Rodzinny dom wariatów

Jak wszyscy wiemy, z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciach. Nie inaczej jest z bardzo liberalną rodziną Stone’ów, która mieszka w Nowej Anglii. Jest to rodzina wielopokoleniowa, ze sporą grupą braci i sióstr, a wnuków jeszcze nie ma. To się może zmienić, kiedy do rodziny przybywa najstarszy syn. Ze swoją dziewczyną, która jest strasznie sztywna i – dzięki jednej z sióstr – cała rodzina jest do niej uprzedzona. Czyżby Święta miały skończyć się totalną katastrofą? Zwłaszcza, że przyszła synowa wzywa jako wsparcie siostrę.

rodzinny dom wariatow1

Takich komediodramatów o rodzinie, gdzie jej członkowie nie są zbyt idealni było setki, jeśli nie tysiące. Czy dzieło Thomasa Bezuchy z 2005 roku ma coś, co wyróżnia go z tłumu (oprócz obsady)? Bo nie jest to stricte komedia, mimo miejscami dość ironicznego humoru, pokazuje znajome relacje. Relacje ludzi, którzy znają się dość dobrze, ale o wielu rzeczach sobie nie opowiadają i mają swoje tajemnice. Nie brakuje zarówno „czarnej owcy” (pijący i ćpiący Ben – tego drugiego nie widać), parę gejów, z czego jeden jest niesłyszący, złośliwą siostrzyczkę trzymającą się na dystans czy skrywającą swoją ciężką chorobę matkę. Niby są to poważne momenty i sytuacje, ale reżyser próbuje to ugrać w komediowy sposób, co nie zawsze działa. Podobać się może scena, gdzie Meredith doprowadza do awantury czy moment przed śniadaniem świątecznym, spowodowany pewnym nieporozumieniem. Ale to są tylko krótkie chwile, momenty budzące z dość przewidywalnej opowieści. Nawet sceny slapstikowe wydają się mało zabawne i przewidywalne, co wydaje się bardzo trudne do spieprzenia.

rodzinny dom wariatow2

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, ze zebrano naprawdę dobrych aktorów, którzy starają się wyciągnąć całość na wyższy poziom. I to się częściowo udaje, choć nie wszystkim. Dla mnie najbardziej nieciekawy był Everett grany przez Delmota Mulraneya, który sprawia wrażenie niby zdecydowanego, ale jakoś nie wspierającego swojej partnerki (dość zaskakująca Sarah Jessica Parker). Dla mnie najciekawsza była w roli złośliwej siostry Rachel McAdams oraz chyba najbardziej normalny z grona Luke Wilson (Ben), chociaż także Diane Keaton i Craig T. Nelson w rolach głowy rodziny mają swoje pięć minut.

rodzinny om wariatow3

„Rodzinny dom wariatów” okazuje się całkiem niezłą tragikomedią, chociaż dla mnie niezbyt wyróżniającą się od podobnych opowieści o rodzinie spotykającej się podczas uroczystości. Nie brakuje solidnego aktorstwa oraz paru scen rozluźniających, lecz nic ponad to.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Święta Last Minute

Państwo Krank mieszkają gdzieś na przedmieściach, a ich jedyny córka wyrusza do Ameryki Południowej jako wolontariuszka Korpusu Pokoju. Dla pana Kranka spędzenie Świąt w deszczu, w domu wydaje się niezbyt przyjemną perspektywą. Więc namawia swoją żonę, by zamiast spędzić Święta w domu, wyjechać na wycieczkę do tropików. Problem w tym, że otoczenie nie jest w stanie zaakceptować tej decyzji. Ale cały plan może trafić szlag, kiedy dzwoni Blair z informacją, iż… wraca w te Święta do domu. Z chłopakiem.

swieta last minute1

Ten film z 2003 roku to adaptacja (dość luźna) powieści Johna Grishama. Tak, tego Grishama specjalizującego się w dramatach sądowych, co mogło wywołać pewną konsternację. Sam pomysł na krytyczne spojrzenie na Boże Narodzenie, gdzie bardziej skupiamy się na zakupach oraz samych wydatkach, miała ogromny potencjał. I mogło być bardzo ostrą satyrą na konsumpcjonizm czy próba wyrwania się z tradycji. Problem jednak w tym, że reżyser Joe Roth ze scenarzystą Chrisem Columbusem idą ku banalnym zestawom gagów w rodzaju tworzenie oblodzenia na podwórku, desperackie poszukiwanie zakupów, ochlapanie przez kałużę. Ten poziom humoru jest prostacki, intryga jest bardzo mało wiarygodna, a zachowanie naszych bohaterów – zwłaszcza pana Kranka – jest kompletnie niezrozumiałe. Niby chce oszczędzić pieniądze na wycieczkę, a kupuje sobie zastrzyk z botoksu oraz wizytę w solarium. Poza tym jest strasznie wrednym egoistą, zmuszającym żonę do działania wbrew swojej woli, a jego przemiana wypada bardzo sztucznie i niewiarygodnie.

