Z zaciśniętymi zębami

W latach 70. westerny już nie były tak popularne jak w latach 50. czy 60., ale nie oznaczało to całkowitego zniknięcia tego gatunku. Powstawały rewizjonistyczne spojrzenia w rodzaju „Małego Wielkiego Człowieka” Arthura Penna czy „McCabe i pani Miller” Roberta Altmana albo surrealistyczne skręty jak „Mściciel” Clinta Eastwooda. Próbowano też pójść w bardziej klasyczne, staroświeckie spojrzenie na najbardziej amerykański gatunek, lecz wiele z nich zostało zapomniane. Takim przypadkiem jest „Z zaciśniętymi zębami” z 1975 roku.

Akcja dzieła weterana Richarda Brooksa rozgrywa się w roku 1906, czyli dość późno jak na ten gatunek i skupia się wokół… wyścigu konnego. Ma on trwać 9 dni, zaś trasa wynosi tysiąc kilometrów z 2 tysiącami dolarów do wygrania. Jak na tamte czasy to ogromny majątek, więc śmiałków nie brakuje. Chętni po wygraną to: dwaj weterani wojenni – opanowany Sam Clayton (Gene Hackman) i hazardzista Luke Matthews (James Coburn), panna Jones (Candice Bergen), narwany Carbo (Jan-Michael Vincent), stary kowboj ze słabym zdrowiem (Ben Johnson), brytyjski dżentelmen sir Norfolk (Ian Bannen), Meksykanin z bólem zęba (Mario Arteaga) oraz bardzo dziany Jack Parker (Dabney Coleman).

Nie można nazwać tego filmu klasycznym westernem, ale bardziej kinem przygodowo-sportowym. Przez większość czasu podążamy za kowbojami (i kowbojką) w zróżnicowanych krajobrazach: od lasów przez góry aż po pustynię. Do tego przy punktach kontrolnych – tak, brzmi to jak z jakieś gry komputerowej – gdzie można dać pić sobie oraz koniowi albo skorzystać z kąpieli, panienek, alkoholu. A także przyjmowane są zakłady – z całego kraju. Także sam wyścig będzie testem charakterów, pokaże prawdziwe oblicza oraz motywacje wielu z uczestników, a także będzie dla wielu lekcją. Pokory, szacunku do zwierząt (tu jest jedna bardzo mocna scena śmierci konia z wyczerpania – w slow-motion) oraz pewnego pogodzenia się ze starym porządkiem.

Jeśli ktoś spodziewałby się tu sporo akcji czy strzelanin, jest tego jak na lekarstwo. Brooks bardziej skupia się na bohaterach oraz pokazywaniu jazdy konnej z daleka. Z pięknymi i surowymi krajobrazami przyrody, które zapierają dech nawet dziś. Problem w tym, że tempo jest dość powolne – wiem, że czasy były inne – i nie czuć zbyt mocno stawki. Do tego montaż scen zawodów bywa dość chaotyczny, bo ciężko się zorientować kto za kim jedzie oraz na jakiej pozycji w zawodach się znajduje. Brakuje większej energii oraz wigoru, parę drobnych scen można spokojnie wyciąć.

Jedynie finał daje pewną nutkę satysfakcji, a także napędzający całość duet Gene Hackman/James Coburn. Ale to za mało, by uznać „Z zaciśniętymi zębami” za udany film. Choć zagrany solidnie, pięknie wygląda oraz brzmi, jednak baaaaaaaaaaardzo wolne tempo oraz zbyt dużo pobocznych wątków ciągnie całość w dół.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Cry Macho

Clint Eastwood – dwa słowa, które dla kinomana mówią wszystko. Imponujący dorobek aktorski oraz (znacznie bogatszy) reżyserski trwający ponad 50 lat – nawet jeśli nie zawsze są na wysokim poziomie – musi budzić. Swój ostatni film jako reżyser stworzył w wieku 94 lat (co jest rzadkim osiągnięciem), ale to nie o nim chcę opowiedzieć. Tylko o poprzednim tytule, czyli lekko westernowym „Cry Macho” – jak na razie ostatnim filmie, gdzie Eastwood także zagrał.

Akcja toczy się pod koniec lat 70. i skupia się wokół Mike’a Milo (Eastwood) – starym kowbojem, który kiedyś był mistrzem rodeo. Teraz jest stary, schorowany, mocno pijący i samotny. A teraz zostaje zwolniony przez Howarda Polka (Dwight Yoakam), bo już nie jest potrzebny. Jednak jego dawny szef, co kiedyś wyciągnął go z dołka prosi go o przysługę. Chodzi o jego syna Rafo (Eduardo Minett), którego ma z byłą żoną. Problem w tym, że chłopak jest w Meksyku, ma 13 lat i mamusia ewidentnie chce go mieć przy sobie, zaś Howard – z powodu problemów prawnych – nie może wyruszyć. Dlatego chce pomocy Mike’a do ściągnięcia chłopaka do siebie.

„Cry Macho” to mieszanka westernu i kina drogi, idąca swoim niespiesznym rytmem. Gdzieś są tutaj echa „Przemytnika”, bo znowu w tle jest Meksyk, znowu mamy Eastwooda w roli głównej, a nawet jakieś gangsterów (matka chłopaka ma jakieś koneksje z półświatkiem). Jednak przede wszystkim to jest historia spotkania dwójki ludzi z różnych światów, zmuszonych do wspólnej podróży. Rafo jest drobnym cwaniaczkiem z ulicy, bardzo nieufnym i podejrzliwym, którego jedynym przyjacielem jest kogut Macho. Z drugiej strony mamy bardziej doświadczonego Mike’a, dla którego dostarczenie chłopaka staje się szansą na wyleczenie dawnych ran i win. Brzmi jak znajomy schemat kumpelskiego kina, prawda?

I muszę przyznać, że początek filmu, w szczególności dziejące się w Mexico City niespecjalnie na mnie działały. Ale kiedy opuszczamy wielkie miasto, trafiając na prowincję i małe miasteczka, wszystko zaczyna nabierać troszkę cieplejszych barw. Zarówno dynamika staje się ciekawsza, powoli poznajemy prawdziwą motywację Howarda, a także jest tu sporo humoru i lekkości. Szczególnie, kiedy nasza para z powodu awarii auta trafia do małego miasteczka, zaprzyjaźniając się z właścicielką knajpy, Martą (urocza Natalia Traven). Reżyser daje tu sporo przestrzeni na oddech, zachwycenie się krajobrazami czy końmi. Przy okazji polemizuje z wizerunkiem macho, przypominając, iż łagodność i wrażliwość nie jest słabością. Dlatego zakończenie potrafiło mnie złapać.

A wszystko na swoich barkach dźwiga duet Eastwood/Minett. Clint już nie musi nikomu nic udowadniać, a sama obecność daje czystą przyjemność. Zaś debiutujący chłopak jest bardzo przekonujący i nie odstaje Clintowi na krok. Czuć między nimi powoli budującą się przyjaźń, jak chłopak zaczyna dojrzewać i być kowbojem (także z jazdą konną), zaś Mike powoli zaczyna się otwierać, wręcz staje się… radosny. Na tyle, na ile może być szorstki twardziel. Reszta postaci zagrana jest porządnie i nikt tu nie wybijał z seansu. Fakt, że Meksykanie mówią po hiszpańsku (a ich wypowiedzi nie zawsze są tłumaczone napisami) także dodaje realizmu.

„Cry Macho” nie jest może największym dokonaniem w reżyserskim dorobku Eastwooda, ale ma w sobie pewien niewymuszony urok. Staroświecki, bardzo przesiąknięty melancholią western, pełen zadziwiającej lekkości oraz paru mądrych słów na temat męskości. Zawsze warto posłuchać takiego weterana jak Clint.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wyatt Earp

Kiedy wydawało się, że w latach 70. western został ostatecznie pogrzebany, na początku lat 90. gatunek przeżył renesans. Najpierw „Tańczący z Wilkami” Kevina Costnera, a następnie „Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda przyniosły masę nagród (w tym Oscary za najlepszy film) oraz przywróciły zainteresowanie opowieściami z Dzikiego Zachodu. Ale tak się dziwnie złożyło, że niemal w tym samym powstały dwie produkcje o najsłynniejszym stróżu prawa – Wyacie Earpie: „Tombstone” z Kurtem Russellem i Valem Kilmerem oraz „Wyatt Earp” z Costnerem. Pierwszy przykuł większą uwagę, podbijając box office, a drugi pojawił się pół roku później i został zapomniany. Ale czy zasłużył na takie traktowanie?

Film Lawrence’a Kasdana opowiada o wiele szerszą i dłuższą opowieść od filmu Cosmatosa. Poznajemy Wyatta jeszcze jak był dzieckiem, co mieszkał w sporym majątku. Ojciec (Gene Hackman) był prawnikiem, zaś rodzina często się przenosiła – szukając prosperity i dobrobytu. Kiedy poznaje Urillę (Annabeth Gish), wydaje się, że wszystko idzie ku lepszemu. Wtedy pojawia się niespodziewana śmierć wskutek tyfusu, zabierając żonę oraz nienarodzone dziecko. Wyatt zaczyna się staczać, pali swój dom, w końcu sprzedaje kradzionego konia. Jednak dzięki pomocy ojca ucieka, zaczynając nowe życie.

A to dopiero początek długiej epopei, która obejmuje m. in. obdzieranie skór z bizonów, zastępcy szeryfa, posiadanie kasyna, wreszcie Earp jako szeryf w Dodge City oraz Tombstone. O przyjaźni z Dokiem Hollidayem (Dennis Quaid) nawet nie muszę wspominać. Ten trzygodzinny fresk pozwala sobie na wiele momentów wyciszenia oraz skupienia się na samym Wyacie i jego drodze do sławnego stróża prawa, co się nie cackał z nikim. Problem w tym, że cała ta opowieść strasznie się dłuży i ciągnie niczym rozgotowany makaron. Przewija się masa postaci na drugim planie, która pojawiają się i znikają (czasem na bardzo długo), samej akcji jest tu jak na lekarstwo oraz jest nie angażująca (może poza sekwencją z pociągiem). Zupełnie jakby Kasdanowi zabrakło skupienia i próbował upchnąć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Co by tłumaczyło dlaczego „Wyatt Earp” pierwotnie miał być 6-godzinnym miniserialem i w takiej formie prawdopodobnie by się sprawdził.

Co się zatem tutaj broni? Absolutnie piękne zdjęcia Owena Roizmana, z niesamowitymi krajobrazami i kilkoma długimi ujęciami (Earp rozbrajający bandytę w saloonie). Również scenografia oraz kostiumy są absolutnie bez zarzutu, pokazując jak spory budżet był w dyspozycji. Tak samo epicka jest muzyka mistrza Jamesa Newtona Howarda, mieszająca pełnoorkiestrową moc z bardziej „westernowymi” dźwiękami. Do tego bardzo imponująca jest tutaj obsada, która wyciska wszystko. I to byli tacy ludzie jak Gene Hackman (Nicholas Earp), Bill Pulman (Ed Masterson), Tom Sizemore (Bat Masterson), Michael Madsen (Virgil Earp) czy Jeff Fahey (Ike Clanton). A jak sobie poradził w tytułowej roli Kevin Costner? Jest bardzo solidny, choć strasznie stonowany i zaskakująco złożony. Od naiwnego, zagubionego chłopaka przez idącego na zatracenie pijaka po absolutnego twardziela. Chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jest to trochę na jedno kopyto.

Czy „Wyatt Earp” jest warty obejrzenia? Ciężko jednoznacznie powiedzieć, bo jest to zdecydowanie ambitna próba opowieści o ikonie Dzikiego Zachodu. O tym jak rodzą się mity i legendy, jak można stać się bandytą oraz stróżem prawa w jednym życiu. Tylko brakuje tutaj skupienia, kreatywności oraz… energii, która dałaby więcej życia w tym dziele. Chyba jednak serial byłby bardziej odpowiedni dla tej formy niż film.

6/10

Radosław Ostrowski

Polowanie

Kiedy pod koniec lat 60. i 70. powstało wiele westernów, mocno inspirujących się dokonaniami z Włoch. I nie chodzi tylko o filmy Sama Peckinpaha, lecz mniejsze, czasem zapomniane tytuły. Takim jest właśnie „Polowanie” z 1971 roku – jeden z najbardziej przygnębiających i mroczniejszych opowieści z Dzikiego Zachodu.

Tytułowe polowanie nie dotyczy jednak jakiejś zwierzyny, lecz gangu wyjętych spod prawa pod wodzą Franka Caldera (Oliver Reed). Zadarli oni z bardzo zamożnym ranczerem, Brandtem Rugerem (Gene Hackman). Co mu takiego zrobili? Napadli na niego? Zabrali część jego bydła? Gorzej, porwali jego żonę (Candice Bergen), biorąc ją za nauczycielkę. Dlaczego? Bo szef gangu chce… nauczyć się czytać. Jakkolwiek brzmi to idiotycznie, jednak najgorsze dopiero przed nami. Ruger jest brutalem, traktujący swoją żonę jak własność. Do tego jeszcze jest uzbrojony w karabin z lunetą, dający zasięg do kilkuset metrów. Więc razem z przyjaciółmi, co polują na zwierzynę, wyrusza dorwać gang.

Dla reżysera Dona Medforda to był jeden z trzech kinowych filmów zrobionych w jego karierze. Ale „Polowanie” to jeden z krwawszych, wręcz szorstkich opowieści, pozbawionych oczywistego podziału na dobro i zło. Tutaj ranczer jest przemocowcem, traktujący swoją żonę niemal jak rekwizyt, bandzior okazuje się o wiele bardziej sympatyczny niż się wydaje. Więc nic dziwnego, że kobieta o wiele bardziej woli być z tym złym. Choć początkowo wydaje się to nie iść w tą stronę. Jednak im dalej w las, film wydaje się skręcać w niemal thrillerowe, wręcz slasherowe miejsca. Bo atak może pójść z każdej strony dzięki tej broni z dalekim zasięgiem i buduje napięcie. Wszystko z ładnymi krajobrazami (całość kręcona w Hiszpanii) oraz świetną muzyką Riza Ortolaniego (nawet jeśli troszkę przypominała dokonania Ennio Morricone).

O dziwo całość nie wygląda tak tanio, jak mogłoby się wydawać. Lokacje są różnorodne – od kanionów przez las i meksykańskie domy aż po pustynię – nawet jeśli są opustoszałe. Nawet mamy pociąg, więc budżet był. Ale najbardziej elektryzujące jest aktorstwo. Gene Hackman sprawdza się jako szorstki twardziel, napędzany przez upokorzenie i żądzę zemsty. Z kolei Oliver Reed może wygląda dziwnie z wąsem, ale jest bardzo przekonujący w roli niby bandyty. Pozornie opanowany i bardziej szczery niż się wydaje. Pozornie najmniej do roboty ma Candice Bergen, która wygląda przepięknie (w tym samym roku pojawiła się w „Porozmawiajmy o kobietach”) i może wydawać się damą w opresji. Na drugim planie jest masa charakterystycznych twarzy jak L.Q. Jones, Mitchell Ryan czy Simon Oakland.

Kolejna zapomniana produkcja z początku lat 70-tych, o wiele surowsza, brutalna niczym u Peckinpaha. Zaś zakończenie jest tak mocne, że aż przytłaczające. Ostatnia scena zostanie z wami na długo.

7/10

Radosław Ostrowski

Czas krwawego księżyca

Martin Scorsese – jeśli jesteś kinomanem i nie widziałeś żadnego z jego filmów, to nie jesteś kinomanem. 80-letni nowojorczyk ani myśli o przejściu na emeryturę i co parę lat przypomina o swojej obecności kolejnym filmem. Tym razem mamy do czynienia z mieszanką dramatu, westernu i… kina gangsterskiego. Czyli adaptacja książki non-fiction Davida Granna, która wkrótce będzie także dostępna na Apple Tv+.

Jesteśmy na początku lat 20. wieku XX. W hrabstwie Osage zamieszkali Indianie z plemienia… Osage’ów, których wypędzano z innych miejsc. Teraz osiedlili się na dobre, dostając gorszej jakości ziemię. Ale tak naprawdę to mieli wielkie szczęście, bo na ich terenach była… ropa naftowa. Indianie mieli prawa do eksploatacji ziemi, więc pieniądze zaczęły iść szerokimi strumieniami i mieli ogromne majątki. Tak wielkie, że wielu było stać na samochód z… białym kierowcą, a nawet na służących. Pewnie by żyli sobie spokojnie, ale wokół nich – niczym sępy – zaczęły krążyć chciwe, białe ręce. Najpierw zaczęli u nich pracować, by żenić się z ich kobietami. Wtedy niektórzy przedstawiciele (oraz przedstawicielki) plemienia zaczęli powoli umierać lub ginąć.

Właśnie w takich okoliczność do hrabstwa trafia Ernest Buckhart (Leonardo DiCaprio) – w czasie I wojny światowej był kucharzem piechoty. Facet nie ma zbyt lotnego umysłu, ale nie można mu odmówić ambicji oraz miłości… do pieniędzy. I jeszcze ma dobre koneksje, czyli wuja Williama Hale’a (Robert De Niro) zwanego „Królem Billem”. Nie ma w tym rejonie drugiego takiego człowieka, który byłby w takiej serdecznej przyjaźni z Osage’ami. Do tego jest zastępcą szeryfa, co daje mu spore możliwości. Jak załatwienie pracy siostrzeńcowi jako szofer i tak wpada mu w oko Mollie (Lily Gladstone). Do tego stopnia, że decyduje się z nią ożenić. Pytanie jednak czy bardziej kocha ją czy jej majątek?

„Czas krwawego księżyca”, choć osadzony w innych realiach, jest dziwnie znajomym dziełem w dorobku Scorsese. Mocno czuć tu echa „Chłopców z ferajny”, „Ulic nędzy”, a nawet… „Wilka z Wall Street”. Moralitet o chciwości, rewizjonistyczne spojrzenie na mit założycielski Ameryki oraz historia bezwzględnej zbrodni dla pieniędzy. Ale jeśli spodziewacie się thrillera, to nie macie czego tu szukać. Bo historię poznajemy z perspektywy sprawców i organizatorów tej zbrodni. Jak głęboko sięgała nitka intryg, manipulacji i jak biali byli „przyjaciółmi” Indian, a tak naprawdę eksploatowali ich majątek, kazali im płacić za swoje usługi więcej niż powinni oraz tuszowali swoje zbrodnie. A równolegle obserwujemy relację Ernesta z Molly, gdzie granica między miłością a oszustwem jest bardzo cienka. I to byłby najciekawszy wątek całej historii, tylko jest jeden problem. Czułem pewną obojętność wobec całych wydarzeń i najgorsze jest to, że nie umiem powiedzieć dlaczego. Czy to mój wewnętrzny wewnętrzny cynik, spodziewający się najgorszego po ludziach i potrafiący sobie wyobrazić znacznie bardziej okrutne, brutalne zbrodnie? Może już zbyt wiele widziałem podłości, wyrachowania i tego, co człowiek zrobił człowiekowi w imię własnego zysku, że już kompletnie się znieczuliłem? A może przyczyną jest coś innego?

Bo technicznie nie jestem w stanie się do niczego przyczepić: mamy przepiękne zdjęcia, dość płynny montaż (kapitalny początek niczym z kroniki filmowej), etniczno-bluesową muzykę oraz fantastyczne kostiumy i scenografię. Sam wygląd Indian z ich tradycyjnymi strojami oraz jak zaczyna się asymilować/tracić swoją tożsamość robi bardzo mocne wrażenie. Zaś samo zakończenie i finał robią taki strzał z liścia, że głowa mała. W czym pomaga fenomenalna obsada. Robert De Niro wypada tu o wiele lepiej niż w „Irlandczyku” i jest znakomity w roli dwulicowego Hale’a – niby życzliwy, otwarty, przyjazny, a tak naprawdę wbija ci nóż w plecy, manipuluje, krętaczy. DiCaprio cały czas balansuje między byciem idiotą i sukinsynem, zaś czasami jego mimika przypominała… Jacka Nicholsona. Ale najmocniejszym punktem jest Lily Gladstone, która pojawia się rzadziej niż powinna i samymi oczami pokazuje wszystko, co powinniśmy o niej wiedzieć. Jej ból, udrękę i poczucie osaczenia pokazany jest bezbłędnie, a wielką szkodą jest fakt, że nie jest bohaterką tego filmu.

To jest ten typ filmu, który jestem w stanie docenić i szanować za podejmowaną tematykę oraz pójście pod prąd. Ale gdzieś po drodze zgubiłem zaangażowanie emocjonalne do tej okrutnej historii ludobójstwa. „Czas krwawego księżyca” wywołał we mnie większy niedosyt niż się spodziewałem po takim mistrzu jak Scorsese.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bracia Sisters

Westerny coraz bardziej wracają do łask – zarówno w formie niskobudżetowych dzieł na VOD, jak też przy większym budżecie. Nie mówiąc o zdobywaniu prestiżowych nagród filmowych. Taki jest też przykład „Braci Sisters” według powieści Patricka De Witta. Ale osoby tworzące ten tytuł stanowią mocno pokręconą mieszankę. Po kolei.

Tytułowi bracia, starszy Eli (John C. Reilly) i młodszy Charlie (Joaquin Phoenix) to rewolwerowcy, od długiego czasu będący na służbie Komandora (Rutger Hauer). Eli jest bardziej melancholijny i empatyczny, zaś Charlie jest narwanym dzikusem, co lubi strzelać, chlać oraz bzykać. Teraz dostają kolejną robotę od szefa – schwytać oraz zabić niejakiego Hermanna Wrena (Riz Ahmed). Mężczyznę obserwuje detektyw Pinkertona, John Morris (Jake Gyllenhaal), zostawiając informację naszym braciom. Wszystko z powodu stworzonej przez ściganego receptury, która pomaga w odnajdywaniu złota.

bracia sisters1

Powieść czytałem lata temu i klimatem przypominało to kino braci Coen, które bawiło się gatunkiem. Było mroczne i brutalne, a jednocześnie groteskowe i pełne czarnego humoru. Tym bardziej zaskoczył mnie fakt, że za filmową adaptację powieści De Witta odpowiadał… Jacques Audiard. Francuz znany z takich filmów jak „Prorok” czy „Rust and Bone” był nieoczywistym wyborem. Zwłaszcza, że jest to jego pierwsza anglojęzyczna produkcja, zaś sama historia jest mocno pokręcona. Wszystko tu zbudowane na kontraście: jest poważna, ale przyprawiona czarnym humorem; mroczna, lecz z pięknymi krajobrazami; niby Dziki Zachód, ale powoli wchodzi cywilizacja (scena, gdy bohaterowie nocują w hotelu).

bracia sisters2

Ta pokręcona zbitka i pomieszanie z poplątaniem nawet typowe elementy kowbojskiej opowieści ogrywa inaczej. Już pierwsza strzelanina pokazana jest po ciemku oraz z daleka, przez co początkowo czuć dezorientację. Sama akcja toczy się powolnym tempem, pełna interesujących dialogów i wyrazistych postaci. Niemniej muszę przyznać, że czasem dłuży się to wszystko, zaś parę detali pozostało dla mnie niejasnych (dlaczego Eli nocą wyjmuje, składa i chowa czerwony szal; jest jedna surrealistyczna scena snu z rozmazanymi postaciami w mroku; plany utopijnego społeczeństwa Wrena). A jednocześnie jest to historia nieprzewidywalna, z paroma twistami i zaskoczeniami jak planowana finałowa konfrontacja, która idzie kompletnie inaczej czy powoli budowana relacja między Wrennem a Morrisem. Więcej wam nie zdradzę, bo to trzeba sprawdzić na własne oczy.

bracia sisters3

To, co zdecydowanie zachwyca to piękne zdjęcia jak na western przystało. Co jest zaskakujące, bo film był kręcony w… Rumunii i widać, że to nie był tani film. Trafiamy do miast (San Francisco) i miasteczek, które nie wyglądają jak jedna ulica na krzyż. Chociaż przez większość czasu przebywamy poza cywilizacją, to jednak wygląda to oszałamiająco. Swoje też robi dość zaskakująca muzyka Alexandre’a Desplata, zupełnie inna niż się należało spodziewać po westernie. Nie jest ani pełnoorkiestrowym dziełem w starym stylu, ani nie jest oparta na gitarowych solówkach.

bracia sisters4

Dla mnie najmocniejszym punktem była relacja między braćmi. Obaj są zawodowcami w swojej pracy, jednak mają różne osobowości. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie casting, bo sparowanie Joaquina Phoenixa i Johna C. Reilly wydawało się najmniej oczywistym układem. A jednak to zadziałało. Phoenix ma w sobie szorstkość dzikusa i żądzę zabijania, ale Reilly zaskakuje swoją subtelnością oraz wrażliwą stroną. Obaj cechują się sporą inteligencją, czasem czepiają się pojedynczych słówek, jednak więź między nimi jest namacalna. Równie nieoczywisty jest bardzo wycofany Jake Gyllenhaal w roli detektywa, który przez spotkanie z Wrenem zaczyna przewartościowywać swoje życie. Czyżby zaczął wierzyć w wizję idealnego społeczeństwa, a może zobaczył w tym szansę na życiową zmianę? Z kolei Ahmed potwierdza, że jest bardzo interesującym aktorem, tworząc postać jakby z innych czasów – naukowca, chcącego żyć z dala od cywilizacji i szukającego miejsca, gdzie nie obowiązuje brutalne prawo silniejszego.

„Bracia Sisters” są bardzo nietypowym, nieszablonowym westernem, czego można spodziewać się po filmie od Europejczyka. To jest jednocześnie wada i zaleta, bo tak specyficzna hybryda antywesternu nie trafi do każdego. Ja miałem problem z tempem oraz „dziwnością” tego świata, nie wszystko mi się tu kleiło. Jednak jest to na tyle fascynujące doświadczenie, że warto dać szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Łowca głów

Powroty reżyserów-weteranów zazwyczaj nie są zbyt udane. Długa przerwa między tytułami też nie pomaga, więc pytanie o dalszy sens tworzenia coraz bardziej się nasilają. Czy niektórzy goście liczą, że odzyskają blask z czasów świetności, bo nazwisko jest jeszcze rozpoznawalne. Czy może to poczucie pewnego przymusu, oznaka stagnacji i dalszego tworzenia, mimo wszystko? To temat na znacznie szerszą rozmowę, a wszystko sprowokowane zostało przez najnowszy film 81-letniego Waltera Hilla.

Reżyser ten nakręcił masę kultowych filmów z lat 70. i 80. jak „Kierowca”, „Wojownicy”, „48 godzin”, „Ulice w ogniu” czy „Czerwona gorączka”. Proste, stylowe, czasem surowe męskie kino akcji z wyrazistymi postaciami, ciętymi dialogami oraz dobrą obsadą. Gdzieś tu czuć – w większym lub mniejszym stopniu – inspiracje westernami. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu, czyli „Łowcą głów” – hołdu dla klasycznych opowieści o kowbojach z lat 50., robionych za małe pieniądze. Więc chyba wiecie, czego się spodziewać.

lowca glow1

Akcja toczy się w roku 1897 w stanie Nowego Meksyku. Fabuła skupia się wokół trzech bohaterów: łowcy nagród Maxa Borlunda (Christoph Waltz), hazardziście i bandycie Joe Cribbensa (Willem Dafoe) oraz pani Price (Rachel Brosnahan). Obaj wymienieni panowie mają kosę ze sobą, a kiedy Joe wychodzi z więzienia może dojść do konfrontacji. Początkowo jednak drogi się rozchodzą (Joe rusza do Meksyku), ale nie oszukujmy się – musi dojść do przecięcia. Max dostaje za to kolejne zadanie – ma odbić żonę pewnego bogatego przedsiębiorcy z ręki żołnierza. Oboje przebywają gdzieś w Meksyku. Nagroda jest spora, teren nieznany, a rewolwerowiec dostaje jako wsparcie sierżanta Poe (Warren Burke). Początkowo wszystko wydaje się iść łatwo. Początkowo, bo samo zlecenie okazuje się mniej czarno-białe niż opowiadano.

lowca glow2

Hill miesza te wątki i pierwsze kilka minut sygnalizuje, co się może wkrótce wydarzyć. Nie brakuje całkiem ładnych krajobrazów, zaś utrzymane w tonie sepii zdjęcia budują klimat. Mimo dość spokojnego tempa oraz poczucia dość skromnego budżetu, historia potrafi wciągnąć. Dialogi są całkiem niezłe (choć miejscami wkraczają repetycje), postacie mają interesujące tło, choć prostą motywację. Chciałbym jednak trochę lepiej poznać naszą parę przeciwników (skąd się poznali, co jest źródłem wrogości itp.), ale to, co dostałem wystarczy w stopniu podstawowym. Parę wad jednak tu jest – słabe efekty specjalne (komputerowa krew czy wjazd koniem do środka), mało wyrazisty antagonista, banalne przejścia (nagle pojawiający się czarny ekran) czy zbyt statyczna praca kamery. Same strzelaniny oraz sceny akcji są tylko poprawne, głównie dzięki montażowi (najbardziej podobał mi się finał oraz pojedynek na… bicze), zaś w tle gra bardzo klimatyczna muzyka.

lowca glow3

To, co wznosi „Łowcę głów” z powyżej poziomu średniaka, to świetni aktorzy. Christoph Waltz już bywał na Dzikim Zachodzie (dzięki Tarantino), jednak tutaj tworzy postać cynicznego twardziela z moralnymi zasadami. Z czasem jednak skrywa w sobie o wiele więcej szlachetności niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Za to Willem Dafoe jest po prostu cudowny i bawi się swoją rolą. Nawet jeśli wiele scen z nim wydaje się zbędnych (jak choćby… strzelanie do karaluchów), to jednak jako antagonista ma spore pole manewru. Najlepiej prezentuje się Rachel Brosnahan jako rzekomo porwana pani Price, tworząc bardzo silną, choć nie zgrywającą twardzielkę jakby z innej epoki. I o dziwo się to nie gryzie z całą resztą.

lowca glow4

Więc jak w ogólnym rozrachunku wypada ten western? Niby jest to znajoma historia, budżet nie za wielki, a reżyserska ręka miejscami bywa sztywna. Czuć tu pasję i miłość do gatunku, mimo niedoskonałości, choć można było parę rzeczy zrobić lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dziki Bill

Lata 90. dla Waltera Hilla to był czas zagubienia, gdzie więcej razy pudłował i rozczarowywał. Jego filmy coraz bardziej przypominały produkcje telewizyjne, brakowało im energii, ciętych dialogów i tego sznytu. Nie inaczej jest w przypadku biograficznego filmu o Dzikim Billu Hickoku. Choć nakręcony za spore pieniądze (ponad 30 milionów dolców), w box office wyciągnął raptem dwie bańki. Nie koniecznie musi to oznaczać, że film musi być zły, jednak podczas seansu widać, iż coś poszło nie tak.

dziki bill1

„Dziki Bill” opowiada historię legendarnego rewolwerowca i szeryfa (Jeff Bridges) pod koniec swojego życia, kiedy przenosi się do miasteczka Deadwood. Całą jednak historię prezentuje brytyjski hazardzista, Charley Prince (John Hurt) podczas pogrzebu legendarnego kowboja. Obok niego jeszcze w miasteczku jest dawna miłość, Calamity Jane (Ellen Barkin) oraz kilka osób z dawnej przeszłości. Zarówno przyjaciele jak i wrogowie z urazami. Do tej drugiej grupy pasuje Jack McCall (David Arquette), który ogłasza wszem i wobec, że chce zabić Dzikiego Billa. Dlaczego? Bo potraktował jego matkę jak śmiecia – uwiódł, a potem zostawił. Takich zniewag nie są do przebaczenia.

dziki bill2

Początek wywołuje dezorientację i wydaje się bardzo chaotyczny. Zbitka scenek, gdzie szybko przeskakujemy z miejsca na miejsce, a Bill dokonuje kolejnych aktów mordu. Nie wiemy czemu i dlaczego, chyba miało to pełnić rolę ekspozycji lub pokazać gwałtowny charakter bohatera. Wszystko zmienia się w momencie poznania Prince’a oraz przyjazdowi do Deadwood. Niby nasz Bill ma pewne problemy (zdiagnozowana jaskra, prześladująca go przeszłość, starzenie się), ale i tak sprawia wrażenie kogoś złodupnego. Niby ma to pokazać złożoność tego charakteru, lecz scenariusz jest płytki i mocno… teatralny.

dziki bill3

Niby czuć tu spory budżet, a scenografia i kostiumy wyglądają naprawdę nieźle, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, za dużo postaci w zbyt krótkiej (niecałe półtorej godziny) historii. Wszystko sprawia wrażenie ściśniętych, nie dając wielu postaciom czasu ekranowego. Po to by móc je lepiej poznać i zagłębić (m. in. graną przez Christinę Applegate prostytutkę w relacji z Jackiem czy Calamity Jane i jej przeszłości), co frustruje. Innym problemem są retrospekcje. To, że są czarno-białe nie jest aż takim problemem, ale że kręcono je kamerą cyfrową już tak. Bo obraz staje się szybszy w ruchu i wygląda troszkę tanio, pozbawiając całości skali. Domyślam się, że Hillowi chodziło o wywołanie poczucia obcości, lecz można było to osiągnąć inaczej.

dziki bill4

Najbardziej szkoda mi tu aktorów, bo nie za bardzo mają pole do popisu. Najlepiej z tej konfrontacji wychodzi Jeff Bridges jako Dziki Bill, który staje się coraz bardziej świadomy przemijającego czasu. Można odnieść wrażenie, że jest więźniem swojego „medialnego” wizerunku nieustraszonego rewolwerowca, którego każdy wyzywa na pojedynek lub ma z nim zatarg. Choć na drugim planie mamy masę świetnych aktorów (m. in. Ellen Barkin, John Hurt, David Arquette, James Remar, Christina Applegate, Diane Lane czy Bruce Dern), w większości robią tu za tło na jedną scenę, gdzie mają szansę się wykazać. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że na etapie post-produkcji skopano sprawę.

„Dziki Bill” stracił pazury, choć ma kilka niezłych strzelanin. Czuć jak bardzo zmarnowano potencjał na pokazanie legendy w bardziej ludzki sposób. Hill dekadę później się zrehabilitował produkując dla HBO serial „Deadwood”, ale to temat na inną opowieść.

6/10

Radosław Ostrowski

Psie pazury

Wydawałoby się, że czasy popularności western ma już za sobą. A jednak w XXI wieku pojawialiśmy się na Dzikim Zachodzie co najmniej kilkanaście razy. Czy to w formie psychologicznego dramatu („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”), skrętu ku akcji („3:10 do Yumy”) albo mieszając go z horrorem („Bone Tomahawk”). W jakim kierunku idzie najnowszy film Jane Campion, zrealizowany po 12 latach przerwy?

psie pazury4

Oparte na powieści Thomasa Savage’a film toczy się na farmie w stanie Montana roku pańskiego 1925. Jest ona prowadzona przez dwóch braci Burbank – Phil i George’a. Obaj są wykształceni i inteligentni, gdzie ten pierwszy przypomina ranczera w starym stylu (szorstki, surowy, niemyjący się), zaś drugi jest spokojniejszy, bardziej elegancki. Życie tej dwójki zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy pojawia się ta trzecia. Rose jest właścicielką knajpy i mieszka razem z lekko zniewieściałym synem, Peterem. W tajemnicy przed bratem George bierze z nią ślub, co wywołuje wściekłość. Oboje trafiają do farmy i zaczynają pojawiać się poważne zgrzyty.

psie pazury1

Sama historia rozbita jest na sześć rozdziałów, gdzie wszystko jest skupione na scenach pozornie niepowiązanych ze sobą sytuacji. Mamy czworo bohaterów, w których każdy jest w mniejszym lub większym stopniu outsiderem. Reżyserka jednak nie daje odpowiedzi na wiele istotnych pytań, co dla wielu widzów będzie bardzo frustrującym doświadczeniem (w czym nie pomagają przeskoki czasowe każdego z rozdziałów). To świadczy o tym, że „Psie pazury” wymagają skupienia oraz zwrócenia uwagi na detale, bo wiele scen dotyka pewnych kwestii, by potem do nich nie wrócić. Zupełnie jakby nie powtarzać tego, co już wiemy.

psie pazury3

Poczucie pułapki i izolacji potęgują absolutnie pięknie sfotografowane plenery. Przyroda jak w wielu klasycznych opowieściach jest jednocześnie imponująca oraz surowa, bezwzględna. Jeszcze ta muzyka Jonny’ego Greenwooda, co tak świdruje uszy i zwiastuje, że coś wisi w powietrzu. Jak to się wszystko skończy? Finał mnie zaskoczył, choć nie od razu połączyłem ze sobą wszystkie kropki. Dlatego tak mnie uderzyło.

psie pazury2

I jak to jest zagrane, w półtonach, czasami drobnych gestach oraz spojrzeniach tak krótkich, że można pewne rzeczy przeoczyć. Największe wrażenie robi Benedict Cumberbatch i nie chodzi mi tylko tutaj o akcent (bo brzmi on cholernie dobrze, zważywszy na pochodzenie aktora), ale pokazanie postaci Phila. Pozornie wydaje się surowym prostakiem w typie macho, rzucającym złośliwości wobec osób z najbliższego otoczenia, przebywający w towarzystwie innych kowbojów niczym prawdziwy mentor. To wszystko jednak okazuje się maską, pod którą ukrywa się inny człowiek, tłumiący swoje prawdziwe uczucia. Reszta obsady też ma swoje momenty (Jesse Plemons, Kirsten Dunst), ale najbardziej interesują jest Kodi Smit-McPhee, czyli Peter. Kolejny outsider w rodzinie ze względu na „niemęskie” zainteresowania oraz „zniewieściałe” zachowanie. Ale może to tylko pozory i jest tam coś więcej, choć nie daje po sobie tego poznać? To sami musicie odkryć.

Dziwaczny to film, na pewno nie łatwy, ale Campion potwierdza swoje umiejętności jako twórczyni portretów ludzi skomplikowanych, wyrzutków i samotników. „Psie pazury” zachwycają wizualnie, choć wielu może wkurzyć zbyt wielka ilość niedopowiedzeń oraz bardzo wolne tempo.

7/10

Radosław Ostrowski

Nowiny ze świata

Jakim aktorem jest Tom Hanks każdy widzi. Od lat jego role wydają się być ucieleśnieniem wszystkiego, co najlepsze mają Amerykanie. Rzadko jednak wyskakując ze swojego emploi, mierzył się w zasadzie każdym gatunkiem. Oprócz dwóch – kina superbohaterskiego i westernu. Do jakiego gatunku zaliczają się „Nowiny ze świata”?

Amerykanin gra tutaj kapitana Jeffersona Kidda – weterana wojny secesyjnej, który walczył po stronie Południa. Ale już minęło 5 lat i czas wojny minął. Teraz jest kimś, kogo można nazwać sprawozdawcą czy prezenterem wiadomości. Tylko, że w 1870 roku telewizji nie było, lecz tradycyjna prasa. Mężczyzna przyjeżdżał od miasteczka do miasteczka z gazetami i wieczorem przekazywał im wieści. Jak sam mówił, by zapomnieć o bólach oraz troskach. Zwłaszcza, że dla wielu ciągle wspominana jest wojna i droga do zjednoczenia narodu jest bardzo wyboista. Podczas jednej z wędrówek kapitan odnajduje rozbity wóz, a w niej białowłosą dziewczynę. Johanna została porwana przez Indian i żyła z nimi wiele lat, aż jej nowa rodzina została wybita przez wojsko. Dziewczynka miała trafić do krewnych w oddalonym kilka tysięcy kilometrów miasteczku. Kidd decyduje się dowieść do wujostwa.

nowiny ze swiata2

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że „Nowiny ze świata” to film Paula Greengrassa – brytyjskiego filmowca, realizującego filmy w niemal paradokumentalnym stylu. Z nerwowo trzęsącą się kamerą, ujęciami z ręki, wypranymi kolorami oraz mniej znanymi aktorami. Tym bardziej byłem zdziwiony realizacją. Wizualnie film bardzo przypomina niemal klasyczne westerny, z obowiązkowymi wielkimi krajobrazami i bardzo dobrze pokazanymi miasteczkami. Na niepogodzonym z porażką Południu, pełnym ludzi rozczarowanych, zgorzkniałych, nieakceptujących nowych zmian. Czasami egzekwujących swoje przekonania za pomocą rewolweru.

nowiny ze swiata1

I w tym krajobrazie porusza się ta dwójka bohaterów – oboje z naznaczoną mrokiem przeszłością, nie pasujący troszkę do otaczającego się świata. Jak w klasycznym kinie drogi, mężczyzna i dziewczynka zaczynają poznawać się coraz bliżej, budując – w jakimś sensie – relacje ojciec-córka. Ta droga nie będzie, a spotkani po drodze ludzie będą różni: od bandytów przez lokalnego watażkę, terroryzującego swoją osadę po Indian. Reżyser nie boi się pokazać mniej przyjaznej strony Ameryki, zakończonych strzelaninami. Nie oznacza to jednak, że „Nowiny ze świata” zmieniają się w dynamiczną rzeźnię czy kino akcji, o nie. To staroszkolny western z pietyzmem odtwarzający epokę oraz jej realia, z powoli budowaną atmosferą.

nowiny ze swiata4

Co najbardziej działa to ewidentnie duet grający główne role. Tom Hanks jest standardowym Tomem Hanksem, czyli budzącym sympatię nosicielem nadziei z przeszłością. Niemniej wie, że świat nie zawsze jest przyjazny i bezpieczny, więc trzeba być gotowym na wszystko. Ale prawdziwym objawieniem jest Helena Zengel, czyli Johanna. Dziecko zbyt dzikie, by żyć w zgodzie z cywilizacją, nie pamiętające swojej przedindiańskiej przeszłości. Oboje mają wiele do zapomnienia i próbują jakoś żyć dalej, ale z czasem ta relacja zaczyna się pogłębiać. Droga przechodzona przez Hanksa i Zengel to najmocniejsza część tego filmu.

nowiny ze swiata3

„Nowiny ze świata” są filmem tak niedzisiejszym, że powstanie tego dzieła jest cudem samym w sobie. Jeśli macie Netflixa i lubicie jeździć na koniach ku zachodzącemu słońcu, jest to pozycja dla was. Dla mnie jest to jeden z przyjemniejszych seansów i nieoczywista robota Greengrassa.

7/10

Radosław Ostrowski