Warszawskie Combo Taneczne – Sto lat, panie Staśku!

sto-lat-panie-stasku-b-iext52749074

Urodziny można obchodzić na multum różnych sposobów. Można zrobić zrobić dużą imprezę, pokazać nowy film czy wydać nową płytę. Ale jak są urodziny, zaś solenizant już dawno opuścił ten świat, pozostaje nagrać tribute album. Tak też postanowił zrobić Jan Młynarski ze swoim Warszawskim Combo Tanecznym, wydając płytę w hołdzie dla Stanisława Grzesiuka – jednego z najsłynniejszych pieśniarzy warszawskiej ulicy.

Jeśli ktoś spodziewał się ewolucji oraz zmiany stylu brzmienia formacji, to się nie doczeka. Mandolina, banjo, piłka, akordeon z gitarą nadal tu grają, a uliczny klimat wręcz wycieka. Czasem pojawi się pewien drobiażdżek jak solo saksofonu w “U Bronki wstawa”, zaś siłą pozostaje zmienne tempo jak żwawsze “Choć z kieszeni znikła flota”, pełen gitar walc “Bujaj się Fela”, lekko rozbrykana “Fabrykantka”, rozkręcające się tango “Hanko” (akordeon szaleje w tle) czy wiele spokojniejsze “Kaziu nie bądź kiep” z krótkimi wstawkami fortepianowymi albo mroczny “Antek” z melancholijną gitarą czy polana smutkiem “Noc ciemna i zimna”

Poza muzyką równie istotne są teksty. Nie brakuje w nich zarówno opisów imprez, napadających bandytów, ale też spraw damsko-męskich, radości życia, lokalnego patriotyzmu czy ironicznego komentarza w sprawie wojny (“Niech żyje wojna!”), co dodaje animuszu, jest zrobione z głową, wdziękiem oraz humorem. Nie zabrakło też nieśmiertelnej “Ballady o Felku Zdankiewiczu”, “Nie masz cwaniaka nad warszawiaka” czy “Wszystkie rybki”.

Janek Młynarski na wokalu nadal robi świetną robotą, utrzymując fason i podtrzymuje tradycję ulicznego grania. Trzecia płyta zachowuje poziom poprzedników, ale też nie doprowadza do dużych zmian. Nadal się przyjemnie słucha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rojst – seria 1

Początek lat 80., małe miasteczko gdzieś w środku PRL-u. Życie płynie tutaj powoli, spokojnie, pod banderą jedynej, słusznej partii. Tam wszyscy się znają i jakoś to w miarę spokojnie wszystko działa. Aż do czasu, kiedy nocą w lesie zostają znalezione zwłoki, sztuk dwie. Pierwsza ofiara to nikt, kurewka taka, jaką można sobie znaleźć w tutejszym hotelu, ale towarzysz Grochowiak – to już zupełnie inny kaliber. Towarzysz zajmował się sprawami sportowymi i był bardzo szanowaną personą. Ale sprawa wyjaśnia się dość szybko: zabił konkubent prostytutki, narzędzia nie ma.

Dla dziennikarza Witolda Wanycza to kolejna notatka, zwłaszcza że już wkrótce wyjeżdża stąd. Ale przybywa tutaj nowy narybek gazety – Piotr Zarzycki z Krakowa. I chłopak próbuje na własną rękę wybadać sprawę, bo coś w niej jest nie tak. Wanycz próbuje go upilnować, ale sam pakuje się w inną sprawę. Odkrywa, że w czasie, gdy zamordowano lokalnego watażkę, dwoje nastolatków skoczyło z dachu bloku. Śledztwo wyciszono, bo ojcem jednej z ofiar był skazany wcześniej opozycjonista. Czy te dwie sprawy łączą się ze sobą, czy to zwykły zbieg okoliczności?

rojst1

Polskie seriale kryminalne akurat wychodziły nam co najmniej nieźle, a osadzenie w realiach PRL-u też stało się nowym trendem na naszym podwórku („Bogowie”, „Sztuka kochania”, „Jestem mordercą”). Dlatego czekałem na „Rojst”, mimo że za realizację odpowiada debiutujący na stanowisku reżysera operator Jan Holoubek. Punkt wyjścia obiecuje wiele, a dwa dochodzenia potrafią zaangażować. Ale bardziej niż odpowiedź na pytanie „kto zabił?”, reżysera interesuje zbudowanie aury tajemnicy oraz bardzo dokładne odtworzenie realiów epoki. Muszę przyznać, że wygląda to znakomicie wizualnie. Scenografia (od tapet i wyglądów mieszkań po budynki, siedzibę redakcji, szkolną dyskotekę czy sam hotel – zwłaszcza bar wieczorem) jest bardzo szczegółowa, a wykorzystane w tle fragmenty serwisów informacyjnych (radio), jak i piosenek budzi ogromny podziw – nawet szyld Społem czy Pewexu cieszy oko. Duch czasów jest wręcz namacalny, chociaż został przefiltrowany przez współczesną perspektywę (niczym w „Córkach dancingu”), co nie znaczy, że nie pokazano szarości, brudu oraz mroku, co widać choćby w domku rzeźnika czy szarych blokach. Tak samo praca kamery (m.in. wizja lokalna) oraz gra oświetleniem (scena kolacji u Zarzyckich) czy płynny montaż między retrospekcjami (sceny z dwojgiem samobójców).

