forma.

5/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible

Impossible Mission Force – tajna komórka wywiadowcza CIA zajmująca się zadaniami niewykonalnymi. Takimi, gdzie trzeba korzystać z masek (charakteryzacja), wodzenia za nos oraz gadżetami, jakich się nie powstydził sam agent 007. Grupa przygotowanych agentów kieruje weteran branży Jim Phelps. Razem ze swoją ekipą (Ethan Hunt, Claire Phelps, Sarah Davies, Hannah Williams, Jack Harmon) otrzymują kolejne trudne zadanie, krążącej wokół listy agentów działających na terenie Europy Wschodniej. Listę ma zdobyć pracownik amerykańskiej ambasady oraz zdrajca Aleksander Golicyn, zaś zespół ma nagrać dowód zdrady, zdemaskować Golicyna i jego kupca. Niestety, cała akcja kończy się niepowodzeniem, śmiercią Golicyna oraz niemal całego zespołu oprócz Hunta. Jedyny ocalony podczas spotkania z szefem IMF, Eugenem Kittridgem orientuje się, że cała akcja to mistyfikacja, a prawdziwym celem jest wykrycie zdrajcy w organizacji.

mission impossible 1-1

W latach 90. był trend przenoszenia na duży ekran fabuł z seriali telewizyjnych. Najbardziej znany stał się „Ścigany” Andrew Davisa, ale drugim filmem z tego okresu było „Mission: Impossible”. Mało kto dziś pamięta, ale film opierał się na serialu telewizyjnym z lat 1966-73. Wielkim fanem tego dzieła był aktor Tom Cruise, który postanowił spróbować swoich sił jako producent filmowy. Do zadania realizacji został wyznaczony prawdziwy stylista kina, czyli Brian De Palma. Powiedzmy to sobie wprost: fabuła nie jest tutaj najważniejszym elementem. Jest to standardowa akcja spod znaku filmów o agencie 007, który zostaje uznany za zdrajcę. Intryga jest tylko pretekstem dla pokazania widowiskowych scen akcji, twistów oraz wodzenie za nos. Prawdziwą siłą jest jednak realizacja oraz charakterystyczny styl reżysera. Nie ma co prawda podzielonego ekranu, ale jest za to podwójna ogniskowa, długie ujęcia, sceny widziane z oczu i zbliżenia na twarze.

mission impossible 1-2

Niemniej fabuła jednak jest w stanie zaangażować, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi całość. Historia jest na tyle pokomplikowana, że angażuje. Wymaga ona jednak skupienia, by tak jak Hunt połapać wszystkie elementy układanki. Ciągle lawiruje między IMF a tajemniczym handlarzem bronią Maxem, by oczyścić swoje dobre imię oraz znaleźć zdrajcę. Nie brakuje tutaj trzymających w napięciu scen akcji z nieśmiertelną sceną włamaniu do komputera w Langley (nawet jeśli czasami logika mówi co innego w kwestii tego, co się dzieje), akcji w Pradze czy finałowej konfrontacji w pociągu TGV. Pomaga w tym świetny montaż, znakomita praca kamery oraz absolutnie rewelacyjna muzyka Danny’ego Elfmana (bardzo w duchu kina szpiegowskiego).

mission impossible 1-3

Jest jeszcze jedno zaskoczenie, czyli stylizacja. De Palma kompletnie unika charakterystycznych elementów, który wskazywałby na realia lat 90. Jedyne, co zdradza wiek produkcji to komputery oraz wizja tego, jak miałby wyglądać Internet. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to śmieszne i zestarzało się bardzo. Gdyby nie ten element, można odnieść wrażenie, że akcja toczy się w latach 60., co widać w scenografii czy kostiumach, a nawet fryzurach. I ten styl mocno wyróżnia ten film z całej serii. jedynym moim poważnym zastrzeżeniem – poza efekciarskim finałem – są wplecione sceny dialogów, będących repetycjami pewnych zdań kluczowych dla intrygi.

mission impossible 1-4

Jeśli chodzi o aktorstwo, powiedzmy sobie wprost: tu nie ma za dużo do grania, a wszystko jest tutaj mocno wzięte w nawias. Z tej reguły wyłamuje się Tom Cruise w roli Ethana Hunta, który jest typowym Cruisem z czasów kina akcji. Czy jest to nudna postać? O nie, tutaj nasz bohater musi ciągle lawirować na niepewnym gruncie, próbuje przewidywać kolejne ruchy tropiących go ludzi oraz daje z siebie wszystko w scenach kaskaderskich. Największe wrażenie robi w scenach, kiedy puszczają mu nerwy. Drugi plan w sumie trzyma solidny poziom (zjawiskowa Emmanuelle Beart, szorstki Jean Reno, spokojny Jon Voight, elegancka Vanessa Redgrave), ale z niego wybijają się dwie postacie – Luther oraz Kittridge.

