Jakubik & Deriglasoff – 40 przebojów

R-10048859-1490719707-4967.jpeg

Kiedy dwie wyraziste osobowości ścierają się ze sobą, należy spodziewać się absolutnie wszystkiego. Ale tym razem są to bardzo niezapomniane charaktery: Olaf Deriglasoff (legenda sceny alternatywnej) oraz Arkadiusz Jakubik (wokal). Panowie razem nagrali album z 40 kawałkami I to dzieło można (legalnie) ściągnąć za darmo na stronie Narodowego Centrum Kultury. Jak udało się to upchnąć?

Cały myk polega na tym, że żaden z utworów nie trwa dwie minuty, gdzie będziemy mieli do czynienia z różnymi stylistykami, bazując na wszelkiej maści dźwiękach elektronicznej. Nie brakuje niemal psychodelicznej, “garażowej” rąbanki (“Zatruty owoc”), kompletnie przemielonej gitary w niemal industrialnej rzeźni (“Morderca”, “Odliczanie”), ambientowe cudadła (“Koło”), strzelającej perkusji (“Andrzej”), niemal dyskotekowego bitu (wykrzyczany “Czas”), nowofalowe dźwięki gitary (“Podmorskie pałace”, “Plastikowe maski”), a nawet cyfrowo przerobiony wokal (“Czas”, “Prawda o drzewach”, “Sorry”) czy orientalne wstawki (“Reszta”). Niby utwory są krótkie, ale nie oznacza to, że są nudne i niewiele się dzieje. Nie brakuje zmiany tempa (“Kartki pocztowe”), niemal bombastycznych ciosów (“Miasto”, “Sobota impuls”), wysamplowanych dźwięków (odgłos pociągu w “Jamesie” czy jakiejś maszynerii w “Jonaszu”). Bywa wręcz miejscami na granicy wariactwa (“Szmata”), bólu uszu (“Szklane wodorosty”) czy wejścia w zupełnie inny wymiar (“Magnetofon” czy jazzowa “Pierwsza zmiana”), zaś krótki czas trwania wywołuje we mnie zdziwienie, że to już. Ale i z czasem utwory zaczynają się zlewać w jedno, mimo eksperymentalnych udziwnień Deriglasoffa oraz kompletnie zmieniającego tembr głosu Jakubika.

Ale czy “40 przebojów” to nie jest troszkę za dużo? Dla mnie to za szybko się kończy, czasami teksty wydają się kompletnie niezrozumiałe, a czasem jest poczucie wręcz przesytu dźwięków. Nie oznacza to jednak, ze jest to dzieło nieudane, bo są przebłyski. I warto spróbować dać szansę temu duetowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

American Animals

Było już wiele filmów o realizacji różnych skoków. Napadano na banki, kasyna czy jubilerów, więc co można przygotować w tym gatunku? Ale reżyser Bart Lyndon postanowił zaryzykować i sięgnąć po prawdziwą historię napadu na… bibliotekę. Nie, to nie jest śmieszne, bo w 2004 roku czterech studentów postanowiło ukraść rzadkie książki z uniwersyteckiej biblioteki („Ptaki Ameryki” Jamesa Audubona oraz książkę o ewolucji Darwina), których wartość wynoszą miliony dolarów.

american_animals1

„American Animals” nie jest do końca klasycznym heist movie. Nie dlatego, że nie wykorzystuje klasycznych elementów tego gatunku (zebranie ekipy, przygotowanie planu, realizacja), ale film formą się bawi. Pamiętacie taki film „American Splendor”? Reżyser miesza tutaj fabułę z paradokumentalnym stylem – mamy wplecione fragmenty rozmów z najbliższymi, a nawet samymi bohaterami (prawdziwymi, a nie ich filmowymi odtwórcami). Ta sztuczka czyni ten film o wiele, wiele interesującym materiałem. Zdarzają się pewne sprzeczności, bo niektóre wydarzenia każdy pamięta inaczej, a ten zabieg pozwala jeszcze lepiej poznać bohaterów. I pozornie może wydawać się to wszystko żartem czy historią, bardziej przypominającą „Gang Olsena”. Ale… jest jeden mały detal. To wszystko się wydarzyło naprawdę i od momentu dalszych przygotowań, robi się coraz poważniej.

