Legiony

Kolejna wielka polska produkcja historyczna, która nikogo nie obeszła. Tym razem za kamerą stanął niedoświadczony z tego typu materią Dariusz Gajewski, zaś za scenariusz odpowiadali goście od „Smoleńska”. Już samo to zapowiadało wielką katastrofę, której nic nie byłoby w stanie uratować. Ale efekt końcowy był dla mnie sporym zaskoczeniem. Po kolei.

legiony2

Akcja filmu toczy się na przestrzeni dwóch lat i skupia się na miłosnym trójkącie. Ola jest pielęgniarką i szpiegiem wywiadu, zaś jej narzeczony Tadek walczy w oddziale. Ten trzeci to Józek – dezerter z zaboru rosyjskiego, który za wszelką cenę chce dotrzeć do Łodzi. Ścigany przez carską armię, zostaje odbity przez grupkę Tadka, wykonującą swoje zadanie. Niejako przez przypadek dołącza do oddziału kierowanego przez Stanisława Kaszubskiego „Króla”, stając się jednym z żołnierzy Legionów Polskich.

legiony4

Powiem krótko: reżyser mocno inspirował się tutaj „Pearl Harbor” Michaela Baya. Czyli jest to historia miłosna z wojną w tle. Tylko, że tak jak w oryginale, sam wątek romantyczny jest zwyczajnie nudny, mdły i nieciekawy. Jest też tak samo poprowadzony, przez co brakowało dla mnie czegoś interesującego. Tym bardziej mnie to bolało, że ten wątek został wysunięty na pierwszy plan, przez co cala ta historyczna otoczka cierpi. Ale sama relacja między tą trójką brzmi niewiarygodnie, zaś relacja między Olą a Józkiem toczy się za szybko. Tak jak w „Piłsudskim” historia jest pocięta, przez co nie do końca skupiałem się na niej. I nie spędzamy zbyt wiele czasu ze swoimi bohaterami.

legiony3

Niemniej muszę przyznać, że Gajewskiemu udało się wykonać kilka rzeczy lepiej niż Michał Rosa. Przede wszystkim wrażenie robiły sceny batalistyczne, a dokładnie jedna: szarża ułanów pod Rokitną, którą przeżyło tylko sześciu ułanów z całego szwadronu. Masa ujęć z różnych kątów (także spod podłoża), szybkie cięcia, dźwięk oraz masa koni i adrenalina. Wykonane jest to fenomenalnie, pokazując, że da się u nas zrobić sceny wojenne z hollywoodzkim rozmachem. Także finał pod Kościochniówką, atak snajpera na rynku czy wysadzenie pociągu potrafią trzymać w napięciu i wyglądają naprawdę dobrze. Chociaż czasami widać wykorzystanie grafiki komputerowej. I jest tutaj parę ciekawych wątków jak wybór między interesem prywatnym a rodzącym się braterstwem broni czy dlaczego Polacy zamiast walczyć w armii carskiej dołączają do rodzącego się polskiego wojska. Czemu niektórzy nadal zostali, a tacy jak Król zdecydowali się walczyć za ideę niepodległości.

legiony1

Aktorsko tutaj jest strasznie nierówno, zaś tylko kilka postaci zasługuje na wyróżnienie. Najlepiej z tego grona wypada Mirosław Baka w roli Króla. Tutaj aktor tworzy charyzmatycznego, szorstkiego twardziela z dialogami godnymi samego Pasikowskiego. Już w pierwszym wejściu aktor pokazuje jak wielki posłuch ma jego postać wobec swoich podkomendnych, mając do dyspozycji swój silny głos. Szkoda tylko, że to nie wokół niego skupiono całą fabułę. Z aktorskiego trójkąta najlepiej wypada Sebastian Fabijański jako Józek. Człowiek niezbyt rozmowny, niejako wskutek okoliczności staje się żołnierzem dla sprawy. Jednak partnerujący mu Bartosz Gellner oraz debiutująca Wiktoria Wolańska wypadają bardzo blado. Co gorsza między nimi nie ma kompletnie żadnej chemii (także między Wolańską a Fabijańskim), napięcia ani zaangażowania, przez co kompletnie nie wierzyłem w tą relację. Reszta postaci tak naprawdę robi za tło (Jan Frycz jako Piłsudski ma tylko jedną scenę), z którego wybija się lekko komediowy epizod Piotra Cyrwusa jako kucharza oraz Grzegorz Małecki jako dawny towarzysz Króla, kapitan Złotnicki.

„Legiony” to film, który tak naprawdę można było obejrzeć razem z „Pilsudskim”, niejako uzupełniając się ze sobą. Jednak Gajewski wykonuje troszkę lepszą robotę, bardziej imponując scenami batalistyczno-akcyjnymi, choć scenariusz też kuleje.

6/10

Radosław Ostrowski

Piłsudski

Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości, polscy filmowcy próbowali nakręcić z tej okazji parę produkcji historycznych na ten temat. Ale, niestety, nie wyrobiły się w czasie i dopiero rok później pojawiły się „Piłsudski” oraz „Legiony”. I obydwa w kinach poległy, nie zwracając swoich budżetów. Ale czy zasłużenie? Najpierw wezmę się za film Michała Rosy, który jest biografią marszałka Polski.

pilsudski4

Sam początek to rok 1901, kiedy Piłsudski trafia do szpitala psychiatrycznego w Petersburgu. Udając wariata udaje mu się uciec i powoli wraca do działalności politycznej w PPS. A za najważniejszy cel uważa odzyskanie niepodległości przez Polskę. Tylko, że w tych czasach ciężko było znaleźć ludzi myślących w ten sam sposób. Zwłaszcza, że Ziuk chce zawalczyć o nią za pomocą siłowej konfrontacji z bronią w dłoni. Jakby tego było mało, to i w życiu osobistym pojawia się druga kobieta, z którą może być coś więcej.

pilsudski1

Po drodze przejdziemy przez wiele kluczowych momentów z życia marszałka. Czyli rewolucja 1905, tworzenie Organizacji Bojowej PPS, napad na wagon pocztowy, śmierć siostrzenicy oraz utworzenie Kompanii Kadrowej. Tylko jak to wszystko upchnąć w nieco ponad półtorej godziny? I tu zaczyna się problem, bo Rosa dużo rzeczy wycina i skraca. Przez co najciekawsze momenty dzieją się tutaj poza ekranem (czas I wojny światowej) albo są obcięte w najciekawszym momencie (ucieczka ze szpitala). Ta skokowa narracja działa tutaj na minus, przez co nie mogłem się do końca wczuć w całą historię. Także kluczowe postacie, oprócz Piłsudskiego, są ledwo zarysowane, pojawiają się i znikają jak za użyciem magicznej różdżki. Z tego grona najmocniej wybija się Walery Sławek, który staje się prawdziwym przyjacielem, choć wskutek pewnej okoliczności znika na pewien czas. Nawet dwie istotne dla życia Ziuka kobiety (pierwsza żona Maria oraz Ola Szczerbińska, grane przez Magdalenę Boczarską i Marię Dębską) są zepchnięte na dalszy plan, pozbawione własnego charakteru.

pilsudski2

Ale mimo tej skrótowości, znalazłem tutaj dla siebie troszkę dobra. Świetnie wyglądają zdjęcia Piotra Śliskowskiego, gdzie każde miejsce ma inną paletę kolorów. Nie zabrakło też mastershota (scena napadu na pociąg), który też dodaje charakteru. Scenografia i kostiumy prezentują się nieźle, chociaż w bardziej kameralnych miejscach (zjazd PPS-u w Wiedniu czy zebranie w 1905) wygląda to tanio oraz teatralnie. Czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Nie brakuje scen trzymających w napięciu jak napad na wagon, dokonywane zamachu bombowe czy demonstracja, zakończona atakiem wojsk i rzezią.

pilsudski3

Aktorsko tak naprawdę w ryzach trzyma to wszystko Borys Szyc, co mnie bardzo zaskoczyło. Kiedy zobaczyłem pierwsze materiały promocyjne (zdjęcia aktora) miałem wielkie wątpliwości. Wszystko się zmieniło, gdy w końcu obejrzałem film i… byłem oszołomiony. Szyc pokazuje, że po latach posuchy oraz chybionych decyzji, wraca do grana świetnych rzeczy. Aktor nie gra Piłsudskiego, tylko nim JEST. Bez względu na to, czy dyskutuje ze swoimi oponentami, działa w boju czy kłóci się z żoną i jest tak ludzki, jak tylko się da. Bez niego ten film po prostu się rozsypał. Z bogatego aktorsko drugiego planu (m.in. Tomasz Schuchardt, Krzysztof Stroiński, Kamil Szeptycki czy Eliza Rycembel) najbardziej wybija się Jan Marczewski w roli Walerego Sławka. Nieznany mi aktor bardzo przekonująco pokazał postać jednego z ważniejszych druhów Ziuka, pokazując jego siłę, jak i momenty zagubienia, bezsilności. Czekam na kolejne kreacje tego interesującego aktora.

Michał Rosa miał doświadczenie przy produkcjach historycznych (serial „Czas honoru”), ale jeszcze nie na taką skalę. I choć potrafi pokazać bardziej dynamiczne sceny czy Piłsudskiego bardziej prywatnie, przydałby mu się lepszy scenariusz, który nie byłby chaotycznym przeskokiem w czasie oraz byłby o wiele spójniejszy. Ta postać zasługuje na wiele lepszy film.

6/10

Radosław Ostrowski

(Nie)znajomi

W Polsce jeszcze nie było tradycji tworzenia remake’ów. Chyba, że chodziłoby o robienie seriali na formacie zza granicy. Ale filmy? Może wynika to z faktu, że remaki są traktowane jako pozbawione własnego charakteru klony oraz łatwy skok na kasę. Dlatego podchodziłem do „Nieznajomych” bardzo sceptycznie, zwłaszcza iż zbyt dobrze znałem oryginał. Bo debiut Tadeusza Śliwy to polska wersja świetnego, włoskiego „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. A ponieważ widziałem film i znałem fabułę, to nie mogło mnie tu nic zaskoczyć, prawda?

nieznajomi1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: trzy pary, jeden singiel, siedem telefonów. Podczas kolacji u przyjaciół, nowa członkini paczki, czyli dziewczyna Czarka proponuje grę. Skoro nie mają sobie nic do ukrycia, każdą wiadomość jest czytana, a rozmowa w trybie głośnomówiącym. Jednak prawda stara jak świat mówi, że każdy – nawet wśród znajomych – ma coś do ukrycia. No i pytanie: czy ta więź będzie silna, by wytrzymać wszelkie tajemnice. A i sama ekipa też wydaje się znajoma. Nowobogackie małżeństwo pracujące we Włoszech (przynajmniej żona) i zarabiające w euro, małżeństwo w średnim wieku, gdzie to mąż ma decydujące słowo, macho ze swoją dziewczyną bardzo eko i pragnącą założyć swój interes (hodowla kóz do produkcji sera) oraz wuefista, ukrywający swoją orientację seksualną.

nieznajomi2

Podążamy znajomym torem, ale reżyser troszkę inaczej rozkłada akcenty i skupia się na tym, co na naszym podwórku pozostaje tematem tabu. Jednocześnie oryginał jest na tyle uniwersalny, że mogła się wydarzyć w każdej odległości geograficznej. Dlatego tak mocno była w stanie uderzyć hipokryzja oraz homofobia, która wylewa się w szczególności z jednej postaci. I tak jak w oryginale, zaczynają się wylewać wszelkie tajemnice, tłumione pragnienia oraz prawdziwe oblicza. Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że nie jest to kopia jeden do jeden, co mnie bardzo cieszy. Zmieniono zakończenie, które było najsłabszym elementem oryginału, zaś wątki dramatyczne bardziej mnie chwyciły za gardło. Najbardziej wątek Anny i Grzegorza, gdzie ta pierwsza (kradnąca film Maja Ostaszewska) czuje się przytłumiona oraz pozbawiona wsparcia męża (trzymający poziom Łukasz Simlat), za bardzo skupionego na pracy. W tle gra bardzo przyjemna jazzowa muzyka w aranżacji Maseckiego, zdjęcia są płynnie, a nawet dźwięk jest zrobiony dobrze.

nieznajomi3

I do tego udało się zebrać znakomitą obsadę, gdzie każdy ma swoje pięć minut. Nie ważne, czy mówimy o Kasi Smutniak (aktorka grała w oryginale tą samą postać), troszkę poważniejszym Tomaszu Kocie, strasznie narwanym Michale Żurawskim, bardzo skrytym Wojciecha Żołądkiewicza czy wręcz pozytywnie nakręcona Aleksandra Domańska. Wszystkie te postacie są barwnie nakreślone, ze świetnie podane dialogi oraz bardzo skomplikowane charaktery, niemal budząc sympatię od początku. Mimo wad oraz potknięć.

Powiem bardzo, że „Nieznajomi” to dla mnie jedno z większych zaskoczeń. Mimo pewnej teatralnej formy oraz znajomości materiału źródłowego, debiut Śliwy dostarcza zarówno sporo rozrywki i refleksji. Jeśli mają być robione remake’i, to ja więcej poproszę.

7/10

Radosław Ostrowski

Praziomek

Amerykańskie studio Laika to prawdziwy ewenement. Powstała w Oregonie firma od lat produkuje animacje realizowane techniką poklatkową, które nie zdobywają takiej popularności ani rozgłosu na jaki zasługują, mimo pozytywnych recenzji od krytyków. No i pod względem finansowym też nie robią szału, w najlepszym wypadku zwracając koszta produkcji. Nie inaczej stało się z najnowszym filmem, czyli „Praziomkiem”, choć powinno być zupełnie inaczej.

praziomek1

Bohaterem filmu jest XIX-wieczny podróżnik i łowca przygód, sir Lionel Frost. Mężczyzna ten od lat chce dołączyć do elitarnego klubu odkrywców, jednak każda taka próba kończyła się niepowodzeniem. Włącznie ze znalezieniem dowodów na istnienie potwora z Loch Ness. Ale sytuacje może zmienić pewien tajemniczy list. Zawiera on informacje dotyczące mitycznej istoty zwanej Sasquatch albo Wielką Stopą. Na miejscu okazuje się, że zaproszenie to był podstęp, a jego autorem jest… Wielka Stopa. Brązowa, owłosiona, samotna chce prosić Anglika o pomoc w dotarciu do rodzinnym stron, czyli Himalajów. Mężczyzna decyduje się pomóc, widząc w tym szansę na członkostwo w klubie, jednak potrzebuje pewnej mapy. Posiada ją wdowa po słynnym podróżniku, która od jego śmierci przebywa w amerykańskiej rezydencji.

praziomek2

Film Chrisa Butlera to wręcz klasyczne kino przygodowe z klimatem godnym powieści Juliusza Verne’a, zmieszane z kumpelską komedią. Bo jak inaczej opisać zderzenie eleganckiego, kulturalnego dżentelmena ze zbyt dosłownie traktującym powiedzonka małpoludem, mogącym być brakującym ogniwem ewolucji? Ta konfrontacja jest zarówno źródłem humoru (dość slapstickowego), jak i początkiem pewnej powoli rodzącej się przyjaźni. Chociaż pierwotnie relacja bardziej przypomina pan-sługa. Ale tak naprawdę jest to także historia zderzenia tradycji z nowoczesnością, gdzie konserwatyści chcą tworzyć świat i traktują go jak trofeum, a inni chcą po prostu odkrywać nieznane światy bez chęci podboju czy tworzenia go na swoją modłę.

praziomek3

Owszem, wygląda to bardzo czarująco, a sceny akcji zarówno trzymają w napięciu (strzelanina na dworcu czy bójka w salonie), jak i potrafią rozśmieszyć inscenizacją (cała sekwencja na statku czy finał w królestwie Yeti). Sama animacja oraz scenografia jest bardzo szczegółowa, co robi bardzo piorunujące wrażenie, tak jak cudowna muzyka Cartera Burwella. Ale największym problemem była dla mnie historia, która jest bardzo prosta, konwencjonalna i strasznie przewidywalna. Widać, że studio chciało zrobić film skierowany dla młodego widza, dla dziecka. Samo w sobie nie jest dla problemem, tylko że ja nie znalazłem zbyt wiele dla siebie. Laika w poprzednich filmach jak „ParaNorman” czy „Kubo i dwie struny” dotykała poważniejszych tematów jak żałoba, samotność czy alienacja, zaś bohaterowie byli złożonymi jednostkami. Przy nich „Praziomek” wydaje się prostą historią, zbyt prostą i dla mnie niezbyt angażującą, mimo sympatycznych postaci oraz świetnego dubbingu (ale tylko oryginalnego).

praziomek4

Nie odmawiam „Praziomkowi” staroświeckiego uroku oraz poczucia miło spędzonego czasu. Jednak po takim studiu jak Laika oczekuję czegoś więcej niż staroszkolnego kina przygodowego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nieoszlifowane diamenty

Howard Ratner jest nowojorskim jubilerem, który jeszcze jakoś funkcjonuje. Jakoś tam ciągnie, ma żonę, dzieci i kochankę, a takie życie musi sporo kosztować. Dlatego Howard ma długi, sporo długów, a by spłacić bardzo mocno lawiruje. Pożyczki, ryzykowne zakłady, zastawianie się – jeszcze jakoś jest na powierzchni, tylko na jak długo. W końcu trafia mu się okazji, czyli bardzo cenny czarny opal, wystawiony na aukcję. Kamieniem bardzo zainteresowany jest koszykarz Kevin Garnett, który bardzo chciałby go mieć u siebie.

uncut gems1

Bracia Safdie wracają z nowym thrillerem. I tak jak „Good Time” jest to bardzo energetyczny, dynamiczny film skupiony na jednej postaci. Uwierzcie mi, będziecie chcieli od niego trzymać się z daleka, bo gość śmierdzi. Oszukuje, kluczy, kombinuje, kłamie, ucieka – wszystko by jakoś wyplątać się z finansowych tarapatów. Chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że jego los już dawno został przesądzony. A kiedy już zbiera kasę, by wyjść na prostą, podejmuje szalone decyzje, zakładając się i licząc na większą sumkę. Wielokrotnie łapałem się za głowę, myśląc, co jeszcze ten gość wymyśli. Przecież zachowuje się jak totalny idiota, pozbawiony instynktu samozachowawczego jakby adrenalina była dla niego jedynym paliwem. Żyłka ryzykanta połączona z pewnością siebie oraz arogancją – to nie jest zbyt dobra kompilacja. Ale mimo to bardzo zależało mi na tej postaci, mimo swojej antypatyczności oraz wręcz szybko podejmowanych decyzjach.

uncut gems2

Wszystko jest podporządkowane Howardowi, więc kamera niemal otacza go, jest przyklejona do jego sylwetki. Najbardziej uderza tutaj udźwiękowienie, pokazujące cały miejski gwar. Tutaj niemal wszyscy do wszystkich krzyczą, bo są na ulicy, wiec muszą jakoś zwrócić na siebie uwagę. Ten miejski puls jest zaprezentowany świetnie, a sama intryga trzyma w napięciu. I jest tutaj bardzo intensywnych momentów jak ucieczka przed wierzycielami ze szkoły, licytacja opalu czy finał z bardzo wysokim zakładem w tle. To wszystko potęguje bardzo oniryczna muzyka Daniela Lopatina oraz szorstkie zdjęcia Dariusa Khondji.

uncut gems3

Jednak największą niespodziankę rodzeństwo zostawiło w kwestii castingu. Bo kto by się spodziewał, że naszego śliskiego Howarda zagra Adam Sandler. By było jeszcze śmieszniej, panowie Safdie napisali tą postać specjalnie dla tego aktora. Ten odpłacił się z nawiązką, tworząc najlepszą swoją rolę w karierze – antypatycznego desperata, mającego kompletnego fioła na punkcie diamentów oraz koszykówki. Najlepiej Sandler radzi sobie w momentach, gdy jest wyszczekany, puszczają mu nerwy albo podczas oglądania meczu. Reszta postaci jest zepchnięta na dalszy plan, chociaż najbardziej z tego grona wybija się jeszcze bardziej cwana kochanka w wykonaniu debiutującej Julii Fox oraz grający samego siebie koszykarz Kevin Garnett.

Warto uważniej przyglądać się braciom Safdie, którzy kolejny raz udowadniają jak bardzo się rozwijają. „Nieoszlifowane diamenty” biją na głowę ich poprzednie filmy, gdzie nawet w spokojnych momentach czuć namacalne napięcie oraz poczucie zagrożenia. Bardzo mocne, drapieżne kino z życiówką Sandlera.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

1917

Podobno jak ktoś był na jednej wojnie, to widział już wszystkie. Zmienia się narzędzia mordu, uzbrojenie i technologia, ale emocje towarzyszące żołnierzom podczas tej odysei pozostają niezmienne. Odwaga, strach, poświęcenie, determinacja, wola walki, tchórzostwo – do wyboru, do koloru. Ale czy można pokazać wojnę w taki sposób, żeby móc ją poczuć?

Jesteśmy 6 kwietnia roku 1917 gdzieś we Francji. Tam stacjonuje wojsko brytyjskie, gdzie wśród żołnierzy przebywają starsi szeregowi Blake i Schofield. Przyjaźnią się ze sobą, ale teraz dostają bardzo trudne zadanie. Muszą się przedrzeć za linię wroga do 2. Dywizji, by wstrzymać rozkaz ataku na oddziały niemieckie. Wykonywany przez nich odwrót ma charakter pozorny i ma wprowadzić wojska brytyjskie kierowane przez pułkownika MacKenziego. Rozkaz nie może zostać wykonany, bo inaczej zginie 1600 żołnierzy. W tym brat Blake’a, noszący stopień porucznika, a czas jest do następnego ranka.

1917-2

Jak można wywnioskować z opisu, fabuła nowego filmu Sama Mendesa jest bardzo prosta. Jak konstrukcja cepa. W zasadzie jest pretekstem do pokazania wojny. Wojny brudnej, okrutnej, pełnej trupów, okopów, brudu, błota, dziur oraz destrukcji. Ludzie giną na niej nagle i niespodziewanie, zaś największym wrogiem nie są obcy żołnierze. Jest nim tutaj nieubłagany czas oraz los, stawiający kolejne przeszkody do pokonania: niepozbawione pułapek bunkier, pozostawione po sobie zniszczone działa, mosty i domostwa. Wróg może pojawić się dosłownie znikąd i pokazać się (w przeciwieństwie do „Dunkierki”, gdzie żołnierze wroga byli nieobecni), przez co napięcie jest podnoszone bardzo gwałtownie. Nie ma też tutaj momentów patosu czy kiczowatych klisz, przez co film nie boli.

1917-1

Ale powiedzmy sobie jedną rzecz: ten film nie byłby taki powalający, gdyby nie FENOMENALNE zdjęcia Rogera Deakinsa. Kamera niemal cały jest przyklejona do bohaterów i wręcz krąży wokół nich. Zupełnie tak, jakbym był w samy środku tego rozgardiaszu. Nieważne, czy mówimy o pasie ziemi niczyjej, opuszczonym bunkrze pełnym szczurów czy kapitalnym momencie przechodzenia przez miasto nocą. A za światło są tylko flary oraz spalony kościół – tutaj adrenalina oraz poczucie zagrożenia jest tak intensywne i trzyma w napięciu jak rasowy thriller. Film rzadko pozwala sobie na chwile oddechu, przez co niemal byłem cały czas na krawędzi fotela.

1917-3

Drugim istotnym zabiegiem było obsadzenie w głównych rolach mało znanych aktorów. I choć tak jak u Nolana, nie wiemy o nich zbyt wiele, to jednak ich los obchodził. Czuć też było tą przyjacielską więź, choć nie pada zbyt wiele dialogów między nimi. George McKay oraz Dean-Charles Chapman poradzili sobie bardzo dobrze z zadaniem, skupiając się na gestach oraz emocjach malujących się na twarzach. Znane twarze pojawiają się tutaj w rolach epizodycznych i nawet tutaj wypadają co najmniej dobrze. Choć z tego grona najbardziej zapadł mi w pamięć Andrew Scott jako porucznik Leslie ze swoim rytuałem poświęcenia.

Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć o „1917”, ale dla mnie to było niesamowite przeżycie, które może dostarczyć tylko kino. Bardzo intensywne, mroczne, trzymające w napięciu oraz zapierające dech w piersiach zdjęciami i reżyserią. Tutaj wojna wydaje się czymś namacalnym, lepkim, nieprzyjemnym miejscem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gorący temat

Słyszeliście o stacji Fox News? To bastion konserwatywnej Ameryki, co kocha Boga, ojczyznę oraz prezydenta, kierowana przez Rogera Ailesa, namaszczonego przez magnata prasowego Ruperta Murdocha. Ale nie wszystko trwa wiecznie. Punktem zwrotnym dla stacji jest debata polityczna z 2016 roku, gdzie doszło do zderzenia między (wówczas) kandydatem Donaldem Trumpem, a dziennikarką stacji Fox Megyn Kelly. Tam gwiazda mediów oskarżyła biznesmena o seksizm i przedmiotowe traktowanie kobiet. To jednak tylko fragment do prawdziwej petardy, którą potem odpaliła inna dziennikarka ze stacji, Gretchen Carlson. Najpierw została przesunięta poza prime time (czas najwyższej oglądalności), a następnie zwolniona. Po tym zdarzeniu złożyła pozew przeciw Ailesowi, wcześniej dyskutując kwestie z prawnikami, oskarżając go o molestowanie seksualne. W całym tym zamieszaniu znajduje się Kayla – młoda dziennikarka, pragnąca przebić się w branży oraz zrobić karierę.

goracy temat1

Losy tej trójki postanowił opowiedzieć Jay Roach w swoim najnowszym filmie „Gorący temat”. Opierając się na prawdziwych wydarzeniach oraz materiałach archiwalnych rekonstruuje jeden z najgłośniejszych skandali obyczajowych ostatnich lat. I nie chodzi tu o sprawę Harveya Weinsteina, ale medialnego potentata Ailesa. Mężczyzna związany ze stacją od samego początku, czyli od 1996 roku, wykorzystywał seksualnie dziennikarki, producentki oraz realizatorki programów telewizyjnych. Jednocześnie utrzymując dobre relacje z prawicowymi politykami, których poglądy prezentowała stacja. Nic dziwnego, że ten człowiek dokonywał swoich czynów od dekad, ale to nie jest jego biografia. Reżyser skupia się na trójce bohaterek, przeskakując z wątku na wątek. Przy okazji poznajemy mechanizmy, pozwalające funkcjonować Ailesowi w realizacji swoich zachcianek: krótkie spódniczki dziennikarek na wizji, szklane biurka, tajemniczy „drugi pokój” czy rozmowy Rogera z dziennikarkami, gdzie mają krążyć dookoła.

Wszystko to zostaje ubrane w formę, jaką znamy choćby z „Big Short”, czyli bardzo reporterski styl (nerwowa praca kamery, szybki montaż), łamanie czwartej ściany oraz chronologii. Co wyjaśnia choćby udział operatora Barry’ego Aykroyda. Dla mnie jednak problemem jest to, że cała ta historia z powodu formy zostaje rozcieńczona oraz mało angażująca. Ponad półtorej godziny na historię kobiet molestowanych seksualnie, jednocześnie pokazując różne techniki manipulacyjne, mające rozbić żeńską solidarność. Szantaże, wbijanie noży w plecy, szczucie na siebie kobiet oraz silne poczucie władzy. Bo jest jedna niepisana reguła w świecie korporacji: nie możne oskarżyć swojego szefa, bo nie tylko przegrasz, ale też szansa na pracę w innym miejscu jest niemożliwa. Bo kto zatrudni kogoś, kto nie jest zbyt lojalny wobec swojego przełożonego?

goracy temat2

Nie brakuje tutaj kilku naprawdę mocnych scen. Takie było pierwsza rozmowa Kayli z Ailesem, wyznanie koleżance przez telefon o całym zajściu czy wyznania innych kobiet, gdzie na ekranie widzimy tylko zdjęcia wyznających osób z wpisanymi imionami. Wtedy czuć pazur i ból ofiar, a te momenty potrafią dotknąć. Problemem jest dla mnie wątek Gretchen, gdzie dialogi wręcz ocierają się o publicystykę, idąc na totalne skróty i pozbawiając emocjonalnego zaangażowania. Zupełnie inaczej niż w przypadku początkującej Kayli oraz bardziej doświadczonej Megyn, próbującej na własną rękę ustalić fakty. Drugim problemem jest nadmiar postaci przewijających się przez ekran. Rozumiem, że chodziło o pokazanie innych osób zamieszanych w sprawę, ale wywołało to we mnie dezorientację.

goracy temat3

A jednak zaskakująco przyjemnie się to ogląda, co jest przede wszystkim zasługą świetnego aktorstwa. Na mnie największe wrażenie zrobiła kompletnie nie do poznania Charlize Theron jako Megyn Kelly. Dziennikarka kompetentna, troszkę cyniczna, ale kompletnie pozbawiona wyrachowania. Sprawia wrażenie twardej, nieulegającej presji, aczkolwiek próbuje zachować spokój w tej nienormalnej, konfliktowej sytuacji, mając bardzo dużo do stracenia. No i jeszcze ten głos, gdzie przelewają się wszelkie emocje. Dobrze wypada także Margot Robbie jako młoda, naiwna, zaczynająca swoją pracę Kayla, dla której praca w stacji będzie bardzo ważnym doświadczeniem. Mocna kreacja, potrafiąca złapać za gardło. Najsłabiej z tego grona wypada Nicole Kidman, która zamiast bycia postacią staje się symbolem kobiety walczącej o godność, przypominając o tym zbyt nachalnie. A jeszcze bardziej przeszkadzała mi w tym wszystkim bardzo plastikowa twarz po zbyt wielu operacjach plastycznych. Nie można też zapomnieć o dawno nie widzianym przeze nie Johnie Lithgowie jako Ailesie. Może wygląda jak stary dziad, jednak jest bardzo bezwzględnym paranoikiem, czerpiącym w pełni ze swojej władzy. Samą obecnością potrafi przerazić, kiedy odkrywamy kolejne brudy i ofiary. Choć na drugim planie pojawia się masa znajomych twarzy, m.in. Mark Duplass, Malcolm McDowell, Brigette Lundy-Paine, Alice Eve czy Allison Janney, film kradnie mała rólka Kate McKinnon. I troszkę szkoda, że grana przez nią Jess pojawia się tak rzadko.

Mam problem z „Gorącym tematem”. Z jednej strony dotyka ważnego tematu i jest świetnie zagrany, ale z drugiej Roachowi bardzo dużo brakuje do Adama McKaya, na którym się bardzo wzoruje. Nie angażuje tak bardzo jak powinien, choć bardzo przekonująco pokazuje mechanizmy działania seksualnego predatora w korporacyjnym światku. Tylko, że to jest troszkę zbyt płytkie i sprawia wrażenie na siłę wpychającego nadmiar informacji.

6/10

Radosław Ostrowski

300 mil do nieba

Gdzieś w małej miejscowości pod Kielcami mieszka rodzina Kwiatkowskich. Ojciec, nie mogąc znaleźć pracy jako nauczyciel (dwa razy zwolniony), matka zajmuje się domem. Jest jeszcze dwóch synów, Jędrek i Grześ. Pierwszy chodzi z Elką, której ojciec często przebywa w więzieniu, drugi bardzo lubi grać na akordeonie. Szansy na porządnie życie nie ma, a Jędrek bardzo chce stąd uciec. Jak najszybciej, jak najdalej i kiedy pojawia się szansa w postaci ciężarówki, korzysta z niej. Tylko, że zamiast we trójkę, jedzie z bratem, choć to nie było takie proste.

300 mil do nieba1

Maciej Dejczer to reżyser obecnie kojarzony z serialami telewizyjnymi albo o zacięciu sensacyjnym (seria „Oficer”), albo w stylu TVN-owskiej, kolorowej telenoweli („Magda M.”). Jednak swoje najlepsze dzieła zrealizował na początku swojej kariery. Oparte na faktach „300 mil do nieba” to najbardziej nieoczywisty film, pokazujący nasz kraj jako miejsce pozbawione perspektyw. Tutaj masz szansę pod warunkiem, że dostosujesz się do tego represyjnego systemu, gdzie samodzielne myślenie i decydowanie o sobie jest niemożliwe. Raczej o tym dzisiejsze pokolenie młodych Polaków mało pamięta, gdzie narzucona była jedna słuszna wersja historii, zaś obywatele nie posiadali własnych praw. Nie było prywatnych firm, a wolność była tłumiona na wszelki możliwy sposób. Jednak reżyser nie rysuje tła tak mocno, ale to wystarczy do przedstawienia motywacji chłopców ku ucieczce (syn mówi do ojca Ciągle harujesz, a właściwie niczego nie mamy). Skupienie bardziej dokonuje się na tej wyprawie ku wolności, niepozbawionej napięcia jak podczas schwytania Jędrka przez milicyjny pojazd czy reakcji rodziców na zniknięcie. Wszystko w bardzo stonowanych, wręcz stłumionych barwach, by podkreślić marazm naszej rzeczywistości.

300 mil do nieba2

Jednak reżyser nie kończy historii wraz z momentem trafienia do Danii oraz happy endem, że się udało. To by było zbyt proste oraz ckliwe. Zaczynamy też obserwować jak bohaterowie próbują się odnaleźć w miejscu, które miało być rajem. Jednocześnie jest ciągłe ryzyko deportacji oraz próby ściągnięcia chłopaków z powrotem do kraju, co pokazuje postać konsula oraz odebranie przez sąd praw do opieki. To też buduje jedną z najbardziej poruszających scen w historii kina, pokazując jak trudną decyzję podjęli rodzice. A w tle gra jeszcze niesamowita muzyka Michała Lorenca, wspierająca całość. Są pewne drobne błędy (scena z nauczycielem historii mogła być lepiej poprowadzona), jednak nie są w stanie osłabić siły tego filmu.

300 mil do nieba3

Jest to też film, gdzie role dziecięce są absolutnie świetne, co u nas jest bardzo rzadkie. Zarówno Rafał Zimowski (Jędrek), jak i Wojciech Klata (Grześ) przykuwają uwagę aż do samego końca. Choć różnią się troszkę charakterami, nie zwątpiłem w ich silne więzi, zaś każde słowo w ich ustach nie brzmiało sztucznie. To samo mogę powiedzieć o Kamie Kowalewskiej, czyli Elce, którą mogę śmiało nazwać dziewczyną Jędrka. Z dorosłych aktorów największe wrażenie zrobił w drobnym epizodzie Krzysztof Stroiński jako zniszczony przez alkohol oraz więzienia ojciec Elki, a także Jadwiga Jankowska-Cieślak jako matka chłopców.

„300 mil do nieba” do dziś pozostaje najlepszym dokonaniem Macieja Dejczera. Do bólu szczery, przygnębiający, ale nie depresyjny oraz z cudnie poprowadzonymi aktorami dziecięcymi. Jedna z pereł polskiego kina przełomu transformacyjnego.

8/10

Radosław Ostrowski

Psy 3. W imię zasad

Franz Maurer – nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie słyszałby tego nazwiska. Były ubek, były policjant, skazaniec. Człowiek, który wie o zabijaniu więcej niż ktokolwiek z osób czytających. Teraz wychodzi po 25 latach z więzienia i czeka na niego niespodzianka z Rosji. Ma siedem dni na odzyskanie kasy, a właściwie tej części, co zniknęła w „dwójce”. Inaczej zginie on albo jego stary znajomy Waldek Morawiec. „Nowy” ma swoje problemy, bo zaginął mu syn i nie może się z nim skontaktować. Drogi obydwu panów przecinają się.

psy3-1

Władysław Pasikowski wraca do swojego sensacyjno-gangsterskiego świata. Ale czy 25 lat przerwy nie spowodowało, że Franz i Nowy troszkę nie „zardzewieli”? Bo czasy zmieniły się gwałtownie, a starzy ludzie są tutaj zwyczajnie niepotrzebni, spychani na margines. Franz jest starym bandziorem, bez rodziny, bez perspektyw; Nowy przeszedł na rentę i niby ma rodzinę, ale czuje się troszkę pusty bez swojej pracy. No i jeszcze młody pies, czyli komisarz Witkowski – twardy, bezkompromisowy, nie idący na żadne układy. Cała trójka prowadzi jedno dochodzenie, czyli zaginięcie syna Nowego oraz odkrycie korupcji w policji. Niby to już widzieliśmy, sama akcja toczy się raczej niespiesznie, okraszona miejscami smolistym humorem, a jednak potrafi wciągnąć. Czuć jednak pewną anachroniczność, mimo wykorzystania nowoczesnej technologii. Kobiety są tutaj spychane na bardzo daleki plan, dialogi pełne bluzgów, zaś bohaterowie stają się trzymać swoich zasad.

psy3-2

Muszę się przyznać, że Pasikowski nadal czuje swoje postacie. Nie należy się jednak spodziewać klimatów kultowej części pierwszej. Żadnego obrazoburstwa, politycznych wątków oraz ataków na nową władzę, co wielu może rozczarować. Bliżej tutaj do części drugiej, choć jest ona bardziej kameralna i mniej widowiskowa. Reżyser gra też na nostalgii (co akurat jest nieuniknione), mimo tego, że obecność starych bohaterów jest albo śladowa (Wolf, Stopczyk), albo tylko się o nich wspomina. Fabularnie wiele rzeczy jest potraktowanych skrótowo (Franz obsługujący smartfona czy postawa komendanta wobec swoich skorumpowanych podwładnych), a pewne postaci pojawiają się i znikają (policjant Lewar czy gangster Spinaker). Dodatkowo też zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało, jakby stawiając całość w zawieszeniu.

psy3-3

Aktorzy też się tutaj bardzo dobrze prezentują, stając się najmocniejszą kartą w talii Pasikowskiego. Linda to nadal stary, dobry Franz i nawet nie czuć tak bardzo fizycznego zmęczenia. Ciągle cyniczny, lojalny oraz nie bawiący się w półśrodki. Najbardziej zaskoczył mnie Cezary Pazura, a jego przechodzi mocną ewolucję. Kiedyś idealista, dzisiaj człowiek rozczarowany oraz pełen gniewu, który eksploduje. Aktor pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Z nowych postaci najbardziej wybija się Jan Frycz jako cwany, choć też mający swoje zasady „Panicz” oraz Marcin Dorociński, czyli ostatni sprawiedliwy na komendzie Witkowski.

Mimo wielu wad, nie jestem w stanie nie lubić nowych „Psów”. Pewnie przemawia za mną ten nostalgiczny pociąg, ale też i moje niezbyt wysokie oczekiwania. Podejrzewałem, że „trójka” powstała w imię kasy niż zasad, jednak jako czysto kryminalna historia trzyma poziom.

7/10

Radosław Ostrowski

Spirala

Wszystko zaczyna się banalnie prosto. Do schroniska w górach przybywa mężczyzna zbliżający się do wieku średniego. Wygląda troszkę niechlujnie (długa broda), zupełnie nieprzygotowany do żadnej górskiej wyprawy. Na miejscu zaczyna popadać w konflikty, zadaje bardzo bezpośrednie pytania wszystkim, nawet nie melduje się, a wieczorem pożycza śpiwór od studenta. Następnego dnia znika bez śladu, zaś przebywający w ośrodku wyruszają na poszukiwania. Znaleziony w stanie zamrożenia oraz braku przytomności, trafia do szpitala. A wtedy poznajemy kim ten mężczyzna jest.

spirala1

Krzysztof Zanussi dzisiaj kojarzy się z bardzo archaicznym kinem, nie do końca rozumiejącym obecną rzeczywistość. Zupełnie inaczej niż w czasach swojej młodości, co pokazał choćby w „Iluminacji”. Ale „Spirala” to film znacznie cięższego kalibru, bo i temat jest o wiele poważniejszy. W końcu mamy bohatera zderzonego ze śmiertelną chorobą, powolnie umierający. Na co? To nie ma znaczenia, bo reżyser przygląda się temu jak bohater (Tomasz Piątek) próbuje się z tym zmierzyć. Człowiek wykształcony, oczytany, na wysokim stanowisku, ateista. W dodatku choruje od roku i to na coś tak poważnego, że widzi dla siebie tylko jedno wyjście – samobójstwo. Stąd cała ta opryskliwość, cynizm, złośliwości, bunt, ale też rozgoryczenie, poczucie bezsensu i bezsilności. A były to czasy, kiedy dopiero zaczynały działać hospicja. Tylko, czy one są w stanie pomóc naszemu bohaterowi?

spirala2

Całość można niejako podzielić na dwie części, a kulminacją jest znalezienie Tomasza w górach. Pierwsza to niejako samo życie, czyli Piątek w schronisku oraz obserwujący całe otoczenie. Młodych ludzi goniących za pieniędzmi, starego prominenta ze sporymi znajomościami, co potrafi załatwić wszystko, jego mniej charakterny syn, wreszcie malarka Teresa – bardzo uduchowiona osoba. Ale druga część to pobyt w szpitalu. Czas się dłuży, miejsce jest bardzo chłodne, zaś lekarze trzymają pacjentów na dystans. Próbują im pomóc za pomocą lekarstw, tylko czy aby to wystarczy? Na wszystko nie ma przecież tabletek, więc co robić? Próbować żyć dalej, czerpać z pozostawionego czasu czy może zdecydować się na ostateczne wyjście? Zanussi prezentuje różne postawy i nie daje jednoznacznej odpowiedzi, bez wskazania palcem, że trzeba tak albo tak. Chociaż wyczuwam pewną sympatię reżysera do postawy wierzącej Teresy.

spirala3

„Spirala” byłaby jeszcze bardziej przygnębiającym i nieprzyjemnym filmem, gdyby nie fenomenalny Jan Nowicki. Piątek w jego wykonaniu to człowiek pełen sprzecznych emocji, które są pokazywane czasem bardzo drobnym spojrzeniem czy niewypowiedzianym słowem. Samą obecnością magnetyzuje i skupia uwagę, choć jego problemy są sygnalizowane od początku (wyrzucenie kluczy do auta czy odpowiedź na pytanie o linę), nawet głos ma jakiś inny. Poza Nowickim aktorsko wybijają się trzy postacie, które są absolutnie świetne: Teresa (niesamowita Maja Komorowska), prominent Henryk po przejściach (stonowany, mówiący spokojnym głosem Jan Świderski) oraz ordynator szpitala (pewny Aleksander Bardini).

spirala4

„Spirala” nie jest filmem łatwym, lekkim i przyjemnym, ale tego się po Zanussim należało spodziewać. Niemniej to bardzo intrygujące, refleksyjne kino z mocnymi dialogami oraz magnetyzującym aktorstwem. Wielu może zmęczyć ten ciężki klimat, jednak warto zrobić sobie taką odskocznię.

7,5/10

Radosław Ostrowski