Lista Schindlera

O wojnie, zwłaszcza II wojnie światowej powstało multum filmów i nadal powstaje. Dlaczego mimo lat pozostaje źródłem inspiracji i niezwykłych historii? Nie mam pojęcia, choć ciągle jest historia zaskakująca, mało znana, ale warta uwagi. Czymś takim została historia Oskara Schindlera – niemieckiego przedsiębiorca, który ocalił życie ponad tysiąca Żydów. Ale kiedy za taka opowieść biorą się Amerykanie – zawsze jest ryzyko, że to spieprzą. Zatrudnienie Stevena Spielberga nie uspokajało, bo jego poprzednie „poważniejsze” filmy spotkały się z moją dezaprobatą.

lista_schindlera1

Tym razem efekt okazał się kompletnie zaskakujący i na pewno jest zrobiony z większym rozmachem niż „Pianista” Polańskiego – również bardzo dobry film. Pierwsze, co uderza to stawianie na realizm – reżyser nie boi się pokazać krwi, egzekucji i przemocy bez hollywoodzkich ozdobników, co najdobitniej pokazał w scenie likwidacji żydowskiego getta oraz paleniu zwłok na Chujowej Górce (autentyczna nazwa), które do dzisiaj robią porażające wrażenie. Choć jest do dość skrótowo pokazana historia, jest ona bardzo spójna, poruszająca i fantastycznie poprowadzona. Udało się zachować realia życia w getcie, skontrastowane z dość hedonistycznym życiem Schindlera, lubiącego luksus, szampana i dziewczyn.

A jednocześnie nadal wyczuwalna jest atmosfera zagrożenia życia, zwłaszcza gdy trafiają do obozu w Płaszowie, kierowanym przez demonicznego Amona Gotha. Tu życie zależy od… w zasadzie nie wiadomo od czego, a śmierć staje się czymś normalnym. Konfrontacja i starcie pragmatycznego Schindlera z Gothem jest esencją tego filmu, który jest nie tylko hołdem dla zmarłych Żydów oraz ludzi pomagającym im, ale też wielkim humanistycznym dziełem. Całość okraszona jest fantastycznymi, czarno-białymi zdjęciami Janusza Kamińskiego (od tej pory stałego operatora Spielberga) oraz kapitalną muzyką Johna Williamsa, także scenografia budująca autentyzm miejsca oraz montaż do dzisiaj robią wrażenie.

lista_schindlera2

Jednak to wszystko nie miałoby tak wielkiej siły wrażenie, gdyby nie znakomite aktorstwo. Dla Liama Neesona Schindler stał się rolą życia. Bardzo subtelnie pokazał kogoś, kogo można nazwać dobrym Niemcem. Choć na początku Schindler jest dość pragmatycznym biznesmenem (zatrudnia Żydów do swojej fabryki, bo są tani), powoli dochodzi do stopniowej przemiany bohatera dostrzegającego brutalną rzeczywistość – przełomem staje się likwidacja getta. Wtedy mężczyzna decyduje się oszukać swoich pobratymców i za pomocą łapówek ratować ludzi. Jego przeciwieństwem jest Amon Goth (brawurowy Ralph Fiennes) – powiedzieć o nim, że to skurwysyn to tak jakby wywnioskować, że łysy nie potrzebuje grzebienia. To po prostu bydlak tak skażony ideologią, że aż tłumi swoje uczucia wobec swojej gospodyni Żydówki. A zabijanie innych sprawia mu po prostu przyjemność, co we mnie wzbudziło odrazę. Jest jeszcze trzeci gracz, czyli Izaak Stern (niezawodny Ben Kingsley) – nie pozbawiony sprytu i spierający swoich ludzi księgowy. Tych trzech panów zawłaszczyło ten film. Warto tez wspomnieć, że w epizodach pojawiają się polscy aktorzy tacy jak Henryk Bista (jednoręki pan Lowenstein), Jerzy Nowak (Fischel Friehof) czy Andrzej Seweryn (Julian Scherner) i nie zawodzą.