mission impossible 1-5

Pierwszy w interpretacji Vinga Rhamesa wydaje się dość dziwnym wyborem do roli komputerowego hakera (bardzo przypakowany facet), ale wnosi on sporo lekkości i humoru, budząc sympatię od samego początku. I jako jedyny – oprócz Hunta – pojawia się we wszystkich częściach. Drugi z twarzą Henry’ego Czerny’ego wydaje się (na razie) najlepszym szefem IMF, tutaj pełniącym rolę tropiciela – analityczny umysł, szybko łączący fakty oraz bardzo pewny siebie. Wie, za jakie sznurki pociągnąć, by sprawić ból. Bardzo inteligentna postać (świetna scena spotkania z Huntem w restauracji) – szkoda, że nie wraca do serii.

Powiem szczerze, że z każdym seansem film De Palmy tylko zyskuje w oczach. To najbardziej elegancki oraz stylowy film szpiegowski z całego cyklu. Może nie jest tak widowiskowy jak następne części, ale też potrafi trzymać w napięciu i nadal zachwyca wykonaniem. Tak się zaczyna serię, czego chyba nikt się nie spodziewał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wilcze echa

Wszystko zaczyna się w Syrii, gdzie francuski okręt podwodny Tytan ma za zadanie przechwycić grupę nurków stamtąd. Akcja komplikuje się z powodu niezidentyfikowanego dźwięku, jaki namierzył marynarz przy sonarze. Facet posiada wręcz słuch absolutny, jednak tutaj sprawa bardzo mocno się komplikuje, bo znajduje się okręt podwodny, którego nie powinno być. Na szczęście wszystko kończy się sukcesem, jednak doprowadza to do niebezpiecznej sytuacji politycznej. W powietrzu szykuje się III wojna światowa, a Rosja grozi atakiem nuklearnym na Francję.

wilcze echa1

Dawno nie widziałem thrillera z okrętem podwodnym w roli głównej. Debiutujący na stołku reżyserskim Abel Lazanc nie zamierza iść w stronę kina skupionego na widowiskowej akcji, popisach pirotechnicznych czy tego typu bajerach. Sama akcja toczy się bardzo powoli, zaś przez pierwszą połowę większość akcji toczy się… na lądzie. Intryga tutaj stara się skupić przede wszystkim na zarysowaniu reakcji między postaciami. Najważniejsi są tutaj trzy postacie: kapitan Grandchamp, analityk sonaru Chanteraide oraz pierwszy oficer D’Orsi. Nasi oficerowie to przede wszystkim ludzie lojalni oraz posłuszni rozkazom swoich przełożonych, z kolei dźwiękowiec podążą za swoim instynktem, drąży i analizuje (próba ustalenia czym był ten dźwięk). Mocno jest zarysowane polityczne tło, zaś kolejne wydarzenia pokazują tylko jak bardzo zawodne są procedury i reguły, które w kryzysowej sytuacji są albo bezużyteczne, albo kompletnie zawodne. Wszystko tutaj zależy tak naprawdę od człowieka, który potrafi być nieobliczalny.

wilcze echa2

Kolejne odkrywanie elementów układanki, gdzie dochodzi do sytuacji ekstremalnej pokazane wręcz w sposób bardziej przyziemny. Napięcie wynika tutaj nie tyle z wizji nieuniknionego, ale coraz bardziej podbijanej stawki. W przeciwieństwie do kolegów z USA, tutaj człowiek wydaje się trybikiem wielkiej maszyny, z której bardzo ciężko jest zawrócić. Suspens tutaj wynika także ze scen dziejących się na morzu. Nie brakuje tutaj skojarzeń z „Polowaniem na Czerwony Październik” czy „Karmazynowym przypływem”, ale to bardzo działa. Chociaż efekty specjalne troszkę wydają się takie sobie, muzyka bywa aż nadto patetyczna, zaś finał może wydawać się naciągany.

wilcze echa3

Aktorsko tutaj jest naprawdę solidnie, choć dla mnie najbardziej znane były dwie twarze: Omara Sy (D’Orsi) oraz dawno nie widziany Mathieu Kassovitz (admirał Alfost). Każda z głównych postaci jest tutaj na tyle wyrazista, że zależy na losie każdego. Nie można nie wspomnieć o Redzie Ketabie (Grandchamp) oraz Francois Civilu (Chanteraide „Socks”), mający dużo do pokazania oraz przyciągający uwagę do końca.

Dawno żaden film marynistyczny nie trzymał w napięciu jak „Wilcze echa”. Pozornie kameralny, wyciszony film, gdzie intryga coraz bardziej zaczyna się komplikować. Czasem może troszkę szwankować logika, ale emocje są tutaj odczuwalne, a jednocześnie to dobrze napisane. Idziemy się zanurzyć?

7/10

Radosław Ostrowski