Strategia pająka

Athos Magnani przyjeżdża do małego miasteczka Tara, gdzie spoczywa jego ojciec, Athos. Zresztą jest do niego bardzo podobny. Jego ojciec – znany antyfaszysta – został zamordowany w 1936 roku podczas wystawienia opery w miejscowym teatrze. Sprawcy nie udało się schwytać, a miejscowa kochanka mężczyzny – Dalida wierzy, że zabił go ktoś stąd. Początkowo Athos jr. nie jest zainteresowany tym, jednak po wieczornych zajściach (zostaje zamknięty w stodole i potem rano pobity), próbuje na własną rękę ustalić prawdziwych sprawców zbrodni.

strategia_pajaka1

Bernardo Bertolucci próbuje bawić się w kino gatunkowe, by opowiedzieć o małej miejscowości pełnej mrocznych tajemnic. Zagadka wydaje się być trudna – wiele osób nie chce odpowiedzieć, choć wokoło sami przyjaciele. Przynajmniej tak twierdzą. Zmowę milczenia i nieufności powoli udaje się przebić, dzięki rozmowom z czterema najbliższymi przyjaciółmi – Dalidą, Gaibazzim, Rasori i Costą. Nie wszyscy jednak mówią pełną prawdę, a dojście do niej nie przyniesie nikomu satysfakcji. Tara jest przepięknie sfotografowana przez Vittorio Storaro, nadając kadrom malarskiej estetyki. Łąka, nocny spacer, wizyta w operze – to robi wielkie wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z muzyką Verdiego. Chociaż rozwiązanie zagadki okaże się raczej spodziewane, to nie poczułem się rozczarowany.

strategia_pajaka2

Także złego słowa nie powiem ani o aktorach, ani o dialogach, bo są co najmniej przyzwoite. Dobrze sobie poradził Giulio Brogi, grający zarówno Athosa sr jak i juniora – obydwaj spokojni, wyciszeni i uważnie obserwujący swoje otoczenie. Pozostali aktorzy, też odnaleźli się w swoich bardziej złożonych postaciach, pełnych tajemnic.

„Strategia pająka” to ostatni film Bertolucciego, przed najgłośniejszymi tytułami. Przewijają się tu elementy nowego stylu, zwłaszcza w warstwie wizualnej, znika estetyka nowofalowa, ale to była dopiero rozgrzewka.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Barwy

Los Angeles jest opanowane i terroryzowane przez gangi, które nawzajem się wykańczają – Czerwonych (zwanych też Krwiakami) oraz Niebieskich (Zmory). Obie grupy zwalczają się i próbują przejąć kontrolę nad handlem narkotykami. By powstrzymać tą falę przemocy, policja powołuje specjalną jednostkę zwaną CRASH (Społeczna Rezerwa do Zwalczania Chuligaństwa). Widzimy to wszystko z perspektywy dwóch członków tej grupy – doświadczonego Boba Hodgesa oraz młodzika Danny’ego McGavina.

barwy1

Dennis Hopper był jednym z najbardziej cenionych aktorów swojego pokolenia, który sporadycznie próbował swoich sił jako reżyser. Nakręcony w 1988 roku, film „Kolory” to była czwarte podejście reżyserskie aktora. Tym razem skupia się na dwóch aspektach: próbie opanowania porządku przez policję, posiadającą ograniczone środki w postaci funkcjonariuszy i broni oraz gangach kontrolującej poszczególne dzielnice, gdzie liczy się lojalność i przywiązanie do swoich barw. Czy jest w ogóle szansa na wyrwanie się z tego kręgu piekła oraz śmierci. Dla młodych szefowie gangów to jedyni ludzie, którzy potrafili się nimi zająć w dzielnicach biedy i nędzy, gdzie uczciwość nie jest najważniejszą wartością. Czy jest w ogóle szansa na normalność?

barwy2

Hopper nie próbuje upiększać zarówno działań policji, jak i członków miejscowych gangów. Granice między dobrem i złem, mocno się zacierają, stawiając obydwie strony konfliktu w klinczu, a próby dojścia do młodych na zasadzie pouczeń czy siłowej konfrontacji kończą się mniejszą lub większą klęską. Przemoc nakręca przemoc, a końca tej wojny o porządek na mieście nie widać. Dzielnice stają się coraz biedniejsze – podniszczone domostwa, graffiti na ścianach. Choć fabuła w sporej części jest pretekstem do pokazania działań obydwu stron, potrafi chwycić i zainteresować do samego finału.

