Run of the Arrow

Szeregowy O’Meara walczył podczas wojny secesyjnej po stronie Południa. Wojna się jednak skończyła, lecz nienawiść do Jankesów pozostała i nie chce się od niego odczepić, ale nie mogąc się odnaleźć w tej sytuacji, wyrusza przed siebie. Po drodze poznaje jednego z Siuxów, Idącego Kojota, przez co decyduje się dołączyć do plemienia, co wskutek perturbacji w postaci wyścigu strzały, spełnia się. Pytanie tylko na jak długo, gdyż żołnierze USA planują zbudować port na terenie Siuxów, a O’Meara ma być tropicielem.

run_of_the_arrow1

Samuel Fuller znowu wraca na Dziki Zachód, by tym razem przedstawić historię człowieka pozbawionego tożsamości, inaczej: wypierającego się własnej nacji. O’Meara jako zadeklarowany konfederata nienawidzi Jankesów i za nic w życiu nie chce się im podporządkować. Choć sama historia i konstrukcja fabularna jest bardzo prosta, wręcz klarowna, to cała reszta nie jest już taka oczywista. Indianie są tutaj pokazywani jako ludzie odnoszący się i szanujący swoją tradycję, honorowi, dotrzymujący zawsze danego słowa. Taki staje się powoli nasz bohater w tym otoczeniu, czując się akceptowany, mając kobietę oraz wychowując jej dziecko, ale w tle są wszelkie pokojowe próby rozmów wojska z Indianami. Sprawy te nie są zbyt łatwe nie tylko ze względu na nieufność obydwu stron, ale przede wszystkim braku rozsądku oraz chęcią zabijania (to jest znacznie prostsze od dialogu) po obydwu stronach konfliktu. Wszystko to musi w końcu eksplodować i doprowadzić do dramatycznego finału.

run_of_the_arrow2

Reżyser umie to wygrać, przez co ogląda się całość z dużym zainteresowaniem. Nie sposób zapomnieć dramatycznego wyścigu strzały czy pełnej przemocy konfrontacji, chociaż pewne rzeczy mogą troszkę kłuć w oczy. Taka jest ilustracyjna muzyka, mocno archaiczna (podpowiadająca), wręcz idealnie skrojone ciuchy czy Indianie mówiący płynną angielszczyzną. Nie do końca mnie też przekonuje gra Roda Steigera w roli głównej – bardzo teatralna, ze strasznym akcentem. Plenery wyglądała ładnie a kilka dialogów (ten o religii – rewelacja) daje wiele do myślenia.

run_of_the_arrow4run_of_the_arrow3

„Run of the Arrow” to dość nietypowy western, w którym czuć zapowiedź takich filmów jak „Człowiek zwany Koniem” czy „Tańczący z wilkami”, próbująca pokazać stosunki Indian z żołnierzami w sposób daleki od wskazywania palcem winy tylko po jednej stronie. Fuller tutaj nawołuje do dialogu, ostrzegając przed siłowym rozwiązaniem sporu. Ale też losy O’Meary są metaforą pogodzenia się z losem, co podkreśla finałowa rozmowa z żoną. A teraz spójrzcie na rok produkcji i przeżyjcie szok.

7/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Wszyscy ludzie prezydenta

Rok 1972. To był jeszcze czas, gdy ludzie wierzyli, że przy władzy stoją mądrzy, inteligentni i niepozbawieni sprytu ludzie, dbający o powszechny pokój oraz dobrobyt.  Jednak jak wiadomo, pewne rzeczy mają w zwyczaju ulegać zmianom. A wszystko zaczęło się od drobnego włamania w hotelu Watergate, gdzie była siedziba sztabu wyborczego demokratów (tych bardziej na lewo w przeciwieństwie do republikanów). Policja aresztowała pięciu ludzi, a podczas procesu okazało się, ze byli to agenci CIA. Dziennikarz The Washington Post Bob Woodward zaczynał drążyć cała sprawę, do której został przydzielony (jako wsparcie) Carl Bernstein jako bardziej doświadczony kolega po fachu. Nie spodziewali się, ze wpadną w prawdziwe gówno, odkrywając wysoko sięgający spisek.

wszyscy_ludzie_prezydenta1

Afera Watergate położyła mocno cień na władzy i zniszczyła zaufanie do polityków w USA. Cała sprawę opisali panowie Bob Woodward i Carl Bernstein w bestsellerowej (chociaż podobno niezbyt porywającej) książce „Wszyscy ludzie prezydenta”. Było kwestią czasu, by zainteresowali się nią filmowcy. Prawa do adaptacji nabył (już wtedy) politycznie zaangażowany Robert Redford, a ten uznał, iż tylko jeden człowiek jest w stanie opowiedzieć tą historię – Alan J. Pakula. Trzeba przyznać, że reżyser w niemal reporterskim stylu opowiada skomplikowane dziennikarskie śledztwo. Już sam początek, gdy widzimy włamanie do hotelu Watergate imponuje powolnym wstępem (na początku tylko słyszymy dźwięki), by utrzymać w napięciu (zdarzenie obserwuje kolega z hotelu naprzeciwko).