lista_schindlera3

Mało kto się spodziewał, ze Spielberg nakręci tak niezwykły, poruszający i rozbrajający film. Można śmiało zaryzykować, ze to jeden z najlepszych filmów w dorobku tego reżysera. I nie tylko dlatego, że wygrał ceremonię Oscarów za rok 1993. Ambitne, głęboko humanistyczne i pełne wiary w ludzi.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Good Morning, Vietnam

Jest rok 1965. Wojna w Wietnamie już trwa, ale żołnierze czują się wystarczająco przygnębieni. Do Sajgonu przybywa nowy prezenter radiowy, szeregowiec Adrian Cronauer, który będzie prowadził poranną i popołudniową audycję. Zdobywa sympatię żołnierzy dzięki swojemu niekonwencjonalnemu podejściu – puszczanie „zakazanego” rock’n’rolla, nabija się ze wszystkiego i zdarza mu się przekazać ocenzurowane wiadomości, co znacznie nie podoba się jego przełożonym.

vietnam1

O Wietnamie powstała cała armia filmów, które podejmowały ten temat na poważnie („Full Metal Jacket”, „Pluton”, „Czas Apokalipsy”), inne wykorzystywały en wątek jako tło wydarzeń (mroczna „Drabina Jakubowa” czy akcyjniak „Uniwersalny żołnierz”). Nie zabrakło też humorystycznego spojrzenia na walkę z osobnikami nazywanymi Żółtkami. I właśnie ten nurt reprezentuje klasyk Barry’ego Levinsona z 1987 roku. Ale czy może być inaczej, jeśli poznajemy tą opowieść z perspektywy radiowca, w dodatku opartą na faktach? Reżyser sprytnie ogrywa obraz wojny, nie pokazując przez większość czasu ekranowego walki i krwi. Co za to widzimy? Dzień zwyczajny w Sajgonie, żołnierzy czyszczących broń czy jadących do swoich baz, gdzie zaczyna panować atmosfera lekkiej beztroski oraz samych Wietnamczyków. Wszystko to okraszone świetna muzyką z tego okresu oraz naszprycowaną żartami pozbawionymi ducha poprawności politycznej (przemontowany wywiad z Nixonem, gdzie były wiceprezydent opowiada m.in. o swoim pożyciu).

vietnam2

Punktem kulminacyjnym całego filmu jest wysadzenie baru w powietrze, którego świadkiem jest Cronanuer. To jeden z momentów przypominających o powadze miejsca i ze wojna to nie jest zabawa, choć cenzura wojskowa nie pozwala o tym mówić. I choć dalej nie brakuje humoru, od tej pory film staje się poważniejszą opowieścią pokazującą bezsens wojny i jej głupotę (cenzurowane wiadomości). Sami Wietnamczycy czują się z tym różnie (wizyta w wiosce), a przyjaźń Adriana z pewnym chłopakiem może kosztować jego karierę. Ale chyba ostatecznie udaje się zyskać sympatię miejscowych. Symbolizuje to scena wspólnej gry w softball Wietnamczyków z Amerykanami (piłki zastąpiono dużymi owocami), co pozwala na małą nadzieję.

vietnam3

Ale powiedzmy to sobie wprost – ten film nie miałby takiej siły ognia, gdyby nie kapitalna kreacja Robina Williamsa, który po prostu rozsadza ekran swoją osobą. Gdy Cronauer siada za mikrofonem, staje się wielkim wulkanem energii i źródłem nieprawdopodobnej siły komizmu. Strzela żartami jak Rambo z karabinu, a jego talent parodystyczny jest nieosiągalny dla wielu komików. W dodatku jest to bardzo niepokornym buntownikiem, dla którego dyscyplina, regulaminy po prostu nie istnieją. Widać to też w jego bardzo swobodnym stroju. Ale to jednocześnie uczciwie podchodzący do sprawy facet, traktujący wszystkich równo i z otwartością (lekcje z Wietnamczykami – bezbłędne). Wielu chyba by chciało mieć takich niezawodnych kolegów w pracy. Reszta obsady, choć świetna (z Forrestem Whitakerem na czele) robi tak naprawdę za tło dla Williamsa i jego szalonej kanonady.

