Zezowate szczęście

Ile było już takich filmów, gdzie los głównego bohatera spajał się z historią całego narodu. Najbardziej sztandarowym przykładem jest „Forrest Gump” Roberta Zemeckisa, gdzie tytułowy bohater pakował się mimo woli w wydarzenia z historii USA od lat 50. aż do 80. XX wieku. Ale okazuje się, że w Polsce też był ktoś taki jak Forrest, tylko że zupełnie inny.

Nazywa się Jan Piszczyk. Gdy go poznajemy właśnie ma wyjść z więzienia, ale nie chce tego zrobić. Jedynie we więźniu się czuje najlepiej, bo cały czas go prześladuje wielki pech, wręcz od małego i dlatego opowiada swoją historię naczelnikowi. Bo Piszczyk cokolwiek by chciał osiągnąć, zawsze dostawał w dupę. Nieważne, czy jako harcerz, student ze zbyt „semickim” nosem, korepetytor zakochany w uczennicy, niedoszły oficer podchorążówki, drobny handlarz czy powojenny urzędnik państwowy. Szczęście trwało krócej niż popisy piłkarskiej reprezentacji Arabii Saudyjskiej na ostatnim mundialu. Zupełnie jakby przykleił się do niego.

zezowate_szczescie1

Andrzej Munk był filmowcem, który zawsze bardziej stał przy ziemi, bez popadania w nadmierny patos czy symbolizm. „Zezowate szczęście” to jeden z najbardziej szyderczych polskich filmów w historii. Pozornie może wydawać się zbiorem dość prostych gagów, wręcz slapstickowych popisów (samoloty bombardujące pole kapusty) czy znanego z Benny Hilla przyspieszenia tempa, co najdobitniej widać w scenach z dzieciństwa. I już tutaj widać, że los Piszczyka wydaje się być przesądzony.

zezowate_szczescie2

Ale jednocześnie reżyser nawet kwestie pozornie poważne (wątki wojenne), nie są traktowane z patosem. Okres obozowy, gdzie Piszczyk początkowo jest traktowany jak heros, by później zostać uznanym za szpicla, jak i okupacja, pełna zarówno drobnych cwaniaczków, próbujących zebrać kupę forsy, może być dla wielu zaskoczeniem. Patos jest rozładowywany za pomocą ironii, szyderstwa, by pokazać konformistę. Bo tym jest Piszczyk – człowiekiem szukającym za wszelką cenę akceptacji otoczenia. Tylko, żeby to zrobić staje się bajarzem, mitomanem, dostosowującym się do każdych warunków – symbolicznie pokazuje to scena podczas demonstracji, gdzie bohater wykrzykuje najpierw hasła poparcia dla Marszałka (przód demonstracji), by przejść do nacjonalistycznych poglądów. A im dalej w las, mimo śmiechu, bardziej przerażająco.

zezowate_szczescie3

A Piszczyk w interpretacji Bogumiła Kobieli jest to totalna kreacja zagubionego człowieka. Człowieka, który pragnie akceptacji, szacunku, miłości. Ale żeby to osiągnąć dostosowuje się do okoliczności, pozbawiając siebie zarówno własnych przekonań, jak i wolnej woli. Można się z niego śmiać, ale bardziej wywoływał we mnie żal swoją biernością, nawet współczucie. Na drugim planie nie brakuje bardzo wyrazistych kreacji m.in. Edwarda Dziewońskiego (cwany i obrotny Jelonek), Barbary Kwiatkowskiej (apetyczna Jola), Wojciecha Siemiona (personalny Kacperski) czy Tadeusza Janczara (podchorąży Sawicki), zapadając bardzo mocno w pamięć.

„Zezowate szczęście” nadal się broni jako satyra na polskie mitotwórstwo oraz stereotypowe wizje narodu. Munk wbije szpilki, odbrązawiając obraz Polaków jako tylko dzielnych, odważnych i walecznych ludzi, zestawiając go z pozbawionym własnej osobowości Piszczykiem, który niczym ćma lgnie ku poklaskowi. Tylko, co dalej, obywatelu Piszczyk?

8/10 

Radosław Ostrowski

Paul McCartney – Egypt Station

Cover_of_Paul_McCartney%27s_%27Egypt_Station%27_album

Czy jest ktoś, kto się uważa za fana muzyki i nie wiem, kim jest Paul McCartney? Jeden ze współautorów największych hitów grupy The Beatles solowo radził sobie nie najgorzej, pozostając nadal aktywnym na polu muzycznym. I właśnie artysta wydał swój osiemnasty album, wyprodukowany przez Grega Kurstina (współpraca przy poprzednim „New” z 2013 r.). Zapowiada się, że będzie to album z podróżami w tle. Jak wygląda ta wyprawa?