american_animals2

Zaczyna się dochodzić do kłótni, wyzwisk, bohaterowie zaczynają odczuwać presję (nie są zawodowymi bandziorami). A cel naszych protagonistów wydaje się prosty: ucieczka od szarego, nudnego życia. Życia, w którym masz z góry narzucone zadanie, stając się tylko jednym z wielu trybików maszynerii zwanej społeczeństwem. Poczucie wyjątkowości, jakim Lipka (niedoszły sportowiec o lekko anarchistycznych poglądach) oraz Reihardt (wrażliwy artysta) odczuwają doprowadza do pewnego zachłyśnięcia się oraz nadmiernej pewności siebie. Ale sama akcja jest zrealizowana w sposób pierwszorzędny, w czym pomagają zdjęcia (jedno z wyobrażeń napadu zrealizowane jest w jednym ujęciu czy podczas skoku przejścia z jednej postaci do drugiej), budująca suspens muzyka Anne Nikitin oraz nerwowy rytm podczas montażu.

american_animals3

Wiarygodność buduje świetne aktorstwo, chociaż tutaj wybijają się dwie postacie: Lipka oraz Reinhardt. Pierwszy w brawurowej wręcz interpretacji Evana Petersa wydaje się być postacią świadomie odcinającą się od systemu. Ale tak naprawdę jest to osoba lubiąca zwracać na siebie uwagę, a nawet ze skłonnościami do mitomaństwa (kwestia wylotu do Holandii), któremu tak naprawdę zależy na realizacji skoku. Druga postać w wykonaniu Barry’ego Keonagha wydaje się być kontrastem dla Lipki: wycofany, bardzo spokojny, bardziej przerażony i brnący wbrew swojej woli do końca.

„American Animals” wydaje się na pozór kolejnym heist movie, jednak tak naprawdę opowiada o ludziach zbyt przekonanych o swojej wartości i mierzących się z sytuacją, która ich zwyczajnie przerasta. I nawet jeśli przez chwilę może wydawać się to zabawne, to i bliżej końca, ten śmiech znika całkowicie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Taco Hemingway – Cafe Belga

cafe-belga-w-iext53031737

Czy jest jeszcze ktoś, kto lubi słuchać Taco Hemingwaya? Że jeszcze się nie przejadł? Ostatnie płyty, mimo sporego sukcesu komercyjnego nie były w stanie przekonać krytyków oraz dotychczasowych fanów. Po kooperacji z Quebonafide tym razem próbuje wrócić do solowego grania. Czy „Cafe Belga” jest w stanie przekonać tych, którzy polubili te pierwsze materiały? Hmm. Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale taka łatwa.

Z jednej strony nie brakuje tutaj pomysłowych sampli (niemal „knajpiarski” początek plus co jakiś czas wracające fragmenty wywiadu, poddane zniekształceniu), ale nadal podkłady oparte są na minimalistycznych dźwiękach. Tak jest w utworze tytułowym, gdzie w refrenie dochodzi nawet do… śpiewania oraz odrobinę ciepłych klawiszy. Nie brakuje trapowanych wstawek jak lekko oniryczne „ZTM” z niemal „tykającym” podkładem, co jest pewnym zaskoczeniem, chociaż troszkę przymula. Tak samo oszczędne, choć bardziej bujające jest „Wszystko na niby” oraz o wiele bardziej idące w klimaty Flirtini „Reżyseria: Kubrick” czy wręcz niemal futurystyczne „2031”. Jeszcze bardziej zaskoczył nie podkład w „Fiji” (wstęp na ciepłych klawiszach, rozpędzona perkusja, wielowarstwowe pasaże oraz szybki refren), gdzie Taco – na swoje nieszczęście – próbuje śpiewać, co nie brzmi za dobrze. Także wykorzystująca „orientalną” perkusję „Abonent jest czasowo niedostępnym”, gdzie w połowie dochodzi do przełamania oraz zmiany tempa, zaś fani kooperacji z Quebo odnajdą się w odjechanej, pełnej elektronicznych bajerów „Motorolli”. Jednak na sam koniec Taco zalicza dwa strzały i nie do końca trafne. O ile „Adieu” w retro dyskotekowej estetyce ma swój klimat, o tyle wysamplowana na „Zimnej wojnie” „4 Am in Girona” wydaje się chybiona, tak jak nawijanie po angielsku.