rojst2

Jednak sama historia troszkę cierpi. O ile początkowo aura tajemnicy potrafi wessać, zwłaszcza gdy widzimy skrywający tajemnicę las, to dalej dwutorowość narracji zaczyna być pewnym balastem. Liczyłem na większą relację miedzy Wanyczem a Zarzyckim, która mogłaby pójść w kierunku mentor-adept, jednak wspólnych scen jest stanowczo za mało. A kiedy do nich dochodzi, wtedy zaczyna iskrzyć. Tak samo niektóre postacie i wątki nagle się urywają, znikają (postać kierownika hotelu, będącego troszkę szarą eminencją tego miasta czy prostytutki Nadji, która zostaje pobita – kto i dlaczego, nie pytajcie, bo odpowiedzi nie ma), by nagle wrócić od tak. Podobnie rozwiązanie obydwu śledztw nie dostarcza w żadnym wypadku satysfakcji – zwłaszcza główny wątek jest bardzo przewidywalny (zwłaszcza motyw i sprawca), a drugi nie daje odpowiedzi dlaczego (inaczej, rozumiem pobudki kierujące dziewczyną, ale dlaczego chłopak postanowił dołączyć do niej). W ostatnim odcinku cały klimat trafia szlag, zaś niektóre zachowania postaci (wręcz pójście pod ostrzał) zaprzeczają logice, zaś twórcy dają zbyt wiele dopowiedzeń (las przestaje być tajemniczy, motywacja Wanycza też staje się jasna). Także dialogi miejscami potrafią zaboleć (wątek ciężarnej żony Zarzyckiego – samej w mieście i ich rozmowy), można też było dodać więcej nowomowy z epoki, a nie tylko wrzucać bluzgi.

rojst3

Sytuację próbują ratować aktorzy, wyciągając z materiału prawdziwe mięcho. Przewodzi tutaj absolutnie kapitalny Andrzej Seweryn, niby wcielając się w znajomy szablon cynicznego, zgorzkniałego, zmęczonego życiem samotnika. Jednak pod tą maską kryje się człowiek zdeterminowany i uparty, przypominający troszkę swojego młodszego kolegę (świetny Dawid Ogrodnik) – idealistę, dla którego prawda jest wartością najważniejszą, bez względu na cenę. Szkoda tylko, że wspólnych scen mają tak niewiele, bo to byłby fantastyczny duet. Drugi plan jest tutaj przebogaty i pełen wyrazistych ról: od enigmatycznego Piotra Fronczewskiego (kierownik), surowego Ireneusza Czopa (prokurator) przez niezłych młodych aktorów (Nel Kaczmarek i Jan Cięciara), przekonującą Magdalenę Walach (pani Grochowiak) aż po demonicznego Jacka Belera (gliniarz Kulik) oraz groźnie wyglądającego Marka Dyjaka (rzeźnik).

„Rojst” obiecywał naprawdę wiele i część z tych założeń zrealizował. Szkoda tylko, że tuż przed linią mety potknęli się o własne nogi. Niemniej pozostaje nadzieja, że powstanie ciąg dalszy (ostatni kadr), twórcy poprawią błędy i podszlifują swoje dzieło, by błysnęło pełnym blaskiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lenny Kravitz – Raise Vibration

raise-vibration-b-iext52897392

W latach 90. rządził na parkiecie, dając wiele pop-rockowych numerów. Mimo pięćdziesiątki na karku, Lenny Kravitz nadal nagrywa, koncertuje i ma wiele energii, co udowodnił swoją ostatnią płytą “Strut”. Tylko, że to było cztery lata temu, a to oznacza, że trzeba przygotować coś świeżego oraz nowego. No I mamy nowe, 11. wydawnictwo od tego zdolnego wokalisty i gitarzysty.