Sam początek to delikatne, bardzo krótkie intro, gdzie mamy wplecione jakieś słowne fragmenty oraz odgłosy odjeżdżającego pociągu. I jeszcze chórek. Po tym wstępie wchodzi „I Don’t Know”, czyli melancholijna ballada zdominowana przez smutny fortepian, do którego dołącza perkusja oraz już podniszczony, lecz pełen ciepła głos gospodarza. Działa to bardzo kojąco na uszy, ale to chwila przez zadziorniejszym, singlowym „Come On To Me” z bardziej wyrazistą gitarą oraz chwytliwym refrenem, gdzie wykazuje się stary Hammond oraz pianino, bardziej dynamiczne niż poprzednio. By było jeszcze fajniej w połowie wskakują dęciaki oraz solówka na gitarze, a także zmiana tempa pod koniec z bardziej ekspresyjnym wokalem Macca. „Happy with You” brzmi tak bardziej „ogniskowo”, bo poza gitarą w zasadzie nie odzywa się nic. Chyba, że wychwycimy flety, budujące klimat jakby z lat 70. oraz niemal beatboxerskie popisy sir Paula. W podobnym tonie, choć bez takich atrakcji przygrywa „Confidante”. Gitara (bardziej zapętlona) otwiera bardziej bujającego bluesa „Who Cares”, gdzie wokal jest lekko podrasowany cyfrowo, a im dalej w las, tym więcej ognia. Drugim singlem jest bardzo „letnie” pod względem klimatu, sięgające wręcz po stylistykę r’n’b „Fuh You” (ciekawe, jak by chciano zagrać ten utwór w radiu, podano ten tytuł), które w finale nabiera wręcz epickiego rozmachu (smyczki, chórki).

Macca potrafi też parę razy zaskoczyć jak w „People Want Peace” wspartym na duecie pianino-perkusja (niczym echo odbijająca się), tworząc dość dziwną sklejkę, do której wskakują ciepłe klawisze oraz piękne smyki, wykorzystujący japoński flet „Hand in Hand”, pełen odgłosów ptaków oraz roztańczonego Hammonda samba „Back in Brazil”, ubarwiony „orientalną” gitarą oraz werblami „Caesar Rock” czy aż trzykrotnie zmieniający rytm i styl „Despated Repeating Warnings”. Innymi słowy ex-Beatles miesza klasyczne brzmienie z lat 70. oraz nowoczesną produkcję, serwującą masę drobnych detali, dodających wiele frajdy.

A i sam McCartney wokalnie nadal daje radę, nawet w bardziej ekspresyjnych momentach nie czuć zmęczenia. Także tekstowo jest bardzo różnorodnie, nie bez pewnego krytycznego spojrzenia na świat, ale bez pesymistycznego przekonania. Nie wiem, jakie środki wykorzystuje McCarthney, ale mu to służy bardzo. Tak dobrego materiału sir Paul nie nagrał od bardzo, bardzo dawna. Jest różnorodnie, energetycznie i z czadem.

8/10

Radosław Ostrowski

Test pilota Pirxa

Na hasło polskie kino SF wielu ludzi albo łapie się za głowę, albo stuka się w czoło, bo brzmi to jak jakaś nieprawdopodobna wizja. Nie oznacza to jednak, że nie było prób stworzenia kina z nurtu fantastyki naukowej. Jednak kompletnie zostały one zapomniane, nie wytrzymując zbyt dobrze próby czasu, rażąc archaiczną stroną techniczną. Czy to znaczy, że nie miały nic do zaoferowania? Jedną z takich realizacji jest zrealizowany 40 lat temu film Marka Piestraka „Test pilota Pirxa”.

Komandor Pirx jest bohaterem wielu książek Stanisława Lema. Tutaj nasz bohater ma wziąć udział w dość eksperymentalnym locie kosmicznym. Załoga ma dość łatwe zadanie: wystrzelić dwie satelity na Saturnie. Cały jednak myk polega na tym, że wśród załogi jest tzw. nie liniowiec, czyli android, zaś lot ma wykazać ich przydatność w sytuacjach ekstremalnych, zastępując człowieka. By jeszcze utrudnić sprawę, nikt z załogi nie wie kim jest, a także nie wolno mu podać swojej prawdziwej tożsamości. Co może pójść nie tak?