barwy3

Dodatkowo Hopper w rolach głównych obsadził świetnych Roberta Duvalla oraz Seana Penna. Ten pierwszy wciela się w doświadczonego oraz spokojnego glinę, który próbuje rozwiązać tą wojnę za pomocą głównie rozmów, negocjacji oraz próśb. Z kolei grany przez Penna Danny to narwaniec, który wierzy w rozwiązania siłowe oraz bezwzględne traktowanie członków gangu jako bandziorów. Sceny ich sporów są bardzo intensywne i dają wiele do myślenia. Poza nimi na drugim planie przewijają się m.in. Don Cheadle (Rakieta), Damon Wayans (T-Bone) czy Trinitad Silva (Żabol), którzy tworzą mocne tło jako członkowie gangu.

barwy4

„Barwy” to mocny i realistyczny portret walk policji z gangami, w której nie ma zwycięzców. Mimo lat nadal aktualny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Oczy węża

Rick Santoro jest gliniarzem pracującym w Altantic City. W kasynie należącym do znanego polityka Powella, ma dojść do walki bokserskiej między Tylerem a Ruizem. Przy ringu spotyka dawnego znajomego, komandora Kevina Dunne’a, zajmującego sie ochroną sekretarza stanu. Podczas walki, a dokładnie, kiedy Tyler zostaje znokautowany padają strzały i sekretarz zostaje trafiony. Santoro prowadzi śledztwo.

oczy_weza1

Przyznaje się bez bicia, że bardzo szanuję Briana De Palmy – wizualnego stylistę, który nawet w słabszych filmach olśniewa techniczną realizacją. Podobnie jest tutaj, a reżyser po raz kolejny sięga po sprawdzony i skuteczny arsenał – długie ujęcia, nieszablonowe prowadzenie kamery (scena, gdy od góry widzimy pokoje hotelowe) oraz podzielony ekran. Intryga jest gmatwana i komplikowana przez reżysera, ale w rzeczywistości okazuje się bardzo prostą opowiastką o spisku i morderstwie. Dużym plusem jest klimat wynikający z miejsca – kasyno w Atlantic City podczas huraganu, więc nie ma szansy na opuszczenie miejsca. De Palma wodzi za nos, pokazuje wydarzenia z kilku perspektyw, co na pewno uatrakcyjnia seans, budując stopniowo napięcie. Jest ono widoczne już w otwierającej scenie, trwającej 12 minut i sfilmowanej w jednym ujęciu, gdzie mamy szybkie poznanie kluczowych bohaterów (samej walki nie widzimy) oraz strzępki informacji, które wpuszczają w maliny.

oczy_weza2

Niestety, w połowie wszystko się sypie (gdy poznajemy prawdę) i mimo zgrabnych tricków, wszystko idzie w oczywistym kierunku. I ani techniczna sprawność ani stylizacja na Alfreda Hitchcocka (bardzo dobra muzyka Ryuichi Sakamoto), ani świetna reżyseria nie jest w stanie tego zamaskować.

oczy_weza3

O dziwo film prezentuje bardzo przyzwoity poziom aktorstwa, co jest niespodzianką, jeśli ma się na pokładzie Nicolasa Cage’a. Aktor grając na granicy szarży i fantazji godnej polskich ułanów, bardzo dobrze odnajduje się w roli skorumpowanego gliniarza Santoro. Facet ma styl, wnikliwy umysł i mimo śliskiego charakteru, wzbudza sympatię. I w końcu będzie musiał podjąć decyzję w tej sprawie, która może zaważyć na jego przyszłości. Nie zawodzi za to Gary Sinise – opanowany, spokojny i zdyscyplinowany komandor Dunne, który jest dość kluczową i intrygującą postacią dla całej intrygi, podobnie jak Carla Gugino, wplątana w spisek.