“Raise Vibration” zapowiedziane było jako bardzo eklektyczne dzieło. I rzeczywiście nasz gospodarz przekaskuje z gatunków (pop, rock, soul, funk) niczym pszczółka z kwiatka na kwiatek. Początek wprawia w konsternacje, bo mamy cofkę, dużo ambientowego tła oraz roznoszący się niczym chór wokal. Takie jest “We Can Get It All Together”, ale kiedy wchodzi perkusja z gitarą elektryczną klimat zmienia się całkowicie, by zakończyć się solówka na akustycznej gitarze. Singlowy “Low” spokojnie mógłby się znaleźć na poprzednim albumie, bo duch funka (gitara i bas w połowie, wysamplowany Michael Jackson) jest bardzo obecny i strasznie buja aż do finałowego wejścia smyczków. Nad “Who Really Are The Monsters?” czuć duża dominację elektropopu polanego retro stylizacją oraz fajnymi riffami z przesterowaną gitarą. Tytułowy numer zaczyna się jak prawilny rockowy numer (zadziorne solówy + perkusja), by wejść w psychodelię lat 70. oraz dorzucić chórek na koniec (bardziej nadawałoby się słowo szaman z dziećmi), jednak kompletnie nie byłem gotowy na tak nastrojową balladę jak “Johnny Cash”. I uprzedzam: to nie jest country, ale Motown w czasach świetności przeniesiony na dzisiejsze czasy. Są smyczki, jest funkowy bas oraz ciepła gitara.

Dla poszukiwaczy bardziej lirycznych numerów jest pianistyczny “Here to Love”, nie unikający bardziej patetycznych fragmentów (refren), mogących być dla wielu ciężkostrawne. Czasy świetności Kravitza przypomina “It’s Enough”, pełen bardzo “płynącego” basu, pulsującej elektroniki, funkowego ducha, smyczków, a nawet fortepianu. Z kolei sam Kravitz w tym utworze potrafi uwieść niczym sam Marvin Gaye, by potem wejść na wyższe rejestry. I nawet nie czuć, że ten utwór trwa 7 minut (!!!). ale jeśli chcecie coś przebojowego, dostarczy wam “5 More Days ‘Til Summer” z chwytliwym refrenem oraz dynamicznymi solo na gitarze pod koniec, a także polany funkowo-jazzowym sosem “The Majesty of Love” czy rockowy “Gold Dust” z nakładającymi się wokalami w refrenie.

Mimo tego sporego rozgardiaszu, “Raise Vibration” sprawdza się jako bardzo przyjemna rozrywkowa płyta, pokazująca różne oblicza Kravitza. Gospodarz  także wokalnie staje się kameleonem: od bardzo niskiego, wręcz uwodzącego głosu, na ktoreo dźwięk kobitki czują ekstazę, po bardziej ekspresyjne, wręcz zadziorne, godne pełnokrwistych rockmanów. I tak jak “Strut”, podtrzumuje poziom Kravitza jako speca od muzyki gatunkowej z najwyższej półki. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

8/10

Radosław Ostrowski

Podatek od miłości

Na hasło „polska komedia romantyczna” wiele osób reaguje alergią, agresją, strachem i wrogością. Nachalny product placement, bohaterowie wzięci z kosmosu (nie, że wyglądają jak Obcy czy inny Predator), zachowujący się w sposób co najmniej irracjonalny i mieszkający w mieszkaniach, na jakie ich zwyczajnie nie stać, pocztówkowo pokazany świat rodem z seriali TVN, niemal te same twarze non stop (Stramowski, Roznerski, Karolak, Adamczyk) oraz kompletny brak dobrych żartów. Jakim cudem takie filmy przyciągają ogromną widownię? Nie wiem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się mniej więcej tego samego w przypadku „Podatku od miłości”, w czym utwierdziła mnie promocja. Dodatkowo całość wyprodukowało TVN, a przed kamerą stanął debiutujący reżyser Bartłomiej Ignaciuk. Idealny przepis na katastrofę, prawda?

podatek_od_milosci1

Punkt wyjścia jest dość prosty, czyli zderzenie dwójki kontrastowych bohaterów. Ona (Klara) jest sztywną, trzymającą się przepisów urzędniczką skarbową, mieszka z chłopakiem lubiącym bardziej zioło niż nią, z katolickim backgroundem oraz słoikowym rodowodem. On (Marian) nie jest młodzieniaszkiem, ale nadal ma w sobie masę uroku, utrzymuje się z… no właśnie, nie do końca wiadomo – coach, terapeuta czy męska dziwka. Już ich pierwsze spotkanie mocno elektryzowało, choć nie tak jak byśmy się spodziewali i już mieli się więcej nie zobaczyć, bo skończyło by się to wielką masakrą. Tylko, że Marian ma problemy ze skarbówką, a Klara ma zbadać całą sprawę.