test_pirxa1

Sam reżyser bardzo powoli buduje całą intrygę, bo dopiero w połowie odlatujemy w kosmos. Początek wywołuje lekką dezorientację. Najpierw widzimy jak zostaje „stworzony” robot, co troszkę przypomina futurystyczną wersję „Frankensteina”, później jest przewiezienie produktu przez konwój, wreszcie dyskusja w sprawie tego, kto ma dokonać oceny maszyn. Bo Pirx nie jest jedynym kandydatem do tej roli, co pewnej korporacji jest wybitnie nie na rękę. Jest nawet próba likwidacji Pirxa (wygląda to całkiem nieźle), chociaż sama scena wydaje się dość zbędna oraz wiele rozmów w kwestii światopoglądu dotyczącego robotów, ich przydatności oraz niezawodności.

test_pirxa2

Ale całość zaczyna nabierać ciężaru od drugiej połowy, czyli lotu kosmicznego. Pirx niby próbuje zachować dystans, ale jednocześnie coraz bardziej zaczyna się przyglądać pozostałym członkom załogi. Tylko, jak ustalić kto jest kim, skoro sami członkowie wywołują dezorientacje (jeden z góry przyznaje się, że jest robotem), a jednocześnie dokonuje się ciągły sabotaż. Napięcie wtedy jest powoli budowane drobiazgami jak niewyraźna sylwetka podczas scen uszkodzenia sondy czy pytania komputera o możliwe błędy. Tutaj udaje się zbudować poczucie zagrożenia i paranoi w czym pomagają stonowane zdjęcia, w tym gra oświetleniem oraz rytmiczny montaż. Problem w tym, że cała estetyka „Testu” jest dość biedna, bardziej przypominająca dawnego „Star Treka” (zwłaszcza w scenach, gdzie , zaś wygląd maszynerii nie robi takiego wrażenia jak kiedyś. Tak samo sceny, gdy widzimy nasz statek w przestrzeni kosmicznej czy bardzo zmęczone efekty specjalne (strzelanie do asteroidów).

test_pirxa3

Samo aktorstwo prezentuje się całkiem nieźle, w czym sporą zasługę mają aktorzy radzieccy z „wklejonymi” głosami polskimi. Pirx (solidny Sergiej Desnitsky) tutaj jest bardzo nieufny i uprzedzony wobec maszyn, starając się jednocześnie zachować zdrowy rozsądek. Jego monologi dopełniają tą wizję zagubionego człowieka. Ale drugi plan kradnie bezwzględnie znany ze „Stalkera” Aleksandr Kajdanowski (dr Tom Nowak), sugestywnie sprawiający wrażenie androida (sam się za takiego uważa), zaś głos Henryka Talara nie wywołuje zgrzytu. I to z tą postacią związana jest pewna drobna przewrotka pod koniec, ale tego nie zdradzę.

Wiem, że dla wielu „Test pilota Pirxa” może odstraszać swoją stroną wizualną oraz technicznym poziomem realizacji. Jednak pod tą warstwą znajduje się poważna refleksja na temat relacji człowiek-maszyna, stanowiąc wręcz bardziej przekonującą wersję testu Voight-Kampfa, gdzie wręcz czuć stawkę. Ale reżyser daje też nadzieję, że jesteśmy w stanie pokonać maszyny z powodu swojej niedoskonałości, co jest pocieszające.

6/10

Radosław Ostrowski

Predator 2

Pierwsze spotkanie z Predatorem w 1987 roku było wielkim hitem, więc sequel był tylko formalnością. Jednak czy można było dać coś nowego, by rozwinąć całe uniwersum? Albo w ogóle je budować? W 1990 roku postanowiono zrobić część drugą, tym razem pod wodzą Stephena Hopkinsa. Czy warto było czekać?

Tym razem trafiamy do dżungli miejskiej roku 1997. Los Angeles stało się prawdziwym polem bitwy, gdzie gangi voodoo oraz Kolumbijczyków walczą ze sobą. Policja znajduje się gdzieś pośrodku tego bajzlu. Wtedy poznajemy naszego protagonistę, porucznika Mike’a Harrigana. Facet, jak na klasycznego glinę przystało, niekoniecznie sobie radzi z dyscypliną, wykonywaniem rozkazów i działa troszkę na partyzanta. Ale wszystko się zmienia, gdy kryjówka Kolumbijczyków zmienia się w jedno wielką rzeźnię. Potem do akcji wchodzą tajemniczy faceci w gajerkach, ciemnych okularach oraz wypasionym helikopterem. O co tu do cholery chodzi?

