Galveston

Jest rok 1988. Roy Cody pracuje dla niejakiego pana Pitko – polskiego gangstera jako osiłek do „prostowania” kilku osobników. Jak go poznajemy jest u lekarza z nieprzyjemną diagnozą (rak płuc).  Właśnie musi objaśnić pewnemu prawnikowi związanemu ze stocznią, żeby nie podskakiwał. Ale na miejscu okazuje się, że cała akcja jest ustawiona i o mały włos nie kończy się śmiercią. Mężczyzna znajduje też przywiązaną do krzesła młodą dziewczynę, którą zabiera ze sobą. Wyruszają do miasteczka Galveston, by się ukryć.

galveston1

Nazwisko Nic Pizzolatto fanom małego i dużego ekranu mówi bardzo dużo. Serial „Detektyw”, nowa wersja „Siedmiu wspaniałych” oraz powieść „Galveston”. To drugie postanowiono przenieść na ekran przez filmowców, a dokładnie przez… Melanie Laurent, co mnie kompletnie zbiło z pantałyku. Ta francuska aktorka, której blask zaświecił najmocniej w „Bękartach wojny” od lat próbuje swoich sił jako reżyserka. Sam film jest thrillerem w klimacie Nowego Orleanu, jaki znamy z „Detektywa”, tylko bez surrealistycznej otoczki. Jeśli jednak liczycie na krwawą rzeźnię, zawody w strzelanie, to nie jest najważniejszym elementem tego filmu (choć jest kilka mocnych scen jak zasadzka na początku czy ucieczka zrealizowana w jednym ujęciu). Tutaj najważniejsza jest relacja między zgorzkniałym Codym oraz Rocky, z dość pokiereszowaną przeszłością. Ci bohaterowie próbują – być może ostatni raz – zrobić coś dobrego i poukładać ten bajzel. Dla siebie, ale też i innych. Jednak reżyserka nie serwuje klasycznego, hollywoodzkiego happy endu, bo nad pewnymi rzeczami nie zawsze ma się wpływ. I to czyni „Galvestona” jedną z ciekawszych rzeczy w tym gatunku.

galveston2

Może i przydałby się większy pazur czy silniejsze napięcie w środku filmu, ale spokojna ręka Laurent sprawia, że ten dość ponury dramat potrafi uderzyć. W czym pomaga tutaj dość zaskakujący duet. Ben Foster w roli Cody’ego jest odpowiednio twardy, szorstki oraz prześladowany przez swoje demony, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. Jednak bardziej zaskoczyła mnie Elle Fanning, która pozornie wydaje się taka jak zawsze. Ale Rocky w jej wykonaniu to jeszcze bardziej naznaczona piętnem kobieta, która chce wyrwać się z piekła, zaś więź między nią a Codym troszkę przypomina relację ojciec-córka (przynajmniej na początku), by potem ewoluować w coś znacznie głębszego, poważniejszego. I ten duet nakręca ten film, za to na drugim planie dominuje C.K. McFarland jako zadziorna  recepcjonistka Nancy.

galveston3

Muszę przyznać, że „Galveston” nie jest typowym kryminałem na jaki się zapowiadał. To bardzo wyciszony dramat o odkupieniu oraz próbie przewartościowania swojego życia, na które – podobno – nigdy nie jest za późno. Tylko, że nie każdemu jest dane to zrobić.

7/10

Radosław Ostrowski

W cieniu drzewa

Islandia – kraina chłodu, mrozu, wulkanów z tak długimi nazwami, że jedynie najstarsi górale islandzcy są w stanie je prawidłowo wymówić. Ale to tutaj zamieszkuje para sąsiadów: starsze małżeństwo oraz starszy mężczyzna z młodszą kobietą. Żyją sobie w miarę spokojnie, chociaż jest pewien poważny problem: bardzo wielkie drzewo, którego cień zasłania taras. W tym samym czasie małżeństwo syna starszych państwa rozsypuje się i dochodzi do walki o dziecko.

w_cieniu_drzewa1

Sam film jest dość dziwaczną hybrydą, jakie można spodziewać się po kraju Skandynawów. Pozornie wydaje się chłodnym dramatem, polanym mocno absurdalnym humorem. Z jednej strony powoli nakręcająca się sąsiedzka wojenka niemal w stylu „Samych swoich” zmieszanych z „Dzikimi historiami”, z drugiej jest tu dramat młodego związku ukazany z perspektywy męża. By wywołać jeszcze większą dezorientację w tle przygrywa muzyka przypominająca thrillerowy styl budowania napięcia (pulsująca elektronika, krótkie uderzenia fortepianu), co potrafi miejscami wywołać poczucie zagrożenia. Początkowo historia Arliego może wydawać się czymś, co zaburza główny wątek, jednak nawet on potrafi zaangażować i pokazuje, że pewne spięcia oraz konflikty są niejako „dziedziczone”. Im dalej w las, tym ta wojna zaczyna się nasilać, doprowadzając do wrzenia. A na wojnie – jak wiadomo – wszystkie chwyty są dozwolone: od drobnych złośliwości do bardzo brutalnych czynów, rozkręcając spiralę. Nieufność, wrogość, podejrzliwość połączona z bardzo osobistymi dramatami doprowadza do eskalacji i nie pozwala na zrobienie kroku w tył. Finał w takiej sytuacji może być tylko jeden, dosłownie wgniatając w fotel. Czy w ogóle jest szansa na spokój, przebaczenie i zakopanie topora wojennego? Reżyser raczej pozostaje pesymistą, choć widać światełko w wątku Arliego, jednak jego zakończenie jest dość zaskakujące.

w_cieniu_drzewa2

Świetna praca kamery, świdrująca muzyka, bardzo spokojny montaż tworzą intrygującą mieszankę, będącą ostrzeżeniem do czego może doprowadzić zaślepienie bólem z podejrzliwością. Jeśli dodamy bardzo mocne aktorstwo, balansujące między wyciszeniem a silną ekspresją (gdzie każda postać jest poprowadzona naprawdę fantastycznie, bez żadnej słabej sceny). I jeśli w Islandii serwują takie filmy, to chcę bliżej poznać tą kinematografię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nie jestem czarownicą

Witajcie w Zambii – afrykańskim państwie, gdzie nowe zachodnie obyczaje zostały scalone z dawnymi, kulturowymi przesądami. I właśnie tutaj żyją czarownice; nie, nie przesłyszeliście się, wzrok nadal macie dobry. Mają przywiązane wstążki do ciał, a one są do takich wielkich szpul, by nie odleciały. Jak zostajesz czarownicą, to zazwyczaj jesteś atrakcją turystyczną i pracujesz na plantacjach. Wystarczy być oskarżonym imasz wtedy wybór albo jesteś czarownicą albo kozą i każdy może cię zabić, tak po prostu. Tak się stało z pewną 9-letnią dziewczynką, która zostaje oskarżona o rzucanie czarów.

nie_jestem_czarownica1

Debiutująca reżyserka Rungano Nyoni jest Brytyjką z zambijskimi korzeniami, która pokazuje tak nieprawdopodobną historię, że musi być prawdziwa. To bardzo spokojny dramat, gdzie wiele scen dzieje się poza kadrem. Ale nawet to, co widzimy wydaje się dość dziwaczne, niezrozumiałe, pokręcone. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy niby mamy XXI wiek, a nadal ludzie wierzą w czary, szamanów i inne zabobony. I nie chodzi nawet o szamana, który jakimś rytuałem decyduje, czy ktoś jest czarownicą (potrzebna do tego kura, krąg z jakiegoś proszku). Jak inaczej fakt, że Shula (tak zostaje nazwana dzioucha) jest wykorzystywana do wskazywania przestępców czy wymodlenia deszczu dla ministra. Dziwne i niejasne relacje między szamanami oraz czarownicami, żyjącymi w dwóch państwach (czarownice mają swoją królową), wywołują konsternację, niedowierzanie, szok. Bo o dziwo, działania Shuli przynoszą profity, jakie zamierza wykorzystać jej nowy „opiekun” (minister kultury), ale jednocześnie trzeba ją edukować.

nie_jestem_czarownica2

Pozornie historia jakoś się tam toczy i opowiedziana jest nie zawsze wprost, pokazując pewne sprzeczności rządzące Afryką. Z jednej strony bieda, susza i nędza, z drugiej artykuły związane z dobrobytem (magnetofon, telefon komórkowy, peruki znanych celebrytek), bogaty dom ministra. „etniczny” posmak, który służy do sprzedania magii kontynentu lub zwykłych towarów (scena w telewizyjnym talk-show) oraz ludzka zawiść, która wystarczy do oskarżenia o czary, zaś słowo feminizm praktycznie nie istnieje, jest pozbawiony praktycznego zastosowania.

Film jest świetnie zagrany przez kompletnie nieznanych aktorów, którzy są bardzo autentyczni, zwłaszcza bardzo wycofana Maggie Mulubwa (Shula) oraz Henry P.J. Bhiri (pan Banda), tworząc najbardziej wyraziste kreacje: od próbującej się powoli wyrwać ze schematu dziewczynki oraz bezwzględnie wykorzystującego ją pana i władcy. Niesamowite, bardzo magnetyzujące postacie.

Nie dziwię się, że Wielka Brytania wystawiła ten film do walki o Oscara za film nieanglojęzyczny. Mocny, bardzo prowokujący do refleksji nad dzisiejszym światem, którego coraz bardziej nie da się zrozumieć. Jak łatwo można wykorzystać zabobony i wiarę w budowaniu porządku tego dziwacznego świata.

7/10

Radosław Ostrowski

Kong: Wyspa Czaszki

Pamiętacie King Konga? To taka wielka włochata małpa, która została zabrana ze swojego naturalnego środowiska, chce zdobyć serce pięknej kobiety, ale ginie skasowany przez tępych ludzi. To wielkie pojawiało się w kinie parę razy (ostatnio w 2004 roku), lecz tym razem znowu powraca jako część większego uniwersum. Bo teraz po sukcesie Marvela, każdy chce mieć swoje własne uniwersum.

Początek to rok 1944, gdzie na opuszczoną wyspę spadają dwa rozbite samoloty, pilotowane przez żołnierzy dwóch stron konfliktu wojny na Pacyfiku. I już byli gotowy do wzajemnego wymordowania się, gdy pojawił się on – wielki, owłosiony, potężny małpiszon w rozmiarze XXL. Potem trafiamy do roku 1973, kiedy w Wietnamie rozpętuje się pokój, czyli amerykańscy wojacy zbierają dupę w troki i mają wracać do domu. Jednak tajemnicza organizacja Monarch kierowana przez Billa Randę chce zorganizować ekspedycję naukową na kompletnie nieznaną, niezbadaną przez ludzi Wyspę Czaszek. Do ekipy naukowców wchodzą żołdacy pod wodzą pułkownika Packarda, były wojskowy brytyjskiej armii, a obecnie tropiciel oraz fotoreporterka (anty)wojenna.

kong1

Reżyser Jordan Vogt-Roberts, który wcześniej zrobił ciepło przyjętych „Królów lata”, tym razem mierzy się z realizacją dużego filmu, mającego tak naprawdę być tylko popcornową rozrywką. Czyli tak jak w ostatniej „Godzilli”, mamy widzieć dużego, zmutowanego bydlaka, który będzie siał śmierć, spustoszenie oraz totalny rozpierdol. Czyli klasyczne kino z potworkami a’la „Godzilla” czy „Pacific Rim”, ale… jest zaskoczenie. Bo reżyser na samym początku idzie tutaj w kino akcji, gdzie mamy troszkę koszarowego humoru, fetyszu na punkcie militariów, zabawek, helikopterów oraz kilka efekciarskich popisów operatorskich. Ta przyroda wygląda bardzo pięknie (zbliżenia na zwierzęta czy odlatujące ptaki), mimo pewnego nadużywania ulubionego slow-motion (jak te helikoptery fajnie latają, jak ten Kong w tym słońcu wygląda imponująco), zaś kamera miejscami przykleja się do pewnych rzeczy (ujęcia ze spluwy wzięte niemal z gry komputerowej). A w tle muza rockowa z lat 70. – co z tego, że ograna (rzucanie bombek w rytm „Paranoid” Black Sabbath zawsze jest super), ale robi swoją robotę.

kong2

Potem fabuła rozpada się na dwa wątki (niczym oddział naszych bohaterów) związane z dwoma, a nawet trzema postaciami: powoli zmierzającemu ku obłędowi Packardowi, dla którego wojna nigdy się nie kończy (prawie jak w „Czasie Apokalipsy”), gigantycznego Konga, będącego bogiem i strażnikiem wyspy pełnej monstrum (zmutowanych mrówek, woło-bizonów, pterodaktylowych jaszczurek – czytaliście może „Zaginiony świat” Conan Doyle’a?) oraz wplecionych w to wszystko naszych ludzików, próbujących wyrwać się stąd jak najszybciej. Do tego są jeszcze jacyś ludzie pierwotni, przypominający jakieś afrykańskie plemiona, ale to tylko dekoracja, niemniej sam wygląd wyspy potrafi wzbudzić przerażenie.

kong3

Może i jest to przewidywalne, kilka postaci jest zbędnych (chińska pani naukowiec), ale jak przychodzi do rzezi, jest ciężko i brutalnie (co z tego, że jest PG-13 i nie ma krwawych scen). Jak Kong ruszy do akcji, japa mi się automatycznie zaczęła się cieszyć. Same starcia wyglądają imponująco (walka z pterodaktylami za pomocą katany jest niemal zrzynką z „300”), czuć siłę każdego ciosu, uderzenia i kompletniej demolki (pierwsze spotkanie z Kongiem), zwłaszcza w finałowej potyczce.

Aktorstwo – tak jak fabuła – jest tutaj bardzo pretekstowa, bo i te postacie nie są wychodzą poza pewne stereotypowe klisze i nie są zbyt pogłębione. Czyli dokładnie tak jak w „Godzilli”, tylko że jest tutaj dwóch odpowiedników Bryana Cramstona z filmu Edwardsa. Po pierwsze, bardzo zaskakujący John C. Reilly w roli zaginionego weterana II wojny światowej. Początkowo wydaje się takim trochę śmieszkiem, jednak ta postać skrywa w sobie więcej głębi oraz tajemnicy. Drugim mocnym punktem jest Samuel L. Jackson jako pułkownik Kurtz, eee, Packard, dla którego wojna oraz zabijanie staje się jedynym sensem życia. Niby nic nadzwyczajnego, ale Samuelowi z obłędem jest bardzo do twarzy. W ogóle drugi plan jest bardziej ciekawy niż grający główne role (chyba główne, nie wspominając Konga) Tom Hiddleston oraz Brie Larson (wygląda niemal jak Lara Croft z ostatniego „Tomb Raidera”) – oboje piękni niczym z czasopisma, którzy zawsze dobrze wyglądają oraz kompletnie nie zapadają w pamięć. Za to Toby Kebbell w motion capture jako Kong budzi ogromny szacunek jako bezwzględna, niemal brutalna siła natury, z którą lepiej nie zadzierać.

„Kong” jako kolejna część franczyzy oraz efekciarska rozpierducha jest w stanie dostarczyć rozrywki, pod warunkiem wyłączenia komórek mózgowych. Czuć klimat starych filmów przygodowych oraz aurę pewnej niesamowitości, której nie potrafię opisać słowami. Nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski

O Matador

Brazylia kinematograficznie kojarzy się z tasiemcowymi serialami, w których po pewnym czasie logika jest totalnie zaburzona, zaś wszelkie komplikacje są tak wielkie, że nie da się w tym wszystkim połapać. Ale to właśnie tam rok temu Netflix pomógł zrealizować film tamtejszego twórcy, Marcelo Galvao na realizację swojego filmu, będącego… westernem.

Sama historia jest dość mocno pogmatwana i skupia się na pewnym mężczyźnie. W młodości, niemowlęciem będąc, zostaje znaleziony przez samotnego wojownika zwanego Siedem Uszu. Czyni z niego idealnego myśliwego, po czym wyrusza do miasta i znika. Wiele, wiele lat Blancharda już jako mężczyzna wyrusza na poszukiwania i tam poznaje francuskiego potentata, pana Bertranda, co wywołuje masę komplikacji.

o_matador1

Sama konstrukcja filmu przypomina stylistykę Quentina Tarantino, czyli łamanie chronologii oraz masa postaci, które posiadają pokręcone, mroczne historie. Ramą narracji w „O Matador” jest opowieść prowadzona przez młodego mężczyznę, podróżującego z dwójką dzieci, przez co początek może wywołać dezorientację. jest kilka scen, które później powracają jako bardziej rozwinięte. Później reżyser idzie ku bardziej efekciarskiej formie, serwując kolejne postacie (prostytutka, tajemniczy Gringo, rysownik i prawa ręka Francuza, mściciel w stroju łowcy głów), tworząc jeszcze większy chaos do tej ballady o chciwości, która doprowadza do zatracenia się, skazując na potępienie kolejne pokolenia. Niby nie brakuje strzelanin i krwi, surowego krajobrazu pustyni czy bardzo dynamicznej muzyki, granej na gitarach oraz dość wystawnej scenografii (siedziba Blancharda, jego burdel), jednak się w to wszystko zaangażować z powodu swojej bardzo epizodycznej struktury. Bo nie do końca wiemy, na kim tak naprawdę się skupić, a żadna postać (poza naszym protagonistą, później zwanym Fryzjerem) nie zostaje zbyt wyraziście napisana, pełniąc role archetypowych szablonów typu: psychopatyczny zabójca (pomocnik rysownika, który ma obsesję na punkcie czystości), perwersyjna żona głównego łotra, szlachetna prostytutka, samotny mściciel etc.

o_matador2

„O Matador” jest bardzo wymagającym filmem, który chciałby wnieść troszkę świeżej krwi do westernowej konwencji, jednak nie za bardzo wie, co chce opowiedzieć. Aktorsko jest dość solidnie (najbardziej wybija się troszkę dziki Diogo Mordago), jest parę mocnych scen, ale to troszkę za mało, by zapadł bardziej w pamięci. Wielka szkoda.

6/10 

Radosław Ostrowski

Halloween

Każdy ma swoje ulubione gatunki, jeśli chodzi o horror und groza. Jednym z podgatunków jest slasher, czyli konfrontacja zazwyczaj młodych, nieodpowiedzialnych nastolatków z bardzo niebezpiecznym psycholem, co ma siłę w mięśniach i nic nie jest go w stanie powstrzymać (symbol czystego zła). Takich filmów powstało w ilościach hurtowych, że coraz bardziej ten schemat zaczyna drażnić. I rodzi się pytanie, czy z perspektywy współczesnego widza, filmy tego gatunku z przełomu lat 70. oraz 80. nadal potrafią wywołać strach, przerażenie i grozę? Jednym z tych śmiałków, którzy zbudowali tą konwencję był John Carpenter ze swoim „Halloween” z 1978 roku.

Punktem wyjścia jest popełniona w 1962 roku morderstwo, które popełnił niejaki Michael Myers. Trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie po piętnastu latach ucieka i wraca do rodzinnego miasteczka, by znów zasiać grozę. W ślad za nim wyrusza dr Sam Loomis, tylko czy nie będzie za późno. A w tym samym czasie trzy małolaty planują zrobienie wspólnej imprezy, co może się źle skończyć.

halloween_19781

Reżyser bardzo spokojnie buduje atmosferę strachu i szokuje już na dzień dobry. Sama scena pierwszego zabójstwa pokazana z oczu bohatera potrafi zbudować napięcie, a samo odkrycie tożsamości zabójcy nadal wywołuje szok. Historia toczy się tutaj bardzo powoli, wręcz dwutorowo: bo mamy zarówno tajemniczego Myersa, który straszy tutaj w bardzo prosty sposób (wejście serwowane pamiętnym tematem przewodnim): Myers pojawia się albo gdzieś w tle, by w następnym ujęciu zniknąć albo widzimy częściowo sylwetkę antagonisty, co troszkę przypomina taktykę pierwszych filmów Stevena Spielberga. Nawet jak widzimy pełną sylwetkę, to jest ona na tyle daleko, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć wyraźnie jego twarzy. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza z powodu wykorzystywania mroku, z którego nasz zły potrafi wyskoczyć w każdej chwili.

halloween_19782

Z drugiej strony mamy grupkę nastolatków, którzy tego dnia chcą pójść na żywioł i stracić dziewictwo. Kontrastem dla nich jest Laurie Strode, która reprezentuje wszelkie konserwatywne wartości, dając jej (zgodnie z panującym szablonem tego gatunku) największe szanse na przetrwanie. Jeśli spodziewacie się wiader krwi, hurtowo zarzynanych małolatów oraz głupawych zachowań naszych bohaterów, to… będziecie mieli tylko to ostatnie (moment, gdy małolata po stosunku czeka na faceta i gdy pojawia się Myers w prześcieradle, nie odpowiadając na jej słowa). Carpenter – być może z powodu cenzury czy za małego budżetu – serwuje śladowo krew oraz sceny erotyczne, co działa tutaj na plus. Nawet jump-scare’y (ale bez typowego dla chwytu podbudowania odpowiednią ilustracją) miejscami nadal potrafią działać, włącznie z otwartym finałem, co kompletnie mnie zaskoczyło.

halloween_19783

Aktorsko jest to poziom kina klasy B, czyli niskobudżetowej produkcji, bez znanych twarzy. Wyjątkiem jest tutaj Donald Pleasence w roli dr Loomisa, który jest tutaj odpowiednikiem profesora van Helsinga w tym świecie. Wie o swoim przeciwniku zadziwiająco dużo, wygląda bardzo tajemniczo, nosi broń, serwując bardzo niepokojące słowa. Z młodych aktorek największe wrażenie robi Jamie Lee Curtis w roli sympatycznej Laurie, która zostaje zmuszona do fizycznej konfrontacji i wychodzi dość poturbowana. Cała reszta postaci po prostu jest i albo potrafi wkurzyć (Nancy Kyes), albo jest mi kompletnie obojętna.

Powiem szczerze, że spodziewałem się, iż „Halloween” będzie raczej śmieszył niż budził przerażenie. A jednak Carpenterowi udało się klimat zagrożenia, mimo pewnych głupotek oraz stosowania dość prostych tricków (operowanie dźwiękiem, wszechobecny mrok), dając podstawę kolejnym (bardziej lub mniej brutalnym) popisom kolejnych rzeźników kina grozy pokroju Jasona czy Freddy’ego Krugera. A to spore osiągnięcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hereditary. Dziedzictwo

Z horrorami to jest tak, że straszyć można na setki różnych sposobów i trudno znaleźć taki idealny straszak. Jedni wolą hektolitry, tryskającej się krwi, inni ciągle podbudowanie za pomocą jump-scare’ów, a inni chcą czuć bardziej podskórne poczucie zagrożenia za pomocą budowania tajemnicy oraz nastroju. W tym kierunku postanowił pójść bezczelny debiutant Ari Aster. Wszystko zaczyna się od… pogrzebu. Umiera najstarsza członkini rodu Graham, która zajmowała się spirytualizmem. Jej rodzina (córka, zięć i dwoje wnucząt) próbuje po tym funkcjonować, jednak zaczynają się wokół nich dziać dziwne rzeczy z wykopaniem grobu zmarłej, zaś impulsem kumulującym kolejne wydarzenia staje się śmierć 13-letnie Charlie w wypadku. Wtedy niemal cała rodzina, a zwłaszcza głowa rodziny (Annie) zaczyna coraz bardziej wariować.

hereditary1

Reżyser nie chce tutaj – przynajmniej na początku – iść na łatwiznę i bardzo mocno trzyma się ziemi. Niby tu mamy idealną rodzinę, która musi przepracować utratę najbliższej osoby i zaczynamy odkrywać kolejne rodzinne tajemnice: że matka lunatykowała (i próbowała zabić swoje dzieci), że babcia miała silny wpływ na wnuczkę (nawet karmiła ją swoim mlekiem), a syn jara zioło (to akurat nie ma dużego znaczenia). I niemal przez połowę filmu zacząłem się zastanowić, czy naprawdę ktoś uwziął się na tą rodzinę, czy po prostu matka oraz zaczynają znajdować się na granicy stanu obłędu. Poczucie niepokoju potęguje tutaj świetna robota operatorska, z odpowiednim wykorzystywaniem światłocienia oraz odpowiednio świdrującą muzyką, nawet w pozornie normalnych sytuacjach.

hereditary2

Jest tutaj kilka mocnych scen (gwałtowna eksplozja Annie w kuchni, dziwaczne zachowanie wnuczki, sam wypadek czy rozmowa syna z lunatykującą matką, gdzie gdy ona mówi panuje TOTALNA cisza, zaś jej słowa odbijają się niczym w studni), przez co zaczyna się włos jeżyć na głowie. I potem zaczyna się wszystko zmierzać w taką stronę jak „Uciekaj”, czyli rozwiązanie jest kompletnie wzięte z innej bajki, wywołując u mnie totalny zgrzyt. I okazuje się, że – SPOJLER (innymi słowy, nie czytaj, chyba że oglądałeś) – chodzi o opętanie, mające na celu sprowadzić kolejne wcielenie Szatana, stworzenia nowego Kościoła, bla bla bla, pierdu pierdu. I wszystko to zostało zaplanowane przez babcię, która należała do sekty, nie dając kompletnie szansy na powstrzymanie tego (KONIEC SPOJLERA). Za takie psucie konsekwentnie budowanej aury, reżyser powinien – cytując znanego YouTubera – zapierdalać na galerze. Jak ja tego nienawidzę.

hereditary3

Jeśli coś trzyma ten film za pysk, to jest to REWELACYJNA, grająca rolę życia Toni Collette. W jej wykonaniu Annie jest bardzo neurotyczna, mocno balansująca na krawędzi załamania nerwowego, grając niemal całym ciałem. I te oczy – tam wszystko się kumuluje, a jak krzyknie, będą ciary aż do samego końca. Nie wiem, jak to inaczej nazwać, ale ta kreacja jest fantastyczna, bez popadania w przerysowanie, groteskę, parodie, o co było tutaj bardzo łatwo. Pozostała obsada, choćby nie wiem jak się starała (a stara się, co widać na przykładzie Alexa Wolffa czy wyglądającej dziwnie Milly Shapiro), pozostaje mocno w cieniu Collette.

„Dziedzictwo” wydaje się być dobrym kierunkiem w kinie grozy, który ma szansę zapaść bardzo głęboko w pamięci. Gdyby nie finał, byłby to naprawdę znakomity horror. Może następnym razem się uda.

7/10

Radosław Ostrowski

Wyspa Psów

Japonia z perspektywy cudzoziemca może się wydawać dziwacznym krajem, z niesamowicie postępującą technologią, silnie zakorzenioną tradycją (sumo, haiku, sushi) oraz uwielbieniem do wszystkiego, co małe. Ale tym razem Japonii przyjrzy się pewien amerykański ekscentryk o imieniu Wes Anderson, postanowił przyjrzeć się Krajowi Kwitnącej Wiśni.

Idziemy 20 lat w przyszłość, gdzie w mieście Megasaki władzę trzyma rodzina Kobayashi, który nienawidzi psów, wielbiąc za to puszyste czworonogi zwane kotami. W tym samym czasie wybucha wielka epidemia choroby psów. Zwierzęta zarażają, są bardzo agresywne i bardzo niebezpiecznie. Dlatego zostaje wydany dekret, gdzie czworonogi zostają wysłane na Wyspę Śmieci, która jest jednym wielkim wysypiskiem. Tam zwierzaki są zdane na siebie, jednak pewnego dnia dochodzi do dość dziwnej sytuacji, bo na wyspę przylatuje samolot z 12-letnim chłopcem. To adoptowany syn burmistrza, Atari Kobayashi, który wyrusza na poszukiwanie swojego psa-ochroniarza Ciapka – pierwszego psa zesłanego na wyspę. A w wyprawie pomaga mu psia banda: Wódz, Rex, Książę, Król i Szef.

wyspa_psow1

Anderson drugi raz (wcześniej był „Fantastyczny pan Lis”) sięga po animację poklatkową, czyli wykorzystująca pracę kukiełek, które są ręcznie sterowane przez każdą klatkę fabuły. Sama forma jest bardzo typowa dla stylu Andersona – symetryczność kadrów, narrator wiedzący wszystko, zabawa chronologią, skupienie na detalach (nowością jest znany choćby z filmów De Palmy podzielony ekran) oraz bardzo specyficzne poczucie humoru. Sama historia toczy się dwutorowo: z jednej strony mamy poszukiwania psa oraz historia powolnej ewolucji Wodza, z drugiej mamy polityczną intrygę pokazującej drugie dno całej epidemii, którą rozgryza amerykańska studentka. I obydwa te wątki łączą się w mocną historię pokazującą manipulację ludźmi oraz jak bardzo łatwo wywołać psychozę strachu. Tylko, że dla mnie te gierki na szczycie władzy, które mocno przypominają reguły znane z systemów totalitarnych, była nie tyle przewidywalna oraz bardzo czytelna, ale kompletnie nieangażująca i wtórna. Nadal imponuje strona plastyczna, z nasyconymi kolorami oraz bardzo płynnej pracy kamery.

wyspa_psow2

Ale najbardziej świeże – poza miejscem akcji – jest sposób komunikacji, ponieważ Anderson stosuje bardzo sprytny trick. Otóż, ludzie mówią w swoim języku, a wszystko jest po angielsku tłumaczone: czy to za pomocą maszyn, tłumacza czy właśnie studentki. Za to wszystkie psy mówią po angielsku, co tylko wywołuje poczucie obcości, alienacji. To tylko pokazuje, że mimo pewnych komunikacyjnych problemów da się stworzyć silną więź między człowiekiem a zwierzęciem. I jest też źródłem kilku niezłych żartów. Ale duch Japonii jest tutaj mocno obecny: nie tylko z powodu japońskich napisów czy elementów kultury w postaci wierszy haiku (pięknych), walki sumo, teatru czy warstwy muzycznej, ale też niejako estetyki oraz pewnego – nie wiem jak to nazwać – nastroju, co widać w rozmowach Wodza z Nutmeg.

wyspa_psow3

Do tego jest fantastycznie dobrana obsada głosowa. Poza stałą ekipą Andersona – Bill Murray (ciepły Boss), Edward Norton (rozgadany Rex), Jeff Goldblum (zbierający plotki Książę), Harvey Keitel (szef wygnanych Gondo), Tilda Swinton (Wyrocznia) czy Frances McDormand (świetna jako tłumaczka) – pojawia się kilka nowych twarzy, a właściwie głosów. Najbardziej błyszczy kapitalny Bryan Cranston w roli bardzo szorstkiego, wręcz agresywnego Wodza. Pozornie to bardzo silny, twardy pies, naznaczony dość nieprzyjemną przeszłością oraz z uporczywą tendencją do gryzienia innych. Jednak zdarzenia powoli zaczynają go zmieniać i dostrzega, że posiadanie potencjalnego pana wcale nie musi być niczym złym. Równie świetny jest Liev Schreiber w roli poszukiwanego Ciapka, którego lojalność oraz wielka sympatia dla Atariego są wręcz namacalne i wyczuwalne w sposobie wypowiadania się. Troszkę odstaje od reszty Greta Gerwig (Tracy Walker), ale to raczej wynika z niezbyt interesującego wątku tej postaci.

Po raz pierwszy, odkąd oglądam filmy Wesa Andersona, mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony „Wyspa Psów” jest świetną technicznie oraz wizualnie bajką w niemal klasycznym stylu, przefiltrowanym przez zwariowany styl reżysera. Z drugiej nie zaangażowało mnie to aż tak bardzo jak powiedzmy „Fantastyczny pan Lis” (ale to była cudowna animacja) czy „Moonrise Kingdom”. Nadal potrafi zachwycić i ogląda się z dużą przyjemnością, jednak po Andersonie liczyłem na coś więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w kapeluszu

Poznajcie Ewę – to bardzo młoda dziewczyna, pracująca jako aktorka w teatrze w dużym mieście. Choć ma talent oraz spore predyspozycje, to jednak nie zdarzyła się jakaś poważniejsza, duża rola, dająca jej szansę na przebicie. Ale pojawia się szansa, związana z reżyserem Lewickim, które chce wystawić samego „Króla Leara” i chciałby obsadzić Ewę jako Kordelię.

kobieta_w_kapeluszu1

Kolejne spotkanie ze Stanisławem Różewiczem, czyli mamy psychologiczny dramat, będący także obserwacją środowiska artystycznego. Czyli świata teatru, które już reżyser obserwował w filmu „Drzwi w murze”. Ale zamiast dramaturga, mamy niespełnioną aktorkę, która chce się przebić. Problem jednak w tym, że sam talent nie wystarcza – potrzebne są znajomości (najlepiej z dyrektorem), przyjaźnie oraz wszelkiego rodzaju układy. Ewentualnie trzeba zwyczajnie czekać, aż los da szansę. O ile w ogóle zamierza to zrobić, bo może zdarzyć się wszystko. Różewicz przygląda się teatrowi jako miejscu nie tyle skostniałemu, co nierentownemu, przegrywającego rywalizację z telewizją czy filmem. Jednocześnie jest pewna tajemnica związana z przeszłością naszej bohaterki, a konkretnie jej ojcem, ale tego nie zamierzam wam zdradzić. Konstrukcją bardzo przypomina „Anioła z szafy”, czyli mamy zbiór scenek związanych z pracą Ewy, odwiedzanymi postaciami (starszą panią, którą się opiekuje, rozmów z koleżanką Magdą, siostrą czy swoją nauczycielką) ewentualnie w domu, gdzie jest sama.

kobieta_w_kapeluszu2

Reżyser w tej swojej obserwacji zadaje jedno, bardzo ważne pytanie o sens pracy, gdzie nie ma się szansy na rozwinięcie skrzydeł, gdzie dostajesz najwyżej epizody (tytułowa kobieta w kapeluszu), choć pragniesz sięgnąć gwiazd. I ta rutyna, zawierzenie losowi zaczyna naprawdę uwierać. I co zrobić? Dostosować się do panujących reguł, lekko niszcząc swoją wrażliwość? Wpychać się łokciami? A może zwyczajnie zrezygnować i poszukać innej pracy? Pytania zostają bez odpowiedzi, ale samo zadanie może skłonić do zastanowienia. Jest tu kilka magicznych scen (powtarzany „taniec marionetek” w połączeniu z dość pokręconą muzyką Jerzego Satanowskiego działa wręcz piorunująco czy finał na plaży), które zostaną na długo, choć wielu może się strasznie wynudzić. Ale realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo dobrze to wygląda, wyraźnie wszystko słychać, choć nie ma tutaj zabawy formą.

kobieta_w_kapeluszu3

Do tego jeszcze naprawdę świetne aktorstwo, gdzie mamy bardzo rozpoznawalne twarze takich osób jak Henryk Machalica (aktor Jan), Paweł Wawrzecki (Zbyszek) czy Krzysztof Gosztyła (fotograf). Ale drugi plan dominuje w drobnej rólce Marek Kondrat w roli reżysera, który nie potrafi się odnaleźć w sztuce ani nie posiada jakiejś konkretnej wizji. Jednak wszystko trzyma na swoich barkach Hanna Mikuć. Pozornie nie rzucająca się w oczy, ale nie można oderwać od niej oczu – mieszanka wrażliwości, lęku, pasji oraz tajemnicy. Potrafi zaskoczyć lekkością („wywiad” z Magdą), by wejść w poważniejsze tony, co jest nieprawdopodobne. Piorunująca mieszanka.

„Kobietę w kapeluszu” można potraktować jako film, który mógłby spokojnie wejść do kina moralnego niepokoju, ale Różewicz bardziej skupia się na portrecie psychologicznym niż dylematach moralnych. Mimo dość epizodycznej konstrukcji, potrafi zaintrygować, wciągnąć i wydaje się uniwersalny, mimo realiów PRL-u.

7,5/10

Radosław Ostrowski