oczy_weza4

„Oczy węża” w slangu oznacza dwie jedynki w grze w kości (innymi słowy – przegraną gracza). Brian De Palma zagrał i wyszedł zaledwie przyzwoity thriller, który potrafi skupić uwagę przez dłuższą chwilę, czyli więcej niż połowę seansu. Szkoda, że im bliżej końca, tym słabsza fabuła. Jednak miło spędziłem czas podczas seansu, jakkolwiek to brzmi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Krzyk

Dziwaczne to kino, ale może po kolei. Dawno temu, żyło sobie małżeństwo – Anthony i Rachel Fielding. On jest kompozytorem, grającym też na organach w lokalnym kościele, ona zajmuje się domem. Do ich ustabilizowanego życia wkracza tajemniczy mężczyzna, niejaki Charles Crossley. Opowiada o tym, jak spędził czas wśród Aborygenów, gdzie nauczył się zabijania za pomocą… krzyku.

krzyk1

Całą ta historię opowiada sam Crossley podczas gry w krykieta w szpitalu psychiatrycznego. Ta szkatułkowa konstrukcja pozwala Jerzemu Skolimowskiemu na stworzenie intrygującej oraz intrygującej opowieści grozy. Jednak nie spodziewajcie się ogranych do bólu sztuczek w rodzaju szybkiego montażu, hektolitrów krwi (jej tu praktycznie nie ma) czy nerwowych smyczków jako podkładu muzycznego. Reżyser sięga po niemal archetypowy konflikt umysłu i racjonalności z magią oraz zjawiskami niewytłumaczalnymi, by opowiedzieć niby klasyczną historię trójkąta, gdzie ten trzeci jest dominującym w tym układzie. Prowadzone są też filozoficzno-religijne dysputy o duszy oraz magii, symbolizowanej przez cywilizację Aborygenów i ich szamanów (bardzo interesujące i nie pozbawione krwawych szczegółów). Zderzenie tych dwóch światów przyniesie katastrofalne skutki dla całej trójki.

krzyk2

Reżyser powoli buduje atmosferę niepokoju, w czym pomagają mu przepiękne plenery brytyjskiej prowincji, pełne wrzosowisk, otoczonej morzem oraz piaskowych wydm, gdzie dochodzi do pierwszego krzyku (niesamowity dźwięk, którego słowa naprawdę nie są w stanie opisać). Aurę niesamowitości podkręca też elektroniczna muzyka (jej autorami są Tony Banks i Michael Rutherford z zespołu Genesis oraz Rupert Hine) oraz tajemnicze – czyli nie do końca dla mnie zrozumiałe – symbole kamienia oraz kości, które przewijają się przez dłuższy czas. I muszę to przyznać, że oglądałem „Krzyk” niemal oczarowany i zahipnotyzowany, ale potem próbowałem rozgryźć sens i miałem problem. Stąd ocena taka niska, chociaż nieadekwatna do tego, co odczuwałem.

krzyk3

Wszystkiego dopełnia wyborne aktorstwo. Najmocniej wyróżnia się genialny Alan Bates (Crossley). Nieogolony, ubrany na czarno mężczyzna z jednej strony intryguje swoją filozofią oraz mocą, z drugiej odpycha swoimi opowieściami i zachowaniem. Partnerujący mu Susannah York (Rachel – spokojna i cicha gosposia, tłumiąca swoje pożądanie) oraz John Hurt (racjonalista i kompozytor Anthony) dorównują kroku, portretując subtelnie skrywane emocje – pożądanie, gniew, poczucie zagrożenia.

krzyk4

„Krzyk” będzie seansem pełnym niejednoznaczności, tajemnicy oraz czegoś, co nie pozwoli zapomnieć. Ocena nieadekwatna, jednak jestem pewny, że jeszcze do tego wrócę. Ta tajemnica Crossleya nie daje mi spokoju.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Miasteczko Halloween

Każde święto ma swojego „władcę”, który nim rządzi. W przypadku Bożego Narodzenia jest to św. Mikołaj, Wielkanocy – Zajączek. A w przypadku Halloween, panem jest Jack Skellington, zwany też Dyniowym Królem. Jest tylko jeden problem – Jack stracił radość swojej profesji i czuje się znudzony swoją rutyną. Opuszcza swoje miasteczko, gdzie zawsze odbywa się Halloween i przypadkiem trafia do… Christmasland (Krainy Świąt Bożego Narodzenia). Zauroczony tą okolicą wpada na szalony pomysł zorganizowania Gwiazdki oraz porwania św. Mikołaja.

