Szpieg, który mnie rzucił

Audrey to typowa Amerykanka, czyli ładnie wygląda, a w głowie niekoniecznie dużo. Ale to jest nic w porównaniu z jej postrzeloną przyjaciółką, Morgan. I ma strasznego pecha: praca taka sobie, do tego jeszcze rzuca ją chłopak. Za pomocą SMS-a. Co za upokorzenie. A spokojne życie tej dwójki zmienia się, kiedy są świadkami… zabójstwa eks-chłopaka Audrey, który okazał się szpiegiem. Przed śmiercią mężczyzna prosi swoją kobietę o dostarczenie figurki nagrody do Wiednia.

szpieg rzucil1

Z komediami zza Wielkiej Wody nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Ale jeśli mamy tutaj intrygę opartą na pomyśle, że mamy dwie nie za mądre kobity wplątane w szpiegowską aferę. Wydaje się, że to będzie samograj, dający spore pole do popisu. Bałem się tylko poczucia humoru, gdzie będzie sporo prostackich żartów. O dziwo, tak się nie dzieje, choć niektóre gagi i sytuacje są mocno na granicy smaku. Dominuje tutaj zderzenie dwóch kobit ze światem tajnych agentów, gonitwy za MacGuffinem, morderców, oszustw, fałszu itd. Same sceny akcji są zrobione tak, jak na rasowe kino sensacyjne przystało: strzelaniny są podkręcone adrenaliną (jatka w kawiarni mogła by się pojawić w którejś części „Kingsman” czy samotna potyczka agenta w podniszczonej Sali gimnastycznej), pościgi budują poczucie zagrożenia (ucieczka taksówką Ubera), zaś intryga ciągle się komplikuje. Nie wiadomo kto jest kim, kto udaje przyjaciela, kto jest zdrajcą – kolejne twisty, wolty oraz zakręty. Niemniej nie czułem się w żaden sposób zdezorientowany, tempo zachowywane przez większość czasu, a po drodze zwiedzimy kawał Europy.

szpieg rzucil2

A czy wspomniałem, że film ma R-kę? Czyli będzie krew, będą rzucane kurwy na prawo i lewo (nie w sensie kobiety, tylko słowo je opisujące), trupy będą pojawiać się często, zaś zgony są zrobione w sposób szalony i miejscami bardzo kreatywny. Ale tak naprawdę „Szpieg” jest historią o kobiecej przyjaźni, będącej bardzo silną więzią, mimo kompletnie różnych charakterów. Kwestie jak wiele można dla drugiej osoby zrobić, do czego się posunąć są pokazywane w sposób nienachalny, ani prostacki. Jedynie troszkę zawiódł mnie finał, ale do tego momentu zabawa jest naprawdę dobra.

szpieg rzucil3

Zwłaszcza, że reżyserka ma w garści bombę atomową w postaci Kate McKinnon, choć zrozumiem tych, dla których ta postać będzie irytująca. Rozpędzona swoim gadulstwem, bardzo energiczna oraz z dziką wyobraźnią, jakiej nie jestem w stanie sobie stworzyć. A jednocześnie nie jest do końca świadoma swojej głupoty, co doprowadza do różnych komplikacji. Tworzy bardzo świetny duet z Milą Kunis, której postać wydaje się o wiele bardziej stąpać po ziemi. Ta więź jest tutaj mocno zaznaczona i wybrzmiewa w każdej scenie. Cała reszta ekipy (zwłaszcza tutaj tajniacy grani przez Justina Theroux i Sama Heughana) tak naprawdę jest tylko wsparciem dla tego dość pokręconego duetu.

szpieg rzucil4

„Szpieg, który mnie rzucił” to buddy movie z kobietami na pierwszym planie pożenione z komedią sensacyjno-szpiegowską. Nie zawsze ten humor trzyma poziom (ukrycie pendrive’u w… nie, nie powiem tego), tempo oraz napięcie bywa stabilne jak elektrownia atomowa podczas rozczepienia uranu, ale to i tak jedna z pozytywnych niespodzianek w ostatnim czasie. Rzadki ptak to jest, choć moja ocena jest troszkę naciągana.

7/10

Radosław Ostrowski

Przemytnik

Ta historia brzmi tak nieprawdopodobnie, że musiało się wydarzyć naprawdę. Earl Stone to starszy pan, którego największą pasją jest ogrodnictwo. To tak silna pasja, że relacje z rodziną kompletnie się zepsuły. Kontakty z byłą żoną, obecną żoną i dziećmi są bardzo mocno nadpsute, mimo że próbuje jakoś tą familię wesprzeć. Wszystko się zmienia, kiedy dostaje propozycje od jednego z biesiadników na weselu wnuczki. Mężczyzna proponuje staruszkowi pewną propozycję: dojechać do pewnego miejsca z przesyłką. W zamian dostanie pieniądze. Brzmi prosto i bez problemów? Dopiero za którymś razem odkrywa, że tą przesyłką są… narkotyki, zaś zleceniodawcy to meksykański kartel.

przemytnik1

Clint Eastwood coraz bardziej mnie zaskakuje i wywołuje we mnie podziw. Zbliżający się do 90-tki aktor i reżyser mógłby spokojnie przejść na emeryturę, bo statusu legendy nie odbierze mu nikt. Jednak nadal mu się chce. Nadal reżyseruje, coraz rzadziej występuje jako aktor (ostatni raz miał miejsce „Dopóki piłka w grze” z 2012 roku), ale zawsze intryguje oraz szuka czegoś nowego. „Przemytnik” kontynuuje nurt filmów Eastwooda, opartych na prawdziwych wydarzeniach. Cała akcja toczy się niejako dwutorowo. Z jednej strony mamy Earla i dowożenie kolejnych towarów, z drugiej mamy przeniesionego agenta DEA, mającego upolować członków kartelu.

przemytnik2

Cała sensacyjna otoczka jest tylko tłem dla naszego bohatera oraz jego próbom pogodzenia się z rodziną. Śledztwo prowadzone jest spokojnym tempem, zaś świat kartelu jest mocno przerysowany, mniej brutalny. Ci goście raczej sprawiają wrażenie sympatycznych ludzi, nie wyglądających na bezwzględnych morderców. Chociaż są dwie mocne sceny, pokazujący bardziej brutalne oblicze gangsterów. Jeśli jednak liczycie na akcje, pościgi i strzelaniny, odpuśćcie sobie. „Przemytnik” jest bardzo powolny, bardziej skupiony na postaci Earla, granego przez samego Eastwooda. Pozornie wydaje się niepozornym staruszkiem, potrzebującym pieniędzy oraz bardzo nie zgrany ze współczesnym, technologicznym światem. Ale ma w sobie więcej twardego charakteru, determinacji i mimo pewnej szorstkości budzi sympatię, o co nie było tak łatwo. Poza nim najbardziej wybija się Dianne Wiest jako była żona oraz Bradley Cooper w roli agenta Batesa, zaś reszta robi tylko za tło.

przemytnik3

Może sama opowieść nie jest specjalnie porywająca, a kilka scen wydaje się troszkę zbędnych (porównanie rodziny do kwiatów), ale „Przemytnik” ma w sobie wiele uroku oraz szczerości. Sam Eastwood nadal trzyma fason i oglądanie go dostarcza wiele przyjemności, choć tylko dla prawdziwych fanów tego twórcy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Aladyn

Każdy zna historię o Aladynie – drobnym złodziejaszku, który za pomocą magicznej lampy udało mu się wyrwać z nizin społecznych na sam szczyt. Podszywa się pod księcia, wyrywa księżniczkę jako żonę i zostaje sułtanem. No bajka. Disney już z tego zrobił animację, a nawet stworzył sequel. Kwestią czasu było ożywienie filmu animowanego na wersję z żywymi aktorami, by jeszcze raz zarobić na tym samym. Bo jak raz się sprzedało, to sprzeda się drugi raz, prawda?

aladyn1

Streszczenie historii wydaje mi się pozbawione sensu, bo wiemy o co chodzi: Jasmina, zły wezyr, Aladyn z małpką, latający dywan, Dżin, trzy życzenia. Fundament jest prosty i solidny jak sułtański pałac, nie czując się przekonany. Ale kiedy za kamerą stoi Guy Ritchie, nagle poczułem się zaintrygowany. To wydawało mi się idealnym połączeniem – mocno teledyskowy styl reżysera plus łotrzykowska opowieść, prawda? Niestety, Disney spiłował pazury reżysera, ale czy oznacza to kopiowanie jeden do jeden? Na szczęście nie, choć wszystko skupia się na trzech postaciach, które są niejako więźniami swoich kast. Aladyn to cwaniaczek z nizin, który mógłby się wyrwać i ma w sobie masę uroku, Jasmina musi być posłuszna tradycji, zdominowanej przez patriarchat, zaś Dżin jest posłuszny temu, kto potrze lampę. Bez względu na jego intencje oraz motywacje.

aladyn2

Reżyser dość ciekawie rozkłada akcenty, co jest ewidentnie odświeżające. Jasmina, choć ustawiona w pozycji księżniczki, stara się być kimś więcej niż tylko obiektem do oglądania, który można kupić podarkami czy przysięgą politycznego sojuszu. Ma bardzo twardy charakter, mówiący o chęci niezależności nad mężczyznami (poruszająca pieśń „Speachless”). Ale najbardziej widoczna zmiana dotyczy głównego złola, czyli wezyra Dżafara. Nie tylko został odmłodzony, lecz pokazany jest jako lustrzane odbicie Aladyna. A właściwie tego, kim mógłby być Aladyn – człowiekiem wpływowym, z wysokimi ambicjami, konsekwentnie dążącym do obranej ścieżki. Brakuje mu jednak pewnej demoniczności i ostatecznie okazuje się łatwym przeciwnikiem.

aladyn3

Intryga może nie zaskakuje, ale realizacja to zupełnie inna para kaloszy. Ritchie nie ma tego swojego wariackiego stylu, jaki znamy choćby z „Króla Artura” (dynamiczny montaż, zabawa chronologią, pokazywanie tych samych scen z różnych perspektyw). Ale ten kolaż baśni, musicalu oraz kina przygodowego wypada naprawdę dobrze. Kiedy trzeba jest odpowiednio wystawny, niczym produkcja z Bollywood (wjazd Aladyna jako księcia Ali – rewelacja), efekty specjalne też wydają się być na całkiem przyzwoitym poziomie, zaś scenografia i kostiumy pomagają w stworzeniu bajkowego klimatu. No i nie zapominajmy o humorze. Tutaj błyszczy zarówno Dżin, tworzący dość kumpelską relację z Aladynem, jak i mały epizodzik księcia Andersa (za mało go). Tylko, że to wygląda jakoś strasznie sterylnie, jakby było kręcone w studio zamiast w plenerach.

aladyn4

Aktorsko tutaj wybija się absolutnie rewelacyjny Will Smith w roli Dżina. Nasz ziom nie próbuje w żaden sposób zmierzyć się z legendarnym popisem Robina Williamsa w wersji oryginalnej, tylko gra tą postać po swojemu. Jego interpretacja jest taka bardziej wyluzowana, przypominająca pierwsze dokonania w jego karierze i każde jego wejście sprawia najwięcej frajdy. Grający tytułową rolę mało znany Mena Massoud ma sobie sporo uroku i wdzięku, przez co łatwo polubić tą postać, tak samo jak prześliczną Naomi Scott (z całej obsady śpiewa najlepiej) w roli Jasminy. Problem mam za to z Marwanem Kenzari, czyli Jafarem. Podoba mi się motyw uczłowieczenia czarnego charakteru, bez szarżowania, tylko że to podejście pozbawia go charakteru i mamy standardowego przeciwnika.

Powiem szczerze, że jestem lekko rozczarowany tą wersją. To nie jest zły film, ale zatrudnienie tak charakterystycznego reżysera jak Ritchie i brak możliwości rozwinięcia jego stylu jest dla mnie decyzją niezrozumiałą. Ale mimo stępienia pazurków nowy „Aladyn” dostarcza sporo frajdy, pod warunkiem, że lubicie bajki w campowym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

II wojna światowa dla wielu wydaje się jedyną słuszną wojną. Słuszną, czyli podział na dobrych i złych gości. Jednak czasem wojna sprawia wrażenie niedorzeczności, absurdu, z jakim nie da się zmierzyć. Kimś takim był porucznik John Yossarian – bombardier stacjonujący we Włoszech, a dokładnie na wyspie Primora. Nasz bohater stara się wydostać z armii, jednak liczba lotów bojowych zostaje coraz bardziej podkręcona. Nawet próba zgłoszenia się u lekarza nie jest w stanie tego uratować (tytułowy paragraf 22), więc może trzeba zastosować inne metody.

Powieść Josepha Hellera to bardzo trudny materiał na adaptację w jakiejkolwiek formie. Ubrana w szaty czarnej komedii satyra na wojskową biurokrację oraz pokazanie wojny we wręcz krzywym zwierciadle. Jak na rok 1962 (czyli kiedy wydano powieść) było jednym z mocniejszych ataków na armię, a powieść przeplatała smolisty humor z dramatycznymi, wręcz brutalnymi sytuacjami (czasem wręcz bardzo blisko siebie). I ta sklejka powodowała, że ugryzienie tej powieści przez innych twórców. Co nie znaczy, że nikt tego nie próbował. W 1971 roku swoich sił spróbował Mike Nichols, jednak mało kto o tym filmie pamięta. W tym roku zadania podjęło się Hulu, za fabułę odpowiadali Luke Davies z Davidem Michodem, a całość reżyserował George Clooney z Grantem Heslovem. Efekt?

Fani książki i tak będą rozczarowani, bo tego języka na ekran przenieść się jeden do jeden nie da. Nadal udaje się zachować absurdalność tego świata, gdzie wszystko zależy od… no właśnie, kogo? Dowódców albo interesują totalne pierdoły typu parady (Scheisskopf), albo są wręcz bezwzględnymi sadystami, dla których najważniejsze jest osiągnięcie celu za wszelką cenę (Cathcart). Wojna pokazana jest wręcz jako stan szaleństwa. Sam Yo-Yo (tak jest nazywany Yossarian) wspomina, że nie wie, kto go bardziej chce go zabić: wróg czy dowódca. I wydaje się, że nie ma wyjścia z tej matni – loty bojowe są ciągle podnoszone, przełożony zawsze ma rację, a by ukryć niekompetencje armia dokonuje szalonych rzeczy (awans sierżanta Majora Majora na… majora czy medal dla Yo-Yo za wysadzenie mostu, gdy zginął jeden z członków załogi). No i jeszcze mamy niejakiego Milo – oficera zaopatrzeniowego, który jest w stanie przehandlować wszystko ze wszystkimi, tworząc tajemniczy syndykat, gdzie wszyscy mają swoje udziały. Nawet Niemcy, choć to doprowadza do nieprawdopodobnej katastrofy.

Ale twórcom udaje się (choć pierwszy odcinek troszkę nie trafił do mnie) zachować humor – pod tym względem błyszczy odcinek 4, gdzie Yossarian towarzyszy Milo w jego wyprawach handlowych – z dramatyczną powagą. Najbardziej wyczułem to w scenach bombardowań, gdzie wszystko widzimy z perspektywy lotników. Kamera się trzęsie, słychać strzały baterii przeciwlotniczych, a im dalej w las, tym coraz bardziej śmierć zaczyna brać swoje żniwa. Yo-Yo coraz bardziej zaczyna dostawać szału i ma tego wszystkiego dość. A ja razem z nim. Kolejne próby przełamania tego kręgu kończą się coraz bardziej niedorzecznymi rzeczami, doprowadzając do buntu. Ale nawet zakończenie wydaje się bardzo gorzkie i pozbawione happy endu.

Trudno mi się przyczepić do strony realizacyjnej, gdzie większość scen jest kręcona za dnia. Wszystko skąpana jest wręcz w żółtych kolorach, co podkręca pewną nierzeczywistość tego świata. W tle gra mieszanka muzyki jazzowej z militarystycznym stylem. Chociaż są pewne przełamania tego obrazu (noc we Włoszech, zakończona aresztowaniem protagonisty), zdarza się to bardzo rzadko. Niemniej zapada w pamięć.

Tak samo pozytywnie wypada aktorstwo. W Yossariana wciela się Christopher Abbott i moim zdaniem bardzo dobrze sobie radzi z rolą jedynego normalnego w tym całym wariatkowie. Ale zderzony z rzeczywistością stara się zachować resztki człowieczeństwa i przede wszystkim – przeżyć. Mimo wszystko. Młodzi aktorzy wcielający się w członków eskadry też wypadają dobrze z Lewisem Pullmanem oraz Jonem Rudnitskym na czele. Ale dla mnie najbardziej zapadły w pamięć dwie osoby: Cathcart oraz Milo. Pierwszego gra absolutnie kapitalny Kyle Chandler, tworząc mieszankę balansującą między byciem autorytetem a idiotą. I nie ważne, czy widzimy to w scenie, gdy opieprza ludzi za nie zbombardowanie jednego miasta (jak się okazało, był to Watykan) albo podczas jakiejkolwiek odprawy. Z kolei ten drugi o aparycji Daniela Davida Stewarta pokazuje kapitalizm w najgorszej formie. Bardzo energiczny, cwany gość, odnajdujący się w kwestiach wymian i handlu jak ryba w wodzie. Taki odnajdzie się wszędzie i nie zginie.

Czy można było lepiej przenieść na ekran kultową powieść Hellera? Obawiam się, że nie, bo klimat jest zwyczajnie niepodrabialny. Ale jest w tej historii coś, co nie pozwala o sobie zapomnieć. Bardzo gorzki serial, gdzie śmiech oraz śmierć idą ze sobą w niebezpiecznym tańcu, którego finał może być tylko jeden. Sami zobaczcie jaki, jeśli się nie boicie absurdu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Glass

M. Night Shyamalan ostatnimi laty zaczynał wracać do swojej formy. Kameralna „Wizyta” oraz niemal klaustrofobiczny „Split” przypomniały talent reżysera. Pytanie jednak, czy nasz specjalista od twistów utrzymuje poziom, czy jednak sukces był przedwczesny? Na to pytanie odpowiedź powinien dać „Glass”, który był ostatnią częścią trylogii superbohaterskiej Hindusa. Ale jakiej trylogii?

glass1

Wszystko zaczęło się od roku 2000, kiedy reżyser stworzył „Niezniszczalnego”. Była to opowieść o szarym facecie, który odkrywa w sobie superbohaterskie moce. „Split” – jak się okazał – był historią o narodzinach superłotra. W założeniu „Glass” ma być ostateczną konfrontacją między Davidem Dunnem a tajemniczą Bestią. I początkowo wydaje się, że będziemy szli w tym kierunku. Dunn (obecnie szef sklepu ze sprzętem do ochrony) nadal działa jako samotny mściciel i przypadkowo trafia na ślad Kevina, przetrzymującego porwane cheerleaderki. Dochodzi do bijatyki, którą kończy interwencja policji, zaś obaj panowie trafiają do strzeżonego szpitala psychiatrycznego. Tam mają zostać poddani leczeniu oraz przekonani, że nie są superbohaterami, nie mają żadnych mocy, a nadprzyrodzone sytuacje da się racjonalnie wyjaśnić. Jakby tego było mało, razem z nimi przebywa Mr. Glass – ekscentryczny pasjonata komiksów, odpowiedzialny za wiele zbrodni.

glass2

Punkt wyjścia naprawdę dawał duże pole manewru. Reżyser powoli przygotowuje grunt do konfrontacji, choć pierwsza scena akcji wydaje się dość dziwacznie sfilmowana (kamera pokazująca zdarzenia jest przyklejona tak, by widać przód protagonisty albo jest oddalona). Niemniej to jest intrygujące, ale wszystko zmienia się z miejscem akcji. Zamiast interakcji między trójką kluczowych postaci, widzimy ich odizolowanych od siebie i pojawia się pani psycholog (Sarah Paulson będąca tutaj Człowiekiem-Ekspozycją). Cała ta relacja oraz motyw, że tzw. superbohaterowie to tylko odbicie ich problemów psychicznych miała w sobie potencjał. Ale Shyamalan za bardzo przeciąga ten wątek, przez co czułem się znużony, zaś dialogi są rzucane w tak łopatologiczny sposób, że aż to naprawdę boli. Pojawiają się zbędne retrospekcje oraz postacie niejako wspierające każdego z wyjątkowych postaci.

glass3

Najgorsze jednak Shyamalan zostawia na koniec. Oczywiście musi zaserwować masę twistów oraz wolt, a finałowe starcie okazuje się być pozbawione jakiegokolwiek napięcia. Jakby tego było mało, zachowanie postaci staje się coraz bardziej irracjonalne, zaś wielki plan Glassa oraz ostatnie 20-25 minut wywołało we mnie poczucie żenady (zwłaszcza śmierć jednego z bohaterów). Najchętniej wymazałbym je z pamięci, gdybym mógł.

glass4

Nawet aktorzy (i to nawet zdolni) nie mają tak naprawdę zbyt wiele do roboty. Bruce Willis jako Dunn miewa przebłyski oraz chwile, kiedy zaczyna wątpić w swoje moce. Ale przez większość czasu zwyczajnie siedzi i smutną ma twarz. Samuel L. Jackson przez większość filmu nic nie mówi, a nawet się nie rusza. Tylko, że w kreowaniu mistrza zbrodni wydaje się być karykaturą swojej postaci z pierwowzoru. Jedynie James McAvoy ma duże pole do popisu (w końcu ma 24 osobowości) i tylko on ciągnie całość na swoich barkach. Lekko szpanuje swoimi umiejętnościami, ale i tak wypada najlepiej.

Chciałbym powiedzieć, że „Glass” jest udanym filmem oraz intrygującą dekonstrukcją kina superbohaterskiego. Ale Shyamalan znowu zachłysnął się swoimi sukcesami, popadając na wielkich mieliznach i tworząc swój najgorszy film od czasów „Ostatniego Władcy Wiatru”. Tego się nie spodziewałem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Domino

Pamiętacie jeszcze takie czasy, kiedy Brian De Palma był jednym z najbardziej topowych reżyserów kina amerykańskiego? Kto z nas nie oglądał takich tytułów jak „Carrie”, „Człowiek z blizną” czy „Mission: Impossible”? Od czasu tego ostatniego, czyli od 1996 roku nie nakręcił zapadającego w pamięć filmu. Reżyser od lat błąka się ku produkcjom spoza hollywoodzkiego systemu i działa bardziej na terenie Europy. Najpierw była tworzona w Niemczech i Francji „Namiętność”, a teraz powraca z duńsko-francuskim „Domino”. Czy filmowiec wraca do formy?

Bohaterem jest Christian Toft – duński policjant, działający od lat ze swoim starszym partnerem. Pewnej nocy dostają zgłoszenie o przemocy domowej, więc powoli ruszają do mieszkania. Kiedy Christian wyrusza do mieszkania, już po zgarnięciu podejrzanego, znajduje zmasakrowane zwłoki oraz materiały wybuchowe do produkcji bomby. Partner Christiana zostaje zadźgany nożem, zaś podczas pościgu na dachu, razem ze sprawcą spadają na ziemię. Podejrzany zostaje zgarnięty przez tajemniczych facetów w czerni. Gliniarz razem z przydzieloną do sprawy Alex ruszają tropem terrorysty.

domino (2019)1

„Domino” jest klasycznym thrillerem, gdzie mamy zabawę w kotka i myszkę. Najbardziej zaskakujący jest udział trzeciej strony konfliktu, czyli CIA. Agent Joe tutaj próbuje wykorzystać ściganego przez policję do wytropienia szefa komórki terrorystycznej. Tutaj terroryści są tutaj przedstawieni jako żądni krwi fanatycy religijni, co chcą zatrząść światem. Nie ma miejsca na pogłębianie postaci, a wszystko idzie na klasycznych szablonach: bezwzględni źli, manipulujące tajne służby, skrywane tajemnice oraz żądza zemsty. Nadal czuć inspiracje Hitchcockiem (pościg na dachu budzi skojarzenia ze „Złodziejem w hotelu” oraz „Zawrotem głowy), a reżyser nadal bawi się formą. Fantastyczne wrażenie robi finałowa konfrontacja w slow-motion z wariacją „Bolera” Ravela w tle czy pokazana strzelanina dokonywana przez terrorystkę na podzielonym ekranie. Nadal czuć rękę reżysera, którego nie da się pomylić z nikim innym.

domino (2019)2

Niestety, fabuła nie angażuje tak mocno jak strona wizualna (choć też dość nierówna). I nawet nie chodzi o serwowanie klisz czy odkrywanie oczywistych tajemnic (relacja nowej partnerki Christiana z poprzednim partnerem, współpraca szefa policji z agentem CIA). Jeśli dołożymy do tego masę zbiegów okoliczności (namierzenie szefa komórki przez Christiana) i bardzo średnie dialogi, oglądanie może wywoływać pewne problemy. A i sam film miejscami wygląda dość tanio, jakby miał być skierowany do telewizji. Mało ludzi pojawia się na ekranie (rzadko przekracza ona trzy osoby), większość lokacji sprawia wrażenie pozbawionych oświetlenia (kamienica, gdzie zostaje zabrany podejrzany czy hiszpańska restauracja), zaś ostatnia scena wydaje się po prostu zbędna. Z drugiej jednak strony czuć dobrą rękę w prowadzeniu aktorów oraz budowaniu napięcia.

domino (2019)3

Rzeczywiście, aktorstwo (mimo szablonowo napisanych postaci) udaje się na troszkę ożywić. Nicolaj Coster-Waldau ma w sobie wiele charyzmy oraz determinacji, by stworzyć kreację żądnego zemsty policjanta, a partnerująca mu Carice van Houten wypada całkiem nieźle w roli partnerującej mu Alex. Nie czułem jednak zbyt wielkiej chemii i zgrania między tą dwójką. Na drugie planie błyszczy bardzo wyluzowany i zdystansowany Guy Pierce, nie traktujący się zbyt poważnie jako agent CIA Joe oraz Eriq Ebouaney, czyli żądny zemsty terrorysta.

Trudno mi jednoznacznie polecić ani zniechęcić do obejrzenia nowego dzieła De Palmy. „Domino” to konwencjonalny thriller, potrafiący odpowiednio zbudować napięcie, ale ma niezbyt angażującą historię. Czuć krok w dobrym kierunku i widać przebłyski na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krew na betonie

Początkowo jesteśmy zdezorientowani, bo fabuła skupia się na trzech wątkach. Pierwszy dotyczy niejakiego Henry’ego – czarnoskórego mężczyzny, który wyszedł z więzienia. Mężczyzna chce zapewnić byt swojej rodzinie, czyli puszczalskiej matce oraz niepełnosprawnemu synowi. I dostaje pewną robotę. Drugi wątek dotyczy pary już niemłodych gliniarzy: Bretta Ridgemana oraz Tony’ego Lurasettiego. Obaj zostają zawieszeni za zbyt brutalne aresztowanie podejrzanego, które zostało sfilmowane przez świadka i przez sześć tygodni nie dostaną wypłaty. Panowie decydują się zadziałać na własną rękę. I jest jeszcze trzeci wątek z tajemniczym osobnikiem. Jest cały na czarno, nosi kominiarkę, dużą pukawkę, a jego obecność wywołuje wielkie spustoszenie.

krew na betonie1

S. Craig Zahler już swoimi poprzednimi filmami pokazał się jako bezkompromisowy, ostry reżyser. Facet nie patyczkuje się z widzem, nie boi się pokazywać brutalnych scen, zaś wolne tempo może odstraszyć nawet największych twardzieli. „Krew na betonie” może się wydawać kolejnym pulpowym filmem, czerpiącym garściami z tego gatunku. Przeskoki z trzech wątków są poprowadzone płynnie aż do kulminacji. Nie mogę zdradzić zbyt wiele, bo intryga jest tutaj bardzo precyzyjnie poprowadzona. Tempo jest typowo zahlerowe, czyli bardzo wolne, a ze całość trwa dwie i pół godziny, może ona odstraszyć. Reżyser jednak nawet w wolnych momentach potrafi specjalnie zaangażować. Pozwala bardziej poznać swoich bohaterów, ich motywacje oraz coraz bardziej bezwzględny świat. Prostymi detalami (gra będąca odpowiednikiem safari) pokazuje drugie, trzecie i następne dno. Z jednej strony mamy zderzenie ze światem, który nie daje szans na spełnienie marzeń, tylko bezwzględna walką o przetrwanie. A w tej walce wiele zależy od szczęścia, sprytu oraz determinacji (choć nie zawsze). Z drugiej mamy szorstką, męską przyjaźń, która zostaje wystawiona na ciężką próbę. A z trzeciej mamy bardzo brutalny kryminał, przypominający klimatem kino z lat 70. oraz 80., co podkręca muzyka funkowo-jazzowa.

krew na betonie2

Więcej nie mogę zdradzić, ale poza jednym wątkiem, fabuła jest tutaj bardzo precyzyjnie poprowadzona, a napięcie. Nawet w pozornie nieistotnych scenach zaczyna się coraz bardziej podkręcać, włącznie z pewną woltą, wywracającą wszystko do nogami. No i jeszcze bardzo soczyste dialogi, dzięki czemu jeszcze bardziej podkręcane jest napięcie, jak też pozwalają poznać postacie.

krew na betonie3

Także aktorstwo jest tutaj naprawdę fantastyczne. Kompletnym zaskoczeniem oraz strzałem w dziesiątkę jest duet Mel Gibson/Vince Vaughn. Pierwszy jest bardzo staroświeckim gliniarzem, nie bawiącym się w politykę, bycie grzecznym, tylko skutecznie kasuje konkurentów. No i ma dość silną motywację do działania na granicy prawa. Ten drugi za to potwierdza swoją klasę, wydaje się być bardziej stonowany. Ale chemia między nimi jest bardzo silna i chciałoby się jeszcze raz zobaczyć ich w akcji. Poza nimi jeszcze jest znakomity Tony Kittles w roli twardego, ale honorowego Henry’ego, rządząc i dzieląc na drugim planie, gdzie nie brakuje znanych twarzy (m.in. Udo Kier, Don Johnson, Jennifer Carpenter oraz Thomas Kretschmann).

Powiem krótko: Zahler z filmu na film jest coraz lepszy i ciekawszy. Jeśli nie przerazi was czas metrażu oraz bardzo wolne tempo, „Krew na betonie” złapie was klimatem, scenariuszem oraz bezbłędną reżyserią. Ja nie wiem, co jeszcze może stworzyć w głowie ten człowiek.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sklep z jednorożcami

Coś ostatnio chyba bardziej odczuwalny jest trend aktorów, którzy próbują swoich sił w reżyserii. Bradley Cooper, Paul Dano, Casey Affleck czy Jason Bateman – to ostatnie przypadki z kilku lat. Do tego grona postanowiła dołączyć Brie Larson, tylko są dwa problemy. Po pierwsze, ten film powstał dwa lata temu i miał premierę na kilku festiwalach, lecz nie znalazł dystrybutora. Po drugie, po dwóch latach zainteresował się nim Netflix. A z ich filmami to bywa różnie.

sklep z jednorozcem1

Punkt wyjścia był jednak dość obiecujący: Kit to młoda dziewczyna, dla której największą ambicją jest chęć tworzenia sztuki. Problem jednak w tym, że profesorowie akademiccy nie są w stanie dostrzec jej talentu. Nawet rodzice raczej jej nie wspierają, choć działają jako członkowie grupy wsparcia. Dziewczyna decyduje się w końcu zacząć pracę w korporacji jako stażystka. I spokojnie rozwijałaby swoją karierę, gdyby nie tajemnicze zaproszenie. Do dość ekscentrycznego sklepu, gdzie można kupić… jednorożca. Tak, nie przewidziało wam się.

sklep z jednorozcem2

Larson próbuje w humorystyczny sposób pokazać, co jest najważniejsze: spełnianie cudzych oczekiwań czy znalezienie swojej własnej drogi oraz szczęścia? Symbolem tego ostatniego ma być jednorożec, a otoczenie reaguje z przerażeniem i niedowierzaniem. Problem w tym, że cała ta historia jako komedia się zwyczajnie nie sprawdza. Brzmi to wszystko bardzo sztucznie, nawet wykorzystując elementy fantastyczne. Scenariusz nie wypala, zaś najciekawsze postacie (niepewny siebie cieśla Virgil) wydają się mocno zepchnięte na dalszy plan. Całość wydaje się mocno przewidywalna, zwyczajnie nudna, zaś morał wydaje się brzmieć bardzo nachalnie. Brakuje temu filmowi lekkości, humoru – chociaż zaprezentowanie nowego odkurzacza jest cudowne – oraz interesujących, wiarygodnych postaci.

sklep z jednorozcem3

Larson-reżyserka ma problemy z narracją, ale Larson-aktorkę jest w stanie poprowadzić naprawdę dobrze. Jej Kit to dziewczyna będąca w klinczu między marzeniami a rzeczywistością. Jej powolne odkrywanie swojego ja oraz próby naprawienia relacji z rodzicami potrafią zaangażować. Dziewczyna mimo pewnych wad (egoizm, skupienie na karierze) ma w sobie wiele uroku, by dało się jej polubić. Z kolei Samuel L. Jackson jest typowym Samuelem L. Jacksonem, tylko nie bluzgającym, ale ekscentrycznym dziwakiem. Ale najciekawszy wydaje się Mamoudou Athie w roli troszkę zagubionego Virgila, dodając troszkę lekkości oraz ma niezłą chemię z Larson.

Powiedzmy to sobie wprost – nie jest to udany debiut Larson i nie jest to dobry film od Netflixa. Czy Larson będzie w stanie wyciągnąć wnioski, czy może skupi się na aktorstwie, które wychodzi jej lepiej? Czas pokaże, jednak Netflix ma lepsze dzieła w swoim dorobku. Nie warto marnować czas na „Sklep”.

5/10

Radosław Ostrowski

Zamknij się i zastrzel mnie

Colin Frampton jest brytyjskim turystą, który razem ze swoją żoną jest w Pradze. Cel jest bardzo prosty – zwiedzić miasto, a potem wrócić do siebie. Ale wypadek (na kobietę spada rzeźba) zmienia kompletnie wszystko. Mężczyzna traci sens życia i chce się zabić. Po nieudanym samobójstwie trafia na szofera Pavla Zemana, któremu proponuje zapłatę za morderstwo. Ale nasz czeski Leon zawodowiec nie jest zbyt dobry w swoim fachu.

zamknij sie i zastrzel mnie2

Co się stanie, jeśli brytyjski filmowiec pojedzie do Pragi, by zrobić czarną komedię z elementami gangsterskimi? Tak zrobił kompletnie zapomniany reżyser Steen Argo, dla którego była to jedyna pełnometrażowa robota. Problem w tym, że zderzenie brytyjskiego i czeskiego absurdu zwyczajnie gryzie ze sobą. Nasz brytyjski protagonista (Andy Nyman) jest dość irytujący, zaś jego strata za żoną to troszkę za mało, by zyskać naszą sympatię. Pozornie wydaje zderzony się z absurdami tego kraju (wymeldowanie z hotelu – zrobione za plecami czy skremowanie ciała) i próbuje się odnaleźć w tym bałaganie. Tak samo jak sytuacja Zemana, pracującego na sześć etatów (m.in. masarnia, barman, sprzątacz czy kurier), próbującego zadowolić swoją żonę (niewykorzystana w pełni Anna Geislerova). Tylko, ze jest ona bardzo stereotypowa – tylko brać, brać, brać, do tego męża zdradza ze swoim sąsiadem. Chuć silna jest od wierności. No i jeszcze jest ten gangster w czerni, sprawiający wrażenie wyrwanego z innego świata. Brutalny, bezwzględny, z dużą kasą oraz czarnym autem.

zamknij sie i zastrzel mnie1

Owszem, nie brakuje kilku porąbanych scen zgonów (zabicie żony mafioza na parkingu czy staruszki próbującej szantażować), co daje Zemanowi (jedyny wybijający się Karel Roden) okazje pokazania talentów w zabijaniu. Tylko, że nie tych ludzi, co trzeba. Intryga stawała się przewidywalna i nudna, a poza pierdołowatym Pavlem nie polubiłem nikogo. Nawet realizacja była taka sobie, wręcz na poziomie amatorskim. W tle przygrywa raczej skoczna muzyka, zdjęcia są nieostre, a montaż wydaje się rwany. Ogląda się to ciężko i bez kompletnego zaangażowania, co jest dla mnie kompletnym zaskoczeniem.

zamknij sie i zastrzel mnie3

Nic dziwnego, że „Zamknij się…” zostało kompletnie zapomniane, bo jest to absolutnie niewypał. Zderzenie czeskiego oraz brytyjskiego absurdu doprowadza do stanu kompletnej nudy, brakuje zaangażowania i… śmiechu. Zwyczajna nuda na zabój.

5/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Marvel

Jak to możliwe, że dopiero Marvel nakręcił film z superbohaterką w roli głównej? Zostając wyprzedzonym przez DC? Tego się nie spodziewałem, ale czy „Kapitan Marvel” jest w stanie chodzić na własnych nogach? Czy jest bardziej mocno powiązany z poprzednimi częściami serialu zwanego Kinowym Uniwersum Marvela? Po kolei.

Bohaterką filmu jest niejaka Vers – osoba reprezentującą rasę Kree, która jest potężnymi wojownikami w galaktyce. Prowadzą ciągłą wojnę ze zmiennokształtnymi Skrullami, dokonującymi rozpierduchy oraz ataków terrorystycznych. Podczas kolejnej akcji, jakiej celem jest znalezienie swojego człowieka, namierzonego przez Skrulli. Cała operacja okazuje się być zasadzką na Vers, która zostaje schwytana przez zmiennokształtne istoty. Podczas próby wyrwania się im, dziewczyna trafia na C-35. Czyli na Ziemię. A to oznacza dużo komplikacji.

kapitan marvel1

Tym razem ściągnięto do realizacji filmowców z kina niezależnego (reżyser Ryan Fleck oraz scenarzystka Anna Boden), by wrzucić pierwszą superwoman. Do tego sama historia jest niejako prequelem wszystkich wydarzeń z całej serii (oprócz pierwszego Kapitana Ameryka). Ale tak naprawdę jest to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i przeszłości, bo nasza protagonistka ma przebłyski pewnych zdarzeń. Zdarzeń wymazanych z pamięci oraz świadomości. To jednak podbudowa pod kolejny film z naparzanką, pościgami oraz gonitwą za MacGuffinem. Czy to oznacza, że jest nudno? Twórcy serwują kilka wolt i niespodzianek (kluczowe retrospekcje), więc nie mogę powiedzieć za dużo, ale dojdzie do konfrontacji ze swoją przeszłością, kłamstwami oraz manipulacjami.

kapitan marvel2

Sam początek oraz akcja Kree może budzić pewien stan senny, ale w momencie trafienia Vers na Ziemię, wszystko staje się intensywniejsze. Twórcy serwują buddy movie (relacja między naszą „kosmitką” a Nickiem Fury), zaś humor kompletnie nie pozbawia całości powagi ani dramaturgii. Odkrywanie kolejnych elementów układanki oraz dojrzewanie naszej protagonistki do wykorzystywania swoich megamocy potrafi zaangażować i wciągnąć, a osadzenie fabuły w realiach lat 90. jest pewnym odświeżeniem. Sceny akcji są solidne, tak jak efekty specjalne, więc brakuje jakiegoś mocnego uderzenia, by zapaść w pamięć. Do tego wjeżdża patos, psując dobre wrażenie.

kapitan marvel3

Ale najmocniejszą kartą w talii jest absolutnie fantastyczna Brie Larson. Jej Vers (a tak naprawdę Carol Danvers) to kobitka, która nie potrzebuje mężczyzny. Zarówno jako wsparcia, jak i obiektu uczuciowego (to jest pewne novum), stanowiąca niejako samowystarczalną siłę. Początkowo sprawia wrażenie sztywnej, ale ma ona nie okazywać emocji. A jednocześnie jest to pełna sprzeczności osoba: twarda i zdeterminowana, lecz jednocześnie zagubiona, niepewna. Nie zachowuje się jak idiotka, gdy trafia na Ziemię (a tego się troszkę obawiałem), zaczynając pokazywać troszkę cieplejsze oblicze. Takiej kobity w tym świecie brakowało. I udaje się jej stworzyć silny duet z Samuel L. Jacksonem (fantastycznie odmłodzonym) jako Nickiem Fury, który zaczyna dostrzegać zagrożenie nie z tego świata. Co z tego wyniknie, wszyscy fani wiedzą. Pozytywnie za to zaskakuje antagonista grany przez Bena Mendelsohna, ale więcej nie mogę zdradzić.

„Kapitan Marvel” jest tylko (albo aż) solidnym odcinkiem marvelowej franczyzy, który – o dziwo! – można oglądać bez znajomości poprzednich filmów z tego cyklu. Może nie wybija się tak bardzo z tłumu jak „Strażnicy Galaktyki” czy „Thor: Ragnarok”, jednak potrafi dostarczyć masę zabawy i frajdy. O taką superbohaterkę nic nie robiłem.

7/10

Radosław Ostrowski