wszyscy_ludzie_prezydenta2

Pakula niczym Fincher w „Zodiaku” skupia się na żmudnym dochodzeniu oraz zbieraniu faktów do kupy. A to oznacza rozmowy, rozmowy, rozmowy, telefony, telefony i kłótnie z przełożonymi.  Bo trudno w to uwierzyć, ale wszystkie informacje musiały być w 100% zweryfikowane i potwierdzone w co najmniej dwóch wiarygodnych źródłach, co dzisiaj wydaje się nie do pomyślenia. Tutaj oddany jest hołd dla klasycznego dziennikarskiego etosu, ale rozumiem tych, co mogą odnieść wrażenie nudy na ekranie. Akcji jako takiej nie ma, ale mimo to reżyser umie utrzymać w napięciu. Zarówno podczas rozmów (tutaj wybijają się rozmowy z Judy Hoback), jak przede wszystkim w spotkaniach z tajemniczym informatorem Głębokim Gardłem (dopiero w 2005 roku ujawniono, że był nim Mark Felt, zastępca dyrektora FBI) odbywające się w garażu podziemnym, w kompletnym mroku, gdzie mogło zdarzyć się wszystko.

wszyscy_ludzie_prezydenta3

Śledzenie fabuły nie należy do najprostszych rzeczy, gdyż po drodze pada tyle nazwisk i postaci, że potrzeba było żonglerskiej sprawności (lub dużego notatnika), by znaleźć powiązania: kto, co, ile, komu podlega. Wyjścia są dwa: albo wszystko notować, albo obejrzeć film minimum dwa razy. Imponuje dzisiaj scenograficzna robota, a dokładniej wygląd redakcji, który został odtworzony 1:1. Ta ilość biurek, nieustanne piszące maszyny, dzwoniące telefony – to wszystko tworzy świetny klimat, a kilka ujęć (sprawdzanie fiszek w bibliotece, ukazane niemal z góry) to prawdziwe realizacyjne majstersztyki.

wszyscy_ludzie_prezydenta5

A jeśli będzie mieli problem z intrygą oraz rozpracowaniem całego dochodzenia, w sukurs przyjdą znakomici aktorzy. W rolach Bernstein i Woodwarda grają Dustin Hoffmann z Robertem Redfordem, tworząc znakomicie uzupełniający się duet. Pierwszy, rozedrgany, niemal impulsywny i notujący gdzie popadnie, drugi spokojny, wręcz analityczny, precyzyjny. Razem zbierają strzępki informacji, starając się złożyć cała aferę do kupy, a oglądanie ich w akcji to czysta frajda. Jednak drugi plan bezczelnie kradnie Jason Robards w roli powściągliwego naczelnego, Bena Bradlee – faceta dbającego o wiarygodność i całkowitą pewność, co do treści. Nie sposób też zapomnieć tajemniczego informatora zwanego Głębokim Gardłem (Hal Holbrook), którego sylwetka – z wyjątkiem twarzy – spowija ciemność.

wszyscy_ludzie_prezydenta4

„Wszyscy ludzie prezydenta” to ostatnia część paranoiczne trylogii Pakuli, gdzie jednostki zazwyczaj były skazywane na przegraną w konfrontacji z władzą i systemem. Ale tutaj reżyser daje nadzieje i wierzy w instytucje dziennikarstwa jako czwartej władzy. O ile tej nowej władzy dają napisy końcowe, gdzie dostajemy pisane depeszą wieści o politycznych konsekwencja afery. Mocne, uczciwe kino polityczne z najwyższej półki.

8/10

Radosław Ostrowski

Zacznijmy od nowa

Czasami bywa tak, że dwoje dorosłych ludzi rozstaje się ze sobą. Dlaczego? Przyczyny są różne, ale najczęściej pojawił się ktoś trzeci do tańca dla par. i tak było w przypadku państwa Potterów (nie, nie są spokrewnieni z niejaki Harrym), bo ona poszła w tango, ale powodem była też ambicje kariery wobec pani Potter. Więc on, kompozytor Phil odchodzi, bo tak wypada. Wyrusza do Bostonu, do brata psychiatry, by się na nowo pozbierać. Brat (a dokładniej bratowa) próbują go wyswatać z pewną znajomą, Marilyn Holmberg. Pierwsza randka, delikatnie mówiąc, nie należała do udanych. Ale jak wiadomo, wystarczy sobie dać troszkę czasu.

zacznijmy_od_nowa_1979_1

Po zrobieniu wielu filmów z gatunku sensacji oraz thrillerów krytycznie odnoszących się do władzy, Alan J. Pakula wraca do tematyki relacji na linii kobieta-mężczyzna. Wspiera go przy tym scenarzysta James L. Brooks (cztery lata przed realizacją „Czułych słówek”) i tutaj mocno czuć jego wpływ. Słodko-gorzkie kino obyczajowe ze znacznie większą dawką humoru niż w poprzednich filmach Pakuli, co daje spore pole do popisu. Ale poza żartami i odrobiną ironii, bardzo uważnie przyglądamy się relacji dwojga ludzi po przejściach. Czy dadzą sobie szanse na nowy początek i nowy etap? Tutaj wiele dają pewne drobne scenki jak nowa praca w szkole (pierwsza lekcja kończy się po… 5 minutach) czy warsztaty dla rozwiedzionych mężczyzn, gdzie panowie opowiadają o swoich doświadczeniach. Wtedy pojawiają się pewne refleksje i pytania, dlaczego miłość gaśnie po prawie 45 latach czy dlaczego ciągle zakochujemy się w tej samej osobie. Ale nadal w orbicie jest Phil i Marilyn, którzy próbują ustawić, gdzie są w tej drodze, bo miłość ma to do siebie, że przychodzi wtedy, gdy nie rozglądamy się za nią, nie czekamy. Czasami chcemy tylko z kimś spędzić miło czas, aż nagle staje się ta persona dla nas kimś bardzo ważnym.

zacznijmy_od_nowa_1979_2

Refleksje przyszły mi do głowy po seansie, gdyż w trakcie wiele razy (nawet więcej niż wiele) padałem ze śmiechu. Żarnów, gdy dochodzi do drobnych złośliwości („topienie” na festynie za pomocą trafienia piłką w cel czy pierwsze spotkanie, gdy ona widzi w nim gwałciciela – w końcu łaził troszkę obok niej), jak i bardziej poważniejszych momentach (nagły atak paniki Phila w centrum czy nagłe pojawienie się byłej w mieszkaniu, gdzie jest obecna partnerka), gdzie dochodzi do odrobiny niezręczności. Wszystko to jest wygrywane bezbłędnie i bez pójścia po proste gagi. Może zakończenie może wydawać się lekko przesłodzone (oświadczyny na… boisku koszykarskim), ale nawet to zostaje przełamane żartem.

zacznijmy_od_nowa_1979_3

I jak to jest jeszcze zagrane. Bardzo pozytywnie zaskakuje wyborny Burt Reynolds, który zwyczajnie nie gwiazdorzy i daje prawdziwy popis swojego (nie do końca wykorzystanego) kunsztu. Jego Phil to facet, z którym łatwo się identyfikować. Dowcipny, inteligentny, złośliwy, ale też i zdeterminowany w realizacji swojego celu. Jednocześnie jest przed nim widmo byłej żony (dobra Candice Bergen) i przez to nie zawsze mógł się przestawić ze swoim statusem singla oraz związkiem z nową kobietą (rozmowa telefoniczna z była podczas Święta Dziękczynienia), ale ciągle nad tym pracuje i próbuje to przełamać. A partneruje mu Jill Clayburgh (Marilyn) wcielając się w najbardziej neurotyczną postać kobiecą, podobną do Diane Keaton, ale nie zagranej przez Diane Keaton. Wiem, to skomplikowane, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że widzę klon Diane z filmów Allena. Pod tymi neurozami jawi się zwyczajny strach przed ponownym zranieniem, dlatego nie wywołuje ona takiej irytacji, jak by się mogło wydawać. Na nich opiera się cała ta maszyneria i po pewnym czasie chemia między nimi staje się intensywniejsza.

Uderza lekkość z jaką zrobiony został ten film, gdzie bohaterowie są traktowani z sympatią, bez jednoznacznego podziału i klisz typowych dla komedii romantycznych. Pisarski talent Brooksa w połączeniu ze świetnym warsztatem Pakuli stworzył bardzo sympatyczny, ale i refleksyjny film. Dziwne, że w dniu premiery był kasową porażką. Nie łapię tego.

8/10

Radosław Ostrowski

Przybywa jeździec

Jest rok 1945, czyli jest późno na podbój Dzikiego Zachodu. Niemniej dalej trwa walka o ziemię, bydło i hodowlę. Tutaj spór trwa między magnatem Jacobem Ewingiem a Elle Connors – mającą mała farmę. Wydaje się, że ta konfrontacja jest z góry ustalona. Ale wtedy pojawia się nowy sojusznik dla naszej kobiety. To weteran wojenny Frank Athearn, który razem z innymi żołnierzami wykupił część ziemi Elle. Wracając do zdrowia po postrzale, proponuje się jako pomocnik dla kobiety, by następnie zostać jej wspólnikiem w interesach, co nie podoba się Ewingowi, gdyż zamierza on wykupić całą ziemię niczym jego dziadek.

jezdziec11

Alan J. Pakula tym razem poszedł w zupełnie nieoczywistym kierunku jak na niego, gdyż sięgnął po western. Ale nie ma tutaj Indian, strzelanin, lecz wypasanie bydła i kowboje. A także obowiązkowe starcie tradycji z nowoczesnością, gdzie władze nad ziemią zaczynają faktycznie sprawować banki. Etos ranczera powoli zaczyna być zastępowany przez kapitalizm, symbolizowany przez ropę naftową. Nawet ci, co wydawali się potężni (Ewing) są więźniami swoich długów oraz wierzycieli. Ale mimo tych przeciwności walka trwa – nie zawsze czysta i uczciwa, gdzie dochodzi do przemocy. Reżyser skupia się na prostych czynnościach związanych z łapaniem bydła. Nie ma tutaj prostych podziałów na dobrych i złych, a wszystko to jest sfotografowane w bardzo ładnych plenerach. Pakula powoli i stopniowo odkrywa kolejne zdarzenia z przeszłości naszych bohaterów, stawiając na kameralny dramat. Jedynie końcówka jest bardziej dramatyczna, wręcz pachnąca thrillerem, kończąc się krotką strzelaniną, ale nie psuje to dobrego wrażenia.

jezdziec21

Reżyser nie tworzy niczego nowego, nie rewolucjonizuje gatunku, ale seans był naprawdę przyjemny. Jest kilka pięknie sfotografowanych scen przyrody oraz łapania bydła, nie brakuje też napięcia (nocna burza, która wypędziła stado), ale to przede wszystkim zasługa dobrego aktorstwa. Najbardziej błyszczy Jane Fonda jako twarda i nieustępliwa Elle. Takich babek na ekranie było wiele, ale i ta okazuje się do zdobycia. Zwłaszcza, gdy dokonuje tego nasz Frank, czyli świetny James Caan. Też jest twardzielem, co z nie jednego pieca jadł chleb i nie daje się zbyt byłe czym. Po drugiej stronie jest Jason Robards (Jacob Ewing) – bezwzględny kapitalista, który zawsze chce, by było po jego myśli. Nawet osaczony przez bank, zawsze szuka wyjścia z pułapki. W końcu będzie musiało dojść do konfrontacji.

jezdziec3

Trudno nazwać „Przybywa jeździec” za klasyczny western, jednak wiele jego elementów się przewija. Tak naprawdę jest to opowieść o determinacji oraz sile woli, by znieść wszelkie przeciwności losu. Kawał porządnego rzemiosła i jedna z nieoczywistych pereł.

7/10

Radosław Ostrowski

Miłość i ból i ta cała cholerna reszta

Czasami zdarza się tak, że spotyka się dwoje ludzi, chociaż nie wiadomo, co z tego wyjdzie. On był nieśmiałym astmatykiem, ciamajdą i w ogóle czarną owcą rodu wybitnie inteligentnego. Ona wydaje się podniosła i zdystansowana, jak to na Angielkę przystało. Miejsce spotkanie dość niezwykłe – Hiszpania, a dokładnie autobus wycieczki. On ze swojej, rowerowej uciekł (kto wpadł na pomysł, by astmatyk zapieprzał na rowerze po górzystym rejonie?), a ona siedziała obok. On ochlapał jej sukienkę swoim bukłakiem i batonem, więc ona nie zwracała specjalnie na niego uwagi. Prawda, że brzmi to jak miłość od pierwszego wejrzenia?

milosc_bol_reszta1

Alan J. Pakula znowu wraca do tematu związków, ale jest jedna poważniejsza zmiana. Ona jest od niego starsza, chociaż nadal to atrakcyjna kobieta. Dodatkowo mamy pięknie sfotografowaną Hiszpanię, ze wszystkim, z czym się kojarzy (poza walką byków). Jest więc flamenco z obowiązkowymi kastanietami, wiatraki, z którymi mierzył się don Kichot, zamki, pola i piękne zachody słońca. Brzmi jak pocztówka? Po części tak jest, ale reżyser znowu miesza poważną, wnikliwą obyczajową obserwację z odrobiną humoru. Nawet jeśli jest on lekko slapstickowy (drobne potknięcie czy spektakularne rozwalenie ściany pięścią), pozwala odrobinę odprężyć się od całości. Powoli jednak między tą dwójką bohaterów zaczyna tworzyć się silniejsza więź, a wręcz uczucie, którego być może nieświadomie szukali. Tylko, że ona ukrywa pewną tajemnicę, która może rzucić poważniejszy cień.

milosc_bol_reszta2

Jednak zanim do tego dojdziemy, reżyser ze scenarzystą dodadzą wiele do tej niby banalnej opowieści. Na szczęście, nie pozwolono sobie tutaj na sentymentalizm czy kicz. Gra bardzo ładna muzyka (mocno liryczna), a po drodze przejdziemy wiele stadiów uczucia. Od zauroczenia, przez stopniowe, bliższe poznanie się (pierwszy raz był dość gwałtowny i komiczny) i nasza para powoli zaczyna dojrzewać, nawet wychodzą na wierzch cechy, jakich byśmy nie podejrzewali (chłopiec staje się zdeterminowany, zyskuje pewność siebie, ona zaczyna coraz swobodniej się zachowywać i częściej uśmiechać). Jest nawet zazdrość, ale to zostaje szybko rozwiązane (dla mnie troszkę zbyt bajkowo).

milosc_bol_reszta3

Wszystko jednak dźwigają świetni aktorzy. Pakula stawia tym razem na młodego Timothy’ego Bottomsa oraz bardziej doświadczoną Maggie Smith. On jest strasznie nieśmiały, wręcz wycofany, gdy go poznajemy. Ona bardziej zachowawcza, wręcz sztywna, jak to Brytyjka. To wszystko jednak zaczyna się stopniowo zmieniać, a wszelkie radości, ale i lęki (scena, gdy Lili się upija) wygrywane są wręcz bezbłędnie, bardzo subtelnie i naturalnie. Bez nich ten film nie byłby taki udany, to jest pewne.

„Miłość i ból…” to historia o poważnym związku oraz powolnym dojrzewaniu do odpowiedzialności za drugą osobę.  Może i mniej błyskotliwe jak w przypadku debiutu, ale bardzo szczere, pięknie sfotografowane oraz pełne ciepła, co jest zasługą świetnego duetu aktorskiego. Jeśli macie szansę, zobaczcie ten tytuł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czterdzieści rewolwerów

Dziki Zachód zawsze kojarzył się z twardymi facetami, co nie boją się świszczących kul. Jednym z takich facetów jest Cliff Bommell – kiedyś rewolwerowiec i zabijaka, ale marzy o stabilizacji oraz świętym spokojem. Jednak miasteczko, do którego przybywa jest terroryzowane przez grupę rewolwerowców (sztuk: 40) kierowanych przez Jessicę Drummond. Mogłoby to nawet zostać rozwiązane spokojne, gdyż kobieta ma w kieszeni wielu wpływowych ludzi, ale wszystko przez jej brata Brockie’ego. Facet od początku sprawia problemy i konfrontacja wydaje się nieunikniona.

40_rewolwerw2

Samuel Fuller był uważany za jednego z najbardziej bezkompromisowych filmowców, który w każdym filmie wsadzał kij w mrowisko społeczeństwu. Jednak tutaj mam wrażenie, że pogubił się ze swoim przekazem. Bo tak naprawdę film jest osadzonym w realiach kowbojskich melodramatem, gdzie musi być miejsce na strzelanie, knucie oraz krycie nadpobudliwego brata. Nawet byłbym w stanie przykuć na to oko, gdyby ta cała historia była wciągająca. Mimo, że trwa ona nieco ponad godzinę, wywołała we mnie jedynie znużenie. Dlaczego? Całe tło jest ledwie zarysowane. Sam gang w akcji widzimy raptem w 2-3 scenach, przez co mam wrażenie, że są to goście spuszczeni ze smyczy i nie dający w żaden sposób się kontrolować. Dodatkowo wątek niby miłosny między nieujarzmioną przez nikogo Jessicą (żebyśmy o tym nie zapomnieli, dostajemy tą informację w postaci piosenki) a szorstkim Cliffem wydaje się tutaj być oparty na wierze twórców. Bo nie zobaczyłem ani jednej sceny, z której wynikałoby to miłość, zauroczenie, fascynacja.

40_rewolwerw1

Dodatkowo jest tutaj wiele pobocznych wątków, które miały wzbogacić ten świat. Cliff przyjechał razem z braćmi, Wesem i Chico. Pierwszy był zawsze wsparciem i drugą strzelbą, ale marzy o stabilizacji. Drugi z kolei chciałby być rewolwerowcem, ale brat wolałby dla niego stabilną fuchę farmera. Prowadzone są dyskusje, a kończy się to posadą szeryfa. Odwraca to uwagę od liźniętego głównego wątku. Jest kilka niezłych scen (przekazanie nakazu aresztowania w rezydencji pani Drummond czy burza piaskowa), ale to wszystko zwyczajnie przynudza. Dodatkowo wszystko jest strasznie moralizatorskie, jak to w przypadku produkcji z tego okresu.

40_rewolwerw3

Sytuację próbuje ratować solidne aktorstwo Barbary Stanwyck oraz Barry’ego Sullivana. Ona wydaje się charakterną babką, zawsze w czerni i z batem (tylko na koniu), on jest chłodnym profesjonalistą, co z niejednej sytuacji ratował się bronią, ale za Chiny nie ma między nimi chemii. Cała reszta jest jedynie słabym, niemal papierowym tłem z prostym podziałem na dobrych i złych.

Ten western Fullera nie wytrzymał próby czasu i zwyczajnie przynudza. Niewiele się dzieje, akcja jest śladowa, a finał przewidywalny oraz nudny. Tak się tego nie robi i mam nadzieję, że to jedyna słabsza produkcja.

5/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Bezpłodna kukułka

Wszystko zaczęło się od autobusowego przystanku – miejsce banalne, spokojne i samo w sobie nieciekawe. Ale to właśnie na przystanku pojawiło się tych dwoje młodych ludzi. On jest wycofanym, spokojnym facetem bujającym w książkach. Ona jest bardziej namolna, gadulstwo ma wpisane w DNA i nie jest pozbawiona sprytu. Jerry i Pookie idą na studia do różnych uczelni, ale jadą tym samym autobusem. W końcu nieunikniony jest fakt, że muszą spędzić czas ze sobą.

kukulka1

Debiutujący na polu reżyserskim Alan J. Pakula zaczyna pozornie jeden z ogranych schematów kina, czyli pierwszą miłość. Ale nie jest to w żadnym wypadku klasyczne love story, gdyż oboje do końca nie pasują do narzuconych w tego typu opowieściach szablonów. On nie jest przystojnym księciem z bajki, a ona bezradną damą w opałach, szukającą swojego rycerza. Oboje są na swój sposób ekscentryczni, szukają na swój sposób bliskości. Wszystko jest tutaj wypowiedziane przy bardzo trafnych dialogach, gdzie poznajemy bardzo rozbudowaną psychologię postaci. Klimat troszkę nostalgiczny tworzy bardzo śliczna piosenka zespołu The Sindpipers „Come Saturday Morning”, która towarzyszy w scenach bliskości. Pierwszych pocałunków, spacerów na plaży czy podczas jesiennej aury, gdzie na leży leżą wręcz tony opadających liści. Wszystko to pozbawione lukru, sentymentalizmu czy kiczu, ale niepozbawione humoru (nieudane próby zbliżenia w aucie czy na trawie) oraz lekkiego ironicznego zacięcia. Trudno mówić tutaj o pełnym, czystym uczuciu.

kukulka2

Miałem wrażenie, że nasz bohater miał już troszkę dość namolności Pookie, więc dał niejako za wygraną. przynajmniej na początku, ale potem coś się zaczęło zmieniać. Oboje zaczęli powoli się do siebie przybliżać, ale zaczynają się także problemy: ciąża (chociaż nie do końca pewna), studia, potrzeba przerwy. Ale wszystko zrobione jest z głową (te sceny, gdy oboje są osobno), pewną intuicją Pakuli oraz spokojnym montażem. Żadnego efekciarstwa, popisywania się, wręcz bardzo gorzki i refleksyjny finał.

kukulka3

Cały film rozpisany jest na dwójkę aktorów, gdzie reszta jest tylko elementem dekoracyjnym, znakomicie poprowadzeni. Pookie (debiutująca na ekranie Liza Minelli) ma w sobie coś takiego, ze mimo tego rozgadania nie można przejść obojętnie. Niby taka młoda, a bardzo rozczarowana – nigdy do końca nie wiadomo, kiedy żartuje, a kiedy drwi. Pod tą maską, skrywa się wystraszona, panicznie bojąca się samotności wrażliwa dziewczyna. A jakie ona ma oczy i uśmiech, zawłaszczając w całości ekran. Partneruje jej Werdell Burton, który bardzo dobrze odnajduje się w roli spokojnego, skrytego, niepozbawionego ambicji chłopca. Czuć między nimi powoli rodzące się uczucie, ale trudności prozy życia zmuszają do weryfikacji.

Imponuje pewność i konsekwencja z jaką reżyser opowiada pozornie prostą historię o pierwszym zauroczeniu. Wszystko jest to pewnie pokazane, bez cienia fałszu czy popadania w banał. Jeden z prekursorów słodko-gorzkich filmów obyczajowych i początek wielkiej kariery Lizy.

8/10

Radosław Ostrowski

Olej Lorenza

Prawdziwa historia, która daje do myślenia to coś, czego filmowcy szukają od zawsze. Tak się zdarzyło w poruszającym dramacie z 1992 roku. Film ten opowiada o zwykłej rodzinie, stającej przed ekstremalnym doświadczeniem. Państwo Odine są normalną, spokojną rodzinę. On jest finansistą, ona humanistką i razem wychowują swojego syna Lorenza. Ale ich życie wywraca się do góry nogami przez swojego syna. A dokładniej jego chorobie, która coraz bardziej go niszczy: niekontrolowany gniew, małomówność, wreszcie całkowity paraliż oraz brak świadomości. Lekarze są bezlitośni: ALD, na które cierpi chłopiec jest nieuleczalne i zostały tylko dwa lata życia. I teraz pojawia się pytanie: poddać się i czekać na nieuniknione, czy spróbować oszukać przeznaczenie?

olej_lorenza1

Przeżyłem szok, gdy dowiedziałem się, ze za to skromną, delikatną, lecz poruszającą historią stoi George Miller –  twórca kultowego „Mad Maxa”. Wydawałoby się, ze doświadczenia wzięte z wyprawy po postapokalitycznych pustkowiach nie będzie pasowała do stonowanego i bardzo kameralnego dramatu. Miller (z wykształcenia lekarz) zainteresował się tą historią i pokazał troszkę inne oblicze. Niczym zawodowy kronikarz, etap po etapie, pokazuje ile może zdziałać upór oraz determinacja. Nie stawia jednak na efekciarstwo czy stosowanie emocjonalnego szantażu, gdyż bardzo łatwo można było manipulować. Kolejne desperackie próby, działania na własną rękę (szperanie w bibliotekach, analizowanie, organizowanie naukowego sympozjum) – trudno nie podziwiać tej walki o życie. Choroba nie była dokładnie znana, więc nikt nie był w stanie przewidzieć efektów tych działań, przenosząc się z jednej rozmowy do drugiej oraz przeskakując w czasie. Co może wielu wkurzyć i sprawiać wrażenie poszarpanego tworu. Nic z tych rzeczy. Miller pewnie opowiada i trzyma za gardło, a jednocześnie wierzy w to, ze w pewnych okoliczność ludzie nauki są w stanie wznieść się ponad egoistyczne zapędy oraz walkę o uznanie dla większego dobra (finał z psami).

olej_lorenza2

Jednak cały czas twórca pozostaje z rodziną Odine – skupiając się zarówno na ich determinacji, ale też i chwilach zwątpienia. Matka (wspaniała Susan Sarandon) ma w sobie tyle siły, jakiej nikt by nie podejrzewał, jednak w tym poświeceniu bywa bardzo ostra i nieczuła wobec innych, a krytykę swoich działań (czytanie książek dla syna, zwalnianie pielęgniarek z różnych powodów) odbiera jako osobisty atak. Bardziej rozsądny, chociaż powściągliwy w okazywaniu emocji jest ojciec (rewelacyjny Nick Nolte – ten włoski akcent, perełka!!!). Jak sam mówi – prosty człowiek stawiający proste pytania, zachowujący zdrowy rozsądek do końca. Podchodzi do sprawy racjonalnie, szukając naukowej odpowiedzi. Stąd odwiedzanie biblioteki (mocna scena, gdy we śnie znajduje odpowiedź), rozmowy z naukowcami i szukanie kontaktów, wsparcia. Oboje tworzą bardzo mocną komitywę, ale trudno nie zapomnieć samego Lorenza (Zack O’Malley Greenburg) oraz jego ciągły stan pogarszania zdrowia – nie czuć tutaj fałszu.

olej_lorenza3

Miller pokazuje swoją bardzo wrażliwą stronę jako człowieka nie bojącego opisywać dramatów zwykłych ludzi. Świetnie wyreżyserowane i zagrane kino, pełne emocji, siły oraz wiary. Dające wiele nadziei oraz motywacji do walki ze światem, nawet jeśli wydaje się ona bezcelowa.

olej_lorenza4

8/10

Radosław Ostrowski

Zaginione

Dziki Zachód nadal inspiruje filmowców. A wydawałoby się, ze po realizacji „Bez przebaczenia” ten gatunek nie ma racji bytu. Jednak w XXI wieku powstało kilka ciekawych filmów w tym gatunku i paru twórców próbowało wrócić do historii z kowbojami w roli głównej. Nic dziwnego, ze Ron Howard podjął się wyprawy na ten niebezpieczny rejon.

zaginione1

Główną bohaterka jest mieszkająca na odludziu uzdrowicielka, Magdalena. Mieszka z dwiema córkami oraz mężczyzną, który jej pomaga. W ten spokojny wieczór pojawia się ktoś, o kim najchętniej chciałaby najszybciej zapomnieć. To jej ojciec, który wiele lat temu porzucił swoją rodzinę, zostając Indianinem: Samuel Jones. Wraca, by odkupić winy z poczuciem, ze nie zostało mu wiele czasu, jednak rany zadane przez mężczyznę są zbyt silne. Następnego dnia Blake (partner) razem z córkami jadą do miasta, ale wraca tylko najmłodsza Dot. Z jej historii wynika, ze siostrę porwali Indianie. Kobieta prosi ojca o pomoc w wytropieniu, a trzeba się spieszyć, gdyż prawdopodobnie dziewczyna może zostać sprzedana Meksykanom.

zaginione2

Howard miesza różne wątki, przez co seans może wywoływać poczucie dezorientacji. Czego tu nie ma: zemsta, Indianie, wojsko, magia, wędrówka, nawet strzelaniny (finał). Dzieje się tu wiele, ale nie wszystko to się klei w spójną całość. Rozumiem przejścia na Lily, żeby to mogło zbudować napięcie oraz oczekiwanie na spotkanie. Jednak elementy nadprzyrodzone kompletnie psuły frajdę, czasami tłumacząc kompletnie niezrozumiałe sceny (rozmowa Samuela z… ptakiem oraz powrót bohatera do rodziny po tym), wywołując dezorientację. Do połowy filmu utrzymuje się napięcie i jest tajemnica, wynikająca z mocy szamana Indian, ale zbyt częsta obecność oraz używanie magii osłabia ten film. Potem zmienia się to w sprawnie zrobioną, ale schematyczną strzelaninę – bez ikry i pazura. Jedynie próby pogodzenia się Magdaleny z Samuelem są w pełni wygrane do końca.

zaginione3

Nie sposób zapomnieć pięknych zdjęć, pokazujących przestrzeń pustynnych krajobrazów czy zimowej przestrzeni na początku filmu. Wszystko to jeszcze okraszone jest świetną muzyką Jamesa Hornera, która wie, jak podkreślić nastrój każdej sceny.

Sytuację od porażki i bycia dziwnym średniakiem ratują Cate Blanchett oraz Tommy Lee Jones. Ona jest twardo stąpającą po ziemi babką, co nie daje sobie w kaszę dmuchać, potrafiącą leczyć. Z kolei on miota się i nie potrafi odnaleźć się w żadnym ze światów: ani białych ani Indian, ale magnetyzuje swoją tajemnicą, bólem i przeszłością. Powoli zaczynają docierać do siebie i ten duet nakręca film.

zaginione4

Dziwaczna hybryda westernu, dramatu, kina drogi, thrillera, nie do końca wykorzystująca swoje możliwości i strasznie rozdarta. Sami twórcy też nie do końca wiedzieli w jakim kierunku pójść, więc efekt częściowo rozczarowuje. Niemniej wyszło dość strawne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Za horyzontem

Irlandia, rok 1892. W tym czasie kraj ten znajdował się w biedzie, a rolnicy nie posiadali własnej ziemi na własność harując dla panów. Jednym z takich rolników jest Joseph Connelly – młody, krewki i ambitny chłopak. Najpierw umiera ojciec, a potem dom oraz ziemia zostają spalone z powodu długów. Mężczyzna nie zastanawiając się postanawia zabić sprawcę całego zamieszania, pana Daniela Christie. Zamach się nie udaje, a to z powodu Shannon, córki właściciela. Wskutek wielu wydarzeń, oboje wyruszają do Ameryki, by zdobyć kawałek ziemi.

za_horyzontem1

Tym razem Ron Howard idzie w stronę wręcz historycznego fresku, opowiadającego o spełnieniu swojego amerykańskiego snu przez imigrantów. Wszystko to zostaje zrobione w sposób bardzo kameralny, ale nie brakuje pietyzmu, rozmachu i tysięcy statystów. To klasyczne kino przygodowe sprzed ery cyfrowej, gdzie mamy bohatera walczącego o swój kawałek miejsca na ziemi, miłość (chociaż pokazywaną w niezbyt nachalny i oczywisty sposób), ale też brud, krew i łzy. Całość można podzielić na trzy etapy: okres irlandzki, wyprawę za morze oraz karierę pięściarską, a na koniec finałowy wyścig o ziemię (głupi myśleli, że dostaną ją za frajer). I dopiero na miejscu okazuje się, że amerykański sen trzeba sobie wywalczyć. Pracą, sprytem i determinacją, ale i podstępem. Wszystko to jest wygrywane przez trafne obserwacje oraz zderzenie dwóch światów. Joseph jest prostym chłopem (można by rzec, proletariuszem, ale nieświadomym swoich praw), zaś Shannon niby nowoczesna, ale dama z wyższych sfer, co nawet prać nie potrafi. Czuć między nimi iskrę, ale ciągle nie potrafią sobie o tym powiedzieć wprost.

za_horyzontem2

Mi najbardziej podobały się sceny bokserskie, gdzie nasz bohater z goła klatą (niemal jak Charles Bronson w „Ciężkich czasach”) okrąża swoich przeciwników, spuszczając im gwałtowny łomot. Dodatkowo wszystko toczyło się w barwnej i tłocznej spelunie, z dymem cygar, ładnych panienek oraz skocznej muzyki. Ogląda się te sceny z niekłamaną frajdą, podobnie jak finałowy wyścig, gdzie nie ma się litości. Dla koni, zaprzęgów, konkurencji – scena gonitwy zrealizowana jest znakomicie, dzięki świetnemu montażowi oraz płynnym zdjęciom. Pochwalić też należy scenografów, którzy z pietyzmem odtworzyli Amerykę końca XIX wieku z brudnymi, zatłoczonymi uliczkami oraz obdartymi, biednymi ludźmi. Może tylko zakończenie jest dla mnie zbyt bajkowe i skojarzyło mi się z… „Dzikością serca”, ale to jedyna wyraźna skaza.

za_horyzontem3

Do tego wszystko jest świetnie. Nawet nielubiany przeze mnie Tom Cruise błyszczy jako zdeterminowany, irlandzki chłopak (tek akcent – cudo!!), który troszkę gubi się w swojej misji, ale wierzyłem mu do samego końca i kibicowałem. Nieważna czy był drugim Rocky’m, układał tory na kolei czy próbował zabić. Partneruje mu Nicole Kidman (wcześniej zrobili „Szybkiego jak błyskawica”) – wywyższająca się dama, co nie do końca odnajduje się w prawdziwym życiu. Jednak szybko się uczy tego, a chemia między nimi z każdą sceną zyskuje na sile. Poza nimi na drugim planie najbardziej zapada w pamięci Colm Meaney jako gangster Mark Kelly (wilk w owczej skórze) oraz wnoszący odrobinę humoru Robert Prosky (nadużywający alkoholu ojciec Shannon).

za_horyzontem4

Ron Howard bardzo mocno przypomina co to znaczy amerykański sen oraz jak wiele trzeba determinacji, siły woli, by spełnić swoje marzenia. Podnoszący na duchu, ale pozbawiony dużych dawek patosu. Jest rozmach, energia oraz moc. Świetne kino przygodowe w starym stylu.

8/10

Radosław Ostrowski