Sam Taco wydaje się wracać do dawnej formy, chociaż zdarzają się pewne proste porównania m.in. z wbijaniem noża w plecy niczym Brutus, choć z drugiej strony czuć mocny powrót i przebłyski. Chyba, że nawija o ZTM, bo robi to za często. Do tego przestaje się skupiać tylko na sobie, rzuca popkulturowymi odniesieniami i potrafi się zabawić swoim flow. Jest zwyżka, ale to jeszcze nie to, z czym Taco wystrzelił na początku swojej drogi.

7/10

Radosław Ostrowski

Nomads

Los Angeles, noc jak każda inna w szpitalu. Zawsze przywożą jakichś rannych, trzeba zrobić obchód. Normalna robota, którą wykonuje dr Flax. Tym razem trafia bardzo wykrwawiony mężczyzna, mówiący po francusku, w ostatniej chwili dostaje gwałtownego ataku i umiera, wypowiadając niezrozumiałe słowa, przy okazji raniąc lekarkę. I od tej pory bohaterka zaczyna widzieć zdarzenia z życia nieboszczyka swoimi oczami.

nomads1

Sama fabuła brzmi dość dziwnie i zagadkowo, a za kamerą stanął debiutujący reżyser John McTiernan, kojarzony głównie z kinem akcji. Ale jego pierwsza fabuła (do której także napisał scenariusz – po raz pierwszy i ostatni) idzie ku horrorowi, gdzie mamy do czynienia z tajemniczą grupą ludzi, tytułowymi Nomadami. Wyglądają niczym gang motocyklistów, cały w skórach, na czarno i nie wypowiadają ani jednego słowa. Kim są? Co ich nakręca? I dlaczego nie widać ich na zdjęciach? Reżyser parokrotnie potrafi wywołać dezorientację, mnożąc kolejne pytania, przynajmniej na początku. Wszystko to przypomina sen, gdzie logika działań (także naszego Francuza) wydaje się niezrozumiała. Ale McTiernan parę razy potrafi podkręcić napięcie prostymi sztuczkami, nadal potrafiącymi zadziałać (odgłos bicia serca, spowolnienie kadru, mroczne uliczki i pewne opuszczone domostwo z tajemnicą), mimo poczucia lekkiego deja vu. Motywy są tutaj znajome, ale potraktowane jak najbardziej serio, przez co nie do końca straszył.

nomads2

Jeszcze bardziej zaskakuje tutaj nie tylko solidna warstwa wizualna z odpowiednim wykorzystaniem oświetlenia, ale przede wszystkim muzyka zgodna z realiami epoki, czyli mieszanka elektroniczno-rockowa, pozornie nie pasująca do całości. Jednak w połączeniu z nocnymi ujęciami oraz miejscami ostrym montażem (scena rozmowy z zakonnicą) i szybkimi najazdami kamery potrafi stworzyć intrygującą mieszankę. Tylko, że to wszystko nie daje do końca satysfakcji (zwłaszcza finał), zaś postawa wdowy, do której w końcu trafia pani doktor jest dość zagadkowa (bardzo szybko przyjmuje do wiadomości, że lekarka „widzi” wspomnienia jej męża oraz bardzo dobrze zna dom, nie wywołując żadnego zdziwienia).

nomads3

McTiernan sprawnie opowiada i miejscami potrafi podkręcić tempo. Aktorsko najlepiej prezentuje się Pierce Brosnan jako Jean-Charles, próbujący na własną rękę wyjaśnić całą tajemnicę, co staje się dla niego obsesją i doprowadzi do zguby. Solidnie wypada Leslie-Ann Down, choć jej ataki mogą wydawać się odrobinę przeszarżowane, ale nie przekracza tej granicy.

Choć sam film popadł w zapomnienie, „Nomads” pozostaje klimatycznym dreszczowcem z elementami nadprzyrodzonymi. Aura tajemnicy utrzymuje się aż do końca, może czasami nie zawsze to ma sens i skręca w kicz. Jednak już tutaj czuć spory potencjał i talent McTiernana.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Kamp! – Dare

dare-w-iext53285029

Pamiętacie tych trzech przystojniaków z Łodzi, którzy grali muzykę elektroniczną? Kamp! po paru latach przerwy wraca z absolutnie nowym materiałem. Czy “Dare” utrzymuje poziom poprzedników, zachowuje wypracowaną formułę czy serwuje pewną poważniejszą zmianę?

