Solaris

Udane adaptacje utworów Stanisława Lema można policzyć na palcach jednej ręki, choć wielu śmiałków mierzyło się z jego dorobkiem. W 2002 roku amerykański reżyser Steven Soderbergh postanowił zaadaptować „Solaris”, w czym pomógł mu finansowo sam James Cameron. Innymi słowy, miało być ambitne kino SF bez ładowania efektami specjalnymi.

Bohaterem jest psychiatra Chris Kelvin, który dostaje poważne zadanie. Jego przyjaciel, Gibarian, prosi go o przybycie na stację kosmiczną Prometeusz. Znajduje się ona koło planety Solaris, która miała być zbadana przez naukowców. Problem w tym, że zaczęły się dziać dziwne rzeczy, a od pewnego czasu nie ma kontaktu. Na miejscu okazuje się, iż Gibarian popełnił samobójstwo, zaś pozostali naukowcy (Gordon i Snow) wydają się niezbyt rozmowni. Kiedy jednak się odzywają, słowa wydają się niejasne oraz niezrozumiałe. Po wybudzeniu się ze snu psychiatra widzi swoją żonę. Ale czy to naprawdę ona?

Reżyser ewidentnie idzie w stronę dramatu psychologicznego, gdzie cała ta kosmiczna otoczka jest tylko tłem. Jest spora, bardzo sterylna stacja wokół dziwacznej planety, która wygląda jak wodnista kula bez stałej struktury. Jakie ma właściwości i czego tak naprawdę chce? – oto jest pytanie. Tajemnica, która Soderbergha fascynuje, lecz odpowiedź wymyka się z rąk. No i pojawiają się ci goście: kim oni są? Awatarami? Doppelgengerami? Ożywionymi wspomnieniami? Projekcjami? Jakie są ich cele? Kelvin mierzy się ze zmaterializowaną Rheyą – kobietą, którą kochał i była dla niego ważna. A ona pojawia się na stacji i zachowuje się jakby była na Ziemi. O co tutaj chodzi?

Soderbergh stosuje tutaj bardzo ciekawy zabieg wizualny (w końcu sam odpowiada za zdjęcia), pokazując silne różnice między stacją kosmiczną a Ziemią. Pierwsza jest bardzo sterylna, stonowana i pełna chłodnego błękitu, z kolei ta ziemska przypomina sepijne zdjęcia, gdzie niemal wiele jest czerni. Wszystko to doprowadza do intrygującego zakończenia, choć co ono oznacza pozostawiam wam.

Zaś aktorsko jest zaskakująco solidnie. George Clooney w roli Kelvina jest bardzo wyciszony, wycofany, jakby nieobecny. Rozumiem, że chodziło o pokazanie tej postaci jako udręczonej, niepogodzonej ze stratą, jednak nie zawsze to działa. Wiele lepiej prezentuje się Natasha McElhone jako Rheya – zarówno ta pojawiająca się na Ziemi, jak i jej zmaterializowana wersja. Niby takie same, ale kompletnie różne, co widać oraz słychać. Dla mnie jednak film skradła Viola Davis, czyli paranoiczna dr Gordon z niemal przerażonymi oczami. Trudno nie zapomnieć tego sposobu mówienia, zwłaszcza jak opowiada o poradzeniu sobie ze swoim „gościem”.

Wielu zarzuca interpretacji Soderbergha spłycenie oraz zbanalizowanie głębszej, bardziej filozoficznej fabuły. Ta wizja „Solaris” bardziej przypomina formą melodramat w otoczce SF, ale też pokazuje ludzi jako niepotrafiących do nawiązania kontaktu. A skoro nie potrafimy rozmawiać sami ze sobą, to jak mamy sobie poradzić z czymś spoza naszej planety?

7/10

Radosław Ostrowski

Legion samobójców: The Suicide Squad

Jak wszyscy pamiętamy, pierwsze spotkanie z Legionem samobójców w 2016 roku nie należało do przyjemnych. Chaotyczna narracja, nijaka antagonistka, brak interakcji między członkami zespołu, przeładowanie ogranymi do bólu piosenkami, za dużo postaci. Innymi słowy, pomysł opowieści o antybohaterach, którzy w zamian za ratowanie świata/przywrócenie porządku mogą liczyć na skrócenie kary lub amnestię, został bezczelnie zmarnowany. Szanse na powrót wydawały się znikome. ALE zdarzył się Cud i nową opowieść o Legionie samobójców (oficjalna nazwa Task Force X) tym razem opowiada James Gunn.

Tym razem grupa kierowana przez prokurator Amandę Waller i pułkownika Ricka Flaga wyrusza na wyspę Corto Maltese. Tutaj doszło do przewrotu, gdzie obalono siłowo prezydenta. Ale celem jest tajemnicza baza w Jotunhaim, gdzie zbiegli naziści przeprowadzali bardzo niejasne eksperymenty. Teraz pojawia się nazwa Projekt Rozgwiazda, który może dotyczyć istoty pozaziemskiej. By dotrzeć do bazy i zinfiltrować ją, muszą porwać i zmusić do współpracy głównego naukowca, Thinkera. Zostają do tego wysłane dwie niezależne grupy: jedna pod wodzą Flaga (ostatecznie żywi z tego wychodzą Flag i Harley Quinn), druga Bloodsporta.

Od samego początku reżyser nie patyczkuje się i serwuje krwawą jatkę polaną bardzo czarnym humorem. Nie ma tutaj wyjaśniania, o co chodzi z Legionem i po co powstał, tylko jesteśmy rzuceni na głęboką wodę. Może fabuła i postacie wydają się znajomymi elementami (skojarzenia ze „Strażnikami Galaktyki” są nieuniknione), stanowiąc pretekst do bezpardonowej rozpierduchy (jak „Deadpool”), stawiając jednak nacisk na jedną istotną sprawę: postacie oraz relacje między nimi. Zwłaszcza, że umiejętności niektórych z nich są wręcz tak absurdalne (kontrolowanie szczurów przez Ratcatchera 2 czy Polka Dot Man strzelający… kropkami), iż mogłyby powstać w umysłach Monty Pythona. Każdy z członków zespołu ma swoją historię, ale nawet to nie pozwala przewidzieć, kto wyjdzie z tej konfrontacji żywy.

I jest to bardzo w duchu Gunna: sceny akcji są zrealizowane wręcz obłędnie (ucieczka Harley Quinn, bijatyka pokazana przez… odbicie hełmu) z bardzo dynamicznym montażem, w tle grają mniej znane piosenki lub gitarowo-perkusyjna muza Murphy’ego (daje ona adrenaliny). Tempo miejscami jedzie na złamanie karku, by potem zwolnić i dać troszkę czasu na złapanie oddechu, a także rzucenie żartem. Ale niejako przy okazji reżyser pokazuje tą ciemniejszą stronę działań rządu USA. nie chodzi tylko o zmuszanie współpracy przez szantaż. Chodzi o tuszowanie i zacieranie śladów wokół brudnych tajemnic za wszelką cenę. Nawet ludzkiego życia – tego raczej w kinie o gościach ze spandeksowymi strojami NIE dostajemy (chyba, że mówimy o serialu „The Boys”), jednak to tylko dodatek.

A w całym tym wariactwie świetnie się odnajdują aktorzy. Show kradnie znowu Margot Robbie, dodając element nieprzewidywalności oraz obłędu jako Harley, o wiele lepiej wypada Joel Kinneman (Rick Flag), pokazując nie tylko większą charyzmę, ale też mocny kręgosłup moralny, zaś Viola Davis nadal pozostaje diabelnie niebezpieczną Amandą Waller.

Jednak nowi bohaterowie też dodają sporo kolorytu, z czego najbardziej wybijają się Idris Elba oraz John Cena. Pierwszy jako Bloodsport jest cynicznym, szorstkim komandosem, trzymającym się na dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Jednak z czasem pokazuje swoje bardziej wrażliwe oblicze oraz zadatki na lidera. Z kolei Cena w roli Peacemakera może się wydawać początkowo przerysowaną karykaturą Kapitana Ameryki (i najlepszym comic reliefem ze składu), jednak to on odpowiada za największą woltę w tej produkcji. No jeszcze nie wspomniałem o Ratcacherze II (dziecięco naiwna Daniela Melchior), naznaczonym silną traumą Polka Dot Manie (cudowny David Dastmalchian) oraz – będącym bardziej przypakowanym Grootem – King Sharku z głosem Sylvestra Stallone’a. Jedyną postacią, o której mogę powiedzieć, że nie do końca została wykorzystana jest Thinker w wykonaniu Petera Capaldiego, którego chciałoby się lepiej poznać.

Byłem więcej niż pewny, że nowy „Legion samobójców” będzie lepszy od produkcji Davida Ayera. Ale że różnica między nimi będzie aż tak WIELKA, zaskoczyło mnie całkowicie. Chyba od czasu „Deadpoola” nie bawiłem się tak dobrze na filmie superbohaterskim, a kategoria R nie jest tylko dodatkiem samym w sobie. Prawdziwa jazda po bandzie, która dostarcza wszystko, co obiecuje. To kiedy będzie sequel?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wdowy

Witajcie w Chicago, mieście będącym kulturowym tyglem pełnym imigrantów. To tutaj żyją pewne kobiety, z różnych sfer społecznych, które łączy profesja mężów. Oni zajmują się kradzieżą, ale ich ostatni skok skończył się śmiercią oraz zniszczeniem łupu. Problem w tym, że panowie pod wodzą Harry’ego Rawlingsa okradli dwa miliony dolarów przeznaczonych na kampanię wyborczą jednego z radnych. Radny ten to czarnoskóry bandyta z czystą kartoteką i rywalizuje z białym gościem, u którego bycie radnym jest wpisane w DNA. Ale trzeba tą kasę zwrócić, przez co zostaje wplątana wdowa po Rawlingsie. Kobieta przypadkowo znajduje jego notes z planem na kolejny skok za pięć milionów i kontaktuje się z pozostałymi wdowami, by zorganizować akcję w dzień debaty.

wdowy1

Sama ta zapowiedź sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z klasycznym kinem sensacyjnym, a konkretnie z jego odmianą zwaną heist movie. Pewnie by tak było, gdyby nie dwa szczegóły: reżyserem jest Steve McQueen, zaś współscenarzystką Gillian Flynn. I to robi wielką różnicę, bo już na samym początku zostajemy wrzuceni w sam środek skoku. Ekspozycja nie jest tutaj oparta na dialogach (przynajmniej nie w takim stopniu jak zazwyczaj), tylko za pomocą montażu oraz krótkich przebitek. Fabuła skupia się na przygotowaniach do akcji, ale jednocześnie próbuje wejść głębiej i szerzej do swojego świata zdominowanego przez bandytów. Jedni chodzą w garniturach, przy blasku reflektorów (nazywa się ich politykami), drudzy działają w ciemności i są mniej eleganccy (i nie chodzi m tylko o ubiór), ale uważać należy przed obydwoma. Obydwa te światy są zdominowane przez kłamstwo, nielojalność, hipokryzję oraz walkę o władzę.

wdowy2

Intryga jest tylko pretekstem do ukazania tego brudnego, bezwzględnego, męskiego świata. Jak się w tym wszystkim odnajdą kobiety, będące niejako poza tym światem. Choć pochodzą z różnych sfer (od bardzo dzianej Veroniki przez zadziorną i znającą brutalną rzeczywistość Lindę po całkowicie zależną od męża Alicję), muszą połączyć siły, dokonując poważnego kroku ku emancypacji. Ale jednocześnie każda z nich przeżywa żałobę, co też rzutuje na pewne decyzje. I to daje pole McQueenowi do naznaczenia gatunku heist movie swoim własnym piętnem, ale jednocześnie potrafi trzymać w napięciu aż do kulminacyjnego skoku.

Reżyser opowiada to bardzo pewnie, ale też i z pewną nutą delikatności, pozwalając bliżej poznać nasze protagonistki oraz ten bezwzględny świat, wręcz bardzo namacalny. Jednocześnie twórca bawi się formą, nie brakuje długich ujęć (pierwsze zabójstwo czy rozmowa w trakcie jazdy autem, gdy kamera jest przyklejona do szyby), a i sama muzyka jest bardzo stonowana, co – jak się spojrzy na autora – jest zaskoczeniem. Jedynie zakończenie troszkę rozczarowuje, zaś dla wielu to spokojne tempo może być nużące, jednak dla mnie to nie było żadną wadą.

wdowy3

No i jeszcze jest cudownie zagrany. Najbardziej błyszczy tutaj Viola Davis jako Veronica – pozornie spokojna, opanowana, lecz podskórnie czuć pewne zachwianie oraz przemianę w twardą, bezwzględnie walczącą o przetrwanie kobietę. Nie potrafiłem od niej oderwać oczu, choć na pierwszy rzut oka zazwyczaj tylko jest na ekranie. Pozostałe członkinie, czyli zaskakująco dobra Michelle Rodriguez (Linda), Elizabeth Debicki (Alicja) oraz pojawiająca się w połowie Cynthia Erivo (Belle) dzielnie jej partnerują, ich los zwyczajnie obchodzi i potrafi zaangażować. Z panów najbardziej błyszczy tutaj Colin Farrell w roli śliskiego polityka Jacka Mulligana, Robert Duvall jako jego ojciec oraz budzący przerażenie Daniel Kaluuya (Jatemme Manning).

„Wdowy” to przykład kina sensacyjnego, gdzie pościgi, strzelaniny i eksplozje nie są niezbędne do trzymania w napięciu. To tak naprawdę dramat społeczno-polityczny z wątkiem kryminalno-feministycznym w tle. Może nie zawsze ambicja dorównuje umiejętnością, ale i tak jest to jeden z lepszych filmów w swoim gatunku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Płoty

Filmów opartych na sztukach teatralnych jest całe multum, tylko że tych udanych jest bardzo niewiele. Wielu widzów zniechęca ograniczona ilość lokacji, masa dialogów oraz brak klasycznie rozumianej akcji, gdzie najważniejsze są czyny i działania (w końcu kino to RUCHOME obrazki). Jednak zdarzały się film teatralne w formie, ale potrafiące zaangażować, utrzymać w napięciu („Dwunastu gniewnych ludzi”, „Glengary Glen Ross”, „Wściekłe psy”, „Rzeź”), zapominając o swoim rodowodzie. Tego samego zadania postanowił podjąć się dwa lata temu Denzel Washington.

Jesteśmy w Pittburghu lat 50., czasach bardzo rasistowskich. Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Troy Maxson, pracownik firmy odpowiedzialnej za utylizację. Co robi nasz bohater? Jedzie z tyłu ciężarówki i wrzuca do niej śmieci, razem z przyjacielem Jimem Bono. Bo cóż innego może robić? Wcześniej siedział w więzieniu, gdzie nauczył się grać w baseball. Potem poznał kobietę o imieniu Rose, z którą już jest 18 lat i ma z nią syna, Croya. Życie płynie dość powoli, zaś wszystko dotyczy sprawy zbudowania płotu przez Troya. Nie zdradzając zbyt wiele, ten spokój nie potrwa długo.

ploty1

Powiem jedną rzecz od razu: uwielbiam Denzela Washingtona, którego uważam za jednego z najlepszych oraz najbardziej charyzmatycznych aktorów, jakich spłodziła Matka Ameryka. Ale występowanie przed kamerą to jedno, a reżyserowanie to już zupełnie inna para kaloszy. Washington-reżyser postanowił bardzo wiernie przenieść tekst sztuki Augusta Wilsona (takie mam wrażenie), gdzie mamy masę monologów, dialogów, w których poznajemy wydarzenia z życia rodziny, prawie rzadko opuszczając jej dom. To dzięki nim poznajemy skrywane tajemnice z życia Troya (kryminalna przeszłość, okres młodości), skrywane marzenia (Cory chcący grać w drużynie) oraz tło poszczególnych bohaterów jak upośledzony wujek Gabe, chodzący po ulicy z trąbką czy syna Troya z poprzedniego związku. I z każdym wypowiadanym słowem, film zaczyna nabierać większego ciężaru, dotykając bardzo poważnych problemów: rasizm, zderzenie marzeń z rzeczywistością, potrzeba akceptacji od strony ojca, dążenie do swoich marzeń. I to wszystko jest pokazywane bez cienia fałszu, ale trzeba uważnie oglądać oraz wsłuchać się w słowa.

ploty2

Dzięki bogatemu materiałowi, aktorzy dostali tutaj bardzo duże pole do popisu i w pełni je wykorzystali. Ale zanim zaczniecie się rzucać, że niektóre (bardziej ekspresyjne sceny kłótni) wyglądają tak, jakby odtwórcy mówili: „Dajcie mi tego Oscara, goddamit” powiem jedną rzecz: trudno sobie wyobrazić kłótnię bez rzucania ważnymi słowami, krzykiem, wyciąganiem żalów i pretensji. One zawsze (w większości przypadków) są one bardzo ekspresyjne. Jeśli myślicie, że Denzel Washington już niczym nie zaskoczy, to tutaj tworzy GENIALNĄ kreację. Początkowo Troy w jego wykonaniu wydaje się bardzo sympatycznym, ciepłym, wręcz uśmiechniętym człowiekiem, pełnym emocji oraz poważnie podchodzący do bycia odpowiedzialnym za swoje czyny. Jednak im dalej w las, tym bardziej poznajemy jego mroczne oblicze: wymagającego posłuszeństwa tyrana, bardzo szorstkiego w obyciu. Z drugiej jednak poznając jego przeszłość oraz czasy, w jakich żył trudno go jednoznacznie potępić (jego opowieść o młodości – przerażające). Zupełnie jakby anioł i diabeł znajdowały się w jednym ciele – coś nieprawdopodobnego.

ploty3

Nie oznacza to, ze reszta aktorów nie ma tutaj nic do roboty. Viola Davis kolejny raz potwierdza klasę jako pani Maxson, dodając wiele ciepła, ale też ma swoje bardziej poruszające fragmenty, dodając sporo ciężaru. Chciałbym powiedzieć więcej, ale musiałbym spojlerować, a to by zepsuło przyjemność z oglądania tego filmu. Równie wyrazisty jest Mykelti Williamson jako upośledzony wuj Greg (bez przeszarżowania) oraz Stephen Henderson, czyli przyjaciel rodziny, Jim Bono.

„Płoty” potrafi zaangażować, tylko że wymaga on maksimum skupienia. Wynagradza to jednak rewelacyjnym aktorstwem oraz bardzo poruszającą historią. Takiego teatru chciałbym w filmie jak najwięcej i nie jest to żart.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Legion samobójców

Tytułowy oddział samobójców to zbieranina wyjętych spod prawa, paru psychopatów kierowanych i sterowanych przez Amandę Waller oraz wojskowego podwładnego, Ricka Flaga. Dlaczego zostali stworzeni? Śmierć Supermana zmusza do zastanowienia się jak powstrzymać Zło nie z tego świata. Czemu ci najgorsi? Bo w razie wpadki można zrzucić na nich winę. Deadshot, Harley Quinn, El Diablo i spółka wyruszają zrobić porządek w mieście, gdyż coś się dzieje i trzeba wyruszyć.

legion_samobojcow1

David Ayer, czyli specjalista od kina policyjnego, dostał szansę od Warnera, by zrealizować film superbohaterski. Ale później studio się wpieprzyło w pracę, przemontowano całość i zrobiła się totalna zadyma. I to niestety widać. Sam początek, czyli ekspozycja postaci parta na szybkim montażu, wpadających w ucho (chociaż ogranych do bólu) kawałkach – od Black Sabbath przez Queen, Dusty Springfield aż do Ricka Rossa – jest w tym, czasami dochodzi do ironicznych złośliwości oraz tarć między postaciami. I to jest fajne, zabawne, lekkie i wnosi troszkę świeżości do schematów kina o super czy antybohaterach. Ale w momencie, gdy trzeba uruchomić całą intrygę, wszystko sypie się niczym domek z kart. Potem wchodzą czary mary, paskudnie wyglądający sługusy do likwidacji, czarna charaktery bez jaj i z żądzą rozwalenia wszystkiego w pizdu, że brak kreatywności aż boli. Mimo mordowni oraz ilości trupów, film jest pozbawiony mroku, krwi, przemoc jest umowna i pozbawiona ciężaru. Wszystko staje się takie ograne i schematyczne, a do tego jeszcze efekty specjalne wyglądają tak tragiczne (na co poszedł ten cały hajs?), że powinno być to zabronione.

legion_samobojcow3

Jest jeszcze jedna scena w barze, gdzie bohaterowie zaczynają troszkę bardziej zbliżać (a nawet poznajemy przeszłość jednego z nich – El Diablo). I tutaj bije serducho tego filmu – szkoda, że tych scen jest tak mało. Także fakt, że niektórych postaci jak Killer Croc czy Katana nie poznajemy zbyt dokładnie (brakuje historii) też boli. Nawet ta więź tworząca się między zbirami tworzącymi wielką rodzinę, jest przedstawiona troszkę za szybko i po łebkach. Co za bajzel!

legion_samobojcow2

Aktorsko jest całkiem nieźle, ale – jak wspomniałem – nie wszystko otrzymali po równo czasu, by zbudować swoja postać i lepiej ją poznać. Nie zawodzi Will Smith jako zabijaka Deadshot, utrzymując typowy dla siebie poziom. Pozytywnie też zaskakuje Joel Kinnemann (służbista Rick Flag) oraz Jai Courtney (zdrowo pizgnięty Kapitan Boomerang), ale i tak szoł wszystkim kradnie Margot Robbie, czyli Harley Quinn. Ta wariatka nie tylko rzuca sucharami, lecz jest świadoma swojego porąbanego charakteru, co jest intrygujące. I jeszcze zakochana w tym porąbanym Jokerze (zaskakujący Jared Leto), którego jest zdecydowanie za mało – raptem kilka minut to za mało, by zbudować postać (reszta w montażu została wyrzucona). Z kolei nasi przeciwnicy, czyli Enchantress (Cara Delavigne) oraz jej brat to jakaś katastrofa – bez polotu, pomysłu i nijacy. Sytuację próbuje ratować Viola Davis, czyli zimna, bezwzględna Amanda Waller, będąca mózgiem całego projektu zebrania łotrów. Ale nie ona jest bad guyem w tym cyrku.

legion_samobojcow4

„Legion samobójców” to film mający tak ogromny potencjał, ze aż żal. Gdyby twórcy bardziej podkręcili klimat i postawili na większą interakcję plus ostrą przemoc, to pozamiatałby tak samo jak „Deadpool”. Ale producenci wcisnęli hamulec i postanowili pożenić to wszystko w stylu Marvela, ale na poziomie wizualnym. Wersji reżyserskiej raczej nie będzie, ale chciałbym bardziej wejść w ten świat. Może w części drugiej będzie lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Get on Up

Chcę wam opowiedzieć o człowieku, co muzykę miał we krwi, a energii pozazdrościć mógł mu każdy młodzieniaszek. Każdy fan muzyki słyszał (co najmniej) o Jamesie Brownie – ojcu chrzestnym soulu, mieszającego gospel, funk i tak jak Ray Charles wywracający całą muzykę rozrywkową do góry nogami. I to o nim postanowił opowiedzieć Tate Taylor, reżyser odpowiedzialny za „Służące”. Tak bogata postać z tak barwnym życiorysem zasługuje na film i trudno było w zasadzie wybrać na czym się skupić.

get_on_up1

A czego tu nie ma? Trudne dzieciństwo, podczas którego matka i ojciec zostawili go u ciotki-burdelmamy. Jako młody chłopak został aresztowany za kradzież garnituru, wreszcie dołącza do zespołu gospel i rozpoczyna swoją karierę muzyczną. Potem kobiety, kariera, szczyt i upadek. Brzmi klasycznie i standardowo? I tak też jest. Reżyser łamie chronologię i przeplata epoki i różne okresy w życiu Browna: od Wielkiego Kryzysu po koncert w 1993 roku, gdy powrócił w chwale. Problem jednak w tym, że dla mnie to wszystko jakieś takie powierzchowne i pewne wstawki są ledwo liźnięte. Mamy tutaj krótkie wejście związana z koncertem w Wietnamie (do którego już nigdy nie wracamy), pracę w burdelu, by potem zobaczyć jak Brown rozgrywa i miesza w szołbiznesie – sam organizuje promocję koncertu (za pomocą kolegów radiowców), nie nagrywa standardowych piosenek dla radia, gania za laskami i jest bardzo trudnym w obyciu gościem walczącym o jak najlepsze brzmienie swojej muzyki. Trudno odmówić mu charyzmy i geniuszu, ale tez w gorętszych momentach (koncert po śmierci Martina Luthera Kinga) zachowuje spokój i zimną krew. Tylko to wszystko jakoś mało angażujące, za bardo chyba twórcy skupili się na koncertowych popisach Browna, próbując jednocześnie złapać kilka srok za ogon.

get_on_up2

Trudno nie docenić strony wizualnej: stylowe zdjęcia i scenografia żywcem wzięta z lat 60. i 70. (ten okres najbardziej dominuje). Te furki, ta kolorystyka i te ciuchy wyglądają naprawdę pięknie. Widać to najmocniej w scenach koncertowych, gdzie oświetlenie robi robotę, a kamera serwuje zbliżenia na Browna oraz jego zespół.

get_on_up3

Najbardziej w filmie wyróżniają się dwie rzeczy: muzyka Jamesa Browna oraz sam James Brown, a dokładnie Chadwick Boseman. Aktor nie gra Jamesa Browna, tylko nim jest. Każdy gest, spojrzenie, nawet taniec na koncercie pokazuje, że jest to James Brown, a nie aktor. Jest w tym niesamowita charyzma oraz bardziej zróżnicowany portret, jakiego nie daje w pełni scenariusz. I nie ważne czy jest tyranem, geniuszem szołbiznesu czy nieposkromioną seks maszyną, wierzyłem mu od początku do końca, patrząc jak zaczarowany. Gdyby ten film był lepszy, może nawet mogła być nominacja do Oscara.

get_on_up4

„Get on Up” nie powie zbyt wiele o Jamesie Brownie i nie wyjaśni jego fenomenu. To zaledwie solidny tytuł, który nie wchodzi zbyt głęboko w samego Browna. A szkoda, bo to postać naprawdę nieszablonowa w historii muzyki rozrywkowej. Może ktoś odważniejszy spróbuje?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Haker

W chińskiej elektrowni dochodzi do eksplozji jednego z silników chłodzących, a następnego dnia na giełdzie gwałtownie rosną ceny soi. Policja ustala, że był to atak hakerski. Chińskie służby specjalne, a dokładnie kapitan Chen Dawai proponuje współpracę z amerykańskim wywiadem, który mógłby pomoc. Zostaje zwolniony haker Nicholas Hathaway, który był konstruktorem kodu wykorzystanego przez hakera.

haker1

Michael Mann zawsze był gwarantem dobrego kina sensacyjnego, który łączył względny realizm z widowiskowością. Tutaj niby jest podobnie, ale nie do końca. Z jednej strony intryga jest solidnie i powoli budowana, gdzie karty i kolejne elementy układanki pokazywane stopniowo. Nie brakuje tu realistycznie ukazanych strzelanin, wybuchów i pościgów – akcja przenosi się z jednego miejsca w drugie (od Los Angeles przez Hongkong do Dżakarty). Problem jednak w tym, że postacie są mało interesujące i specjalnie nie interesuje ich los – niemal zbudowane na kliszach i schematach. Hathaway to napakowany mięśniak z genialnym umysłem, agenci ze strony USA i Chin to tylko wsparcie, a siostra kapitana chińskiego wywiadu służy jako element niepotrzebnego wątku miłosnego. Nawet czarny charakter wydaje się mało wyrazisty i ograniczony do robienia złych min. Ale to chyba wynika z czasów, gdzie dominuje przede wszystkim forsa i tylko ona się liczy, a brak ambicji jest w cenie.

haker2

Wizualnie to jest kino Manna. Klimat jest tutaj stawiany za pomocą „brudnych” zdjęć (pojawia się też kamera cyfrowa) oraz zbliżeń na twarze bohaterów. To jednak nie jest w stanie ukryć ani schematycznych klisz ani mielizn scenariusza. Szkoda tak naprawdę aktorów grających w tym filmie, bo była szansa na zbudowanie wyrazistych postaci. Ani Chris Hemsworth (Hathaway), ani partnerujący mu Viola Davis (agentka Carol Barrett) i duet Leehom Wang/Wei Tang nie są w stanie wybronić tych postaci.

haker3

Niestety, ale „Haker” to jednak porażka Manna, który nie jest pozbawiony ambicji (zagrożenia współczesnego świata, gdzie wystarczy komputer do wykonania poważnych szkód), ale kompletnie tego nie widać. Sam styl nie jest w stanie się obronić bez solidnej podstawy, jaką jest scenariusz. Po takim reżyserze należało spodziewać się czegoś więcej.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zniknięcie Eleanor Rigby: Oni

Eleanor Rigby do tej pory kojarzyła mi się tylko z piosenką The Beatles. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że istnieje osoba o takim imieniu i nazwisku – jest rudowłosą kobietą z Nowego Jorku, która znalazła mężczyznę swojego życia. Pojawia się po raz pierwszy, gdy z nim ucieka z kawiarni nie płacąc rachunku. Są szczęśliwi, radośni i pogodni. Ale sielanka nie trwa wiecznie. Następne ujecie (po napisach) pokazuję Eleonor skaczącą z mostu. Kobieta trafia do szpitala, ale potem wychodzi nie informując (już) męża Connora, znikając z jego życia. Dlaczego?

eleonora_rigby2

Ned Benson wpadł na ambitny i nietypowy pomysł opowieści o dwojgu ludzi oraz ich związku. Najpierw przedstawił to z jej perspektywy („Ona”), potem jego („On”) i wreszcie skleił obie te perspektywy w jedną całość. Brzmi to dziwnie, ale ambicji reżyserowi odmówić nie można. Powoli widzimy związek będący w stanie kryzysu pod wpływem silnej tragedii – śmierci dziecka. Co ją spowodowało? Pozostaje tajemnica, która dla Bensona służy jedynie jako katalizator, impuls doprowadzający do powolnego rozpadu i zgonu tej miłości. Nie ma tutaj pójścia na łatwiznę, prostych rozwiązań i typowego happy endu – każdy z bohaterów miota się ze sobą nawzajem. Jest między nimi chemia, ale dlaczego siebie unikają, uciekają w pracę (On), do rodziny (Ona) i co poszło nie tak? Pytanie te są stawiane niemal odkąd mężczyzna i kobieta odkryli miłość. Jednak reżyser pewnie i co najważniejsze, bez fałszu pokazuje trudności takiej relacji.

eleonora_rigby1

Sama realizacja jest dość oszczędna, pozbawiona ozdobników. Trafiamy albo po nocnym krajobrazie Nowego Jorku, do domu rodziców Eleanor, wreszcie na uczelnię, gdzie kobieta zaczyna chodzić na zajęcia. Kamera jest kręcona z ręki, dominuje kolor czerni, czerwieni, żółci. Po drodze jeszcze spotkamy kilka postaci i rozmowy, które mogą wydawać się czasem banalne i oczywiste, ale pełne refleksji oraz trafności obserwacji. Istotne tutaj są rozmowy zarówno z rodzicami obojga bohaterów jak i z panią profesor Friedman. Wspomnienia, doświadczenia życiowe, wszystko niespieszne, ale jednocześnie pełne emocji, rysujących się na twarzach. Klimatu dopełnia niezwykła ścieżka dźwiękowa Son Luxa, zwłaszcza piosenka „No Fate Await Me” będzie długo siedzieć w odtwarzaczu.

eleonora_rigby3

Jednak poza obserwacjami i dobrym scenariuszem idzie też bardzo dobre aktorstwo. Zarówno James McAvoy (Connor) jak i Jessica Chastain (Eleonor) tworzą piękny – nie tylko wizualnie – duet dwojga młodych, pogubionych, chociaż kochających się ludzi. Oboje tłumią w sobie emocje, próbują odzyskać swoją przeszłość, ale to jedno zdarzenie odmienia ich. Czy na lepsze? Tego wam nie zdradzę, ale ten duet bardzo sugestywnie tworzy swoje postacie. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan, gdzie każdy tworzy pełnokrwistą postać, nawet jeśli nie pojawia się dość długo. Dotyczy to zarówno Williama Hurta i Isabelle Huppert (rodzice Eleonor), zaskakująco poważnego Billa Hadera (Stuart, wspólnik Connora), wyciszonego Ciarana Hindsa (ojciec Connora) oraz doświadczonej Viola Davis (profesor Friedman). Sama obecność tych nazwisk robi wielkie wrażenie.

Ten film na pewno pozostanie w pamięci na długo i jest czymś więcej niż tylko banalnym love story. Bo miłość – jakkolwiek to banalnie zabrzmi – ma kilka różnych odcieni i kolorów. Debiut Bensona jest przykładem tezy, że by poruszyć widza nie trzeba dużego budżetu, bajeranckich efektów specjalnych i hektolitrów krwi. Ciekawe, czy reżyser jeszcze zaskoczy swoimi następnymi filmami?

7,5/10

Radosław Ostrowski


Gra Endera

W niedalekiej przyszłości, ludzkość toczy ciężką wojnę z robalami. Po 50 latach, robaczki chcą wrócić i znów spuścić nam łomot. Ale ludzie już są do tego przygotowani i stworzyli ośrodek szkoleniowy, gdzie trenowane do walki są… młodzi nastolatkowie. Jednym z nich jest Andrew „Ender” Wiggin – urodzony jako Trzeci (rodziny mogły mieć tylko dwoje dzieci, zaś o trzecie musiały mieć pozwolenie), w którym dowódca szkolenia pułkownik Graff dostrzegł potencjał na wielkiego stratega. Poznajemy go w momencie, gdy chłopak zostaje… usunięty ze szkoły na Ziemi.

ender1

Przeniesienie na ekran powieści Orsona Scotta Carda wydawało się praktycznie zadaniem nie do zrealizowania. Ale kiedy 30 lat po napisaniu powieści, dochodzi do realizacji niemożliwego, to wiedzcie, że coś się dzieje. Zadania adaptacji podjął się Gavin Hood, który jakoś nie ma ręki do dobrych filmów („X-Men Geneza: Wolverine” najlepszym przykładem), ale jak wiadomo zła passa nie może trwać wiecznie. Reżyser skupia się przede wszystkim na psychice głównego bohatera, który jest kreowany i wsadzany w buty „charyzmatycznego stratega”, od którego zależą losy całej ludzkości. I nie ma w tym cienia przesady, zaś metody szkolenia są naprawdę ostre i twarde. Tu nie ma kolegów, tylko konkurencja, a Ender jest manipulowany przez Graffa i innych wojskowych, żeby tylko pasował do mitu, jaki jest tworzony. Manipulacja, oszustwo i przemoc to jedyne uznane metody i tolerowane, a ponieważ tak jak Ender nie jesteśmy do końca świadomi tej gry, przez to dochodzi do kilku zaskoczeń. I ten wątek całej historii jest najciekawszy w całym filmie. Samo szkolenie i „sukcesy” Endera są mocno uproszczone, ale jednak potrafią zaciekawić.

ender2

Także strona realizacyjna trzyma więcej niż przyzwoity poziom. Efekty specjalne potrafią przykuć uwagę – patrz: sceny „walk” między drużynami w sferze bez grawitacji czy ostateczna walka o obcymi, która jest „symulacją”, zdjęcia i montaż tez są zgrabne, jedynie muzyka jest tutaj słaba i za bardzo zajeżdża „Mass Effectem”. Ale ciągle mam wrażenie, że: po pierwsze – trochę to przypomina Harry’ego Pottera (wiem, że powstał później od Endera – przynajmniej pierwowzór literacki, jednak nie byłem w stanie tego rozerwać), po drugie: zakończenie pozostaje dość dziwaczne i urwane (czyżby miały powstać następne części? Will see.)

ender3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono dość nierówne. Z dzieciaków najlepiej sobie radzi Asa Butterfield jako Ender, który jest zagubiony, samotny i jednocześnie bardzo wnikliwy, inteligentny oraz bardzo podatny na manipulacje. Ale nie daje się do końca podporządkować wszystkim regułom i pozostaje człowiekiem. Za to w wielkiej formie jest Harrison Ford, który w roli pułkownika Graffa po prostu błyszczy. To manipulator, któremu zależy tylko na skuteczności (czytaj: sile), stawia uczniów przeciwko sobie i stara się kreować mit wokół Endera swoimi posunięciami i krętactwami. Przeciwwagą jest dla niego Viola Davis jako major Anderson, która stara się dbać o psychikę. No i jest jeszcze Ben Kingsley, czyli otoczony legendą Mazer Rackham, który jest równie bezwzględny jak Graff.

Mam pewne poczucie niedosytu, a brak znajomości powieści Carda działa mi na niekorzyść. Ale to kawał dość nietypowego SF, gdzie ważniejsze od efektów specjalnych i widowiskowej rozwałki pozostaje człowiek i jego etyczne problemy. I reżyser całkiem zgrabnie to rozwija tworząc kawał dobrej rozrywki.

7/10

Radosław Ostrowski