Jeśli jeszcze nie namierzyliście tej stacji, zapamiętajcie – „Good Morning, Vietnam”. Fantastyczna tragikomedia będąca one man show Williamsa, który ukradł ten film wszystkim. Kiedy ostatnio tak się śmialiście do rozpuku?

8/10

Radosław Ostrowski

Dobry człowiek

John Halder pracuje jako wykładowca akademicki w ogarniętych nazizmem Niemczech. I nagle dostaje wezwanie do Kancelarii Rzeszy, a to wszystko przez napisaną wiele lat temu powieści, w której wypowiedział się w sprawie eutanazji. Dostaje propozycję napisania artykułu na ten temat. Pozornie ten drobny ruch zmienia jego życie na zawsze, otwierając mu drogę do awansu. Ale na tym może ucierpieć jego przyjaźń z Żydem Mauricem.

good1

Adaptacja sztuki C.P. Taylora dokonana przez Vicente’a Amorina sięga po sprawdzony już temat człowieka uwikłanego w ideologię nazistowską. Czyli mamy moralne dylematy, pozornie bezpieczne kompromisy, tylko cena jest trochę za wysoka. Paranoja jest tutaj symbolizowana przez muzyczne omamy bohatera oraz jego rodzinę – matkę z demencją i chorą psychicznie żonę. Nawet nie o to chodzi, że film jest wtórny, ale historia jest mało wciągająca. Realizacja dość kameralna, przypominająca bardziej teatr telewizji (dialogi, na ekranie zazwyczaj dwie, trzy osoby), a wnioski wydają się oczywiste od samego początku. Bo nie trzeba być tylko dobrym człowiekiem, ale za wszelką cenę zachować swoje przekonania, bo może być za późno, gdy się przejrzy na oczy. Tylko, że ja to wszystko wiem i nie jest to dla mnie nic nowego. Dlatego dylematy naszego „dobrego” (niezawodny Viggo Mortensen) nie angażują do samego końca.

good2

Mimo to całość ogląda się naprawdę nieźle, także dzięki dobrym rolom Jasona Isaacsa (Maurice) i Jodie Whittaker (zapatrzona w nazizm Anne), jednak ja liczyłem na coś więcej. A tak mamy kolejne, teatralne kino. Szkoda.

good3

6/10

Radosław Ostrowski


Imperium Słońca

Rok 1941. W Szanghaju na razie panuje spokój, ale wojna coraz bardziej zaczyna być obecna. Właśnie tutaj mieszka Jim Graham – syn brytyjskiego dyplomaty. Kiedy Japończycy atakują Pearl Harbor, zaczynają zajmować miasto, w skutek zbiegu okoliczności, chłopak zostaje rozdzielony od rodziców i sam musi przetrwać. Dopóki nie kończy się jedzenie, wszystko jest dobrze. I wtedy trafia na obrotnego Amerykanina Basiego. Kiedy razem z nim próbują obrobić dom, trafiają do obozu jenieckiego.

imperium_slonca1

Kiedy Spielberg, postanowił porzucić robienie rozrywki na wysokim poziomie i wejście w poważne sprawy, to początki tego kierunku nie wytrzymują jakoś próby czasu. Tym razem w oparciu o autobiografię Jamesa Ballarda, postanowił opowiedzieć o wczesnym dojrzewaniu dziecka w czasie wojny. Tylko znów jest jeden poważny problem – nie zrobiło to na mnie wrażenia. O ile jeszcze początek i pierwsze wyjście na miasto Jima po opanowaniu oraz hecy w samotnym domu jeszcze przykuwały moja uwagę, o tyle sceny obozowe (druga połowa filmu aż do niemal samego końca) sprawiały wrażenie sztucznych. Niby było poważnie, niby racje żywnościowe się zmniejszały, ale nie do końca potraktowane jest poważnie. Bo czuć pewną atmosferę zabawy (Jim biegający za różnymi rzeczami, którymi wymienia się z innymi), a nawet jeśli były gwałtowne sceny, to pokazywano je dyskretnie i subtelnie. Dlatego losy Jima przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie i za przeproszeniem, gówno mnie obchodziło, co się dalej wydarzy. Technicznie to jest nadal kino z wysokiej półki, tylko środek jest strasznie pusty.

imperium_slonca2

Jedynie z całej obsady przykuło moja uwagę dwóch jegomości. Pierwszy miał 13 lat i nazywał się Christian Bale, ale już wtedy chciał być aktorem. Jako Anglik Jim poradził sobie świetnie, gdzie jako dziecko trzymane w kloszu i nie zdający sobie sprawy z tego, co się działo dookoła, musiał przetrwać. Jednocześnie jest zafascynowany samolotami, zwłaszcza japońskimi. A jego nauczycielem stanie się Basie, grany przez niezawodnego Johna Malkovicha, który tutaj jest obrotny, cwany i wzbudzający zaufanie. Jednak potrafi być podstępny i nie zawsze uczciwy (złamane słowo o ucieczce).

Początki zrobienia poważnych filmów przez Spielberga, dzisiaj należy uznać za nie do końca udane. Zbyt sentymentalne, mało angażujące i za łagodne. „Imperium” jest troszkę lepsze od „Koloru purpury”, ale do wielkich dzieł brakuje mu sporo.

6/10

Radosław Ostrowski

1941

Jest 13 września 1941. Minęło sześć dni od zdradzieckiego ataku Japończyków na Pearl Harbor. Jednak dla skośnookich to za mało, gdyż w okolicach USA pojawia się japoński okręt podwodny pod dowództwem komandora Mitamury, który miał pecha i nie mógł uczestniczyć w ataku 7 grudnia. By zmyć tą plamę na honorze, postanawia zaatakować… Hollywood. W tym samym czasie, życie w USA płynie pod znakiem strachu i paranoi, ale nie dla wszystkich. W LA mają odbyć się tańce, w domu jednej z rodzin zostaje przysłane działko przeciwlotnicze, a na niebie leci kapitan Kerso – psychol, który wszędzie widzi Japońców.

1941_1

Nikt przy zdrowych zmysłach nie był w stanie przewidzieć, co tym razem wymyśli Steven Spielberg. Kiedy dostał do ręki scenariusz dwóch studentów – Roberta Zemeckisa i Boba Gale’a – nie spodziewano się takiego szaleństwa. Choć akcja toczyła się podczas wojny, film był komedią i to tą z rodzaju szalonych i naładowanych absurdem jak kasza skwarkami. Wszystko tu jest przerysowane do granicy możliwości – narwani i szaleni wojskowi jak pułkownik Maddox czy kapitan Kerso, honorowi Japończycy jak ich dowódca, choć reszta załogi nie była zbyt rozgarnięta (nie umieli obsługiwać kompas, choć 10-latek z Hitlerjudeng umie!!!), a jedyny opanowany generał Stilwell wzrusza się oglądając „Dumbo”. Słowo „normalność” nie jest tu znane, zastąpione stanem obłędu, obsesjami, nawet miłość musi przejść ciężka próbę w postaci mordobicia między marynarzami i żołnierzami. Poczucie humoru jest tutaj naprawdę mocne: od prostych, slapstickowych gagów (wspomniana bójka czy strzelanie do Japońców z działka) po seksualne podteksty (próba poderwania sekretarki generała przez jego adiutanta w samolocie co spowodowało… potoczenie się bomby na lotnisko) aż do docinków japońsko-niemieckich (obserwator kapitan von Kleinschmidt). Nie wszystkim musi odpowiadać takie poczucie humoru, co spowodowało kasową porażkę w kinach. Jak widać nie wszyscy byli gotowi na pokazanie fajtłapowatych Amerykanów i Japońców, a pastisz w stylu tria Zucker-Abrahams-Zucker jeszcze nie był wtedy znany. „1941” zapowiadał ten parodystyczny styl i trafił do krainy zapomnienia, niesłusznie.

1941_2

Cała obsada jest tutaj kapitalna, koncertowo wcielając się w swoje postacie. Tutaj zdecydowanie się wyróżnia brawurowy John Belushi (kapitan Kerso – scena otwarcia puszki Coca-Coli w samolocie śmieszy za każdym razem) i Dan Aycroyd (sierżant Tree – dowódca czołgu, z brawurowym monologiem uciszającym zamieszki), choć nie mają żadnej wspólnej sceny, to działają jak hekatomba. Nie można też nie wspomnieć Toshiro Mifune z kamienną twarzą i krzyczącego w swoim ojczystym języku, krzykliwego Christophera Lee (kapitan von Kleinschmidt – jedyny rozsądny facet na okręcie podwodnym), Neda Beatty’ego (Ward Douglas) strzelającego z działka czy Slima Pickersa (drwal Holly P. Wood). A to i tak nie wszyscy wymienieni w tym szalonym świecie, gdzie słowo „Japoniec” wywołuje strach.

1941_3

Obłęd – tak można określić film „1941”, jedyną wariacką komedię w dorobku Spielberga, który nigdy później nie poszedł tak mocno po bandzie. Nie wszystkim się spodoba to poczucie humoru, niemniej warto porwać się na tą karuzelę. Jedyny taki film w dorobku Stefana.

1941_4

7,5/10


Kamienie na szaniec

Książka Aleksandra Kamińskiego jest w zasadzie rzeczą, której nie należy przedstawiać – uczniowie powinni znać ją jako szkolną lekturę. Historia trzech harcerzy – Rudy, Alek i Zośka – działają podczas wojny w Szarych Szeregach. Kiedy jeden z nich zostaje schwytany przez Niemców, pozostali chcą go odbić, ale nie maja zezwolenia dowództwa. To tak w skrócie i w książce. Własną wersję wydarzeń postanowił zaserwować Robert Gliński – jeden z bardziej doświadczonych reżyserów średniego pokolenia.

I szczerze mówiąc, efekt jest dość porażający. Chociaż nie wiem, czy do końca o to chodziło. Sama historia jest mocno chaotyczny, choć nie brakuje tutaj nerwu i dynamiki (gazowanie kin, usuwanie flag), a brudna kolorystyka zdjęć potęguje dość realistyczny klimat, choć jest trochę przemycany humor (przysięga harcerzy w lesie, gdzie… patrol niemieckich żołnierzy zbierał jagody). Ale od momentu, kiedy to Rudy zostaje aresztowany, to mamy do czynienia z science-fiction. I nawet nie chodzi o sam przebieg akcji, ale raczej o wydarzenia dookoła. Padają oskarżenia, że AK świadomie sabotowało akcję, bojąc się większych ofiar, a nawet był w to wszystko zamieszany ojciec Zośki (wtf?), a dowódcy AK (major Kiwerski) to wręcz dyktatorzy, którzy żądają całkowitego posłuszeństwa i kompletnie zostawiają chłopaków samych ze sobą. Ja wiem, że intencją było odbrązowienie i demitologizacja, ale na litość boską, trzeba trzymać się faktów. I takie drobiazgi jak próba samobójcza Zośki, próba kupienia broni od Ślązaka czy seks to jest mały pikuś.

Paradoksalnie jednak ogląda się to całkiem nieźle, choć najlepsze były sceny szkolenia harcerzy w żołnierzy oraz przesłuchania Rudego na Szucha (brutalne i krwawe). I musze przyznać, że chłopaki grający główne role (czytaj: Rudego i Zoski, bo Alka zepchnięto do tła) radzą sobie naprawdę nieźle, zwłaszcza Tomek Ziętek jako Rudy – trochę łobuzerski, szarmancki. Natomiast o starszych aktorach mogę powiedzieć tylko, że byli i… mocno rozczarowali, zwłaszcza Andrzej Chyra jako Dyrektor, którego miałem ochotę rozszarpać. Ale i tak najlepszy był Wolfgang Boos jako sadystyczny Lange – kradł każda scenę i budził przerażenie od początku do końca.

kamienie5

Szczerze – „Kamienie” to na razie największe rozczarowanie tego roku. Gliński miał pomysł, ale problem jest jeden i istotny – to wszystko po prostu nie przekonuje. Odbrązowienie to jedno, ale uwiarygodnienie to jedno. To bardzo gorzka lekcja.

Radosław Ostrowski

Obrońcy skarbów

Adolf Hitler jaki był, każdy słyszał. W trakcie wojny z lat 1939-45 wydał rozkaz kradzieży cennych dzieł sztuki i stworzenia Muzeum Fuhrera, gdzie znajdowały się najcenniejsze dzieła. Na polecenie prezydenta USA Franklina D. Roosevelta w 1944 r. powołano specjalna grupę pod wodzą profesora Franka Stokesa, a jej zadanie było odnalezienie i zwrócenie właścicielom dzieł sztuki. Od lądowania w Normandii członkowie ekipy podjęli się bardzo trudnego zadania i to z niezłym skutkiem.

obroncy1

Bazując na prawdziwej historii tym razem własny film wojenny postanowił nakręcić George Clooney – facet, którego dokonań i dorobku przedstawiać nie trzeba. I jako reżyser jest jedna z ciekawszych osób w Hollywoodzie. Jednak jego film to takie klasyczne wojenne kino w oldskulowym wydaniu. Mamy oddział do wykazania misji niemożliwej, francuski ruch oporu, dzieła sztuki, złych Niemców i jeszcze gorszych Rosjan. Wszystko z łopocącą, amerykańska flagą w tle i patetycznymi dialogami, które miejscami mogą trochę psuć odbiór. Druga sprawa to dość luźna narracja, gdzie przenosimy się do poszczególnej pary bohaterów i ich pola działań. Samo w sobie nie jest to złe, a nawet byłoby to wskazane, jednak są one dość nierówno poprowadzone i przewija się nuda, a humor jest dość toporny. Realizacja jest całkiem niezła, zdjęcia i scenografia trzymają poziom, tak samo podniosła muzyka.

obroncy2

Aktorzy tutaj grają na sprawdzonych kluczach, co nie znaczy, że są nudni i nie dają rady. Clooney i Damon są porządnymi i uczciwymi kumplami, Bill Murray jest cynicznym kawalarzem (razem z Bobem Balabanem tworzą zabawny duet), Goodman to wrażliwy wielkolud, a Jean Dujardin jest czarującym Francuzem (jego śnieżnobiałe zęby powinny być użyte jako broń masowego rażenia). Jedyną osobą wymykającą się szufladce jest Cate Blanchett, czyli zmuszona do współpracy z Niemcami znawczyni sztuki. Na tym polu radzi sobie naprawdę przyzwoicie.

obroncy3

Film miał potencjał na naprawdę dobre kino wojenne: temat, doborowa obsada. Ale nie wszystko tutaj zagrało do końca. Ta lekka ramotka troszeczkę się broni hołdem dla sztuki, choć czuję lekki niedosyt.

6/10

Radosław Ostrowski

Złodziejka książek

Rok 1938. Liesel jest młodą dziewczynka, która straciła brata, a matka ją zostawiła. Trafia ona do rodziny zastępczej, gdzie próbuje jakoś funkcjonować. Dzięki swojemu „ojcu” zaczyna uczyć się czytać, ale zbliża się wojna i szczerze mówiąc to nie jest dobry moment na czytanie książek.

zlodziejka1

Najtrudniej jest dzisiaj zrobić film o II wojnie światowej, bo w zasadzie ten temat został tak wyeksploatowany, że w zasadzie nic nowego nie da się opowiedzieć. Reżyser Brian Percival przenosząc na ekran bestsellerową powieść Markusa Zusaka balansuje między realizmem z bajką i te rozkrok mocno przeszkadza. Niby jest tam wojna, są umundurowani Niemcy, ale to wszystko gdzieś tam w tle, jakby nieobecne. Niby bohaterowie mówią z niemieckim akcentem i wrzucając słówka typu ja, nein, jednak brzmi to sztucznie. Niby jest brudno i ciężko, ale to wszystko wygląda zbyt ładnie wygląda. Ten film jest pełen sprzeczności i nie tylko nie wnosi niczego nowego (ciekawa była tylko narracja z offu), to jeszcze strasznie przynudza, co w przypadku dwóch godzin nie jest niczym trudnym. Jedynie miłość do książek wydaje się najatrakcyjniejszym wątkiem, ale to troszeczkę za mało, by przykuć uwagę. Także muzyka Johna Williamsa potrafi przykuć uwagę i przekazać całą paletę emocji.

zlodziejka2

Drugim mocnym punktem jest świetna Sophie Nelisse w roli tytułowej złodziejki. Jest tak naturalna i autentyczna, że pozostali członkowie ekipy robią po prostu za tło. Nawet doświadczeni Emily Watson („matka”) i Geoffrey Rush („ojciec”) przy niej wypadają blado, aczkolwiek jest to solidny poziom. Szkoda jednak, że te postacie są zbyt jednowymiarowe. Drugą dobrze wypadającą postacią jest… narrator, czyli Śmierć. Głos Rogera Allama w połączeniu z ciekawymi i niepozbawionymi ironii dialogami tworzy naprawdę mocną mieszankę.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o „Złodziejce”, ale więcej nie potrafię. Jest to co najwyżej przeciętne i mocno archaiczne kino, które nie za bardzo wie w jaką stronę pójść. Takie niezdecydowanie się po prostu nie opłaca.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia zima wojny

Wydawałoby się, że II wojna światowa to temat tak wyświechtany, że nie da się już niczego nowego wymyślić czy opowiedzieć bez wpadania w schematy czy klisze. Jednak wystarczy być Holendrem, by przełamać tą tezę.

Pozornie to prosta historia – mamy styczeń 1945 roku. Niemcy jeszcze mocno się trzymają w holenderskim miasteczku. Młody chłopak imieniem Michiel widzi w nocy jak rozbija się samolot w lesie. Wskutek zbiegu okoliczności (aresztowanie sąsiada i zastrzelenie kowala) idzie do lasu, gdzie trafia na ukrytego pilota Jacka, którego ścigają Niemcy. Dzieciak próbuje mu pomóc na własną rękę, co okaże się bardzo trudne.

zimawojny1

Pozornie jest to film wojenny, jednak w tym sensie, że wojna jest tłem wydarzeń oraz trudnych wyborów jakich muszą dokonać bohaterowie. Najważniejsze pytanie: jak przetrwać? Czy iść na współpracę z okupantem, jak ojciec Michaila (burmistrz) czy po cichu podjąć walkę? Pomoc dla zbiega jest naprawdę niebezpieczna, bo w każdej chwili mogą pojawić się Niemcy albo donoszący im sąsiedzi. Nie brakuje tutaj scen akcji (obława w promie i pościg) oraz dość skomplikowanej intrygi, gdzie tak naprawdę nawet najbliższej rodzinie nie można zaufać, przy okazji widzimy dojrzewanie młodego chłopaka, który uczy się odpowiedzialności w dość przyśpieszonym trybie. Całość ma swój bardzo ponury klimat spotęgowany ponurymi zdjęciami (dominuje tutaj zieleń, nawet gdy widzimy śnieg), parę razy wykorzystano spowolnienia (scena egzekucji ojca, gdy Michail próbuje przerwać ją) oraz bardzo poruszającą muzyka Pino Donaggio.

zimawojny2

Od strony aktorskiej trudno się do kogokolwiek przyczepić. Świetnie tutaj wypadają dzieciaki, zwłaszcza Martin Lakemeier w roli zbuntowanego wobec ojca Michaila. Chłopak jest bardzo skryty i nieufny, co tylko nasila jego osamotnienie oraz nieufność wobec dorosłych. Bardzo przekonująco chłopak pokazuje lęk, przygnębienie czy determinację. Również wcielająca się w siostrę Ericę, Melody Klaver radzi sobie dobrze. Ze starszych aktorów warto zdecydowanie wyróżnić Yoricka van Wageningena, czyli wuja Bena. Początkowo sprawia wrażenie zorganizowanego i obrotnego faceta, który jest w stanie wiele załatwić. Niestety, później okaże się ona maską. Niestety, grający Anglika Jamie Campbell Bower sprawia wrażenie grania jednym wyrazem twarzy. Owszem, jest zagubiony i obcy, jednak trudno nam współczuć temu facetowi, w zasadzie jest on największą wadą.

zimawojny3

Ale trzeba przyznać, że „Ostatnia zima wojny” była dla mnie sporym zaskoczeniem. Pokazuje, ze z pozornie wyświechtanego i oczywistego tematu, można stworzyć dobre kino. Po prostu.

7/10

Radosław Ostrowski

Joanna

Polski film można poznać po kilku czynnikach. Jednak ostatnio kilka z nich zostało konsekwentnie wytępionych (słaba jakość zdjęć i dźwięku), jednak tematyka pozostała w zasadzie stała. Wiadomo, musi być albo o wojnie (że tak strasznie cierpieliśmy) albo że życie u nas jest do dupy, bez względu na to kto rządzi. O podobnej tematyce opowiada ostatni film Feliksa Falka „Joanna”.

Tytułowa bohaterka jest samotną kobietą mieszkającą w Krakowie i czekającą na powrót męża. A wokół trwa wojna, jest rok mniej więcej 1943. Pracuje jako kelnerka w kawiarni i przypadkiem po łapance, znajduje w kościele mała dziewczynkę, która jest prawdopodobnie Żydówką, a imię jej Róża. Jej matkę zabrano podczas obławy. Kobieta podejmuje się trudnego zadania i bez pracy, próbuje pomóc dziewczynce przetrwać. Ale nie może o tym powiedzieć nikomu – ani rodzinie, ani sąsiadom, a tym bardziej Niemcom, którzy szukają Żydów.

joanna2

Z „Joanną” mam spory problem i nie chodzi mi o wałkowanie tego samego tematu, co zawsze (czy warto być przyzwoitym w czasie wojny, gdzie panuje strach?). Nie chodzi tez nawet o kwestię realizacyjne czy technicznie, bo tutaj naprawdę nie ma się czego przyczepić (zwłaszcza pochwalić należy zdjęcia Piotra Śliskowskiego). Cały numer polega na tym, że film pozostawił mnie w stanie kompletnego zobojętnienia, a nawet można przewidzieć jakie będą następne ruchy postaci (szlachetna i pomocna Polska, urocza Żydówka i także dobry Niemiec), bo one są aż nadto czytelne. Nic mnie nie ruszyło, ani ofiarność głównej bohaterki, ani tym bardziej cena tej ofiary – ostracyzm od rodziny, sąsiadów, oskarżenia o kolaborację. To wszystko po prostu spłynęło po mnie jak po kaczce i prawdę mówiąc nie dowiedziałem się niczego nowego, a także emocjonalnie nic mnie to nie obchodziło. I nie pomaga tutaj nawet całkiem przyzwoite aktorstwo z Urszulą Grabowską na czele.

joanna1

Papier z tego filmu leci strumieniami, a mimo poczucia realizmu wszystko jest takie sztuczne, nudne i fałszywe. Tym bardziej dziwi, że nie jest to robota początkującego reżysera, tylko bardzo doświadczanego i nagradzanego. Coś tu jest nie tak.

5/10

Radosław Ostrowski