halloween1

„Miasteczko…” to pierwsza animacja w całości zrealizowana techniką poklatkową. Choć reżyserem całości jest Henry Selick, to mocno czuć ducha Tima Burtona, sprawującego pieczę nad projektem (pomysłodawca i producent). Znów mamy galerie surrealistycznych i dziwacznie wyglądających postaci, mieszających groteskę z surrealizmem. Jack z nienaturalnie krótkimi i długimi nogami, burmistrz z dwiema zmieniającymi się od nastroju twarzami, duch psa czy pełen robactwa w środku Oogie Boogie, który jest najbardziej niebezpiecznym kolesiem w Halloween. Także sam wygląd miasteczka, pełen mroku i jednocześnie piękna, co nie zdarza się często.

halloween2

Dodatkowo jest to kompletna mieszanka gatunków – od horroru (czołówka) przez komedię (przygotowanie świąt bożonarodzeniowych) po musical, gdzie partie śpiewane są wykonane pierwszorzędnie, a piosenki idealnie uzupełniają treść. Ale przesłanie jest dość przewrotne – jak na tego typu produkcję. Bo trzeba cieszyć się z tego, co się ma, a pragnienia nasze mogą okazać się zgubne.

halloween3

A ten kolaż gatunkowy ogląda się świetnie, ale muszę przyznać, że „Gnijąca panna młoda” bardziej mi się podobała. Chociaż tutaj aktorzy też dali z siebie maksimum (zwłaszcza Chris Sarandon w roli Jacka i Danny Elfman wykonujący partie wokalne), a duch szalonego Burtona jest mocno odczuwalny. Inteligentne i dobre kino, niekoniecznie dla dzieci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Piknik pod Wiszącą Skałą

Walentynki 1900 roku zapowiadały się jak zwykły dzień. Uczennice ze szkoły dla pań prowadzonej przez panią Appleyard, wyruszają na piknik razem z opiekunkami. Miejscem spędzenia czasu jest Wisząca Skała – duża i surowa góra. Na miejscu cztery dziewczyny oddzielają się od reszty, by wejść na górę. I wtedy dzieje się coś dziwnego – jedna z uczennic wraca z krzykiem i dziurawym ubraniem, nie pamiętając niczego. Znika także jedna z opiekunek, starsza pani McCraw. Zaczynają się poszukiwania.

wiszaca_skala1

Z powyższego opisu można byłoby sugerować, ze film (obchodzącego dzisiaj – tekst ten pisany jest 21 sierpnia) Petera Weira z 1975 roku jest kryminałem. Jeszcze nigdy tak bardzo nie można się omylić. Wszystko toczy się tutaj sennym rytmem, wyciszonym i spokojnym, a całe zniknięcie jest tylko katalizatorem wydarzeń. Mnożą się pytania, a odpowiedzi brak. Od razu uprzedzę pytanie – znikniecie nie zostanie rozwiązane ani wytłumaczone. Bardziej interesuje Weira to, co dzieje się z tymi, co zostali (kojarzycie taki serial „Pozostawieni”, oparty na podobnym koncepcie?), jak próbują wyjaśnić niewytłumaczalne, odkryć Tajemnicę. Reżyser mierzy wysoko z ambicjami i chciał zrobić film w podobnym klimacie co „2001: Odyseja kosmiczna” czy „Solaris” Andrieja Tarkowskiego – zbudować klimat czegoś wymykającemu ludzkiemu rozumowaniu i logice.

wiszaca_skala2

Nie sposób się nie zachwycić stroną plastyczną z genialnymi zdjęciami Russela Boyda, mocno inspirującego się malarstwem impresjonizmu. I tu nie chodzi mi tylko o grę światłem, ale także zbliżeniami na obrazki przyrodnicze i widok samej góry – surowej, ale jednocześnie magnetyzującej i skupiającej uwagę. Podobnie aurę Tajemniczości tworzy niezwykła muzyka grana na fletni Pana. Wystarczy wspomnieć scenę budzenia dziewczyn, która dzięki tym dźwiękom nabiera nowego znaczenia. Zagrane jest to bardzo naturalnie i wiarygodnie, w sporej części przez debiutantki.