predator_23

Reżyser nie chce korzystać z prostego szablonu znanego z jedynki, czyli mała grupka kontra jeden potężny skurwiel z nowoczesną technologią. Przeniesienie akcji do miasta wniosło wiele świeżości, a przeskakiwanie z dachu na dach, jeszcze bardziej wywołuje poczucie zagrożenia. A i sam Predator pojawia się częściej, z bardziej wypasionym sprzętem w postaci włóczni, podrasowanego kasku (więcej opcji podglądania) czy okrągłego bumeranga. Same sceny akcji robią imponujące wrażenie zarówno dynamiką (pierwsza strzelanina, próba odbycia rytuału), jak i odpowiednio potęgowanym napięciem (Predator w metrze). Twórcy coraz bardziej rozwijają mitologię tytułowego przybysza, nie tylko z powodu wypasionego sprzętu czy tajemniczej jednostki pod wodzą Petera Keyesa, ale finałowej sceny na statku. Tam się okazuje, że w polowaniach nie uczestniczy tylko jeden przedstawiciel tego gatunku, ale też odbywały się w różnym czasie oraz miejscach. I to zaczyna rozpalać wyobraźnię do czerwoności.

predator_21

Swoje też próbuje zrobić obsada, która jest naprawdę niezła. Co prawda nie wrócił Arnold „Get to the choppa” Schwarzenegger, ale zastępujący go Danny Glover bardzo dobrze sobie radzi. Jest bardzo charakternym, bezkompromisowym gliniarzem, bardziej upartym niż osioł. Drugą wyrazistą postacią jest enigmatyczny agent Keyes w wykonaniu Gary’ego Buseya, dodając pewnego mroku tajemnicy. Szkoda tylko, że partnerzy Harrigana (poza Billem Paxtonem) nie zapadają zbyt mocno w pamięć, co jest sporym minusem. Tak samo jak rezygnacja z klimatu horroru znanego z poprzedniej części, dodającego poczucia niepokoju.

predator_22

Drugi „Predator” to świetnie zrobiony film akcji, rozwijający konsekwentnie uniwersum kosmicznego myśliwego. I za to ogromny plus, tak jak za nową przestrzeń oraz podrasowany design. Do poziomu części pierwszej wiele zabrakło, niemniej intryguje, dostarcza rozrywki i świetnie wygląda.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Arcyoszust

Pieniądze – coś czego wszyscy pragniemy, ale nie każdy dostaje tyle, ile by chciał. Zwłaszcza, jeśli powierzy je osobie nie godnej tego zaufania. Słyszeliście o Bernardzie Madoffie? Człowiek, który współtworzył NASDAC, właściciel dużego funduszu inwestycyjnego, mąż, ojciec i dziadek. Osoba godna zaufania, prawda? Ale w roku 2008 wszystko się posypało, a wszelkie inwestycje były jednym wielkim pierdoleniem. I o tym wszystkim postanowił opowiedzieć dla HBO Barry Levinson.

Punktem wyjścia są rozmowy Madoffa już siedzącego w więzieniu z dziennikarką Dianą Henriques, obserwującą całą sprawę od początku. Sama akcja toczy się niejako dwutorowo. Z jednej strony mamy Madoffa oraz jego próby przekonywania klientów, początek szwindlu zrobionego z niejakim Frankiem DiPascali. Z drugiej widzimy reperkusje tego całego interesu na rodzinie, nie mającej kompletnie zielonego pojęcia o interesach. Reżyser próbuje też przedstawić cały mechanizm piramidy finansowej i znaleźć odpowiedź na jedno niepokojące pytanie: jak to jest możliwe, że przez tyle lat nikt niczego nie zauważył? Że rodzina, to jeszcze jestem w stanie wyjaśnić, ale żadne kontrole, rządowe agencje, urzędy skarbowe? Całość przeplatana jest retrospekcjami, pokazującymi pewne istotne wydarzenia z ostatnich lat życia (50. rocznica ślubu, kontrola z 2005 roku, gdzie Madoff podał numer do kontroli i… nic z tego nie wyszło), pokazując pewne silne spięcia oraz toksyczność Madoffa z synami oraz żoną, która bez niego kompletnie nie potrafi żyć.

