Parasite

Od czego by tu zacząć? Jesteśmy w południowej Korei, czyli tej spokojniejszej, demokratycznej. Tutaj przebywa biedna rodzina pana Kima, mieszkająca w ruderze, a właściwie piwnicy. Żadne z tej familii nie ma pracy na stałe, próbując jakoś przeżyć kolejnego dnia. Bo ile razy można pakować pudełka po pizzy? Wszyscy mają smartfony, ale wszystko się zmienia, gdy zostaje zmienione hasło do wifi. Zmianę powoduje tutaj szansa, by zmienić swoje położenie. Mianowicie przyjaciel Gi-woo proponuje mu zastępstwo w swojej pracy: korepetytora języka angielskiego córki bogatych ludzi. Chłopak się zgadza i po jednej lekcji zaczyna kombinować jak zaadaptować resztę rodziny do pracy w tym domostwie.

parasite1

Do kina azjatyckiego zaglądam rzadko z powodu obaw wynikających z nieznajomości kontekstu kulturowego. Ale reżyser Bong Joon-ho jest jednym z wyjątków od tej reguły, który mnie zaciekawił. Więcej o fabule nagrodzonej Złotą Palmą „Parasite” nie mogę powiedzieć, bo na niespodziankach, woltach, sztuczkach oparta jest całość. Niby zaczyna się jak dramat społeczny, gdzie mamy zderzenie dwóch światów: nowobogackich ludzi wychowujących dzieci w bardzo „zachodni” sposób oraz naszych bohaterów, którzy nie są pozbawieni talentów (głównie oszustwa i manipulacji), lecz znajdują się na dnie drabiny. Dlatego, by przetrwać decydują się na różne sztuczki oraz mocne balansowanie na granicy prawa. A najbardziej zadziwia ta rodzina nowobogackich, sprawiająca wrażenie naiwnych, podatnych na każdą sugestię (ważniejsze jest dla nich polecenie czy rekomendacja niż dokumenty czy CV w sprawie pracy). Troszkę szkoda, że nie poznajemy ich bliżej, ale to wtedy byłby inny film.

parasite2

Reżyser – jak na twórcę azjatyckiego przystało – miesza tutaj pozornie różne i niepasujące do siebie gatunki. Bo poza dramatem czy kinem społecznym znajduje się miejsce na odrobinę humoru oraz dreszczowiec. Zwłaszcza ostatnie 45 minut idzie w zupełnie innym kierunku, gdy wypływa tajemnica związana z domem, o jakiej nie wiedzieli sami właściciele. Powiem tylko jedno: dzieje się, a historia naprawdę potrafi zaangażować. A jednocześnie ciągle jesteśmy wodzeni za nos, nie mogąc przewidzieć kierunku rozwoju fabuły z wyrazistymi postaciami oraz świetnymi dialogami. Pomaga w tym fantastyczna realizacja od bardzo precyzyjnej pracy kamery po płynny montaż. O aktorstwie nie jestem w stanie złego słowa powiedzieć, a trudno mi kogokolwiek (może oprócz ojca i syna) wyróżnić.

parasite3

„Parasite” jest bardzo prowokacyjnym filmem, który stawia pytanie o to, kto tak naprawdę jest pasożytem w społeczeństwie. Problem jednak w tym, że odpowiedź na nie wcale nie jest prosta, chociaż czy jest ona istotna. Poza tym to wspaniałe kino gatunkowe, a jednocześnie bardzo przystępne dla osób nie zainteresowanych kinem koreańskim. Czy muszę mówić, że trzeba to obejrzeć?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Glass

M. Night Shyamalan ostatnimi laty zaczynał wracać do swojej formy. Kameralna „Wizyta” oraz niemal klaustrofobiczny „Split” przypomniały talent reżysera. Pytanie jednak, czy nasz specjalista od twistów utrzymuje poziom, czy jednak sukces był przedwczesny? Na to pytanie odpowiedź powinien dać „Glass”, który był ostatnią częścią trylogii superbohaterskiej Hindusa. Ale jakiej trylogii?

glass1

Wszystko zaczęło się od roku 2000, kiedy reżyser stworzył „Niezniszczalnego”. Była to opowieść o szarym facecie, który odkrywa w sobie superbohaterskie moce. „Split” – jak się okazał – był historią o narodzinach superłotra. W założeniu „Glass” ma być ostateczną konfrontacją między Davidem Dunnem a tajemniczą Bestią. I początkowo wydaje się, że będziemy szli w tym kierunku. Dunn (obecnie szef sklepu ze sprzętem do ochrony) nadal działa jako samotny mściciel i przypadkowo trafia na ślad Kevina, przetrzymującego porwane cheerleaderki. Dochodzi do bijatyki, którą kończy interwencja policji, zaś obaj panowie trafiają do strzeżonego szpitala psychiatrycznego. Tam mają zostać poddani leczeniu oraz przekonani, że nie są superbohaterami, nie mają żadnych mocy, a nadprzyrodzone sytuacje da się racjonalnie wyjaśnić. Jakby tego było mało, razem z nimi przebywa Mr. Glass – ekscentryczny pasjonata komiksów, odpowiedzialny za wiele zbrodni.

glass2

Punkt wyjścia naprawdę dawał duże pole manewru. Reżyser powoli przygotowuje grunt do konfrontacji, choć pierwsza scena akcji wydaje się dość dziwacznie sfilmowana (kamera pokazująca zdarzenia jest przyklejona tak, by widać przód protagonisty albo jest oddalona). Niemniej to jest intrygujące, ale wszystko zmienia się z miejscem akcji. Zamiast interakcji między trójką kluczowych postaci, widzimy ich odizolowanych od siebie i pojawia się pani psycholog (Sarah Paulson będąca tutaj Człowiekiem-Ekspozycją). Cała ta relacja oraz motyw, że tzw. superbohaterowie to tylko odbicie ich problemów psychicznych miała w sobie potencjał. Ale Shyamalan za bardzo przeciąga ten wątek, przez co czułem się znużony, zaś dialogi są rzucane w tak łopatologiczny sposób, że aż to naprawdę boli. Pojawiają się zbędne retrospekcje oraz postacie niejako wspierające każdego z wyjątkowych postaci.

glass3

Najgorsze jednak Shyamalan zostawia na koniec. Oczywiście musi zaserwować masę twistów oraz wolt, a finałowe starcie okazuje się być pozbawione jakiegokolwiek napięcia. Jakby tego było mało, zachowanie postaci staje się coraz bardziej irracjonalne, zaś wielki plan Glassa oraz ostatnie 20-25 minut wywołało we mnie poczucie żenady (zwłaszcza śmierć jednego z bohaterów). Najchętniej wymazałbym je z pamięci, gdybym mógł.

glass4

Nawet aktorzy (i to nawet zdolni) nie mają tak naprawdę zbyt wiele do roboty. Bruce Willis jako Dunn miewa przebłyski oraz chwile, kiedy zaczyna wątpić w swoje moce. Ale przez większość czasu zwyczajnie siedzi i smutną ma twarz. Samuel L. Jackson przez większość filmu nic nie mówi, a nawet się nie rusza. Tylko, że w kreowaniu mistrza zbrodni wydaje się być karykaturą swojej postaci z pierwowzoru. Jedynie James McAvoy ma duże pole do popisu (w końcu ma 24 osobowości) i tylko on ciągnie całość na swoich barkach. Lekko szpanuje swoimi umiejętnościami, ale i tak wypada najlepiej.

Chciałbym powiedzieć, że „Glass” jest udanym filmem oraz intrygującą dekonstrukcją kina superbohaterskiego. Ale Shyamalan znowu zachłysnął się swoimi sukcesami, popadając na wielkich mieliznach i tworząc swój najgorszy film od czasów „Ostatniego Władcy Wiatru”. Tego się nie spodziewałem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Domino

Pamiętacie jeszcze takie czasy, kiedy Brian De Palma był jednym z najbardziej topowych reżyserów kina amerykańskiego? Kto z nas nie oglądał takich tytułów jak „Carrie”, „Człowiek z blizną” czy „Mission: Impossible”? Od czasu tego ostatniego, czyli od 1996 roku nie nakręcił zapadającego w pamięć filmu. Reżyser od lat błąka się ku produkcjom spoza hollywoodzkiego systemu i działa bardziej na terenie Europy. Najpierw była tworzona w Niemczech i Francji „Namiętność”, a teraz powraca z duńsko-francuskim „Domino”. Czy filmowiec wraca do formy?

Bohaterem jest Christian Toft – duński policjant, działający od lat ze swoim starszym partnerem. Pewnej nocy dostają zgłoszenie o przemocy domowej, więc powoli ruszają do mieszkania. Kiedy Christian wyrusza do mieszkania, już po zgarnięciu podejrzanego, znajduje zmasakrowane zwłoki oraz materiały wybuchowe do produkcji bomby. Partner Christiana zostaje zadźgany nożem, zaś podczas pościgu na dachu, razem ze sprawcą spadają na ziemię. Podejrzany zostaje zgarnięty przez tajemniczych facetów w czerni. Gliniarz razem z przydzieloną do sprawy Alex ruszają tropem terrorysty.

domino (2019)1

„Domino” jest klasycznym thrillerem, gdzie mamy zabawę w kotka i myszkę. Najbardziej zaskakujący jest udział trzeciej strony konfliktu, czyli CIA. Agent Joe tutaj próbuje wykorzystać ściganego przez policję do wytropienia szefa komórki terrorystycznej. Tutaj terroryści są tutaj przedstawieni jako żądni krwi fanatycy religijni, co chcą zatrząść światem. Nie ma miejsca na pogłębianie postaci, a wszystko idzie na klasycznych szablonach: bezwzględni źli, manipulujące tajne służby, skrywane tajemnice oraz żądza zemsty. Nadal czuć inspiracje Hitchcockiem (pościg na dachu budzi skojarzenia ze „Złodziejem w hotelu” oraz „Zawrotem głowy), a reżyser nadal bawi się formą. Fantastyczne wrażenie robi finałowa konfrontacja w slow-motion z wariacją „Bolera” Ravela w tle czy pokazana strzelanina dokonywana przez terrorystkę na podzielonym ekranie. Nadal czuć rękę reżysera, którego nie da się pomylić z nikim innym.

domino (2019)2

Niestety, fabuła nie angażuje tak mocno jak strona wizualna (choć też dość nierówna). I nawet nie chodzi o serwowanie klisz czy odkrywanie oczywistych tajemnic (relacja nowej partnerki Christiana z poprzednim partnerem, współpraca szefa policji z agentem CIA). Jeśli dołożymy do tego masę zbiegów okoliczności (namierzenie szefa komórki przez Christiana) i bardzo średnie dialogi, oglądanie może wywoływać pewne problemy. A i sam film miejscami wygląda dość tanio, jakby miał być skierowany do telewizji. Mało ludzi pojawia się na ekranie (rzadko przekracza ona trzy osoby), większość lokacji sprawia wrażenie pozbawionych oświetlenia (kamienica, gdzie zostaje zabrany podejrzany czy hiszpańska restauracja), zaś ostatnia scena wydaje się po prostu zbędna. Z drugiej jednak strony czuć dobrą rękę w prowadzeniu aktorów oraz budowaniu napięcia.

domino (2019)3

Rzeczywiście, aktorstwo (mimo szablonowo napisanych postaci) udaje się na troszkę ożywić. Nicolaj Coster-Waldau ma w sobie wiele charyzmy oraz determinacji, by stworzyć kreację żądnego zemsty policjanta, a partnerująca mu Carice van Houten wypada całkiem nieźle w roli partnerującej mu Alex. Nie czułem jednak zbyt wielkiej chemii i zgrania między tą dwójką. Na drugie planie błyszczy bardzo wyluzowany i zdystansowany Guy Pierce, nie traktujący się zbyt poważnie jako agent CIA Joe oraz Eriq Ebouaney, czyli żądny zemsty terrorysta.

Trudno mi jednoznacznie polecić ani zniechęcić do obejrzenia nowego dzieła De Palmy. „Domino” to konwencjonalny thriller, potrafiący odpowiednio zbudować napięcie, ale ma niezbyt angażującą historię. Czuć krok w dobrym kierunku i widać przebłyski na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Źle się dzieje w El Royale

Czym jest tytułowe El Royale? Jest to motel, znajdujący się na granicy Kalifornii i Nevady, gdzie nawet środek hotelu przechodzi przez granicy. Gdy trafiamy do niego, jest już po sezonie, gdzie wszystko jest niemal puste. Poza chłopcem hotelowym nikogo nie ma. Ale właśnie tutaj pojawia się grupa postaci: czarnoskóra wokalistka, sprzedawca odkurzaczy, stary ksiądz oraz hipiska. El Royale ma być jedynie przystankiem w dalszej drodze, ale burza oraz tajemnice związane z bohaterami komplikują sytuację.

el royale1

Drew Goddard już w swoim debiutanckim „Domie w głębi lasu” pokazywał zapędy ku postmodernistycznej zabawie z gatunkami. Nie inaczej jest ze „Źle się dzieje…”, jednak zamiast horroru mamy pulpowy kryminał a’la Tarantino. Inspiracja twórczością „Pulp Fiction” jest czytelna aż nadto: od wykorzystania retrospekcji przez dialogi aż po wykorzystaną muzykę. Całość osadzona jest w latach 70., za czasów prezydenta Nixona, zaś sam hotel wygląda bardzo zjawiskowo. Więcej z fabuły zdradzić nie mogę, bo całość ma tyle wolt, zaskoczeń i niespodzianek, że zdradzenie ich byłoby psuciem satysfakcji z odkrywania kolejnych elementów układanki. Bo nie wszyscy są tym, za kogo się podają, a i sam hotel też ma inne cele niż zaspokajanie potrzeb klientów. Już pierwsza scena sugeruje, że sprawa ma drugie dno, ale po drodze zdarzy się wiele: porwanie, kradzież pieniędzy, sekta, taśma, zawiązywanie koalicji oraz układów.

el royale2

I przez większość czasu, gdy okrywamy kolejne fragmenty z życia bohaterów (mających dwie twarze), reżyser uatrakcyjnia całą historię. Kolejne retrospekcje, wydarzenia ukazane z innej perspektywy, długie ujęcia oraz chwytliwa muzyka z epoki. Problem jednak w tym, że z odkrywaniem kolejnych kart, film zaczyna tracić swoją siłę oraz zainteresowanie. Parę scen można było spokojnie wyciąć (retrospekcja związana z przywódcą sekty), pewne repetycje, zaś kilku rzeczy zacząłem się domyślać po kilku pierwszych minutach i nie wywołały we mnie takiego zaskoczenia. Czuć tutaj granie znaczonymi kartami oraz poczucie deja vu. I nie wszystkie postaci dostają tle czasu, by troszkę bliżej je poznać.

el royale3

Goddardowi udaje się utrzymać napięcie oraz ciągłego oczekiwania na to, jak się to wszystko skończy. I zebrał do tego znakomitych aktorów, choć nie wszyscy są wykorzystani do końca (zwłaszcza Jon Hamm oraz Nick Offerman). Klasę potwierdza Jeff Bridges jako mający objawy demencji duchowny, który jest kimś więcej niż się wydaje. Zaskakuje za to Chris Hemsworth jako pociągający, lecz psychopatyczny Billy Lee. Dla mnie jednak odkryciem była Cynthia Erivo w roli Darlene Sweet – czarnoskórej wokalistki, która z powodu koloru skóry jest traktowany w branży jak śmieć, a jej głos jest zwyczajnie cudowny.

Najnowsze dziecko Goddarda mocno pachnie pulpowymi kryminałami, choć sprawia wrażenie przerostu formy nad treścią. Nie mniej jest to intrygujące, sprawnie wykonane kino ze świetną obsadą oraz (przez sporą część) wciągającą fabułą.

7/10

Radosław Ostrowski

Strażniczka

Początek jest dość niejasny, kiedy poznajemy pewną kobietę. Nie wiemy kim ona jest, czym się zajmuje, nie wiemy nic. Widzimy autostradę z jadącymi samochodami, a w tle komunikat. Głos kobiety opowiadającej o mężu, który ją bije i kiedy można do niej przyjść. Na miejscu okazuje się, że nasza bohaterka (w rękawiczkach) przekonuje mężczyznę, by przestał bić żonę, dał jej święty spokój oraz opuścił dom. I jak się okazuje, nasza protagonistka robi to nie od dzisiaj, zaś jej imię to Sadie. Ma kobieta pewną mroczną tajemnicę, która ją naznaczyła.

strazniczka1

„A Vigilante” (oryginalny tytuł bardzo pasuje) to dość dziwaczne kino zemsty. Osoby szukające akcji w stylu „Uprowadzonej” czy innego „Johna Wicka” nie znajdą tutaj zbyt wiele. Tu nie liczą się bijatyki, strzelaniny czy popisy kaskaderskie, ale bardziej wejście w umysł oraz psychikę naszej bohaterki. Czyli bardziej kino w rodzaju „Nigdy Cię tu nie było”, tylko bez faszerowania symboliką oraz onirycznymi wstawkami. Ale ten bardzo specyficzny klimat jest tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony pozwala bliżej naszą bohaterkę, z drugiej jednak działa wręcz miejscami usypiająco. Trudno wejść w całą historię, bo jest ona szczątkowa. Jedyne, co łączy wszystko jest Sadie, jej mroczna przeszłość oraz kolejne próby „wyzwolenia” osób od przemocy domowej.

strazniczka2

Sama przemoc jest tu krótka i niezbyt efektowna, ale zapada mocno w pamięć. I nie ważne czy mówimy o próbie ataku przez trzech facetów czy finałowej konfrontacji z mężem. To jednak tylko dodatki do historii kobiety, która decyduje się pomagać ofiarom przemocy. Nie ważne czy ofiarą jest kobieta, dziecko czy mężczyzna, bo takie psychiczne wyniszczenie nie ma płci.

strazniczka3

A jedynym magnesem tego dzieła jest Olivia Wilde, która daje z siebie wszystko. Kiedy działa w akcji, sprawia wrażenie niezłomnego, twardego monolitu. Czegoś takiego nie da się złamać, ale w wielu innych scenach widać pewne rozedrganie, niepewność, tłumiony lęk. Popatrzcie na te oczy, w których malują się wszystkie emocje. I to ona czyni ten film interesującym.

Więc czy warto zmierzyć się ze „Strażniczką”? Olivia Wilde gra rolę życia, temat przemocy domowej zawsze na czasie, a nietypowa forma może zachęcić poszukiwaczy bardziej ambitnego kina. A reszta się odbije, niestety.

6/10

Radosław Ostrowski

Ostrzeżenie

Bohaterem tego filmu jest matematyk Jon, który ma pewne problemy psychiczne. Razem z kumplem wyruszają na stację benzynową. Niestety, dochodzi do napadu i kumpel Jona zostaje postrzelony. Nie ginie, ale zapada w śpiączkę. Dziesięć lat później na stacji benzynowej pojawia się chłopiec o imieniu Nico. Jest gnębiony przez kolegów z klasy, zaś matka jest kompletnie bezsilna. W tym samym czasie Jon, męczony przez wyrzuty sumienia, dokładniej bada sprawę napadu. I odkrywa, że w tym miejscu było już kilka przestępstw.

ostrzezenie1

Hiszpański thriller od Netflixa, choć na pierwszy rzut oka nie wydaje się mieć z tym gatunkiem nic wspólnego. Cała narracja tutaj oparta jest na dwóch wątkach, które przecinają się dopiero w finale. Przez co można odnieść wrażenie, że to bardziej dramat niż dreszczowiec. Spoiwem łączącym obydwa wątki jest stacja benzynowa i sklep całodobowy. Miejsce – jak się potem okazuje – nawiedzone, gdzie co kilkanaście działo się coś złego: zamach dokonany przez ETA, zabójstwo kochanki czy nieudany napad na bank zakończony rzezią. Powolne odkrywanie tajemnic staje się obsesją Jona, coraz bardziej psując jego zdrowie psychiczne. Z drugiej strony mamy wychowanego przez matkę 10-latka. Chłopiec nie radzi sobie w relacjach z rówieśnikami, boi się wszystkiego i ma tylko jedną przyjaciółkę. A przełamanie „klątwy” ma być dla niego szansą na pokonanie lęku. Przynajmniej tak to widzi matka, bo chłopak jest bardzo przerażony.

ostrzezenie2

„Ostrzeżenie” pod względem realizacyjnym jest zwyczajnie solidnym. Uwagę zwracają zdjęcia, zwłaszcza gdy nasz bohater zbiera informacje. Kolorystyka jest bardzo ciemna, wiele momentów jest ubarwionych obecnościami robactwa. Dla mnie problemem jest absolutny brak napięcia. Po prostu oglądałem film z dużą obojętnością, a dwutorowa narracja bardzo wybijała mnie z rytmu. Jedynym zaskoczeniem był dla mnie finał, ale to nie było w stanie uratować tego dzieła.

ostrzezenie3

Dla mnie najmocniejszym punktem pod względem aktorskim jest Raul Arevalo. Jon w jego wykonaniu to lekki maniak, samotnik oraz wręcz paranoik. Nie bierze leków, bo tępią mu mózg. Ale jednocześnie jako jedyny próbuje coś zrobić z tym całym zamieszaniem. Ale cała reszta postaci nie wybija się z poziomu solidności.

„Ostrzeżenie” mogłoby być kolejnym intrygującym thrillerem z Hiszpanii. Problemem dla mnie jednak jest realizacja oraz kompletna obojętność podczas oglądania. Szkoda, bo punkt wyjścia był bardzo obiecujący.

6/10

Radosław Ostrowski

Incydent

Punkt wyjścia tej historii wydaje się prosty i niezbyt interesujący. Małżeństwo w wieku średnim przeprowadza się do San Diego, gdzie czeka na nich nowa praca. Jadą autem przez niemal pustynny krajobraz, kiedy nagle samochód się psuje. Po jakimś czasie pojawia się dużą ciężarówka, której właściciel proponuje przewiezienie do zajazdu, by wezwać pomoc. Kobieta decyduje się wyruszyć, a mąż zostaje, by popilnować auta. Po pewnym czasie zauważa, że pojazd został uszkodzony (odpięto kable od silnika), zaś jego żona nigdy nie dotarła do umówionego miejsca.

incydent1

Jonathan Mostow dla wielu kinomanów to twórca kojarzony z trzecim Terminatorem (o którym niemal wszyscy chcą zapomnieć) oraz wojennym „U-571”. Najciekawszym filmem w jego dorobku pozostaje debiutancki „Incydent”. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się zbyt ciekawym thrillerem, bo wszystko wydaje się dość proste. Wiemy, że zaginięcie nie było przypadkowe, a intryga – mimo prostoty – potrafi wciągnąć. Motywacja antagonistów wydaje się prosta, a zagubienie i początkowa dezorientacja protagonisty zmienia się w determinację oraz walkę. Nawet jeśli wydaje się być pozbawiony przewagi. Tylko, czy uda się oszukać porywaczy i odnaleźć żonę?  Mimo wykorzystania otwartej przestrzeni, atmosfera zaszczucia i klaustrofobii jest bardzo namacalna. Każdy ruch może być tym ostatnim, zaś napięcie jest tutaj budowane bardzo pewna ręką. Rozmowa w banku, pościg oraz ukrywanie się w ciężarówce czy finałowa konfrontacja na moście pokazuje, jak wielki talent miał Mostow. Zdjęcia te pokazują bezkresną przestrzeń drogi, co tylko potęguje (przez ponad połowę filmu) poczucie bezsilności.

incydent2

Wszystko się zmienia w momencie, gdy nasz bohater zaczyna wykazywać się sprytem (moment przekazania forsy jednemu z członków gangu). Nie jest to jednak zmiana gwałtowna, bo mężczyzna musi dalej działać z ukrycia. Dochodzi jednak do otwartej konfrontacji i choć nadal czuć suspens, to jednak wszystko wydaje się bardziej efekciarskie niż efektowne. Ale i tak seans należy do bardzo przyjemnych.

incydent3

Tutaj aktorsko błyszczy Kurt Russell, który zawsze jest świetny. Tutaj gra everymana, wpakowanego w nienormalną sytuację, zaś w jego oczach dominuje głównie strach. Bardzo zależało mi na tym, by mu się udało, a początkowe, desperackie próby szukania (m.in. wyrwanie szefowi zamówień) to pokaz szerokiego zasięgu umiejętności aktora. Po drugiej stronie mamy J.T. Walsha w roli opanowanego antagonisty, który spokojnym głosem budzi przerażenie. I ten pojedynek potrafi elektryzować aż do samego końca.

„Incydent” wydaje się być troszkę zapomnianym thrillerem w dobrym stylu. Skromna produkcja, potrafiąca budować napięcie, pokazując świetną rękę Mostowa oraz ogromny potencjał jaki miał ten reżyser. Szkoda, ze już potem nie zbliżył się do tego poziomu.

7/10

Radosław Ostrowski

Arktyka

Ostatnio pojawia się sporo filmów, gdzie bohater mierzy się z siłami natury wbrew swojej woli. Do tego grona dołącza Overgard. Kim on jest? Prawdopodobnie pilotem, który przeżył katastrofę lotniczą na Arktyce. Jest już od dłuższego czasu i ma pewien napięty grafik z góry określonych czynności. Łowienie ryb, sprawdzanie, by ciągle był widoczny wryty na śniegu SOS oraz nawiązać kontakt z krążącymi helikopterami czy samolotami. Nagle udaje mu się nawiązać kontakt, lecz helikopter wskutek burzy śnieżnej rozbija się. Mężczyźnie udaje się ocalić pasażerkę, ale to zdarzenie zmusza go do podjęcia decyzji: wyruszyć do stacji, licząc po drodze na ratunek czy zostać i czekać na cud?

arktyka1

„Arktyka” to pozornie kolejny one man show, gdzie człowiek jest skonfrontowany z bezwzględną naturą i musi walczyć o przetrwanie. Historia nie wydaje się należeć do skomplikowanych, a o naszym protagoniście wiemy tyle, co nic. Dialogów praktycznie tu nie ma, a za to jest wielka przestrzeń pełna bieli, gór, wiatru oraz śniegu. Od groma śniegu. Zdjęcia pokazują majestat zimowego krajobrazu, wobec którego człowiek wydaje się tylko listkiem rzuconym na wietrze. No i tu pojawia się mocne pytanie o granice. I nie chodzi tu tylko o granicę między życiem a śmiercią, ale także między życiem a przeżyciem. Bo nasz bohater sprawia wrażenie troszkę pogodzonego już z sytuacją, wręcz wegetującego. Znalezienie kobiety staje się szansą na zmianę status quo. Ale droga łatwa nie będzie, bo natura ma swoje plany pomysły. I wtedy, mimo pewnej przewidywalności zdarzeń, reżyserowi udaje się utrzymać napięcie. Muzyka też ma tutaj sporo do roboty, choć najważniejsze są tutaj zdjęcia.

arktyka3

No i jest jeszcze jeden mocny punkt, bez którego ten film by się rozpadł. A imię jego Mads Mikkelsen. Ten aktor specjalizuje się w kreowaniu tajemniczych facetów, który za pomocą spojrzenia mówi o swojej postaci więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie inaczej jest w „Arktyce”, gdzie coraz widać tutaj wszelkie emocji: od wyciszenia, spokoju aż po determinację, walkę i rozpacz. Samą obecnością przekuwa uwagę i wyciska ze swojej postaci maksimum możliwości, co potwierdza klasę.

arktyka2

Czuć tutaj wręcz klimat klaustrofobii oraz izolacji, co w przypadku debiutu jest sporym osiągnięciem. Ci, co tęsknią za chłodem i chcą poczuć odrobinę chłodu w upalne lato, „Arktyka” jest idealnym miejscem. Pod warunkiem, że lubicie szkołę przetrwania.

7/10

Radosław Ostrowski

Odwet – wersja reżyserska

Kiedy zaczyna się cała opowieść, Michael Cochran odbywa swój ostatni lot w służbie armii. W dniu przejścia do cywila dostaje zabytkową broń oraz zaproszenie od przyjaciela: meksykańskiego biznesmena Tiburona Mendeza. Przyjaciel przyjmuje go z otwartymi ramionami, proponuje wspólne polowania czy grę w tenisa. Tylko jest jeden mały szkopuł: młoda, piękna i pociągająca żona biznesmena. Do romansu jest strasznie blisko, a tutaj kwestie zdrady są rozwiązywane w sposób bardzo bezwzględny.

Adaptacja powieści Jima Harrisona planowana była od momentu wydania, czyli od 1979 roku. zainteresowany był sam John Huston wspierany przez producenta Raya Starka. Mimo zaangażowania do napisania scenariusza Waltera Hilla oraz obsadzeniu w rolach głównych Jacka Nicholsona i Orsona Wellesa, „Odwet” utknął w martwym punkcie. Sytuację zmienił zainteresowany projektem Kevin Costner, który po sukcesie „Nietykalnych” oraz „Byków z Durham” zebrał wystarczająco duży kasy, by zostać producentem wykonawczym, zagrać główną rolę, a także zatrudnić reżysera Tony’ego Scotta. W dniu premiery film został bardzo chłodno potraktowany przez krytykę oraz widownię, jednak po latach zaczęto cieplej myśleć o tym dziele. Niemniej w 2007 roku na DVD wyszła reżyserska wersja filmu, skrócona o ok. 30 minut i to ta wersja jest oceniana.

odwet1

Szczerze mówiąc byłem dość mocno zaskoczony faktem, że reżyser kojarzony z kinem akcji idzie w stronę romansu zmieszanego z kinem zemsty. I nie byłem przekonany czy młodszy z braci Scott będzie w stanie przekonująco pokazać relacje między trójką postaci. Miłość od pierwszego wejrzenia, żądza krwi, zemsta (i to z obydwu stron), przemoc. Zaskakuje tutaj bardzo spokojne tempo oraz bardzo naznaczona melancholią muzyka. Scott spokojnie buduje napięcie, mimo pewnej przewidywalności. Przynajmniej na początku, bo historia dzieli się na dwie części i każda wydaje się kończyć odwetem. Niby stawka jest tutaj kobieta, zaś los wobec niej nie jest zbyt łaskawy, ale tu chodzi o coś więcej: honor, godność, respekt.

odwet2

Klimat przypomina powieści lub filmy spod znaku czystej pulpy, co czuć mocno w dialogach. Krótkich, treściwych, bez zbędnych ekspozycji i tego typu dupereli. A że jest to romans, to nie mogło zabraknąć scen kipiących erotyzmem, bo sam związek wydawał mi się mocno naciągany i nie do końca mnie kupił. Bardziej interesowała mnie relacja kumpli oraz motyw wzajemnej zemsty, gdzie tak naprawdę nikt nie wygrywa, co jest dość nieoczywistym rozwiązaniem. Podobnie jak brak jednoznacznego podziału na dobro i zło. Niby na początku sprawa wydaje się jasna, lecz z każdą minutą pojawia się więcej odcieni szarości, przez co trudno kibicować bohaterom. Drugą niespodzianką były dla mnie zdjęcia, mocno przesiąknięte jeszcze stylem z lat 80. – światło przebijające się przez okna, mocna kolorystyka, skupienie na spojrzeniach. To nadal działa, podobnie jak dość oszczędnie użyte sceny przemocy: krótkie, ale intensywne.

odwet3

Muszę przyznać, że Scottowi udało się zebrać dobrych aktorów, który wykorzystują swój czas oraz pole do popisu. Troszkę zaskoczył mnie Kevin Costner, początkowo wyglądający jak starszy brat Toma Cruise’a z „Top Gun”. Niby przystojniak i troszkę sztywny, jednak w drugiej połowie zmienia się, nabiera mroku oraz żądzy zemsty. Fason trzyma Anthony Quinn, wcielając się w biznesmena prowadzącego nie do końca legalne interesy. Władczy, pełen majestatu godnego „Ojca chrzestnego”, ale na swój sposób lojalnego i trzymającego się zasad. No i najbardziej pociągająca z całej trójki Madeleine Stowe, od której nie można oderwać oczu.

„Odwet” to mniej znany i mniej oczywisty film w dorobku Tony’ego Scotta, który nie skupia się na dynamicznej akcji czy efekciarskiej rozwałce. Być może dlatego z czasem nabrał większego szacunku oraz uznania widzów. Mimo zahaczania o kicz, pozostaje strawnym oraz mniej oczywistym spojrzeniem na kino zemsty.

7/10

Radosław Ostrowski

Point Blank

Wszystko zaczyna się od strzelaniny. Widzimy wybiegającego mężczyznę, ściganego przez innych ludzi. Dzwoni do brata i wydaje się, że udaje się zbiec. Niestety, uciekinier imieniem Abe zostaje potrącony przez inne auto, a cały plan szlag jasny trafia. Tak się trafia, że znajduje się w szpitalu, gdzie pielęgniarzem jest niejaki Paul. Ten facet wydaje się spokojnym szaraczkiem, czekającym na syna. Losy obu panów zostają splecione, kiedy żona Paula zostaje porwana. A odzyska ją wtedy, kiedy pomoże uciec nieprzytomnemu przestępcy.

point blank1

Netflix tym razem bierze na warsztat francuski thriller Freda Cavaye i przenosi go na amerykańskie realia. Reżyser Joe Lynch do tej pory robił raczej horrory, a tutaj mamy do czynienia z klasycznym buddy movie. Czyli duet niedopasowany i skontrastowany łączy siły we wspólnej sprawie. Po drodze mamy brata bandyty, skorumpowanych gliniarzy, gangsterów (tutaj są też fanami kina – co jest pewnym ubarwieniem) oraz wyścig z czasem. Innymi słowy klasyka gatunku oraz samograj, który powinien wypalić. Zaskoczeń fabularnych nie ma, ale opowiedziane jest to bardzo sprawnie. Pościgi zrobione są z nerwem, strzelaniny też nie wywołują znużenia, zaś parę jazd kamery (m.in. przygotowania Paula do wyciągnięcia Abe’a czy wyciągniecie torby) urozmaicają seans. Bijatyki też są pomysłowe (akcja w myjni samochodowej), zaś odrobinka humoru dodaje odrobinę lekkości.

point blank2

Dla mnie jednak największym problemem była przewidywalność fabuły. Z góry wiadomo kto jest skorumpowanym gliną, kto jest tym dobry oraz kto dla kogo pracuje. Wszystko jest prowadzone po sznureczku i brakuje jakiegoś elementu zaskoczenia. Przez co troszkę nie czułem stawki za bardzo.

point blank3

Sytuację częściowo rekompensuje obsada. Czuć tutaj chemię między naszymi protagonistami, czyli Anthonym Mackie oraz Frankiem Grillo. Ten pierwszy wydaje się być tym delikatnym, zaś ten drugi to niemal klasyczny, małomówny twardziel. I o dziwo ten duet mimo woli z każdą minutą zaczyna się rozkręcać, zaś bohaterowie pokazują troszkę inne oblicze. Drugi plan zawłaszcza dla siebie Marcia Gay Harden, czyli detektyw Lewis (główna antagonistka), choć wydaje się nie mieć zbyt wiele do roboty.

Nie jest to jakaś rewolucja dla Netflixa, ale nie jest to też średniak. Proste, nieskomplikowane buddy movie, potrafiące dostarczyć odrobinę rozrywki oraz frajdy. Dla wielu kinomanów myślę, że to będzie ok.

6/10

Radosław Ostrowski