podatek_od_milosci2

„Podatek” nie idzie do końca tropem klasycznego kom-romu, bo przez pierwszą połowę prowadzący jest wątek, powiedzmy, że kryminalny. Powoli zaczynamy poznawać bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – stąpają bardziej po ziemi i mają wiele problemów, pokazanych w sposób przekonujący. Ona nie chce mieć dzieci i skupia się na karierze, on z kolei próbuje pomóc swoim bliskim, pakując się w tarapaty. Momentami film potrafi poruszyć, nie brakuje miejscami ciętych, ironicznych dialogów (scena chrzcin) i przede wszystkim jest śmieszny: od slapstickowych gagów (bójka na imprezie) przez sytuacyjne scenki (obserwacja Mariana) i zderzenie charakterów. Jeśli w tle dodamy przyjemną, jazzową muzykę, płynny montaż, reżyser dostarcza wiele rozrywki. Jedyną rzeczą, do jakiej mógłbym się przyczepić jest zakończenie: niby zgodnie z konwencją, ale już za bardzo odlatuje i bazując na wielu zbiegach okoliczności. Na szczęście nie jest w stanie zniszczyć dobrego wrażenia.

podatek_od_milosci3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła obsada. Fantastyczny jest Grzegorz Damięcki jako troszkę taki amant (uroku ma więcej niż Roznerski z Zakościelnym i Karolakiem razem wzięci), od razu budzący sympatię oraz mający spore pole do działania. Bywa czasem nieporadny (wspomniana bójka czy rozmowy z siostrzenicą), ale nigdy nie popada w przesadę czy przerysowanie. Jeszcze większym zaskoczeniem była Aleksandra Domańska – tutaj tworząc mieszankę uporu, sztywności, sarkazmu z wrażliwością i empatią. Idealna mieszanka, zachowująca wiarygodność aż do końca. Co najważniejsze, czuć chemię między tymi postaciami, podnosząc film na wyższy poziom. No i drugi plan ma tutaj co robić: od solidnej Romy Gąsiorowska (Agnieszka) przez dobrego Michała Czarneckiego (śliski szef Klary) po kradnącą film epizodzik Magdaleny Popławskiej oraz trzymającego fason Zbigniewa Zamachowskiego (sfrustrowany ojciec Klasy).

Powiem szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym debiutem. „Podatek od miłości” jest zabawny, ze zgrabnie poprowadzoną intrygą, sympatycznymi bohaterami oraz nie odlatuje (poza finałem) zbyt mocno od ziemi. To na pewno kino z Polski? Aż nie chce się wierzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Płoty

Filmów opartych na sztukach teatralnych jest całe multum, tylko że tych udanych jest bardzo niewiele. Wielu widzów zniechęca ograniczona ilość lokacji, masa dialogów oraz brak klasycznie rozumianej akcji, gdzie najważniejsze są czyny i działania (w końcu kino to RUCHOME obrazki). Jednak zdarzały się film teatralne w formie, ale potrafiące zaangażować, utrzymać w napięciu („Dwunastu gniewnych ludzi”, „Glengary Glen Ross”, „Wściekłe psy”, „Rzeź”), zapominając o swoim rodowodzie. Tego samego zadania postanowił podjąć się dwa lata temu Denzel Washington.

Jesteśmy w Pittburghu lat 50., czasach bardzo rasistowskich. Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Troy Maxson, pracownik firmy odpowiedzialnej za utylizację. Co robi nasz bohater? Jedzie z tyłu ciężarówki i wrzuca do niej śmieci, razem z przyjacielem Jimem Bono. Bo cóż innego może robić? Wcześniej siedział w więzieniu, gdzie nauczył się grać w baseball. Potem poznał kobietę o imieniu Rose, z którą już jest 18 lat i ma z nią syna, Croya. Życie płynie dość powoli, zaś wszystko dotyczy sprawy zbudowania płotu przez Troya. Nie zdradzając zbyt wiele, ten spokój nie potrwa długo.

ploty1

Powiem jedną rzecz od razu: uwielbiam Denzela Washingtona, którego uważam za jednego z najlepszych oraz najbardziej charyzmatycznych aktorów, jakich spłodziła Matka Ameryka. Ale występowanie przed kamerą to jedno, a reżyserowanie to już zupełnie inna para kaloszy. Washington-reżyser postanowił bardzo wiernie przenieść tekst sztuki Augusta Wilsona (takie mam wrażenie), gdzie mamy masę monologów, dialogów, w których poznajemy wydarzenia z życia rodziny, prawie rzadko opuszczając jej dom. To dzięki nim poznajemy skrywane tajemnice z życia Troya (kryminalna przeszłość, okres młodości), skrywane marzenia (Cory chcący grać w drużynie) oraz tło poszczególnych bohaterów jak upośledzony wujek Gabe, chodzący po ulicy z trąbką czy syna Troya z poprzedniego związku. I z każdym wypowiadanym słowem, film zaczyna nabierać większego ciężaru, dotykając bardzo poważnych problemów: rasizm, zderzenie marzeń z rzeczywistością, potrzeba akceptacji od strony ojca, dążenie do swoich marzeń. I to wszystko jest pokazywane bez cienia fałszu, ale trzeba uważnie oglądać oraz wsłuchać się w słowa.

ploty2

Dzięki bogatemu materiałowi, aktorzy dostali tutaj bardzo duże pole do popisu i w pełni je wykorzystali. Ale zanim zaczniecie się rzucać, że niektóre (bardziej ekspresyjne sceny kłótni) wyglądają tak, jakby odtwórcy mówili: „Dajcie mi tego Oscara, goddamit” powiem jedną rzecz: trudno sobie wyobrazić kłótnię bez rzucania ważnymi słowami, krzykiem, wyciąganiem żalów i pretensji. One zawsze (w większości przypadków) są one bardzo ekspresyjne. Jeśli myślicie, że Denzel Washington już niczym nie zaskoczy, to tutaj tworzy GENIALNĄ kreację. Początkowo Troy w jego wykonaniu wydaje się bardzo sympatycznym, ciepłym, wręcz uśmiechniętym człowiekiem, pełnym emocji oraz poważnie podchodzący do bycia odpowiedzialnym za swoje czyny. Jednak im dalej w las, tym bardziej poznajemy jego mroczne oblicze: wymagającego posłuszeństwa tyrana, bardzo szorstkiego w obyciu. Z drugiej jednak poznając jego przeszłość oraz czasy, w jakich żył trudno go jednoznacznie potępić (jego opowieść o młodości – przerażające). Zupełnie jakby anioł i diabeł znajdowały się w jednym ciele – coś nieprawdopodobnego.

ploty3

Nie oznacza to, ze reszta aktorów nie ma tutaj nic do roboty. Viola Davis kolejny raz potwierdza klasę jako pani Maxson, dodając wiele ciepła, ale też ma swoje bardziej poruszające fragmenty, dodając sporo ciężaru. Chciałbym powiedzieć więcej, ale musiałbym spojlerować, a to by zepsuło przyjemność z oglądania tego filmu. Równie wyrazisty jest Mykelti Williamson jako upośledzony wuj Greg (bez przeszarżowania) oraz Stephen Henderson, czyli przyjaciel rodziny, Jim Bono.

„Płoty” potrafi zaangażować, tylko że wymaga on maksimum skupienia. Wynagradza to jednak rewelacyjnym aktorstwem oraz bardzo poruszającą historią. Takiego teatru chciałbym w filmie jak najwięcej i nie jest to żart.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Matka Teresa od kotów

Pozornie kolejny polski film o tragedii, patologii i dramacie. Tym razem debiutujący reżyser Paweł Sala wywraca chronologię do góry nogami, czyli idziemy od końca do początku. Wszystko zaczyna się od momentu, gdy policjanci zgarniają dwóch chłopaków: Artura oraz Marcina. Co takiego zrobili? Zabili swoją matkę. Dlaczego? No właśnie.

matka_teresa1

Odwrócenie chronologii, gdzie cofamy się najpierw po dniu, a potem po tygodniu wstecz daje szeroką perspektywę. Reżyser nie daje odpowiedzi wprost, zaś pytania budzą skojarzenia z „Musimy porozmawiać o Kevinie”, gdzie padają pytania o genezę zła. Czy człowiek rodzi się zły ze swoją zwichrowaną psychiką? A może to otoczenie go kształtuje? Dlaczego matka się go boi? Czemu ojca nie ma w domu? O co tu tak naprawdę chodzi? Reżyser powoli zaczyna rzucać kolejnymi informacjami, ale brutalnych scen nam oszczędza. Samego morderstwa matki nie widzimy. Nie oznacza to jednak, że ogląda się ten film spokojnie. Coraz bardziej podkręcane jest napięcie, zachowanie chłopaka jest coraz bardziej irracjonalne, zaś źródło pozostaje ciągle zagadką. Widać, jak bardzo ma silny wpływ na młodszego brata, który jest nim zafascynowany. Przestaje chodzić do szkoły, wierzy w jego „nadprzyrodzone” moce (pierścień, dotyk, co leczy kota, przewidział wypadek kelnerki), wierzy, bo chce w to wierzyć. Bo brat ma więcej charakteru niż wracający z wojny ojciec (wycofany Mariusz Bonaszewski), bo nie jest taki spokojny jak przerażona matka (świetna Ewa Skibińska) i jest pełen gniewu wobec otaczającego go świata.

matka_teresa2

Ta relacja braci jest najmocniejszym punktem tego filmu. Mateusz Kościukiewicz i Filip Garbacz są absolutnie znakomici. Artur w wykonaniu pierwszego to bardzo niejednoznaczna postać, skrywająca w sobie wiele mroku, pozostając do samego końca łamigłówką. Pełen wściekłości, gniewu, tłumionej agresji oraz skłonności do manipulacji, wywołuje różne reakcje: od niezrozumienia i wściekłości aż po żal. Garbacz wydaje się bardziej stonowany w roli tego młodszego, który chce zdobyć akceptację brata i jest w niego wpatrzony jak w obrazek, ignorując matkę. Więź między nimi budzi silny niepokój, którego nie da się w żaden sposób stłumić.

Kolejny przykład mrocznego, niepokojącego dramatu, kompletnie rezygnując z klasycznej konwencji kryminału czy thrillera. Sala w pozornie skromnym filmie, buduje bardzo gęstą atmosferę, prowokując do pytań o to, skąd się bierze zło. Tylko, że odpowiedź nie jest wcale taka prosta, o ile w ogóle taka jest.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Wszystko z nami w porządku

Jakie znacie polskie gry? Ostatnio robią sporą furorę (seria „Wiedźmin”, seria „Sniper: Ghost Warrior” czy „Observer”), ale o jednej postanowiono zrobić film dokumentalny. Reżyser Borys Nieśpielak postanowił opowiedzieć o dwóch gościach (Bartek Pieczonka i Rafał Zaremba), którzy wcześniej pracowali w korporacjach. Ale postanowili w końcu postawić wszystko na jedną kartę i stworzyć grę komputerową. Wiecie taką fajną, żeby się dobrze sprzedała i można się z tego utrzymać. I tak wyszedł „Lichtspeer” – jedna z bardziej pokręconych gier w historii.

wszystko_z_nami_w_porzadku3

Jeśli jednak liczycie na to jak powstała ta gra, to nic z tego. Reżyser pokazuje naszych bohaterów w momencie, gdy gra jest już prawie na wykończeniu i czeka na dystrybucję. Bardziej się skupia nie na pokazywaniu tworzenia samej gry, ile na sylwetkach naszych bohaterów: bardziej przejętego, skupionego Rafała oraz troszkę zdystansowanego Bartka. Przy okazji nie brakuje przemyśleń dotyczących branży gier, sposobów promocji oraz samego podejścia do realizacji. Tego, ze trzeba czekać na odpowiedzi od innych, jak wiele trzeba poświęcić realizacji (proces trwał ponad dwa lata) i ile trzeba sprzedać gier, by się utrzymać. I to wszystko pokazuje, że nie jest to prosta droga, a pasja nie zawsze wystarcza, zaś nawet najlepiej przemyślany plan może nie zadziałać. Jak sam mówi jeden z bohaterów: „News, że gra jest na Steamie, to żaden news”.

wszystko_z_nami_w_porzadku4

Sam film wizualnie trzyma poziom typowego dokumentu i – co dla mnie jest największym problemem – jest za krótki. Nieco ponad godzina nie do końca mi wystarczyła, by jeszcze lepiej poznać tych gości. Do tego mocno wplecione anglicyzmy, wynikające z poprzednich miejsc pracy, mogą wywoływać ból uszu purystom językowym i może wydawać się kompletnie niezrozumiały. Niemniej samo sięgnięcie po temat gamedevu oraz próba spojrzenia na to środowisko zasługuje na docenienie.

„Wszystko z nami w porządku” to intrygujący i ciekawy dokument, który może zachęcić także do sprawdzenia „Lichtspeera”. I pokazuje naszych bohaterów jako zwykłych ludzi, których pasja potrafi być bardzo zaraźliwa. Mam nadzieję, ze studio jeszcze zrealizuje kolejne ciekawe gry video.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Bardzo chcę podziękować reżyserowi Borysowi Nieśpielakowi, który udostępnił film do obejrzenia na Steamie.

Joe Bonamassa – Redemption

redemption

Bardzo lubię Bonamassę – to jeden z najzdolniejszych gitarzystów oraz wokalistów bluesowych młodego pokolenia. Niedawno przekroczył 40-tkę, zaś każdy album staje się prawdziwym wydarzeniem. Po dwóch latach Józek (tak jest nazywany w naszym kraju) wraca z 13-tym (!!!) solowym wydawnictwem, gdzie wsparli go muzycy z Nashville.

Czy to oznacza, że Bonamassa postanowił pójść w stronę country? Już otwierająca całość “Evil Mama” sugeruje, że takie wnioski są jeszcze przedwczesne. Zaczyna się od mocnych uderzeń perkusji, by dać potem pole dla gitary oraz… dęciaków, które nie gryzą.refren jest bardzo nośny (i ten chórek jest bardzo fajny), a pod koniec jeszcze dostajemy bardzo zadziorne riffy. Po tym następuje spore zaskoczenie, bo “King Bee Shakedown” skręca ku tanecznemu… rockabilly, co wydaje się dość dziwaczne. Dęciaki zaczynają dominować, Józek śpiewa dynamiczniej, tylko coś mi tu nie pasowało. “Molly O’” zaczyna się szumem morza, by pójść ku cięższemu stylowi z lat 70., przypominając to, co robi Bonamassa jako członek Black Country Communnion. Takiego Józka uwielbiam najbardziej: z soczystymi riffami, mocnymi uderzeniami perkusji oraz klimatem. Żywszy “Deep in the Blue Again” ubarwiony jest gitarą brzmiącą jak sitar. Wiadomo, że po ostrich kawałkach trzeba zrobić sobie krótką przerwę I zwolnić tempo, co następuje w “Self-Inflicted Wounds”, pełnym klawiszy oraz krótkich riffów, by uderzyć solóweczką w srodku, niczym piłą mechaniczną.

I pojawia się drugi zonk, czyli… jazzowy “Pick Up the Pieces”, gdzie najbardziej wybija się saksofon, zaś brzmienie stylizowane jest na okres przedwojenny. Nieźle to brzmi, tylko to chyba nie to, czego się spodziewałem. Bardziej podchodzi szybki blues “The Ghost of Macon Jones” czy wykorzystujący stylistykę country oraz fragment “Kashmiru” tytułowy utwór. Nawet niemal akustyczny “Stronger Now in Broken Places” chwyta za serce.

“Redemption” parę razy zaskakuje, ale Bonamassa ogólnie trzyma swój poziom. Gdy weźmie gitarę do dłoni, napięcie gwałtownie rośnie, zaś klimat przypomina najlepsze lata tego gatunku. Nawet flirty z innymi gatunkami wypadają całkiem nieźle, choć za pierwszym razem wywołuje to zdziwienie. Niemniej jest to bardzo dobra płyta dla fanów brzmień elektrycznych.

8/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia o miłości

Mężczyzna. Kobieta. Przypadkowe spotkanie. Trochę kłamstw. Może zdrada. A na koniec parę łez. – taki wydaje się przepis na film o miłości. Problem w tym, że nie zawsze ta koncepcja działa i trzeba dorzucić coś ekstra, by przykuć uwagę, zaintrygować oraz wejść w to. Z tym zadaniem postanowił się zmierzyć Arkadiusz Jakubik w swoim fabularnym debiucie.

„Prosta historia o miłości” tylko z nazwy wydaje się prosta. Punktem wyjścia jest pociąg, ale nie jest to pociąg dwojga ludzi. Siedzi w nim para scenarzystów, kiedyś para nie tylko w pracy. W głowie zaczynają układać fabułę takiej miłosnej historii. I jak w każdej takiej historii musi pojawić się on oraz ona. Oraz pewien pociąg, zaś słowa naszych opowiadaczy zaczyna ożywać przed naszym ekranem. Najpierw w bardzo umownych dekoracjach, niczym z „Dogville”, by już wejść w prawdziwą rzeczywistość. Tylko, że to jest plan filmowy realizowany przez ambitnego reżysera Patryka Bergera, zaś główne role grają Marta i Aleks. Tylko, czy na pewno grają? A może jest coś więcej?

prosta_milosc2

Jakubik bawi się formą, konwencją, przez co może się to wydawać na początku dezorientujące. Innymi słowy jest to „film o filmie w ramach filmu”, bo jeszcze niektórzy bohaterowie (niczym w docu-dramie) wypowiadają się przed nami o pracy nad filmem. Prawie jak „Incepcja”, tylko że nakręcona przez Woody’ego Allena czy Richarda Linklatera. Czemu miłość pojawia się tak nagle, co nas przyciąga do innych ludzi, dlaczego uczucie zaczyna eksplodować i zgasnąć? Pewne dialogi zaczynają się powtarzać, w zupełnie innych scenach oraz kontekście. I nie chodzi o powtarzanie pewnej sceny przy toalecie, bo ciągle coś idzie nie tak, ale pewne dialogi z początku wracają pod koniec, opowiedziane zdarzenia. Życie i fikcja zaczynają iść ze sobą ręka w rękę, zmuszając do ciągłego myślenia, odkrywania kolejnych warstw.

prosta_milosc1

Wizualnie film wygląda jak kino niezależne (stonowana kolorystyka, naturalne światło), ale nie wywołuje to silnego bólu oczu. Również ładnie przygrywa muzyka w takim gitarowym stylu, dodając lekkości. Nie wspominając o łamaniu chronologii, rytmicznemu montażowi oraz dość zaskakującemu finałowi.

Jakubikowi udało się zebrać świetną obsadę, zaś sam reżyser, razem z Agnieszką Matysiak, pełnią rolę scenarzystów. Czuć miedzy nimi silną więź, ale też wiele bólu, pretensji oraz miejscami ciętego humoru. A jak sobie radzi nasza para główna? Bardzo pozytywnie zaskakuje Rafał Maćkowiak (Aleks), zgrabnie lawirując między pewnością siebie, „miękkim” charakterem a pewnym magnetyzmem. Równie znakomita jest Magdalena Popławska, kompletnie skupiając swoją uwagę i balansując między delikatnością, seksapilem, lekkością a strzelaniem fochów, poczuciem „duszności” w związku. Ale film kradnie Bartłomiej Topa jako reżyser – dość trudny w obyciu, z wręcz dyktatorskim stylem pracy. Przeraża, potrafi rozbawić, ale jednocześnie kryje się w nim coś jeszcze.

prosta_milosc3

„Prosta historia o miłości”, podobnie jak „Prosta historia o morderstwie” jest prosta tylko z nazwy, zaś Jakubik bardzo bawi się formą, konwencją, dodając wiele świeżości. Takiej dekonstrukcji relacji damsko-męskich nie widziałem od dawna i już tutaj widać duży talent Jakubika jako reżysera.

7/10 

Radosław Ostrowski

Serce miłości

Kino i sztuka współczesna to dość ryzykowne połączenie. Bo sztuka współczesna (zwłaszcza dla polskiego widza) jest bardzo trudna, hermetyczna, niezrozumiała i nieczytelna. Nie znaczy to, że nie próbowano przybliżyć tej tematyki, co próbował przedstawić duet Łukasz Ronduda/Maciej Sobieszczański w „Performerze”, prezentując fragmenty dorobku Oskara Dawidzkiego. W podobnym stylu próbuje pierwsza połówka tego duetu w samodzielnym „Sercu miłości”.

Tym razem jednak bohaterami jest para artystów, których nazwiska takiemu szaremu Kowalskiemu nic nie powiedzą. Oboje są performerami, z czego on (Wojciech Bąkowski) tworzy muzykę, zaś ona także rysuje, prowadzi bloga (Zuzanna Bartoszek). Spotkali się na jego koncercie, a jemu spodobały się jej ilustracje. Potem zamieszkali razem i zaczęli tworzyć, zarówno sztukę, jak i dość niecodzienną relację.

serce_milosci1

Reżyser w zasadzie to samo, co w poprzednim dziele, czyli próbuje w sposób przystępny pokazać samą sztukę, jak i dzieło tworzenia. Fabuły jako takiej może nie tyle nie ma, ile nie jest ona poprowadzona w klasyczny sposób. To jest ciąg niekoniecznie powiązanych ze sobą scen, które w dość kluczowym momencie (kłótnia) zostają gwałtownie przerwane, przez co trudno się połapać kto, co i kiedy. Wiemy, że przyczyną kłótni jest wykorzystywanie cudzych pomysłów, przez co Bartoszek (ta mniej znana) ma problem z przebiciem się szerzej, a dla Bąkowskiego (już rozpoznawalnego) pożywką. Oboje chcą się rozwijać, są też samcami alfa w tej relacji – aż dziwne, że się nie pozabijali.

serce_milosci2

Poza tym są tutaj wplecione występy obojga – zarówno wokalne, melorecytacyjne popisy Bąkowskiego, wykorzystującego dźwięk wszelkiej maści (scena, gdy dzwoni na policję i powtarza komunikat z telefonu czy finałowy występ o „odkochaniu się”) czy stosującą wszelkiej maści instalacje Bartoszek (tytułowe „Serce miłości”, magnetyzujący taniec w klubie czy pozostawione w mieszkaniu włączone wszystkie sprzęty AGD) mogą zaintrygować, ale też wprawić w stan kompletnego zakłopotania. Bo czy poza tymi występami w ogóle jest coś ciekawego? Niby próbuje się tu pokazać historię związku oraz zaskakujących relacji sztuka-życie, ale sam film jest zwyczajnie za krótki, zostawiając jedynie pewne poszlaki. Tylko trzeba oglądać bardzo uważnie oraz rozumieć i czuć sztukę współczesną, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie.

Sytuacje próbują ratować kreacje Jacka Poniedziałka oraz Justyny Wasilewskiej, których chemia jest bardzo silna. Oboje wyglądają wręcz jak klony (nie chodzi mi tylko o zgolone głowy, ale też sposób ubierania się, mowę ciała), ale oboje działają na zasadzie kontrastu: on spokojny, ona bardziej ekspresyjna. Ale to Wasilewska, dokonując totalnej metamorfozy, bardziej mnie intrygowała, zaskakiwała i była absolutnie nieobliczalna.

„Serce miłości” to kino bardzo specyficzne, do którego trzeba mieć bardzo szeroką głowę oraz przynajmniej próbę podjęcia kontaktu ze sztuką współczesną, performancem. Być może bardziej pasowałby do galerii sztuki, niemniej warto spróbować, bo to rzadkie doświadczenie.

6/10 

Radosław Ostrowski