wiszaca_skala3

I teraz zaczyna się dla mnie problem – rozumiem i doceniam to, co robi Weir, jednak „Piknik…” zadziałał na mnie bardzo usypiająco i zmęczył mnie. Do momentu zniknięcia dziewczyn oraz poszukiwań przez policję, było interesująco. Potem jednak fabuła zaczyna się rozłazić, skupiając się na dygresjach, obserwacjach oraz próbach wyjaśnienia, co tak naprawdę stało się na Wiszącej Skale. Pamiętam scenę zniknięcia, ataku dziewczyn na odnalezionej dziewczynie przez koleżanki (atak to za mocne słowo, ale osaczenie przez koleżanki), taniec dziewczyn na górze – bardzo zmysłowe. Reszta niespecjalnie mnie interesowała i ciągle czekałem na przełom, wytłumaczenie i oświecenie. Dostałem coś zupełnie innego, po prostu i nie mogłem się przestawić.

wiszaca_skala4

Oceny wyjątkowo nie dam, bo jak ocenić coś, czego nie da się wyjaśnić ani opowiedzieć. Jedno jest pewne – „Piknik” będzie doświadczeniem, które zostanie bez względu na ocenę, która będzie zawsze nieadekwatna do stanu emocjonalnego.

?/10

Radosław Ostrowski

Podziemny front

Rok 1944. W Danii od dłuższego czasu działa ruch oporu, kierowany przez weteranów wojny zimowej. Członkami tej grupy są dwaj egzekutorzy: Bent Faurschou-Hviid ps. Płomień  oraz Jorgen Haagen Schmith ps. Cytryna, którzy zabijają duńskich kolaborantów. Swoje zadania otrzymują od swojego szefa – rady prawnego Winthera, wykonując je bez cienia wątpliwości. Do czasu, kiedy następnym celem ma być kochanka Płomienia, podejrzewana o zdradę.

podziemny_front1

Najbardziej znane ruchy oporu walczące podczas II wojny światowej z nazistami to polski i francuski. Ale Ole Christian Madsen postanowił opowiedzieć o mało znanym epizodzie ze swojego kraju. Płomień i Cytryna to postacie autentyczne, tak samo jak wydarzenia z ekranu (z pewnym ubarwieniem). Reżyser bawi się konwencjami gatunkowymi – od rasowego kina wojennego, po psychologiczny dramat i film szpiegowski i stawiając wydawałoby się ograne do bólu motywy. Miłość, zdrada, moralne dylematy dotyczące odpowiedzialności za swoje czyny – znamy to od dawna. Madsen jednak decyduje się na zmianę tonacji – zamiast sepijnych zdjęć, wybrana jest estetyka czarnego kryminału. Ciemne miejsca, gra światłocieniem, dymy z papierosa, elegancko ubrani kilerzy (obowiązkowy garnitur i/lub kapelusz do zestawu) bardziej przypominający gangsterów, ale to pewnie kwestia skojarzeń. Nie mogło zabraknąć też klasycznej femme fatale. Innymi słowy, wszystko jest na swoim miejscu i ogląda się to naprawdę dobrze.

podziemny_front2

Można zarzucić, że w scenach akcji czasami kamera przypomina współczesne kino akcji spod znaku Bourne’a (chaotyczne ujęcia i zmiana perspektywy), jednak daje się to obejrzeć. Dodatkowo można narzekać na długą ekspozycję oraz wątki obyczajowe z życia Cytryny (troszkę schematyczne), ale całość daje wiele do myślenia, strzelaniny są zrobione z pomysłem i finezją, zmuszając szare komórki do wysilenia się nad intrygą.

podziemny_front3

Za to wszystko jest wygrywane przez bardzo dobrze prowadzonych aktorów. Błyszczy zarówno Thure Linhardt jak i Mads Mikkelsen. Ten pierwszy przekonująco wypada w roli młodego, fanatycznego wojaka, drugi jest opanowanym i spokojnym facetem ze złamanym życiem osobistym. Obydwaj niejako są zmuszeni zweryfikować swoje motywacje oraz stosunek do swoich przełożonych i pokazują to bardzo przekonująco. Podobnie jest ze Stine Stenegade wcielająca się w femme fatale Kitty.

podziemny_front4

Niby klasyczne kino moralnego niepokoju wojennego, ale będące ciekawą i świeżą odskocznią wobec ogranych schematów. Takie rzeczy to tylko w Skandynawii.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Partner

Giacobbe mieszka sam w domu pełnym książek, spędza czas czytając, ucząc i włócząc się po mieście. Nie wpuszczony na przyjecie w domu profesora, czuje się bezsilny i zbesztany. Wszystko się zmienia, gdy do jego domu wprowadza się jego sobowtór. Zaczynają się zmiany w jego życiu.

partner1

Bernardo Bertolucci nadal pozostaje wierny duchowi francuskiej Nowej Fali oraz politycznym zabarwieniu (wolny Wietnam). Jednak „Partner” – inspirowany „Sobowtórem” Fiodora Dostojewskiego – jest najbardziej hermetycznym filmem w dorobku Włocha. Poza dziwacznymi (czytaj: filozoficznymi) dialogami i monologami o wszystkim – konsumpcjonizmie, proszkach do prania, rewolucji czy próbie stworzenia spektaklu odmieniającego świat Bertolucci mocno eksperymentuje ze stroną formalną. A to nagle znika dźwięk (spotkanie Giacobe w łazience z dziewczyna sprzedającą proszki do prania), to pokazując noc z sobowtórem… pokazując panoramę miasta o świcie czy dialogi wypowiadane jak cytowana książka (z wyszczególnieniem znaków interpunkcyjnych). Dodatkowo pojawiają się surrealistyczne sceny, które wprawiają w totalne zakłopotanie – właściciel domu, w którym mieszka Giacobe (były sufler teatralny) jest jego… służącym, a jego popisy aktorskie, czyli scena czytania listu czy sposoby liczenia do 10 w różnej ekspresji teatralnej to mistrzostwo absurdalności.

partner2

Dziwności i elementy absurdu dotyczą też scen rozmów oryginału i sobowtóra ze sobą – lęk przed burzą, rozmowa w publicznej toalecie świadczą, że nasz bohater i jego sobowtór to pokręcone osobowości, które nie są do końca normalne. Giacobe w tym filmie popełnia przynajmniej trzy morderstwa, a motywy jego działań pozostają niejasne.

partner3

Giacobe (znakomity Pierre Clementi) ma – jak każdy człowiek dwie sprzeczne osobowości  – wyciszonego i spokojnego oraz niepokornego, pewnego siebie silnego. Wspólne rozmowy o wszystkim, stworzenie koktajlu Mołotowa czy zabójstwa – to wszystko nadal robi mocne wrażenie. To dzięki tej roli, „Partner” jest dobrym i intrygującym eksperymentem, który zmusi do refleksji albo odrzuci. Na pewno nie pozostawi obojętnym.

partner4

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Przed rewolucją

Fabrizio jest młodym chłopakiem wchodzącym w dorosłość. Mieszka w Parmie, gdzie spotyka się z nauczycielem Cesare posiadającymi przekonania komunistyczne. W tym samym czasie jego najbliższy przyjaciel ginie, a do miasta przyjeżdża jego młoda ciotka Gina. Szuka u niej pocieszenia i zrozumienia, ale kobieta wkrótce ma wrócić do Mediolanu.

przed_rewolucja1

Drugi film Bernardo Bertolucciego to zmiana stylu po średniej „Kostusze”. Tutaj też niby mamy kino gatunkowe (melodramat), ale zabarwiony elementami społeczno-politycznymi – tak jak w debiucie. Jednak tutaj proporcje zostają zachowane, dodatkowo reżyser próbuje się bawić formą idąc w stronę francuskiej Nowej Fali. Niemal reporterska praca kamery, montaż oparty na powtarzaniu lub posuwaniu akcji kilka(naście) sekund do przodu, co mocno widać w scenach dialogów oraz monologów czy cytowane fragmenty książek, dygresyjne opowieści. Jednak poza wątkiem miłosnym między Fabrizio a ciotką (troszkę przewidywalnym, ale ciekawie opowiedzianym i unikającym ogranych sztuczek), przewija się kilka innych wątków – refleksje polityczno-społeczne i odpowiedzialności za swoje czyny (dotyczy to postaci Puka – właściciela stawu, który posiada spora hipotekę, której nie jest w stanie spłacić i nie posiada wykształcenia), próba odszukania swojego miejsca oraz odnalezienia się w rzeczywistości czy kwestie rewolucji – czekania na nią, próbach wprowadzenia jej (wiec w parku). Ale także jest tu miłość do Parmy (niesamowite ujęcia z lotu ptaka) i młodość – durna, chmurna, bez doświadczenia i łatwo osądzająca otaczający świat. Ale przecież mają do tego prawo, prawda?

przed_rewolucja2

Nie brakuje tutaj interesujących pomysłów (camera obscura, gdzie widzimy plac miasta… w kolorze, pojawiające się napisy, subtelnie sfilmowane sceny erotyczne, przyspieszony montaż, nieostra praca kamery), współgra z wydarzeniami muzyka Ennio Morricone, pięknie sfilmowana Parma oraz trafna obserwacja społeczna.

przed_rewolucja3

Dodatkowo mamy jeszcze bardzo dobrze poprowadzonych aktorów. Tutaj wybija się trójka postaci – młody, czasami przemądrzały Fabrizio (Francesco Barilli, dla którego była to druga kinowa rola), który próbuje odciąć się od swoich burżuazyjnych korzeni i zrobić rewolucję. Jego przeciwieństwem jest doświadczony, opanowany i spokojny Cesare (Morando Morandini), którego słucha się ze sporą przyjemnością. Ale moją uwagę skupiła najjaśniej błyszcząca Adrianna Asti. Jej Gina jest czarująca, kamera uwielbia ją filmować, ale jednocześnie jest to skomplikowana osoba.

przed_rewolucja4

„Przed rewolucją” idzie w stronę nowofalową, co daje pewną nową jakość w dorobku Włocha. I jeszcze przez jakiś czas wpływy Godarda będą bardzo obecne. Ale to temat na inną opowieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Kostucha

Na przedmieściach Rzymu zostają znalezione zwłoki prostytutki. Policja prowadzi śledztwo i przesłuchuje osoby, które mogły być w tę zbrodnie zamieszane. Drobny złodziejaszek, naciągacz, żołnierz, dwóch młodych chłopaków. Każda z osób opowiada własną wersję i trzeba wyłuskać kto mówi prawdę, a kto ukrywa swoja winę.

kostucha1

Bernardo Bertolucci miał debiut, który nie zapadł w pamięć i nie jest też wymieniany jako jedna z ciekawszych rzeczy w jego dorobku. Co jest o tyle zastanawiające, że przy pisaniu scenariusza uczestniczył Pier Paolo Pasolini. Pozornie jest to kryminał, jednak wątek śledztwa jest tylko pretekstem do pokazania portretu społeczeństwa włoskiego – tego raczej biedniejszego, próbującego przetrwać do następnego dnia. I te obserwacje spychają dochodzenie na boczny plan, co niestety odbija się zarówno na atrakcyjności, jak i skupieniu uwagi,  mimo iż jest tu kilka postaci. Młody chłopak szukający pracy, cwaniaczek razem z siostrą ściągający długi, zagubiony i włóczący się bez celu żołnierz. Jedne watki są ciekawe i interesujące (dwaj chłopcy chodzący z dziewczynami i szukający pieniędzy na wspólny posiłek czy brata z siostrą), ale kilka jest zwyczajnie nudnych (żołnierz), a żeby było ciekawiej przerywane jest to wszystko przygotowaniami prostytutki do wyjścia na noc.

kostucha2

Plusem są inne, mniej pocztówkowe ujęcia Rzymu (niemal reporterska praca kamery) oraz delikatna, choć troszkę nie pasująca do wydarzeń z ekranu muzyka. Trudno cokolwiek powiedzieć o grze aktorskiej, gdzie widzieliśmy same nieznane twarze. Jest zaledwie poprawnie w tym względzie.

kostucha3

Każdy coś ukrywa, nawet jeśli są to drobne grzeszki – taki wniosek wynika z seansu „Kostuchy”, która miała być chyba takim włoskim „Rashomonem”. Nie ta klasa, nie te emocje – kompletnie nieangażujący i nie wciągający wyszedł debiut Bertolucciemu. Następne filmy jedna będą lepsze. mam taką nadzieję.

kostucha4

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego