Iluminacja

Czym jest tutaj tytułowa „Iluminacja”? Według filozofów to stan poznania wiecznych praw za pomocą duchowego oświecenia. Czegoś takiego szuka nasz bohater – Franciszek Retman. Kiedy go poznajemy kończy liceum i chce studiować fizykę. Dlaczego? Bo tam są reguły, które pomagają poznać i zrozumieć rzeczywistość. Ale ona ma pewne plany i kolejne wydarzenia zmuszają do pewnych wątpliwości.

iluminacja1

To jest moje pierwsze spotkanie z Krzysztofem Zanussim – reżyserem o bardzo szerokim wykształceniu, zainteresowaniach. I nie byłem do końca pewny czego się spodziewać: filmu w takim sensie jaki znamy czy czegoś w rodzaju wykładu, pełnego rozważań naukowych z bardzo pretekstową fabułą. Nakręcona w 1972 roku „Iluminacja” jest eksperymentem. Niby jest tutaj jakaś fabuła, skupiona wokół rozterek Retmana oraz konflikcie: nauka kontra szukanie sensu życia, kariera kontra rodzina. Bo rzeczywistość lubi weryfikować nasze przekonania oraz kierunek. Pewne spotkanie osoby: pierwsza kobieta, przyjaciele z wypraw górskich, przyszła żona, dziecko – one wywołują coś w rodzaju wątpliwości. Bo ścieżek do poszukiwań prawdy jest wiele i reżyser nie faworyzuje żadnej z nich. To może być praca naukowa (fizyka, matematyka, biologia), praca zarobkowa (kontroler butli medycznych, królik doświadczalny przy badaniach), poszukiwania duchowe (wizyta u karmelitów) – jest tutaj tyle możliwości i samemu trzeba dokonać wyborów.

iluminacja2

Ale to, co najbardziej uderza i zaskakuje to strona formalna. Zanussi zrobił film bardziej wyglądający niczym podglądanie preparatów pod mikroskopem. Emocjonalnie jest bardzo zimny, wręcz opisujący wydarzenia w sposób bardzo skrótowy, z wieloma cięciami montażowymi. Sam bohater przedstawiony jest za pomocą… dokonywanych badań i testów (badanie oczu, reakcji na impulsy, badania wagi, wzrostu), wręcz w ekspresowym tempie. Każda scenka jest tylko krótkim wycinkiem (zakochanie się, pierwszy seks, kłótnia, wyprawa w góry, śmierć przyjaciela), co dla wielu kinomanów może być barierą nie do przeskoczenia. Tak samo wplecione dyskusje oraz wykłady naukowe dotyczące iluminacji, czym jest elita, kwestii przyszłości czy mechanizmów biologicznych. Nie jest to jednak strasznie przeintelektualizowane kino, tylko dla wybrańców z tytułem doktora czy profesora, bo wszystko jest przedstawione w przystępny sposób. I to robi niesamowite wrażenie, co jest niepojęte, tak jak praca kamery (wręcz niemal reporterska) oraz niesamowita muzyka Kilara.

iluminacja3

Aktorstwo może wydawać się tutaj najmniej istotnym elementem, bo bohaterowie – poza Retmanem w wykonaniu operatora Stanisława Latałło – nie są zbyt rozbudowani ani zarysowani. Niemniej jednak udaje się stworzyć bardzo naturalne postacie, z których najbardziej wybija się Małgorzata Pritulak (Małgosia) oraz Edward Żebrowski (lekarz).

To jeden z najbardziej zaskakujących filmów, jaki kiedykolwiek widziałem. Naukowy styl, chłodna i nieszablonowa narracja, wymagające skupienia dialogi (tutaj wszystko trzeba wyłuskać) oraz bardzo otwarte zakończenie – wszystko stwarza ciekawą, nieoczywistą mieszankę. Porzućcie wszelkie wątpliwości i sięgnijcie śmiało.

8/10 

Radosław Ostrowski

Jak narkotyk

Jest rok 1980. Dla Anki to czas końca nauki w liceum, prób stworzenia własnych wierszy, czyli powolny czas wchodzenia w dorosłość. Jest jednak jeszcze jedna rzecz: coraz bardziej osłabione serce, które coraz bardziej daje o sobie znać. Lekarze dają jej góra 2 lata życia, chyba że dojdzie do operacji. Ale w kraju nikt się tego nie może podjąć. Poza tym pojawia się mężczyzna – artysta Jacek, w którym się zakochuje.

jak_narkotyk1

Sam film Barbary Sass to dziwny dramat psychologiczny, próbujący pokazać życie młodej kobiety z góry wyznaczonym wyrokiem. Jednak „Jak narkotyk” ogląda się dość ciężko, nie z powodu dwóch godzin trwania, tylko sama historia wydaje się być bardzo hermetyczna. Reżyserka próbuje skupić się na samej bohaterce, przez co przeskakujemy z jednego zdarzenia do drugiego bez bezpośredniego ciągu przyczynowo-skutkowego, wywołując kompletne zagubienie. Kolejne postacie, kolejni mężczyźni, drobne sceny zabarwione onirycznym klimatem (głównie w zielonych filtrach czy sceny, gdzie są recytowane wiersze), alkohol, seks, wiersze – miesza się tutaj wiele, a przeskoki w czasie są dość spore, przez co nie byłem w stanie się zawsze zorientować, w którym momencie życia obserwujemy bohaterkę. Ile dokładnie trwa pobyt w Londynie? Kiedy Anka zostaje wykładowcą akademickim? Kim jest tajemnicza dziewczynka, która się pojawia i znika? Wszystkiego trzeba się domyślać, co samo w sobie nie musi być złe, ale nadmiar znaków zapytania potrafi szkodzić.

jak_narkotyk2

Z jednej strony coś, co można na siłę nazwać czerpaniem z życia garściami, bo czasu jest malutko. Z drugiej strony to wszystko przypomina pęd ku autodestrukcji, jakby wszystko nie było istotne. I to wywołuje jeszcze większy chaos, zaś zachowanie Anki miejscami wydaje się niezrozumiałe, wręcz okrutne (spotkanie z Jackiem w mieszkaniu oraz rozmowy telefoniczne z nim). I nie potrafiłem tego zrozumieć, co było dla mnie przeszkodą nie do przeskoczenia. Miejscami też montaż serwuje krótkie repetycje niektórych scen tuż po sobie, sprawiając wrażenie niechlujstwa, tak jak rzadkie ujęcia z ręki, przez które niewiele widać.

jak_narkotyk3

Sytuację próbuje ratować grająca główna role Magdalena Cielecka i ta rola robi bardzo mocne wrażenie. Mieszanka radości, cynizmu, skłonności autodestrukcyjnych z delikatnością, (nad)wrażliwości jest tutaj pokazania wiarygodnie, bez cienia fałszu, tylko że trudno wejść do końca w psychikę bohaterki, co jest winą scenariusza. Z dalszego planu najbardziej wyróżnia się świetny Krzysztof Pieczyński w roli niewidomego Jacka, przykuwając uwagę samą tylko obecnością oraz obsadzony w podwójnej roli Bartosz Opania (neurotyczny Piotr oraz pewny siebie Jurek).

„Jak narkotyk” pozostaje reliktem swoich czasów, czyli lat 90., próbując się odnaleźć w nowych realiach. Próbuje coś powiedzieć w sposób bardziej ambitny, jednak fabuła po pewnym czasie zaczyna się rozmywać, przez co skupienie się jest bardzo ciężkie. Jeśli warto to tylko dla Cieleckiej, grającej wbrew późniejszemu emploi, co bardzo cieszy.

6/10

Radosław Ostrowski

Jowita

Kraków, miasto tak znane i znajome, że już bardziej się nie da. To tutaj żyje niejaki Marek Arens – bardzo młody i zdolny chłopak. Studiuje architekturę i jest bardzo dobrym biegaczem. Jest oczytany, ma wiele uroku, co sprawia, że kobiety do niego lgną niczym ćma do światła. Ale on sam nie potrafi się odnaleźć w tym całym świecie. Wszystko się jednak zmienia podczas balu przebierańców, gdzie pojawia się tajemnicza piękność w woalce. Przedstawia się jako Jowita i chce, żeby zaczekać po balu. Tylko, że ona nie pojawia się, a zamiast niej jest równie intrygująca Agnieszka.

jowita1

Dla wielu kinomanów Janusz Morgenstern zawsze pozostanie twórcą kojarzonym z produkcjami wojennymi, głównie robionymi dla telewizji („Stawka większa niż życie”, „Kolumbowie”, „Polskie drogi”). Dlatego seanse jego filmów dziejących się w czasach współczesnych realizacji mogą wprawić w sporą konsternację. „Jowita” oparta jest na bardzo popularnej w tym czasie powieści Stanisława Dygata „Disneyland” i jest to opowieść skupiona na psychice młodego bohatera. Z jednej strony jest to człowiek odnoszący sukcesy, ale nie czuje się szczęśliwy, spełniony. Wydaje się bardzo apatyczny, wręcz dryfujący po życiu, sterowany przez innych: trenera Księżaka, poprzedniego trenera Szymaniaka (bokser), który popełnia samobójstwo, wreszcie przez kobiety. Całość płynie dość powoli skupiając się na kolejnych rozmowach (niektórzy mogą się czepić, że za bardzo literackie) – zazwyczaj prowadzonych między Arensem i Agnieszką – gdzie zaczynamy odkrywać kolejne maski, twarze oraz marzenia. Nie ma tutaj tej naiwności znanej z „Do widzenia, do jutra”, pojawia się więcej cynizmu (ale nie aż tyle, co w „Trzeba zabić tę miłość”), wyrachowania oraz coraz bardziej złożonych obrazów tego, co można nazwać miłością.

jowita2

Formalnie reżyser też zaskakuje, bo całość wydaje się dwiema dużymi retrospekcjami, zaś wszystko toczy się podczas koncertu symfonicznego. Na początku to może wywołać konsternację oraz poczuciem dezorientacji, jednak to odczucie mija bardzo szybko, zaś kilka formalnych pomysłów (scena balu okraszona dźwiękowo tylko za pomocą muzyki, gra oświetleniem w scenach nocnych, krótkie zbitki montażowe) nadal robi imponujące wrażenie. Tak samo jak przepiękna, liryczna muzyka Jerzego Matuszkiewicza (temat przewodni chwyta za serducho) oraz mocny finał.

jowita3

Ten film nadal zachwyca także tym, jak jest fantastycznie zagrany. Nadal wrażenie robi Daniel Olbrychski w roli Arensa – bardzo czarującego, inteligentnego, ale jednocześnie bardzo płytkiego emocjonalnie. Widać, że czegoś szuka, tylko czego? Idealnej kobiety, o ile ona w ogóle istnieje? Stabilizacji, sensu? Wszystkie te deklaracje mogą się wydawać pretensjonalne, choć kilka zdań (m.in. kłótnia z Księżakiem czy odwiezienie przez milicję) potrafi chwycić i poruszyć. Jeszcze bardziej pociągającą była Barbara Kwiatkowska jako Agnieszka – urocza, niegłupia z pięknymi oczami. Czuć tutaj chemię między tą dwójką, co podnosi wartość filmu. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan ze Zbigniewem Cybulskim (trener Księżak) i Kaliną Jędrusik (Księżakowa) na czele.

Mimo prawie 50 lat na karku, „Jowita” ma w sobie nadal masę uroku, klimatu tamtych lat i trafnie opisuje zagubienie młodego człowieka, który może osiągnąć dużo. Tylko, czy będzie mu się chciało, czy będzie mógł się zmienić i stworzyć siebie od początku? Pierwszy krok chyba zrobił, a zakończenie nie daje odpowiedzi. Coraz bardziej mnie zaskakuje ten Morgenstern.

8/10

Radosław Ostrowski

Przesłuchanie

Rok 1950, czyli czas już powojenny. Okres, gdy można w miarę spokojnie żyć, gdzie socjalizm zaczyna się coraz lepiej wdrążać, zaś ludzie żyją szczęśliwi. Jedną z takich osób jest artystka Antonina Dziwisz – występuje w różnych miejscach, zarówno w kolektywie na wsiach i wioskach, jak i na ważnych uroczystościach. Któregoś wieczoru, mocno podchmielona zostaje odwieziona przez dwóch dżentelmenów. Gdy już odzyskuje przytomność okazuje się, że trafiła do więzienia podejrzana o współpracę z wrogiem narodu, majorem Olszą. Zaczyna się ciąg przesłuchań i tortur.

przesluchanie1

Film Ryszarda Bugajskiego otoczony jest statusem legendy, jaki za nim krąży. Dzieło, które zostało skazane na półki (gdyby nie upadek systemu w 1989 roku, pewnie dalej by tam siedział), podczas kolaudacji – odbyła się ona w środku stanu wojennego – żądano wręcz zniszczenia taśmy, realizujący dzieło Zespół Filmowy X został rozwiązany, zaś reżyserowi wręczono bilet w jedną stronę. Już same te fakty mogą rozpalać wyobraźnię, że to może być kino bardzo ostre, mocne, antysystemowe. Wielu twórców (w tym sam Bugajski) później też opowiadało o tym okresie oraz tych, którzy mieli wątpliwą przyjemność zostać osadzonymi w więzieniach. Tylko, że to byli ludzie, jakich dzisiaj zwykło się nazywać bohaterami (rotmistrz Pilecki, Kazimierz Moczarski, Danuta „Inka” Siedzikówna).

Tutaj mamy zupełnie inny przykład, bo ofiarą jest osoba politycznie neutralna: nie należy do organizacji antypaństwowych (AK, NSZ), nie jest członkiem partii, nie jest wierząca. Tonia jest zwykłym szarakiem, wrzuconym do trybów maszyny, z której wyjście jest prawdopodobnie jedno: śmierć. No chyba że zrobisz to, co ci każą: podpiszesz każde zeznanie (nawet jeśli jest w nim coś, czego nie powiedziałeś), obciążysz swoich przyjaciół i wtedy będziesz miał spokój. Ale na to, nie ma żadnych gwarancji – twoje życie jest już poza twoją kontrolą.

przesluchanie2

Bugajski zrobił bardzo surowy film pod względem formalnym: areszt jest ciasny, cele po kilka osób oraz pokój przesłuchań z biurkiem i krzesłem. Im dalej w las, tym bardziej widzimy kolejne sceny pokazujące okrucieństwo tego systemu. Nawet osoby mocno w niego wierzące są tutaj ofiarami własnych przekonań, co widać na przykładzie Witkowskiej oskarżonej o szpiegostwo („Nie byłam szpiegiem subiektywnie. Byłam szpiegiem obiektywnie, udowodnili mi to.”). Mimo złamania oraz zderzenia z aparatem, nadal pozostaje wierna systemowi, co może budzić paranoję. Dalej będą kolejne metody: zastraszanie, wyzwiska, „kąpiele”, pobicia, psychiczne znęcanie się. Im dalej w las, tym bardziej wydaje się to przerażające, ciągle zastanawiając się nad jednym: jakie jeszcze metody są wykorzystane i czy Tonia w końcu się załamie? Nie brakuje mocnych, wręcz naturalistycznych scen (pierwsza kąpiel czy próba samobójcza), sen z rzeczywistością się mieszają (świetny montaż), a poczucie izolacji potęguje nieobecna muzyka oraz zdjęcia, niemal skupione na twarzach i zbliżeniach.

przesluchanie3

A całość ożywia fantastyczne aktorstwo. Tutaj błyszczy najbardziej Krystyna Janda, chociaż można odnieść wrażenie, że jej nadekspresyjność początkowo może wydawać się dużym ciężarem. Od słowotoku, nerwowości można oszaleć, ale z każdą sceną coraz bardziej zaczynamy dostrzegać wyciszenie, obojętność, balansowanie na granicy obłąkania. I jednocześnie zastanawiałem się, co daje jej aż tyle siły, wręcz uporu. Jeszcze bardziej wybijają się przesłuchujący bohaterkę Janusz Gajos oraz Adam Ferency. Ten pierwszy wydaje się opanowanym, elegancko ubranym dżentelmenem, ale w każdej chwili potrafi zmienić się w bezwzględnego brutala, jednak to Ferency w roli Morawskiego tworzy bardziej nieoczywistą kreację: idealisty wierzącego w system, który… zaczyna w ten system wątpić. Więcej wam nie zdradzę, bo ewolucja bohatera zostaje poprowadzona w sposób bardzo przekonujący. Poza tym triem warto wspomnieć Annę Romantowską (wycofana Mira), Bożenę Dykiel (energiczna Honorata) czy… Agnieszkę Holland (Witkowska), która daje sobie radę jako aktorka.

Mimo lat, film Bugajskiego nadal potrafi chwycić za gardło z kilkoma mocnymi scenami. Brudny, szorstki, miejscami brutalny dramat szarego człowieka zderzona z nieomylnym systemem władzy ludowej – nieomylnej, słusznie sprawiedliwej, działającej zgodnie ze swoimi szczerymi ideami. No i zakończenie, które pozostaje otwarte, stawiając pytanie: co dalej?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Katyń – ostatni świadek

Londyn, rok 1947. Niedawno skończyła się II wojna światowa i świat powoli zaczyna wracać do normy. Dla Stephena Underwooda (pokrewieństwo z Frankiem Underwoodem żadne) jest to czas nudy oraz zajmowania się zwykłymi sprawami. Stephen jest dziennikarzem, który szuka swojego tematu, dającego mu pięć minut sławy. W tym czasie dochodzi do samobójstw polskich żołnierzy, przybywających w obozie – i nikogo to nie obchodzi, zaś nowo przybyły Michał Łoboda znika bez śladu. Wtedy dziennikarz trafia na trop zbrodni katyńskiej.

katyn1

Film Piotra Szkopiaka próbuje ugryźć temat Katynia z perspektywy Anglików oraz ubrać to w konwencję dziennikarskiego śledztwa a’la „Spotlight”. Problem w tym, że „Ostatni świadek” kompletnie nie angażuje i jest pozbawiony napięcia. Nawet nie chodzi o to, że wszystko oparte jest na gadanie i wygląda w bardzo teatralny sposób (jedno miejsce, kilka dosłownie postaci oraz non-stop gadanie), zaś dialogi pełnią rolę wręcz ekspozycyjną. Dzięki nim poznajemy historię Katynia (fragment pamiętnika, relacja Łobody) z jedną retrospekcją zrobioną kompletnie bez pazura. A i sama intryga prowadzona jest wręcz ospale i schematycznie z udziałem tajemniczych panów w kapeluszach na dalszym planie. Bo jest klasyczny trójkąt miłosny (ten trzeci wierzchołek to czarny charakter, pozbawiony charakteru), wszelkie próby zastraszania, znikanie świadków czy kluczowych postaci, niszczenie dowodów. Tylko, że to wszystko odbywa się w sposób bardzo mechaniczny, bez zaangażowania oraz wręcz telewizyjnym stylu. Brakuje w tym wszystkim suspensu, całość jest bardzo przewidywalna i, niestety, nudna. Doceniam fakt, że twórcy pokazują tuszowanie całej sprawy i uznanie jej za niewygodne z powodów politycznych (wygrzebane dokumenty z archiwum), co jest sporą zaletą. Szkoda, że fabuła nie angażuje i pozostaje letnia aż do końca.

katyn2

Nawet aktorzy nie są w stanie ożywić swoich bohaterów. Grający główną rolę Alex Pettyfer z wąsem a’la Michał Żebrowski jest tak pozbawiony charyzmy i tak papierowy, że słuchanie go przyprawia o ból wszystkich. Typowy śledczy, będący idealistą oraz szukającym dobrego tematu, do tego bardzo sztywny, grający wręcz jednym sposobem oraz tonem, co boli. Pojawiający się na plakacie Piotr Stramowski pełni rolę tylko i wyłącznie tła, a całość kradnie Robert Więckiewicz w roli tytułowej. Scena wywiadu w jego wykonaniu potrafi zmrozić krew, stając się najjaśniejszym punktem filmu. Podobno grał też Michael Gambon (naczelny), tylko jakoś nie miał zbyt wiele do roboty, tak samo jak Talulah Riley (Jeanette) i jej relacja ze Stephenem – pozbawiona jakichkolwiek emocji.

katyn3

„Katyń – ostatni świadek” może sprawdzić się jako film edukacyjny, pokazujący jak tuszowano sprawę Katynia na arenie międzynarodowej tuż po wojnie. Jednak jako opowiadana historia okazuje się kompletnie nieangażująca, bez jakiegoś błysku, emocji i siły rażenia. Ogromna szkoda i zmarnowany potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Kamp! – Orneta

R-7657970-1446117124-5054.jpeg

Trend na brzmienia lat 80. trzyma się bardzo dobrze od dawna, a najmocniejszy odczuwalny jest w brzmieniach elektronicznych. I na tym trendzie skorzystało też łódzkie trio Kamp!, które swoim debiutem z 2012 roku zrobiło wielką furorę. Trzy lata później przyszedł drugi album “Orneta”, którego nie udało mi się wtedy przesłuchać. Jak się broni po latach?

Otwierający całość “Half Nelson” już pokazuje z kim mamy do czynienia. Odbijające się niczym echo uderzenia, nakładające się na siebie elektroniczne pasaże, mocno przerobione wokale (ledwo słyszalne w natłoku dźwięków), “strzelająca” perkusja. Jest bardziej współcześnie niż na debiucie, ale czuć ducha synth popowych klimatów. Do tańca także zachęca “No Need to Be Kind” z bardzo łagodnymi zwrotkami, pełnymi perkusyjnych cudadeł oraz ciepłych pasaży. Nie brakuje bardziej melancholijnego “Land Rover”, gdzie znowu perkusja zadziwia, zaś wokal brzmi bardzo delikatnie, wręcz eterycznie. “Zandata Mandaya” za to zostaje ubarwiona niemal etnicznymi perkusjonaliami, zmielonymi z “rozmarzonymi” klawiszami, by przejść do mrocznego “Range Rover”

O dziwo, jest też tu pare kompozycji instrumentalnych. Pełen dziwacznych wokali “Arsene Wenger” z niemal new wave’owych popisów klawiszy. “Trap Door” ma w sobie typowe brzmienie perkusji z debiutu, a także ubarwione “ciosy” klawiszy, tworząc mieszankę taneczno-dynamiczną, coraz bardziej nasilając kolejne dźwięki czy wręcz oszczędny utwór tytułowy, pełen niepokojącego klimatu, zbudowanego dzięki eksperymentalnym popisom.

“Orneta” bardziej rozwija łódzkie trio, pozwalające sobie na więcej eksperymentowania oraz instrumentalnych popisów. Nadal jest to muzyka taneczna, z bardzo chwytliwymi melodiami, jednak tym razem wszystko zmierza ku bardziej mrocznym klimatom, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. A już wkrótce będzie nowa płyta.

8/10

 Radosław Ostrowski

Jungle – For Ever

jungle_for_ever

Kolejny duży zespół, bo aż 7-osobowa ekipa reprezentująca Londyn. Ale najważniejsi są tutaj dwaj goście: Tom McFarland oraz Josh Lloyd-Watson, którzy zaczęli grać muzykę inspirowaną soulem z lat 70. Debiut sprzed 4 lat wywołał wielką furorę, ale dopiero drugi album staje się prawdziwym testem. Czy ta muzyka rzeczywiście będzie z nami “For Ever”?

Że nadal krążymy wokół funku sprzed 40 lat, czuć już w otwierającym “Smile”, gdzie mamy rozpędzoną perkusję oraz niemal chóralny śpiew, tak zsynchronizowany jak w epoce. Dodajmy do tego charakterystyczny dźwięk elektroperkusji (niemal Kampowe! “Heavy, California”), funkowy bas (bujający “Beat 54” ze smyczkowym wstępem) oraz niedzisiejsza elektronika (“Cherry”) to najmocniejsze atuty w arsenale twórców. Także wokalne popisy kolektywu przyjemnie bujają jak w “Casio”, troszkę przypominające styl Metronomy. Nawet te bardziej minimalistyczne eksperymenty (przerobiony wokalnie początek “Mama Oh No”) czy spokojniejsze fragmenty (“House in LA”) dodają jedynie animuszu, przez co albumu słucha się ze sporą frajdą. Nawet jak wchodzą smyczki, nie wywołują one znużenia. Tak samo jak sample (początek “Cosurmyne”) czy skręt ku bliższemu popowi (“Home czy “(More and More) It Ain’t Easy”).

W zasadzie trudno się tu do czegoś przyczepić – wokale brzmią dobrze, aranżacje potrafią oczarować (wręcz epicki “Prey”), samo brzmienie też dodaje retro klimatu. Tylko albo aż dobra płyta bez ambicji na coś więcej niż czysty fun oraz podbój kilku parkietów.

7/10

Radosław Ostrowski

Twarz

Wyobraźcie sobie, że żyjecie w małym wygwizdowie, gdzie wszyscy wszystkich znają. Tutaj żyje Jacek – długowłosy chłopak, co nie chodzi do kościoła, lubi Metallikę i poznaje fajną dziewczynę, Dagmarę. Chłopak pracuje na budowie Jezusa, co ma być większy niż w Rio de Janeiro, a ona jest ekspedientką w jedynym sklepie. Przyszłość wydaje się przed nimi rysować w jasnych kolorach. Ale wypadek przy pracy zmienia wszystko, zaś Jacek dostaje nową twarz wskutek przeszczepu. Teraz wraca do siebie i próbuje się na nowo odnaleźć.

twarz1

Moja „ulubiona” reżyserka Małgorzata Szumowska wraca z nowym filmem, którego odbiór u nas i za granicą jest zupełnie różny. Z jednej strony dotyka dość trudnych tematów, wywołując ogromne kontrowersje, z drugiej zaś nie mogę pozbyć się wrażenia, że poza tym szumem nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Sama fabuła jest pretekstem do metafor, symboli czy głębszego portretu społeczeństwa. Nie inaczej jest z „Twarzą”, gdzie reżyserka pokazuje lajf na malej wsi. A jak wiemy, tam życie jest bardzo ciężkie: albo się dostosujesz, albo będziesz miał pod górkę. Po drodze zaś zobaczymy wszystkie elementy składające się na „polactwo”: rasizm, uprzedzenia, zawiść, zaściankowość, bigoteria. Do tego popijanie, media żerujące na ludzkich dramatach (obecność Krzysztofa Ibisza nie jest przypadkowa), kłótnie o majątek na cmentarzu, księdza bardziej skupionego na tym, by inni chodzili do kościoła oraz Jezusie ze Świebodzina II, rodzinę nie potrafiącą się dogadać z Jackiem (życzenia wigilijne). Brzmi znajomo?

twarz2

Dla mnie, niestety, za bardzo znajomo. Reżyserka, jeśli chciała ubrać wszystko w szyderstwo z „polactwa”, wyważyła otwarte drzwi. Wszystko to już pokazywał m.in. Wojciech Smarzowski (na poważnie i mrocznie), Marek Koterski (w grotesce) czy ostatnio Piotr Domalewski w „Cichej nocy”. I brakuje tutaj jakiegoś kontrastu, przełamania tego obrazka i stereotypów. Z kolei Jacek po wypadku zostaje zepchnięty na dalszy plan, Szumowska nie próbuje już wchodzić w jego głowę, staje się on symbolem: obcości, inności, nie do końca udanej transformacji. Nie brakuje kilku mocnych scen jak promocja w markecie dla golasów czy egzorcyzmów, tylko że to troszkę za mało.

twarz3

Sam film dobrze się ogląda, wygląda dość ładnie (zdjęcia Michała Englerta z lekko „rozmazanym” tłem), a i aktorzy robią, co mogą. Jeśli ktoś zdążył skreślić Mateusza Kościukiewicza, po tym filmie może zmienić zdanie. Aktor bardzo dobrze sobie radzi w roli niezależnego chłopaka, chcącego żyć po swojemu. Nawet w nałożonej charakteryzacji robi niesamowite wrażenie, próbując poukładać sobie życie na nowo. Wszystko na tej twarzy jest wymalowane: radość, ból, bezsilność i to działa. Jeszcze lepsza jest Agnieszka Podsiadlik, której postać (siostra) jako jedyna wspiera naszego bohatera. Każda jej obecność, tekst, pozwala miejscami rozładować napięcie (wizyta przed komisją lekarską). Nie sposób nie wspomnieć też emanującą sex appealem Małgorzatę Gorol (Dagmara) czy epizodzie Krzysztofa Czeczota (beznesmen).

„Twarz” nie odkrywa niczego nowego w kwestii portretu Polaków. Jest bardzo wtórny, mocno przegięty (nawet jak na satyrę) i pozbawiony odcieni szarości, normalności w tym obrazku. Zupełnie jakby Szumowską interesowało pokazanie z góry postawionej tezy. Tylko, że kino to nie publicystyka i czasami niektórzy o tym zapominają.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zgon na pogrzebie

Jaka uroczystość powoduje, że pojawiają się dawno nie widziani członkowie w jednym pomieszczeniu? Ślub, wesele, Wigilia, Wielkanoc. Ewentualnie pogrzeb. I to spotyka Daniela, który chce pochować swojego ojca. Mężczyzna jest niespełnionym pisarzem, który żyje w cieniu bardziej odnoszącego sukcesy brata, który przyjeżdża. Oprócz niego do domu Daniela przyjeżdża też Martha ze swoim zestresowanym narzeczonym Simonem, pragnący odzyskać ją Justin, zajmujący się dilerką Troy, oraz niepełnosprawny wuj Alfie. Co może pójść nie tak? Simon przez przypadek dostanie halucynogeny, Robert mający opłacić pogrzeb w połowie jest spłukany, do tego krąży jakiś kurduplowaty typek o wyglądzie Tyriona Lannistera, który próbuje szantażować.

zgon1

Muszę się przyznać, że widziałem amerykańską wersję tej komedii (czyli remake) z czarnoskórą obsadą, zrobioną w typowym amerykańskim stylu oraz typowym, amerykańskim poczuciem humoru. Więc znałem przebieg fabuły filmu Franka Oza i to mnie nie zaskoczyło. Ale mimo to byłem w stanie się zaśmiać w scenach, gdy galimatias – wynikający z niewiedzy – robił się coraz większy (zjarany Simon, kwestia szantażu, rodzinna tajemnica), doprowadzając do masy śmiechu tam, gdzie powinno. Nawet jest lekko kloaczna scena, która dla wielu może być barierą nie do przeskoczenia. Przy okazji reżyser przygląda się relacjom rodzinnym, pokazując pewne skrywane żale, pretensje, lęki i pozory. I ten obrazek jest zaskakująco trafny, pokazany bez cienia fałszu oraz klisz.

zgon2

Jeszcze bardziej mnie uderzyło jak to zostało zagrane. Mimo tego, ze jest to komedia, aktorzy grają jak najbardziej serio, co tylko wzmacnia humor. Trudno wymazać z pamięci Petera Dinklage’a (tajemniczy Peter) oraz próbującego robić dobrą minę do złej gry Matthew Macfadyena (Daniel). Ekran potrafi też ukraść ujarany Alan Tudyk (Simon), strasznie wyluzowany Ewan Bremmer (Justin), postrzelony Kris Marshall (Troy) oraz sprawiający wrażenie cool Rupert Graves (Robert). Reszta obsady też utrzymuje poziom, doprowadzając do rozpuku.

zgon3

 

Frank Oz na stołku reżyserskim sprawdza się dobrze, przypominając o tym, iż z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. „Zgon” pozostaje zabawny, miejscami gorzki, ale nadal daje wiele frajdy. Parę osób może odbić się niczym w lustrze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Strategia mistrza

Żadna postać w historii sportu nie wywołała takich skrajnych emocji jak Lance Armstrong. Kolarz, który siedem razy wygrał Tour de France, pokonał raka i założył fundację walcząca z rakiem, a także oszust, twórca wielkiego programu dopingowego, który szprycował się oraz innych. Były od lat przygotowywane plany filmu o tej postaci, jednak oskarżenia oraz – co jeszcze bardziej zaskakuje – przyznanie się do dopingu, wywróciło wszelkie koncepcje do góry nogami. Jak sobie z tą postacią poradził reżyser Stephen Frears?

„Strategia mistrza” zaczyna się w roku 1992, gdy Lance zaczyna drogę w Tour de France, mając niewiele doświadczenia. Zdarza mu się wygrywać pojedyncze etapy, ale chce więcej: chce wygrywać, zwyciężać. Wtedy zaczyna brać doping, jednak przełom następuje, gdy zostaje wykryty nowotwór. Udaje się go pokonać i od tej pory obiecuje, że „nigdy nie będzie blisko porażki”. Dołącza do mało znanej grupy US Postal, zmieniając reguły gry oraz dzięki pomocy dr Michele Ferrari staje się bardzo twardym zawodnikiem.

strategia_mistrza1

Frears stara się dość mocno trzymać się faktów, skupiając się na tej ciemnej stronie – oszukiwaniu testów antydopingowych, szprycowaniu się zakazanymi substancjami (EPO, testosteron, krew, woda), ale też szantażowaniu ludzi mogących coś wygadać. Problem w tym, że cała ta historia jest pokazana bardzo skrótowo (życie prywatne Lance’a – w jednej scenie poznaje piękną blondwłosą kobietę, w następnej bierze z nią ślub czy działalność fundacji), zaś same zawody kolarskie pełnią rolę tylko tła, chociaż wyglądają naprawdę nieźle. Pewnym plusem jest dwutorowość narracji: historia kolarza przeplata się z dziennikarskim śledztwem Davida Walsha, przekonanego o stosowaniu dopingu przez sportowca. Tylko, że film nie do końca wykorzystuje materiał i jest tak stronniczy.

strategia_mistrza2

Najciekawsze pytania pozostają bez odpowiedzi: dlaczego w kolarstwie (w ogóle w sportach wytrzymałościowych) jest tyle dopingu? Dlaczego sportowcy biorą? Bo nie tylko Armstrong, który stał się twarzą, lecz praktycznie każdy wtedy zażywał jakieś substancje, tylko że niewielu dało się złapać (trener jednej z drużyn na początku filmu). Samo śledztwo, czyli rozmowy z dawnymi współpracownikami nie działają (wyjątkiem jest wątek Floyda Landisa) też nie mają do końca pazura.

Jeśli coś podnosi ten film na wyższy poziom, to jest to kreacja Bena Fostera. Aktor, próbuje pokazać Lance’a Armstronga nie tylko jako koksującego skurwysyna czy szantażystę. Tutaj facet jest także świetnym biznesmenem, konsekwentnie trzymającym się swojego wizerunku „wygrywającego” człowieka. Jednak coraz bardziej widać, jak bardzo zaczyna się wikłać w kolejne kłamstwa, oszustwa z dużą pewnością siebie oraz butą. W kontrze do niego jest Chris O’Dowd, czyli dziennikarz Walsh, niemal od początku podejrzewającego Lance’a, którego trudno polubić: oskarża nie mając dowodów (na początku), jest absolutnie przekonany wobec swoich tez i jest zbyt jednowymiarowy. Drugi plan za to kradnie wyrazisty Lee Pace (cwany prawnik Bill Stapleton), świetny Guillaume Canet (dr Ferrari) oraz Jesse Plemons (Floyd Landis), dodając sporo kolorytu.

strategia_mistrza3

Doceniam to, że Frears nie próbuje wybielić Lance’a Armstronga, jednak „Strategia mistrza” pokazuje tylko jedną twarz sportowca: jako oszusta, szprycera oraz cwaniaka. Tylko w filmach (oraz podręcznikach historii) bohaterowie są jednowymiarowi. Tu prosiło się o więcej, a temat dopingu nie zostaje w pełni wykorzystany (lepiej zobaczyć „Ikara” od Netflixa).

6,5/10

Radosław Ostrowski