arcyoszust1

Levinson bardzo sprytnie lawiruje między wydarzeniami, czasami rzuci ekonomicznym żargonem, jednak wszystko pozostaje bardzo klarownie i czytelnie przedstawione. A to w tej tematyce jest bardzo dużym wyzwaniem. Nie brakuje też kilku montażowych sztuczek (finał, gdy Bernie próbuje się dodzwonić do żony, losy ofiar przekrętów w formie szybko zmontowanych fotek układających się w twarz finansisty czy pogarszający się stan psychiczny Marka i ciągłe wydzwanianie do bliskich) i zabaw z formą jak w scenie, gdy Madoff z żoną próbują odebrać sobie życie za pomocą leków, co kończy się dość psychodeliczną sceną, które uatrakcyjniają ten bardzo ponury dramat. Z miejscami wręcz dokumentalnymi zdjęciami, muzyką bardziej przypominającą oprawę do jakiegoś horroru, co tylko potęguje klimat.

arcyoszust2

Reżyser dokonał jeszcze jedną świetną decyzję: wybrał bardzo dobrych aktorów i dał im ogromne pole do popisu. Jeśli już chcielibyście skreślić Roberta De Niro za kilka ostatnich kiksów w karierze, tutaj rehabilituje się oraz wraca do bardzo wysokiej dyspozycji. Madoff w jego wykonaniu to człowiek dźwigający na sobie bardzo wielkie brzemię, ale jednocześnie uznawany jest za człowieka sukcesu. Był oszustem i naciągaczem, ale pozostaje człowiekiem, nie przerysowanym szwarccharakterem czy innym pomiotem szatana. Zaskoczyła mnie za to Michelle Pfeiffer jako żona Madoffa – dawno nie widziałem aktorki tak wycofanej, wręcz powściągliwie poprowadzonej, ale z bardzo skomplikowaną psychologią. Poza nimi trudno nie zapomnieć zarówno Hanka Azarię (charakterny i cwany Frank), Alessandro Nivolę (zabiegający o akceptację ojca Mark) czy Nathana Darrowa (bardziej niezależny Andrew). Trudno się tutaj do kogokolwiek przyczepić, bo każdy aktor dostaje tutaj swoje pięć minut.

arcyoszust3

„Arcyoszust” to dość nietypowe spojrzenie na kryzys ekonomiczny. Zamiast pójść na łatwiznę i pokazać Madoffa tylko jako bezwzględnego oszusta, Levinson pokazuje go jako człowieka, bez osądzania, prób wybielania czy ocieplania. Wnioski zostaje nam samym, a jednocześnie potrafi zaangażować, wciągnąć, zmusić do przemyśleń.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dom zbrodni

Każda familia, zwłaszcza ta najbogatsza, musi skrywać wielkie tajemnice. Nie inaczej jest w przypadku Aristide’a Leonidasa – pochodzącego z Greki potentata świata gastronomii. Stworzył ogromny majątek, zaś w jego domu zamieszkała cała jego rodzina: siostra pierwszej żony, druga żona, dzieci z własnymi rodzinami, wnuczka oraz nauczyciel. Wszystko się zmienia, gdy nestor rodu umiera. Wszystko wskazuje, że przez pomyłkę dostał niewłaściwy zastrzyk, ale wnuczka Sophie ma zupełnie inne zdanie. I wtedy do tego domostwa pojawia się prywatny detektyw – Charles Hayward, by wybadać całą sprawę.

dom_zbrodni1

Książki Agathy Christie zawsze były popularne i przenoszone na ekran multum razy, głównie te z Herculesem Poirotem. Ale inne powieści rzadko były dotykane przez kino. Tak też było z „Domem zbrodni”, a zadania ekranizacji podjęli się Julian Fellowes (scenarzysta) oraz Gilles Paquet-Brenner (reżyser). Materiał był tak wdzięczny, że przeniesienie go na ekran nie powinno być jakimkolwiek problemem, prawda? Reżyser dość solidnie radzi sobie z tekstem i wiernie się trzyma pierwowzoru, pozwalając na drobne modyfikacje. Jest duży dworek z dala od świata, duża plątanina podejrzanych i masa motywów: zazdrość, gniew, pieniądze, miłość, nienawiść. Kolejne wychodzące na jaw tajemnice wywołują kompletne zamieszanie i dezorientują, a ja razem z detektywem próbowałem to poukładać. Choć pewne tropy były dla mnie zbyt oczywiste (podejrzenia wobec młodej żony – to rozwiązanie byłoby za proste), to jednak dałem się wciągnąć w to dochodzenie.

dom_zbrodni2

Do tego realia lat 50. oddano dość wiernie. I nie chodzi tylko o stroje i pojazdy z epoki, ale także wplecionego rock’n’rolla z jazzem w tle. Oraz sceny dziejące się poza dworem (pub, komisariat), pozwalające na chwilę oddechu. Nie zapomniano też o złośliwym humorze (wspólna kolacja) oraz dość zaskakującym zakończeniu, dającym wiele satysfakcji.

dom_zbrodni3

Aktorom za to udaje się wielokrotnie wpuścić w pole, co pomaga w tworzeniu atmosfery tajemnicy, chociaż bez jakiś fajerwerków. Dobrze sobie w roli detektywa poradził Max Irons, w czym także pomaga prezencja. Tak samo zapada w pamięć Gillian Anderson (skupiona na karierze aktorskiej Magda, choć talentu nie posiada), apetyczna Christina Hendricks (Brenda) czy trzymająca klasę Glenn Close (ciotka Edith) oraz Terence Stamp (inspektor). Na mnie wrażenie zrobiła Stefanie Martini. Sophie w jej wykonaniu to mieszanka niewinności, manipulacji oraz klasy, przez co ciągle nie byłem pewny jej roli w tym przedsięwzięciu.

„Dom zbrodni” to zaskakująco przyzwoity kryminał, zgrabnie odtwarzający świat ludzi z wyższych sfer okresu tuż po wojnie. Elegancko opakowany, z paroma zakrętami, dobrym aktorstwem oraz niezłą intrygą. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że można było z tego wycisnąć o wiele więcej.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Predator

Początek jest tutaj dość klasyczny: mamy oddział komandosów pod wodzą majora Dutcha. Specjalizują się w zadaniach ratunkowych i właśnie dostają kolejne od dawnego towarzysza broni szefa, obecnie agenta CIA. Ich celem jest minister jednego z państw w Ameryce Południowej, który został pojmany przez oddział partyzantów. Ekipa wyrusza do akcji, jednak po drodze odkrywają dość makabryczne zwłoki. A to dopiero początek niespodzianek.

predator_19871

Dla Johna McTiernana „Predator” był pierwszy dużym projektem i drugą fabułą w jego karierze. Pozornie z opisu wydaje się, że będziemy mieli do czynienia ze stricte filmem akcji, jakich powstawało wiele. To jednak tylko zasłona dymna, która zostaje nam zdjęta już na samym początku. Pierwsze półtorej minuty to latający statek kosmiczny, wystrzeliwujący w naszą planetę coś. Pozornie nieistotny detal, jednak ustawia on cały kierunek filmu. Pierwszy akt to wręcz krótka ekspozycja ekipy, składającej się wręcz ze stereotypowej grupy twardzieli: od przypakowanego koksiarza z potężną giwerą, Indianina-tropiciela, znającego hiszpański sapera, sierżanta z łysą czachą i radiowca wyglądającego niczym inteligencik. Sztampowe charaktery, ale jednak zapadają w pamięć. A kiedy dochodzi do kulminacji (scena ataku na partyzantów), dostajemy wszelkie możliwe atrakcje: świszczące kule, kozackie one-linery, wybuchy godne Michaela Baya (takiego z początków kariery) oraz wręcz skaczących przeciwników.

predator_19872

Najciekawszy jednak pozostaje sam Predator – bardzo tajemnicza persona, nie wypowiadająca ani jednego słowa. Stwór z dredami na głowie, maską (niewidoczną aż do finałowego pojedynku jeden na jeden), wyostrzonym wzrokiem – dokładnie sprzętem – oraz nowoczesną technologią, czyniącą go bezwzględnym zabijaką. To by wystarczyło na stworzenie równie ikonicznego przybysza z kosmosu, co Obcy od Ridleya Scotta, ale jest coś jeszcze: ten przybysz ma zasady. Nie zabija nieuzbrojonych, zaś z poległych zbiera głowy z kręgosłupem jako trofea, a pokonany popełnia bardzo widowiskowe harakiri.

predator_19873

I jeszcze jest to świetnie zagrane, co jest sporą zasługą m.in. Arnolda Schwarzeneggera. Wiadomo, że jak jest Arnie, to będzie twardy akcent, mieszanka sprytu oraz ciętych ripost, jednak pojawia się też przerażenie. Ale każdego z ekipy trudno zapomnieć: Billy’ego Duke’a (sierżant Mac), Sonny’ego Landhama (Billy) czy Carla Whitersa (Dillon). Jest też nawet sam Shane Black (Hawkins), który właśnie nakręcił kolejną część serii.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak film McTiernana godnie wytrzymuje próbę czasu. „Predator” to znakomita hybryda kina akcji z horrorem SF, jakiej nie było od czasu drugiego „Obcego”. Reżyser już tutaj wspina się na wyżyny talentu, a tytułowy bohater przeszedł do historii popkultury. Prawdziwe wejście z hukiem.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Krępujące zdjęcia z rodzinnego albumu, czyli zniszczona wątroba i złamane serce

Film obyczajowy, gdzie mamy dwójkę bohaterów. On jest dilerem narkotykowym, ona zaś nauczycielką z tendencją do popijania gorzały. Jedna chwilka, zjarane zioło, prezerwatywa i seks. Efekt mógł być tylko jeden: kondon nie zadziałał i pojawiło się dziecko w drodze. Tylko, że żadne z nich nie chce się ze sobą wiązać i trzecia strona jest im kompletnie niepotrzebna.

krepujace_zdjecie1

Film Pawła Nowaka reklamowany jest jako komediodramat, lecz sama produkcja jest delikatnie mówiąc, średnio udana. Punkt wyjścia mógł stworzyć czy to dramat o niedojrzałości w roli rodziców, polanym może odrobiną humoru. Ale tak naprawdę sami bohaterowie są bardzo słabo zarysowani, zaś intryga snuje się bez celu. Reżyser nie do końca wie, o czym tak naprawdę ma być ten film, zaś zamiast na głównych postaciach, decyduje się bardziej skupić na drugim planie, tylko że czasu ekranowego jest za mało, by móc skupić się na tym. Siostra i ojciec kobiety, przyjaciel-lekarz ze skłonnościami do picia czy kumpel pożyczający od wszystkich pieniądze. No i jeszcze pojawiająca się w domu prostytutka w stanie pozbawiającym przytomności. Po co ten film powstał, jaką miał myśl? Nie wiadomo, tak samo dlaczego całość gwałtownie się urywa w najciekawszym momencie.

krepujace_zdjecie2

Ani to zabawne, ani dramatyczne, ani angażujące. Jedynie zapada w pamięć zgrabna, jazzowa muzyka, zdjęcia i montaż są całkiem ok. Tylko, ze bohaterowie mnie kompletnie nie obchodzą, bo nie poznałem ich za bardzo. Mimo, że grający główne role Modest Ruciński (on) oraz Lidia Sadowa (ona) starają się, te postacie nie sprawiają wrażenia żywych ludzi i szeleszczą papierem. Sytuację częściowo ratuje Łukasz Simlat ze swoją specyficzną filozofią szczęścia oraz dość pokręcony Wojciech Solarz (Wojtek), kradnący film w finale, ale nawet takie zdolne bestie nie są w stanie ożywić nijakiego scenariusza. Jest też nawet Marcin Perchuć (wróż Mateusz) oraz Mirosław Zbrojewicz (ojciec), tylko że kompletnie nie mają tu zbyt wiele do roboty.

Poza fajnym i zapadającym tytułem „Krępujące zdjęcia…” wpisują się w nurt polskiego kina w stanie rozkroku. Nie wie, czym chce być, o czym opowiedzieć, jest ciągiem niekoniecznie powiązanych ze sobą scen, pozbawionych jakichkolwiek treści.

3/10 

Radosław Ostrowski

Trzecia część nocy

Rok 1939, czyli czas, kiedy wybucha wojna. A dla Michała okres ten zaczyna się bardzo okrutnie, bo traci swoją żonę i dziecko. Ze swojego dworku przenosi się do Lwowa, gdzie przebywa z ojcem-skrzypkiem. Mężczyzna decyduje się dołączyć do konspiracji, ale przed znalezieniem kontaktu, o mały włos nie zostaje schwytany przez Niemców. Podczas ucieczki ukrywa się w mieszkaniu kobiety rodzącej dziecko, zaś jej mąż zostaje postrzelony i aresztowany. W tym czasie Michał zaczyna pracować jako karmiciel wszy.

3_czesc_nocy1

Jak na jakiś czas pojawiają się twórcy, których bardzo trudno zamknąć w jakiekolwiek szufladki. Kimś takim na pewno był Andrzej Żuławski, co pokazał już w swoim debiucie. „Trzecia część nocy” to kino takie, jakiego wtedy (i myślę, że nawet i teraz) mało kto doświadczył. Opierając na doświadczeniach swojego ojca, pokazuje okres okupacji z zupełnie innej perspektywy. Nie będzie tu żadnego heroizmu, bohaterstwa, tylko ludzie próbujący żyć w tym nieludzkim świecie. Aby przetrwać pracują jako karmiciele, by utrzymać swoje rodziny oraz siebie. A jednocześnie Żuławski decyduje się rzucić nas wszystkich w kompletną otchłań, bo jest to bardzo wymagające, hermetyczne kino. Dlaczego? Bo jest to dramat psychologiczny, gdzie nie wiadomo co jest realistycznym zdarzeniem, a co oniryczną wizją spowodowaną karmieniem i jego skutkami ubocznymi. Czy kobieta, o którą chce zadbać Michał naprawdę jest podobna do zmarłej żony czy to kolejne urojenie? A może to jest szansa na odkupienie i przeżycie drugi raz tego samego, tylko że lepiej?

Sam film próbuje być dramatem, filozoficznym traktatem oraz wizją tego czasu jako spełnionej apokalipsy. I chce postawić pytania o to jak żyć, jak się odnaleźć oraz jaką przyjąć postawę: oprzeć się na zdrowym rozsądku czy poczuciem obowiązku mimo wszystko. A gdzieś nad tym wszystkim znajduje się oko Boga, które przygląda się temu wszystkiemu. Dla wielu problemem mogą być dialogi, które wydają się bardziej deklaracjami, wywodami do dyskusji (scena karmienia wszy, gdzie bohaterowie rozmawiają o książkach), rozmowami o Bogu. To może wielu odrzucić.

3_czesc_nocy2

Sama realizacja budzi ogromne uznanie: od bardzo dynamicznie sfotografowanych scen pościgów (Witold Sobociński) przez mocno psychodeliczną muzykę Andrzeja Korzyńskiego, gdzie słyszymy gitarę elektryczną i tybetańskie chóry aż po wręcz naturalistycznie prezentowane sceny przemocy, karmienia czy porodu. Wiele razy będziecie chcieli odwrócić wzrok, zaś zakończenie zryje głowę. Także aktorstwo w stylu Żuławskiego – rozpędzona gadanina (zaskakujący Leszek Teleszyński), balans na granicy obłędu (tutaj bryluje Małgorzata Braunek), dziwaczny stan transu, jakiego nie da się opisać słowami.

Mimo ponad 45 lat, „Trzecia część nocy” pozostaje magnetyzującym doświadczeniem, nawet jeśli nie wszystko jest od razu jasne i trzeba sobie w głowie poukładać. Porażające, obłędne, tajemnicze, wręcz hipnotyzujące kino, ale dla ludzi odważnych i mocnych nerwach.

8/10

Radosław Ostrowski

Romantycy Lekkich Obyczajów – Neoromantyzm

neoromantyzm-w-iext52769590

Dawno nie było grupy z lokalnego Olsztyna. Duet Damian Lange (Transsexdisco) i Adam Miller, bardziej znany jako Romantycy Lekkich Obyczajów, to mieszanka folkowo-rockowej muzyki, okraszonej duchem romantyzmu. Po dwóch latach przerwy przypominają o sobie w czwartym albumie, pod wiele mówiącym tytułem “Neoromantyzm”. Czyżby romantyzm miałby się wznieść na wyższy poziom?

Otwierające całość “Ceppeliny” to mieszanka elektronicznego wstępu z metalicznym basem oraz bardzo chwytliwym refrenem. A żeby nie było zbyt nudno, pod koniec mamy wpleciono solo na trąbkę. Bardziej przewrotne jest “Kobietotalizm”, gdzie na początku mamy wspólny śpiew niczym z muzyki lat 50., by wejść ku reagge’owym klimatom, które nie do końca mi pasują. Jeszcze bardziej zaskakuje “Dotknij żaru”, będący mieszanką rapu (wokal), beatboxingu, funku i jazzu, nie wywołując zgrzytów. Bardziej chwytliwy jest utwór tytułowy, gdzie poza chwytliwym basem oraz solówką trąbki pojawia się sam Grabaż ze Strachów na Lachy. A jeszcze dziwniej, wręcz etnicznie prowokuje “Zwilż”, gdzie gra minimalistyczna perkusja oraz… skrzypce, do których dołącza bas. “Morfeusz” miesza z jednej strony new wave’owe klawisze z gitarami, a nawet piękną kobiecą wokalizę pod koniec, by później wskoczyć w mroczny, silny emocjonalnie “Dom (Tęsknię)”, z każdą sekundą nabierając większego rozmachu. Poza tym czasem zostanie przerobiony wokal (początek wręcz tanecznego “Taki raj”), mocniej zagra gitara (lekko folkowe “Tsunami”), a nawet przypomni o sobie fortepian (lekko “podchmielone” “Karaluchy”).

“Neoromantyzm” jest zbitką różnych eklektycznych dźwięków, które tylko pozornie sprawiają wrażenie przypadkowych. Do tego niegłupie, bardzo refleksyjne teksty nie tylko o miłości oraz wyrazisty wokal tworzą bardzo intrygującą mieszankę, pełnym energii.

7,5/10

Radosław Ostrowski