swieta last minute2

Same watki poboczne, czyli nacisk otoczenia na zmianę zdania (żądanie wyjęcia jednej ozdoby, śpiew kolędników) sam w sobie jest nienajgorszy. Tylko, że to służy wyłącznie tylko jako źródło humoru, bez czegoś głębszego i poważniejszego wydźwięku. Przez co morał wydaje się strasznie banalny oraz przewidywalny, że w Święta chodzi o coś innego niż swoje pragnienia, tylko wsparcie dla innych. A jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że mimo udziału znanych aktorów (Tim Allen, Jamie Lee Curtis, Dan Aykroyd, M. Emmett Walsh) żaden z nich nie tworzy nawet przyzwoitej kreacji. Jak to możliwe, nie mam pojęcia.

swieta last minute3

Nawet Netflix nie był w stanie zrobić tak rozczarowującego, nudnego, pozbawionego klimatu filmu świątecznego. Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że nawet udział utalentowanych twórców wydaje się nie mieć żadnego znaczenia dla słabej jakości. Omijajcie szerokim łukiem.

3/10

Radosław Ostrowski

Długi pocałunek na dobranoc

Shane Black to ten typ twórcy filmowego, który ma bardzo określony i wyrazisty styl. Robi kryminały okraszone czarnym humorem, z niedopasowanym duetem protagonistów i zawsze dziejące się w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Jednak Black to przede wszystkim scenarzysta, a ta formuła najbardziej rozwinęła się w kultowej „Zabójczej broni” Richarda Donnera. A w 1997 roku napisał scenariusz, za który dostał aż 3 mln dolarów, film okazał się klapą, zaś Black… zniknął z branży na bardzo długie lata. Ale po kolei.

Kiedy poznajemy Samanthę jest zwykłą kurą domową. Pracuje jako nauczycielka w jakimś małym miasteczku, pracuje jako nauczycielka, ma męża i córkę. Tylko, że kompletnie nic nie pamięta. Ani skąd się tu wzięła, ani skąd ma te blizny na ciele, ani czym się zajmowała przed pojawieniem się w okolicy 8 lat temu. Wynajęcie prywatnego detektywa, Mitcha Hennessey’a, nie bardzo pomaga w rozwiązaniu sprawy, która tkwi w martwym punkcie. Wszystko się zmienia w momencie, gdy z więzienia ucieka mężczyzna i próbuje zabić kobietę. Bezskutecznie. Przy okazji detektyw odnajduje dawne mieszkanie oraz kilka przedmiotów. Oboje pakują się w potężną aferę.

dlugi pocalunek1

Tym razem za kamerą stanął fiński reżyser Renny Harlin, który tuż przed realizacją filmu poniósł sromotną porażkę awanturniczo-przygodową „Wyspą piratów”. I muszę przyznać, że reżyser nie stracił pazura, a intryga jest odpowiednio pogmatwana, naznaczona krwią, seksem oraz trupami. W dość sporej ilości, co jest standardem świątecznych dzieł Blacka. Ciężko się w tym wszystkim połapać, powoli odkrywanie są kolejne sznurki oraz postacie. Dialogi są przesiąknięte ciętym oraz czarnym humorem, akcja jest odpowiednio widowiskowa, szalona (pościg między autami a Samantha ściga i kasuje pojazd złoli jadąc na łyżwach) oraz świetnie zmontowana. Jest parę momentów mocno naciąganych jak ucieczka z zamrażarki czy ostatnie pół godziny, ale to wszystko wydaje się być żartem, parodią gatunku kina akcji.

dlugi pocalunek2

Sam duet głównych bohaterów jest też dość nietypowy. Nie tylko dlatego, że jest damsko-męski, ale to kobieta tutaj dowodzi. Choć początkowo Samantha wydaje się cichą myszką, zaś jej niejasna przeszłość nawiedza w snach, z czasem zaczyna dochodzi do pewnego zderzenia osobowości: delikatnej i wrażliwej matki oraz bezwzględnej, chłodnej zabójczyni. Początkowo te przejścia osobowości wydają się mieć charakter komediowy (krojenie nożem) i mogą wydawać się niekonsekwentne, ale udaje się twórcom wygrać konflikt tych sprzecznych osobowości. Choć przemiana z szarej myszki w twardą, bezwzględną dominę może się wydawać zbyt gwałtowna, a Geena Davis balansuje między powagą a zgrywą.

dlugi pocalunek3

Partneruje jej za to kradnący film Samuel L. Jackson w roli troszkę niezbyt rozgarniętego detektywa Hennessey’a. Może nie jest skończonym idiotą, ale pakuje się w poważniejszą kabałę oraz o wiele groźniejszych przeciwników od siebie. Próbuje ratować sytuację sprytem, ciętym humorem i cojones, a jego tło przypomina cynicznych twardzieli w rodzaju Hallenbacka z „Ostatniego skauta”. Równie wyraziste są role antagonistów w wykonaniu wyluzowanych, ale i odpowiednio ostrych Craiga Bierko oraz Davida Morse’a.

„Długi pocałunek…” jak na kino akcji jest niepoważnym dziełem, zrealizowanym bardzo serio. Dla Harlina i Davis to był ostatni duży tytuł w ich karierach, zaś sama historia – mimo wielu bzdur oraz miejscami szwankującej logiki – jest satysfakcjonującym, pełnym adrenaliny akcyjniakiem w starym stylu. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Listy do M. 3

Dla mnie pierwsze „Listy do M.” to była jedna z niespodzianek na naszym podwórku. Jasne, to było skopiowanie pomysłu z „To właśnie miłość” (choć wtedy jeszcze tego filmu nie wiedziałem), ale była w tym pewna magia, sporo humoru oraz ciepła, który w tego typu produkcjach jest potrzebne. I nawet ograne twarze (Adamczyk, Karolak, Dygant) miały tutaj sporo do pokazania oraz zagrania. Nagle ktoś się zorientował, że można na tym zbudować franczyzę. Powstała nawet kontynuacja, ale to już był tylko skok na kasę. Widownia jednak tłumnie poszła, więc można było zrealizować kolejną część. I ja miałem bardzo wielkie obawy, ale za kamerą stanął Tomasz Konecki – reżyser kultowego „Pół serio” oraz „Ciała”. Czy może tym razem będzie zwyżka formy, a może jest to dalszy skok na kasę?

listy do m3-1

Powiem tak: jest progres, chociaż do części pierwszej troszkę brakuje. Nasi starzy bohaterowie znowu mają masę wydarzeń. Szczepan z Kariną próbują się odnaleźć w roli dziadków, co kobiecie idzie z oporami. Melchior razem z synem, niejako wbrew swojej woli, szuka swojego ojca, który zostawił go, gdy był dzieckiem, zaś Wojciech nie może się pozbierać po śmierci żony. Do tego stopnia, że zwalnia gosposię, a jej córka z zemsty kradnie laptopa. Ale pojawią się jeszcze nowe postacie w tej potrawie: pracujący w schronisku jako wolontariusz Rafał, bardzo skuteczny glina Gibon polujący na bandziorów oraz na serducho pewnej prezenterki radiowej, dziewczyna związana z pewnym korpo-szefem.

listy do m3-2

Innymi słowy, troszkę do śmiechu oraz do wzruszenia, zaś zmiana reżysera działa bardziej na plus. Nie ma tu nachalnego product placementu, nie jest to aż tak pocztówkowe jak dwójka, zaś zniknięcie paru postaci (zwłaszcza tych nowych z „dwójki”) zdecydowanie pomaga w seansie. Także poziom humoru, choć nadal oparty na charakterach i odrobinie slapsticku, potrafi bardziej rozbawić. Jasne, że wszystkie wątki muszą skończyć się dobrze, ale nie oznacza to, iż twórcy nie serwują kilku niespodzianek po drodze. Wszystko toczy się w jednym dniu, zamiast Warszawy jest Kraków (też ładny), śniegu jest od groma (tego akurat dawno nie widziałem na ulicy o tej porze roku), w tle gra bardzo sympatyczna muzyka. To nie wywołuje odruchów wymiotnych, czego troszkę się obawiałem, choć jest parę momentów odlotu (finałowy wątek Gibona), ale Koneckiemu udaje się zbalansować powagę, lekkość oraz przywrócić magię znaną z pierwszej części.

listy do m3-3

I aktorzy też się postarali, nawet ci już zużyci oraz przemieleni przez kino. Z tej tzw. starej ekipy najlepiej prezentuje się tutaj Tomasz Karolak jako Melchior oraz jego relacja z synem, gdzie coraz bardziej zaczyna dojrzewać, co już było widać w poprzedniej części. Drugim mocnym punktem jest Malajkat, coraz mocniej naznaczony przeszłością, z którą musi się zmierzyć. Z nowych postaci wiele uroku dodaje Filip Pławiak (Rafał) oraz Katarzyna Zawadzka (Zuza), choć sam wątek jest bardzo przewidywalny. Nawet Borys Szyc (Gibon) czy niezbyt lubiana przeze mnie Magdalena Różczka (Karolina) sprawdzają się tutaj dobrze, pokazując troszkę komediowe oblicze.

Pojawiły się słuchy, że ma powstać część czwarta, choć szczerze mówiąc nie wiem, co jeszcze można w tym cyklu wymyślić. Trójka jest o wiele lepsza od części drugiej (co akurat nie było takie pewne), ale nie jest w stanie dorównać oryginałowi. Jest tak odpowiednio po środku oraz wraca tej fajny klimat.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Świąteczny kalendarz

Bohaterką tego dzieła jest niejaka Abby – dziewczyna zajmująca się fotografowaniem, czego nie bardzo popiera jej rodzina. Bardziej traktują jej pracę (może oprócz dziadka) jako hobby niż źródło utrzymania z powodu niezbyt wysokich zarobków. Nie jest zbyt zadowolona i chce się bardzo rozwijać, a w okolicy pojawia się dawny znajomy, Josh. Wszelkie jej zmiany zaczynają się od chwili, gdy dostaje od dziadka staroświecki kalendarz adwentowy. Ten każdej nocy otwiera drzwiczki z zabawkami.

swiateczny kalendarz1

Chyba na jakiś czas sobie odpuszczę filmy „kristmasowe”, przynajmniej te od Netflixa. Dlaczego? Bo wydają się pozbawione własnego charakteru, wtórne i jakieś takie wysilone. Nie inaczej jest ze „Świątecznym kalendarzem” od Bradleya Walsha. Sama historia okraszona jest pewnymi magicznymi momentami, gdzie jest niemal zbiegów okoliczności jak podczas sceny z butami czy pewną laską. Ale taka masa wydarzeń zaczyna się przewijać zbyt często (cała akcja ze zdjęciami dla pani burmistrz), czyniąc całą historię mniej ciekawą, strasznie przewidywalną i strasznie nudną. Pozornie jest zabawna, ale ja nie śmiałem się w ogóle. Oczywiście, jest biało od śniegu, w tle grają dzwoneczki oraz kolędy, a także lekko popowe kawałki w tym tonie. Pojawia się nawet potencjalny kandydat na męża, jednak w połowie zostaje to urwane nagle oraz dość bzdurną kłótnią. Ale to wszystko wydaje się bardzo sztuczne, mechaniczne oraz pozbawione jakiegoś głębszego zaangażowania. Z obowiązkowym finałem i wyznaniem miłości na koniec.

swiateczny kalendarz2

O aktorstwie nie bardzo chce się wypowiadać, bo nie zapada za bardzo w pamięć. I nawet nie chodzi o to, że nie ma znajomych twarzy, ale te postacie sprawiają wrażenie wziętych z kartonu. Żadna z nich nie jest pogłębiona, zaś postaci pobocznych jest wręcz za dużo (koledzy pomagający Abby w świątecznej pracy, siostra organizująca licytację charytatywną czy przystojny lekarz Ty). Można byłoby się paru pozbyć i nie byłoby zbyt wielu różnic.

„Kalendarz” jest kolejnym netflixowym filmem, który po obejrzeniu kompletnie nie zapada w pamięć. Nuda, szablonowość, nijakość oraz ogólny brak charakteru, przez co całość nie wyróżnia się z tłumu. Szkoda.

4/10

Radosław Ostrowski

Cud na 34. ulicy

Czy wierzycie w cuda? Że zdarzają się rzeczy, których nie da się wytłumaczyć w żaden sensowny, racjonalny sposób? Dzisiaj, kiedy wszystko przyjmujemy w sposób racjonalny, wręcz naukowy, siła wyobraźni czy pewnego rodzaju naiwności wydaje się balastem. Zwłaszcza gdy dotyczy to postaci tak znanej jak św. Mikołaj. Taki prawdziwy, a nie żaden przebieraniec. Co by było, gdyby ta postać pojawiła się w prawdziwym świecie?

O tym postanowił opowiedzieć w 1947 roku George Seaton. Bardziej znana jest u nas wersja z 1994 roku, gdzie główną rolę zagrał Richard Attenborough, choć jest troszkę słabszy. Bohaterem obu jest niejaki Kris Kringle – starszy pan, z bardzo długą brodą oraz laską. Taki człowiek, którego mija się na ulicy i nie rzuca się mocno w oczy. Ale kiedy go poznajemy, chodzi na ulicy przed świąteczną paradą, organizowaną przez jeden z większych sklepów. Kiedy zwraca uwagę, że mający wystąpić w niej Mikołaj jest mocno podchmielony, organizatorka – pani Walker – prosi Kringle’a o zastępstwo. Efekt jest tak imponujący, że mężczyzna zostaje zatrudniony jako Mikołaj w sklepie. I to zaczyna wywoływać zamieszanie u samej pani Walker, jej córce oraz samym Kringle’u, który naprawdę uważa się za św. Mikołaja.

cud na 34 ulicy1

Oglądając film Seatona łatwo można dostrzec kilka rzeczy. i nie chodzi tylko o czarno-białą kolorystykę, ale o wręcz śladową ilość świątecznych dekoracji. Nie ma w ogóle śniegu, jest parada, choinki, zaś w tle jako muzykę wykorzystano „Jingle Bells”. Więc pozornie trudno mówić o świątecznym klimacie, zdominowany przez komercjalizację, szał zakupów oraz troszkę gonieniem za kasą. A czy to powinno się w tym okresie liczyć? Do tego mamy zderzenie Kringle’a z panią Walker oraz jej córką, które bardzo twardo stąpają po ziemi. Dziewczynka jest tak poważna, że wydaje się znać odpowiedzi na wszelkie pytania, a gry oparte na udawaniu uważa za niepoważne i głupie. Wiarę zastępują fakty, a rozum wydaje się panować nad emocjami.

cud na 34 ulicy2

Jeszcze bardziej ten motyw wybrzmiewa w momencie, kiedy Kringle staje przed sądem. Kwestia tego, czy mężczyzna naprawdę jest św. Mikołajem czy nie, ale reprezentowane przez niego wartości. Dbanie o dobro dziecka, empatia, dar wyobraźni – coś, co w dzisiejszym świecie jest rzadkością. Jak się zachowywać w tym zwariowanym świecie? Może odpowiedź wydaje się troszkę naiwna, ale reżyser jest w tej naiwności szczery. Troszkę pod tym względem przypomina Franka Caprę, tworzącego w zbliżonym tonie.

cud na 34 ulicy3

Co sprawia, że mogę uwierzyć w tą historię? Poza dobrze napisanym scenariuszem z paroma ciętymi dialogami oraz bardzo dobrą reżyserią jest to zdecydowanie aktorstwo. Absolutnie rewelacyjny jest Edmund Gwenn w roli Kringle’a, który dobroć ma niejako wypisaną na twarzy. Widać jak ma duży ma wpływ w scenach rozmów z dziećmi czy w duecie z Natalie Wood (Susan). Nie umiem opisać zachwytu nad tą kreacją, bez której ten film rozleciałby się w szwach. Równie udane występy zalicza skontrastowany duet Maureen O’Hara (racjonalna, szczera do bólu Doris Walker)/John Payne (mecenas Fred Gailey) czy dość antypatyczny psychiatra w wykonaniu Portera Halla.

Najbardziej zaskakujący jest fakt, że mimo lat ten „Cud” trzyma się po prostu świetnie. Jest troszkę naiwny, ale jednocześnie ciepły, bez nachalnego serwowania banałów. Jak udało się zachować magię po tylu latach? Sami się przekonajcie i sprawdźcie.

8/10

Radosław Ostrowski

Klaus

Poznajcie Jespera. Chłopak jest synem dyrektora Królewskiej Szkoły Listonoszy, który zwyczajnie robi wszystko, by wylecieć i wrócić do swojego wygodnego życia. Ojciec jednak stawia mu ultimatum, by zmienil się: mianuje go listonoszem i wysyła na prawdziwy wygwizdów zwany Smeerinsburgiem. Ma z niego zostać wysłane 6 tysięcy listów albo zostanie wydziedziczony. Wydaje się sprawą łatwą, prawda? Nic z tego, bo w miasteczku są dwa rody, które nawzajem się nienawidzą, wykorzystując wszelkie możliwe narzędzia: widły, harpuny, włócznie itp. Zadanie wydaje się niemożliwe, ale wszystko zmienia pewien przypadek.

klaus1

Mało miałem styczności z animacjami Netflixa, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. „Klaus” to produkcja hiszpańska od Sergio Pablosa, czyli scenarzysty „Jak ukraść księżyc” i rysownika związanego kiedyś z Disneyem oraz Blue Sky. Sama historia jest wariacją genezy św. Mikołaja oraz idei związanej z prezentami. I jest to prosta historia zderzenia cynicznego listonosza z bezwzględnym miasteczkiem, gdzie wrogość i niechęć są na porządku. Poza Jesperem są tutaj dwie istotne postacie: miejscowa nauczycielka (szkoła przerobiona na sklep z rybami) Alva, która pragnie wyrwać się stąd oraz mieszkający poza miastem drwal Klaus. I ta relacja między tymi bohaterami staje się intrygującym spoiwem dla całego filmu. Intryga idzie w łatwym do przewidzenia kierunku, ale sama droga wciąga jak zaspy nogi. Nie brakuje tutaj humoru (pierwsze spotkanie z mieszkańcami czy próba schwytania reniferów), który dodaje lekkości i pokazuje jak jeden gest może doprowadzić do zmiany mentalności. Co równie ważne, nie jest to ani naiwne, ani wyłożone w sposób łopatologiczny.

klaus2

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie sama animacja. Sprawia wrażenie rysowanej ręcznie, choć jedynym elementem trójwymiarowym były budynki, zaś same postacie były dwuwymiarowe, ale bardzo szczegółowe. To bardzo pomaga w budowaniu klimatu, tak samo jak wręcz epicka muzyka czy gra światłem czy wykonane wnętrza (szkoła na początku bardziej by pasowała do świata Tima Burtona), a nawet momenty zmiennego nastroju (pierwsza prezentacja Klausa, skupiona na detalach i ostrych przedmiotach przypominała troszkę horror). Jednocześnie twórcy cały czas balansują między humorem (dostarczanie prezentów), dramatem (powolna przemiana Jaspera) a akcją (finałowy pościg za saniami). Nie brakuje też momentów wzruszenia, a wszystko jest takie ciepłe, że już może stać się gościem wigilijnych seansów.

klaus3

„Klaus” ujmuje i chwyta za serducho już od pierwszych minut, co osiągają tylko nieliczni. Ciepły, mądry, a jednocześnie wierzący w dobrą stronę ludzi. Takie filmy na Święta są idealne. I nie tylko na ten okres.

8/10

Radosław Ostrowski

Święta nie na bogato

Rush Williams jest wielką gwiazdą radiowej stacji, gdzie gra „czarną” muzykę. Żyje mu się dość dobrze w wielkim domu, z czwórką dzieci oraz swoją mamą, która pomaga w wychowaniu dzieci. I żyłby tak sobie spokojnie, tylko jest jeden mały szkopuł. Parę tygodni przed świętami zostaje zwolniony, więc to oznacza zaciśnięcie pasa oraz powrót na stare śmieci. Czyli do starego domu, gdzie zmarła żona Rusha oraz szukanie nowej pracy.

holiday rush1

Kolejne tegoroczne dzieło spod znaku bombek, choinek i Świąt. W zamierzeniu miał to być komediodramat z morałem: że najważniejsze w świętach jest to z kim je spędzasz, a nie co dostajesz. Tą lekcję musi przejść cała rodzina (zwłaszcza rozpuszczone dzieci), jak i bardzo zapracowany ojciec. Tylko, że w przeciwieństwie do reszty rodziny, on poznał smak życia w biedzie i jest na tym polu zaprawiony. Nawet wszelkie problemy (brak możliwości uruchomienia własnej wytwórni, zaginięcie syna czy kwestia prezentów) wydają się groźne tylko na papierze. Bo rozwiązanie zostaje szybko odnalezione – czy to za pomocą rozmowy, życzliwości innych czy sprytu. A i sama przemiana postaci następuje dość szybko. Nawet jak na produkcję familijną. Wszystko wydaje się tutaj wymuszone, mechaniczne, sztuczne i naiwne. To ostatnie jeszcze można zrozumieć (bo są Święta), jednak przewidywalność i nuda towarzyszą nam aż do samego końca.

holiday rush2

Realizacyjnie film jest po prostu poprawny. Ani nie wyróżnia się niczym szczególnym, ani nie jest nic zrobione źle. Zdjęcia poprawne, montaż nie rzuca się w oczy, a muzyka jest tak świąteczna jak powinna być. Także aktorsko nie ma tutaj zbyt wielkiego pola do popisu. Jest tylko poprawnie, choć nie ma poczucia żenady. Ale chciałoby czegoś więcej, bardziej angażującego.

5/10

Radosław Ostrowski

W śnieżną noc

Netflix jak co roku serwuje kilka pozycji o tematyce świątecznej i nie odpuszcza także w tym roku. jak można krótko opisać „W śnieżną noc”? To taka młodzieżowa wersja „To właśnie miłość”, tylko po amerykańsku. Czyli gorzej? Nie do końca.

w sniezna noc1

Tutaj najważniejsze wątki są trzy. Pierwszy dotyczy bardzo nieśmiałego Tobina, który przyjaźni się z Angie, ale czuje do niej o wiele więcej. Drugi segment to przypadkowe spotkanie między gwiazdą popu Justinem a Julie. Oboje utknęli w pociągu i zamiast czekać, uciekają. Ona dostała się na studia, lecz ma poważnie chorą mamę, a on promuje nowy album ze świątecznym kawałkiem. I jeszcze jest trzecia sprawa, czyli kelnerka Dorrie, która podkochuje się w cherleaderce. A na dodatek ma ona kumpelę, która boi się, że chłopak ją zostawi i oczy ma niemal przyspawane do telefonu, co komplikuje sprawę mocno.

w sniezna noc2

Wszystkie te trzy opowieści przeplatają się ze sobą i toczą się podczas Wigilii Bożego Narodzenia. Innymi słowy niemal klasyczne kino młodzieżowe, tylko że w innym tle. Same historie są dość prościutkie (mamy tylko półtorej godziny), ale mają w sobie tyle uroku, że łatwo wejść w te historie. Ten ciepły klimat, gdzie jest od groma śniegu, są drobne świąteczne dodatki w tle. Ale tylko w tle. I o dziwo, jest parę zabawnych momentów (kłótnia z dziadkiem na temat Jaggera czy pasterka – to ostatnie to wariactwo totalne), pozwalających bardzo miło spędzić czas. W tle mamy świetną muzykę (od popowych kawałków po The Clash i Waterboys), która niekoniecznie kojarzy się z Bożymi Narodzinami. Jasne, jest to uproszczone, lekkie, zaś wszelkie problemy rozwiązywane są pod sam koniec filmu. Ale w gruncie, spodziewaliście się czegoś innego? Bo ja nie, a najważniejsze jest to, że humor nie jest ani żenujący, ani wulgarny, ani prostacki. A o to było tutaj bardzo łatwo.

w sniezna noc3

Do tego mamy przekonujących, młodych aktorów, z których najbardziej znana jest Kiernan Shipka. Wszyscy wypadają co najmniej przyzwoicie i trudno tu kogokolwiek wyróżnić z tłumu. Z drugiej strony to pozwala bardziej wejść w historię, mimo pewnej ilości klisz.

„W śnieżną noc” brakuje tylko utworu „Let It Snow”, ale o dziwo jest to naprawdę niezły film z gatunku dla nastolatków. Świąteczny klimat działa na plus, bohaterowie są sympatyczni, a czas mija naprawdę szybko. Sympatyczne kino, sprawdzające się w tym okresie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Żmijowisko

Tytułowe Żmijowisko to ośrodek agroturystyczny gdzieś na mazurskiej głuszy. Las, jezioro, ognisko – innymi słowy oaza spokoju. Ale to właśnie tutaj doszło do tragedii. Zaginęła 15-letnia Ada, córka Arka i Kamili, którzy spędzali tam wypoczynek razem ze znajomymi matki dziewczyny z czasów studiów. Mimo intensywnych poszukiwań, Ady nie udaje się znaleźć. Rok później ojciec wraca na miejsce zbrodni, by dotrzeć do prawdy.

zmijowisko1

Łukasz Palkowski wręcz zaczyna taśmowo robić seriale dla telewizji. Po „Belfrze”, „Pułapce” i „Chyłce” tym razem zmierzył się z powieścią Wojciecha Chmielarza. Książki oczywiście nie czytałem, więc nie mogę jej w żaden sposób porównać. Niemniej jest wiele znajomych motywów dla historii opartych na tajemnicy: mroczna okolica, bardzo dziany biznesmen, rodzinne niesnaski, nieprzyjemna przeszłość, tajemnice i kłamstwa. A w to wszystko zostaje wciągnięty zwykły, szary człowiek ze zniszczoną reputacją. Reżyser jednak decyduje się na zabawę chronologią, stosując aż trzy linie czasowe: chwile do dnia zaginięcia, rok po całej sytuacji oraz czas pomiędzy. Wszystko to zaznaczone innymi kolorami, przez co nie ma szansy na dezorientację ani zagubienie. I ta przeplatanka jest czymś bardzo odświeżającym, zaś osadzenie całości na Mazurach budziło klimat kryminałów… skandynawskich.

zmijowisko2

Niemniej muszę przyznać, że „Żmijowisko” bardzo mnie rozczarowało. O ile klimat potrafi uwieść, zdjęcia odpowiednio eksplorują tamtejszą faunę, to jednak problem mam z samą konstrukcją opowieści. Sama kryminalna intryga z czasem zaczyna schodzi na bardzo daleki plan, a najważniejsze zaczynają być dwa wątki. Pierwszy dotyczy fascynacji syna właścicieli ośrodka z nową koleżanką ze szkoły. Sabina ma w sobie dużo mroku, jest zafascynowana zbrodnią, a relacja staje się coraz bardziej toksyczna, niepokojąca i budząca grozę. Natomiast drugi wątek dotyczy coraz bardziej psującego się związku Arka i Kamili, który są ze sobą z powodu… nieplanowanej ciąży. Więcej jest tutaj kłótni, ciętych i ostrych słów, których kumulacją jest incydent na ognisku.  Te momenty odpowiednio podkręcają całą atmosferę, gdzie można ją kroić nożem.

zmijowisko3

Muszę też przyznać, że reżyser wie jak mylić tropy oraz potrafi zaciekawić, mimo dość nierównego środka serialu. Niemniej muszę przyznać, że bardzo zaskoczył mnie finał oraz rozwiązanie całej intrygi, którego się nie spodziewałem. Nie zdradzę wam o co chodzi, ale byłem w bardzo wielkim szoku i zostałem wpuszczony w maliny. To jest dla mnie największy atut, który jest w stanie zrekompensować słabsze momenty.

Aktorsko jest tutaj bardzo porządnie i jest kilka niespodzianek. Zaskakuje tutaj Paweł Domagała, który próbuje mocno zerwać z emploi charakterystycznego aktora z komedii romantycznych. Tutaj wciela się w bardzo wycofanego everymena, zderzonego z bardzo niezrozumiałą tajemnicą, pełen frustracji oraz lęków. To mocna i nietypowa kreacja, pokazująca dość spory potencjał tego aktora, zwłaszcza w momentach utraty temperamentu, kłótni czy oskarżeń. Dlatego tak dobrze wypada w duecie zarówno z Agnieszką Żulewską (Kamila), jak i debiutującą Daviną Reeves-Ciarą (Adaoma), choć ta druga pełni rolę partnera w śledztwie. Dla mnie jednak najlepiej z obsady wypada Cezary Pazura w roli biznesmena Rybaka oraz Kamila Urzędowska jako jego córka, Sabina. Pierwszy jest odpowiednio twardym biznesmenem, bezwzględnie dążącym do realizacji swoich celów, zaś druga jest coraz bardziej niepokojącym materiałem na manipulującą socjopatkę, zafascynowaną przemocą, krwią oraz zabijaniem. Bardzo niepokojący duet, choć nie mają ze sobą wiele scen. Z drugiego planu warto wspomnieć mocną rolę Piotra Stramowskiego (bardzo śliski Robert) oraz Wojciecha Zielińskiego (Krzysztof Trypa).

zmijowisko4

Nie wiem co tu się wydarzyło, ale „Żmijowisko” pokazuje pewne drobne wypalenie Palkowskiego. Punkt wyjścia brzmi bardzo znajomo, intryga miejscami rozłazi się, a aktorstwo i klimat nie zawsze są w stanie przyciągnąć wszystkich do samego końca. To się jeszcze dobrze ogląda, ale na miejscu reżysera uważniej dobierałbym materiał do pracy.

6,5/10

Radosław Ostrowski