Zdecydowanie grupa idzie ku współczesnym trendom, jeśli chodzi o muzykę elektroniczną, co serwuje krótkie intro w postaci instrumentalnego, wręcz ambientowego “20813”, chociaż może wydawać się to zmyłką. Jednak “F.O.M.O.” rozwiewa wszelkie złudzenia – klawisze grają bardzo “miękko” mieszając stare z nowym (przeszkadzajki, “cykacze”, “pstrykająca” perkusja, pomruki w tle), wręcz wakacyjnie, śpiew jest bardzo delikatny, by popłynąć ku bardziej “plastikowym” trendom współczesnego popu. I w zasadzie powinienem był za to Kamp! zwyczajnie zgnoić, lecz o dziwo nie wypada to aż tak tandetnie jak się obawiałem. Jeszcze bardziej ku elektropopowi skręca “Don’t Clap Hands”, chociaż początek z autotunem oraz odgłosami natury wywołuje konsternację. I o dziwo jest parę ciekawych patentów (krótkie wejścia echa, perkusja, rozpędzone klawisze pod koniec), które uatrakcyjniają całość. Nie brakuje bardziej minimalistycznych momentów z powoli rozbudowującymi się pasażami jak w “New Seaon” czy troszkę nowofalowe “Drunk” (gościnnie Hania Rani z Tęskno), które do mnie najbardziej przemawiają, chociaż pojawia się też takie dziwadło pokroju “Dalidy”. Z jednej strony ma być on bardzo epicki (pojedyncze, odbijające się niczym echo uderzenia perkusji, przyspieszone tempo) i bardzo melodyjny (imitacja cymbałków), z drugiej narzucony autotune oraz wręcz techniawowe podkłady wywołują dezorientację, zwłaszcza pod koniec. Ale nie brakuje starego, dobrego Kampu w postaci “My Love” czy “Manana”.

Bardziej przyjemnym eksperymentem jest “Kitsune-Ken”, gdzie nie zabrakło elektronicznego przeniesienia rozkręcajacych się klawiszy, przemielonych wokali w tle, “strzelającej” oraz bardzo zmiennej perkusji, a także miejscami niemal rapującego wokalu. Mieszanka wręcz elektryzująca, utrzymująca całość za pysk. Tak jak niemal “strzelające” “Nanette”.

Muszę przyznać, że trio próbuje eksperymentować i przeszczepić na swoją modłę współczesne trendy muzyki elektronicznej, zamiast ciągle iść w stylistykę retro. Tylko, że te eksperymenty nie do końca mnie przekonały. Trudno odmówić chwytliwości, melodyki oraz ciepłego głosu Tomka Szpaderskiego, ale nie taki Kamp polubiłem najbardziej. Nie oznacza to, że “Dare” jest słabą, nieudaną płytą. Jest solidnym, dobrym materiałem na parkiet. Tylko i aż.

7/10

Radosław Ostrowski

First Aid Kit – Ruins

71NvHs0u%2B5L._SY355_

Szwecja i folk? Wydaje się, że to połączenie co najmniej dziwaczne i wywołujące zgrzyt. Jednak działania sióstr Soderberg znanych jako First Aid Kit pokazują, iż taka kombinacja wypadnie bardzo naturalnie. Rozgłos w naszym kraju przyniosła dopiero trzecia płyta „Stay Gold” z bardzo nośnym singlem „My Silver Lining”. To było jednak cztery lata temu, a nowe wydawnictwo pojawiło się na początku tego roku. Czyżby „Ruins” miało zmienić stylistykę tej grupy?

Nadal na pierwszym planie są obecne gitary, chociaż więcej pola mają te podłączane do gniazdka, mimo iż nie grają agresywnie. I to serwuje otwierający całość „Rebel Heart”, w którym swoje robią też klawisze, zaś solówki gitarowe zahaczają o country. W połowie utworu obecność perkusji zmienia tempo, dodając troszkę klimatu brzmienia z lat 70., by pod koniec przyspieszyć i dając wybrzmieć nowym instrumentom (głównie fortepianowi oraz żwawszej gitarze, ale też i trąbce ze smyczkami). I nie byłem znudzony przez te 5 minut, pełnych zaskoczeń. Bardziej folkowy jest już „It’s a Shame” z chwytliwym refrenem, chociaż klawisze dodają pewnego retro uroku czy lekko „knajpiarski” „Postcard” z wybijającym się fortepianem, zaś lekko melancholijny klimat „Fireworks” bardziej je usadza ku romantycznym piosenkom z epoki rock’n’rolla, tylko bardziej współcześnie wyprodukowanym (te smyczki pod koniec!!!). Coś takiego mogło by zagrać na jakiejś dyskotece sprzed wielu, wielu lat. Nawet znajdują się momenty wyciszenia jak akustyczny „To Live a Life”, do którego dopiero pod koniec wchodzą delikatne klawisze, lekko rozmarzone „My Wild Sweet Love” (rzeczywiście słodkie, ale bez przekroczenia granicy przesady), które dostarczają wiele przyjemności czy oszczędny utwór tytułowy, dający dużo przestrzeni dla wokali.

I to lawirowanie między folkiem, a różnymi odmianami wychodzi bardzo zgrabnie (zaczynające się od długiego zaśpiewu „Distant Star”), zaś wspólne śpiewanie przez siostry robi piorunujące wrażenie. Ale także osobno radzą sobie świetnie, tak bardzo po „amerykańsku”, zupełnie jakby się urodziły gdzieś na preriach Arizony czy innego Teksasu. Chociaż pojawia się pod koniec znużenie („Hem of Her Dress” przełamane pod koniec grupowym śpiewem oraz trąbkami), to jednak pozytywne wrażenie nie zostaje zniszczone. Rozluźniająca, bardzo ciepła, sympatyczna muzyka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators – Living the Dream

Livingthedream-front

Ciężko jest mi sobie wyobrazić fana muzyki rockowej, który nie znałby Saula Hudsona aka Slasha. Ten wyrazisty gitarzysta był filarem Guns’n’Roses, do których niedawno wrócił. Nie oznacza to, że wspólne muzykowanie z Mylesem Kennedym oraz The Conspirators zostało ostatecznie zakończone. Po chłodniej przyjętej “World on Fire” grupa postanowiła wydać chudszy album numer trzy. Czy te 12 kawałków dają radę?

Już otwierający całość “The Call of the Wind” serwuje cięższe hard rockowe granie z rozpędzonym riffem, mocną oraz szybką sekcje rytmiczną, dając mnóstwo czadu i pozwalając na chwilkę wyciszenia w środku. Zupełnie jakbym słuchał bardziej agresywne numery z lat 70. Znacznie ciężej jest w bardziej bluesowym “Serve You Right”, z bardziej brudnymi riffami, pozwalając sobie dalej na więcej. Perkusyjne strzały w “My Antidode” kontrastują z dwoma gitarami: jedna lekko podniszczoną I tnącą, drugą bardziej wyciszoną oraz spokojniejszą, by ustąpić czaderskiej solówce (wraca pod koniec), wyciszając się w zwrotce. Jeśli szukacie szybkich numerów z rozpędzonymi riffami mamy jeszcze “Mind Your Manners”, zmieniające tempo, bardziej podniosłe “Lost Inside the Girl” czy soczysty “Driving Rain”.

Nawet w tych pozornie spokojniejszych momentach udaje się parę razy zaskoczyć nie tylko nagłą zmianą tempa, ale małymi detalami (refren w “Read Between the Lines”, początek “Slow Grind”, akustyczna gitara w pięknym “The One You Loved Is Gone”, mocny początek “The Great Pretender”, choć sam utwór troszkę przypomina “Don’t Cry”), uatrakcyjniającymi odsłuch. Sam Kennedy na wokale daje dużego kopa, ale to Slash ze swoimi solówkami błyszczy.

“Lives the Dream” jest o wiele krótszy od poprzednika, co jest ogromną zaletą. Różnorodność tempa, świetnie zagrane, Kennedy na wokalu radzi sobie bardzo dobrze, zaś kopniaki serwowane przez Slasha zostaną na długo. Takiej energetycznej płyty na chłodne wieczory potrzeba dzisiaj bardzo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Dumplings – Raj

raj-b-iext53230258

Jeśli jest ktoś, kto na polskie scenie alternatywnej dzieli i rządzi, przy okazji zdobywający dużą popularność jest to duet The Dumplings, czyli Justyna Święs (wokal i teksty) oraz Kuba Karaś (muzyka). Ich poprzednie dwie płyty, mieszające pop z elektroniką oraz bardziej alternatywnym sznytem osiągnęły status złotych, co pokazuje ich siłę. Jednak “Raj” ma być zupełnie innym doświadczeniem. Dlaczego?

Dwa powody. Po pierwsze, album w calości jest śpiewany po polsku i zawiera tylko 8 piosenek (plus jeszcze dwa bonusy). Po drugie, więcej tutaj ducha i brzmienia z lat 80., jakie ostatnio wykorzystywał choćby Król. Inny klimat serwuje choćby otwierające całość “Kino”. Najpierw słychać bicie dzwonu oraz dziwaczne perkusjonalia, podlane coraz intensywniejszymi dźwiękami syntezatora, budującymi atmosferę mroku (niczym z filmu Johna Carpentera), co podkreśla jeszcze nisko śpiewająca Święs, jakby od niechcenia. Potem ten głos nabiera coraz większej siły, wręcz pewności. Po dwóch minutach podkręcić tempo ku bardziej tanecznym barwom oraz dźwiękom z 8-bitowych gier, zaś głos staje się taki bardziej “męski” (refren), by wskoczyć wyżej I zakończyć wokalizami, wspartymi przez perkusyjne “strzały”. Jesteście w szoku? Singlowy “Raj” utrzyma was w nim na dłużej – najpierw odgłos odbezpieczenia pistoletu, pędząca na złamanie karku perkusja oraz synthpopowe klawisze zmieszane z odbijającym się niczym echo wokalem. Ciarki gwarantowane, a refren z ciepłymi dźwiękami fortepianu będzie nucony długo po usłyszeniu. Równie niepokojący jest “Deszcz” z odbijającą się, metaliczną gitarą, surową perkusją oraz rozpędzonymi klawiszami w połowie. Powrót do melodyjnego synth popu serwuje “Uciekam” z nakładającymi się klawiszami, serwujący mocne ciosy perkusji “Frank” (mocno inspirowany “Zapachem kobiety”) oraz odpowiednio budującego poczucie lęku “Przykro mi”.

Nawet “Nieszczęśliwa” okazuje się pułapką – śmiech na samym początku z “afrykańskimi” perkusjonaliami zapowiada coś innego, lecz wtedy wchodzą dęciaki imitowane przez syntezatory (brzmi to dziwnie), przez co wchodzą kolejne popisy perkusyjno-elektroniczne, dodające kolejne warstwy (wokalizy, przerobione głosy, melorecytacje, tamburyn), wprowadzając w niemal psychodeliczny trip. Zaś na koniec dostajemy “Tam gdzie jest nudno, ale będziemy szczęśliwi” z niemal patetycznym fortepianem, by wejść ku bardziej dyskotekowym pasażom, nie gasząc mroku, potęgowany przez głos Kuby Karasia na końcu.

Są też umieszczone dwa bonusowe kawałki. O ile “Ach nie mniej jednej” już znałem i nadal uważam za świetny utwór (smyki w środkowej części), o tyle cover “Jestem kobietą” Edyty Górniak z gościnnym udziałem Mary Komasy nie do końca mnie przekonuje. Nie wiem, czy to przez tą melorecytację zmieniającą się w obojętność, czy zbyt odjechaną aranżację z przerobionymi głosami w tle.

“Raj” kompletnie odcina się od poprzednich albumów, zmieniając kompletnie klimat, zaś Święs niczym kameleon zmienia tempo, sposób ekspresji w taki sposób, że nie da się tego opisać słowami. Bardziej taneczne rytmy mogą odwrócić uwagę od tekstów, dotykających spraw bliskości, miłości, szczęścia. Może to przypominać skok na głęboką wodę, ale potrafi porazić.

8/10 

 

Radosław Ostrowski

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie

Moc w serii „Gwiezdne wojny” zawsze była obecna, choć nie zawsze było to intensywne doświadczenie.  Dla mnie klasyczna trylogia była jednym z pierwszych filmów jaki pamiętam i zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, przez co – pośrednio – wsiąkłem w kino. Prequele mnie zawiodły, zaś nowa trylogia jest dla mnie troszkę nierówna (epizod 9 pozostaje zagadką). Co w takim razie ze spin-offami z cyklu „Gwiezdne wojny – historie”? Czy dobrze się sprawdzają jako poboczne opowieści, czy to już jest bardzo bezczelny skok na kasę? „Łotr jeden”, ku mojemu zaskoczeniu był świetny, uzupełniając fabułę miedzy 3 a 4 epizodem sagi. Jednak następny film miał opowiadać o młodym Hanie Solo i… pojawiły się w głowie poważne wątpliwości. Nie tylko z powodu sięgnięcia po ikoniczną postać tego uniwersum (choć jej geneza mogła być interesująca), ale też zamieszania z realizacji tego tytułu. Zmiana reżyserów (duet Lord/Miller został zastąpiony przez Rona Howarda), spięcia ze scenarzystą Lawrencem Kasdanem oraz ostateczny wybór odtwórcy głównej roli – Aldena Elrenreicha budził wątpliwości. Bo każdy aktor w roli Hana Solo byłby świetny, pod warunkiem, że jest to Harrison Ford ;). Co z tego wyszło?

han_solo1

Kiedy poznajemy Hana jest drobnym cwaniakiem, wychowywanym przez ulicę jako złodziejaszek, wykorzystywany przez lady Proximę. Trzymają go przy życiu dwie sprawy: Qi’ra, którą bardzo kocha oraz marzenie o zostaniu pilotem. W końcu decyduje się zrobić jedną szaloną rzecz, czyli uciec stamtąd z Qi’rą, co udaje mu się połowicznie, bo on zwiał, ale ją złapali. Szkoli się w Akademii Imperium, lecz nie wychodzi na tym najlepiej. A w ogniu bitwy poznaje kudłatego stwora oraz grupkę złodziejaszków pod wodzą Bekcetta, z którym decyduje się zrealizować duży skok: kradzież hyperpaliwa.

Więcej nie zdradzę, bo inaczej musiałbym wejść na spojlerową minę, ale Ron Howard stara się skupić uwagę widzów. Początek jest szybki, pełen akcji, by rzucić nas wręcz w prawdziwe pole bitwy niczym z „Szeregowca Ryana”, a dalej mamy wręcz klasyczny heist movie z kryminalno-gangsterskim półświatkiem w tle. I to tło robi dużą różnicę, chociaż nie do końca zostaje wykorzystane. Mafijne porachunki, drobni gangsterzy, przemytnicy działający gdzieś z tyłu Imperium, dodając trochę brudu oraz szarości w świecie z odległej galaktyki. Fabuła skupia się na akcji, wyglądającej bardzo pomysłowo (napad na transport paliwa przypomina niemal westernowy napad na pociąg), z dynamiczną praca kamery, montażem, podkręcając napięcie wręcz do granic możliwości (kulminacyjny skok, gdzie zadyma jest ostra, lecz wszystko pozostaje czytelne). Nie brakuje znajomych postaci i elementów: Chewbacca, Sokół Millennium, Lando, wspominane jest Tatooine oraz pewne zaskakujące cameo, co pozwala osadzić w konkretnych czasach. Nawet muzyka Johna Powella zachowuje ducha franczyzy.

han_solo2

Ale problemy mam dwa z tym tytułem. Po pierwsze przekombinowany finał, gdzie jest masa zaskoczeń, wolt, zmian układów sił, co wywołuje spory zamęt. Do tego film mógł zakończyć się o wiele szybciej, co zadziałałoby na duży plus. Drugim problemem są dla mnie dwie postacie, które nie do końca są wygrane, o czym jeszcze opowiem później.

han_solo3

Jak sobie radzą aktorzy? Alden Eldenreich daje sobie radę jako młody Solo, który jeszcze nie jest aż tak cyniczny, zdystansowany i samotny – to młody chłopak z dobrym sercem, próbujący wygrywać za pomocą mieszanki sprytu, blefu i brawury. I ma w sobie wiele łobuzerskiego uroku, dodając wiarygodności tej postaci, zwłaszcza w relacji z Chewbaccą. Fantastyczny jest Woody Harrelson w roli Becketta, którego można uznać za mentora. Ta postać jest już troszkę zmęczona swoim fachem, jednak ma mnóstwo charyzmy, szelmowskiego sprytu oraz twardego stąpania po ziemi. I kiedy wydawało się, że nic tego nie przebije wchodzi Donald Glover jako młody Lando. To jest castingowy strzał w dziesiątkę – pewny siebie, wyluzowany, elegancki cwaniak i narcyz w jednym, ale czarujący jak nikt. Żeby jednak nie było tak słodko, są dwie wpadki. Po pierwsze, główny złol w wykonaniu Paula Bettany’ego, który jest zwyczajnie nijaki. Pozbawiony charyzmy, demoniczności, jest tylko pionkiem skupionym na realizacji celu. Po drugie Emilia Clarke jako obiekt uczuć Hana – nie czułem tej chemii między nią a Eldenreichem, a sama postać wydaje się jedynie zbiorem istotnych informacji, pomocnych dla przebiegu fabuły.

Ron Howard jest na tyle dobrym rzemieślnikiem, by opanować wszelkie gatunki. „Han Solo” jest porządnym rollercoasterem, pełnym akcji filmem w duchu awanturniczo-przygodowym niczym klasyczna trylogia. Pod koniec zaczyna się potykać, jednak Moc i klimat jest bardzo mocno obecne. Czy chciałbym kolejną część tej historii? Tak, bo jeszcze nasz heros się jeszcze nie ukształtował, ale ponieważ nie zarobił dużo kasy, sprawa stoi pod znakiem zapytania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwa historia

Pisarka Delphine właśnie promuje swoją świeżo wydaną powieść. Próbuje pracować nad swoim nowym dziełem, tylko nie jest w stanie niczego napisać. Brak weny, brak pomysłów, ciągłe zmęczenie – jak tu coś stworzyć? Wtedy w jej życiu pojawia się pewna tajemnicza kobieta o imieniu Elle. Początkowo sprawia wrażenie fanki i pierwsze spotkania są takie na przyjacielskiej stopie, ale okazuje się być ghostwriterem z pewnymi problemami. Z czasem ta więź staje się coraz silniejsza do tego stopnia, że Elle wprowadza się do domu Delphine.

prawdziwa_historia1

Żaden polski reżyser nie jest tak rozpoznawalny na świecie jak Roman Polański. Ten reżyser bardzo rzadko schodzi poniżej swojego poziomu, głównie skupiony na psychodramach w bardzo ograniczonej przestrzeni. „Prawdziwa historia” przypomina poprzednie filmy reżysera, co samo w sobie nie musi być wadą. Problem w tym, że ta cała opowieść kompletnie nie angażuje. Dlaczego? Po pierwsze, postacie, które są kompletnie nieprzekonujące. Niby ważna jest ta więź, tylko że ona przebiega za szybko i jest parę momentów, w których ta relacja powinna zostać dawno zerwana (zniszczenie miksera – kompletny brak reakcji ze strony Delphine), zaś coraz większa kontrola nowej przyjaciółki odbywa się aż za prosto. Poza tym Polański zaczyna używać narzędzia, którego nigdy nie używał – łopaty. Niby nie narzuca jednoznacznie interpretacji co do tego, kim są dwie panie, ale jest kilka sugestywnych chwil (nachalna, demoniczna muzyka, podobny strój, buty, ten sam kolor włosów) narzuca jeden, bardzo oczywisty trop. Nawet momenty mające budować napięcie (zatrucie, karmienie, senne majaki) wywołują jedynie znużenie albo śmiech. Zbyt wiele razy to widziałem, żeby kompletnie się zaangażować. Czuć tu inspirację „Misery” (złamanie nogi i pobyt w opuszczonym domku) czy „Autorem widmo”, które są tutaj bardzo mechanicznie narzucone. Fabuła ma wiele dziur i jest kompletnie niewiarygodna aż do samego „przewrotnego” finału.

prawdziwa_historia2

Owszem, film wygląda miejscami bardzo elegancko, z kilkoma niezłymi sztuczkami (początek filmu czy finał), jednak to za mało, by został w pamięci na dłużej. Grające główne role Emmanuelle Seigner (Delphine) i Eva Green (Elle) starają się jak mogą, by zbudować postacie, jednak Polański kompletnie nie daje im szans na rozwinięcie skrzydeł. Między tą parą nie czuć kompletnie żadnego napięcia, żadnej chemii, a ich zachowanie wydaje się miejscami nielogiczne. Drugi plan tutaj praktycznie nie istnieje, bo i te postacie nie są zbyt istotne.

Jak coś takiego mógł zrobić Polański? „Prawdziwa historia” nie ma w sobie niczego prawdziwego, a seans przypomina odwiedzanie skansenu, gdzie znajdujemy znajome obrazy, oparte na ogranych schematach, pozbawionych czegoś świeżego, żywotnego. Nie pamiętam, żeby jakikolwiek film Polaka wywołał takie rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski