Spartakus

Film historyczny nie jest łatwym gatunkiem, bo wymaga większych środków i sporej dyscypliny. Stanley Kubrick tym razem zdecydował się opowiedzieć o niewolniku z Tracji, który rzucił wyzwanie Rzymowi. Mimo wieku, film imponuje sporym rozmachem oraz tysiącami statystów w czasach, kiedy grafika komputerowa nie istniała. Mimo tego film ogląda się naprawdę bardzo dobrze, zaś scenografia oraz praca kamery nadal robią wrażenie, zaś w paru miejscach montaż nadal imponuje (sceny batalistyczne niepozbawione przemocy czy przeplatające się przemowy Spartakusa i Krassusa). Imponuje reżyseria Kubricka, który w ciągu trzech godzin stworzył epicką opowieść, przedstawiającą może trochę wyidealizowaną opowieść o Spartakusie. A jednocześnie pokazuje on Rzym nie jako potęgę, lecz zgniłe miasto, gdzie korupcja i ambicje polityczne idą ze sobą ręka w rękę (przemowy w Senacie). Nawet wątek miłosny został całkiem nieźle poprowadzony.

spartakus1

Także od strony aktorskiej prezentuje wysoki poziom. Charyzmatyczny Kirk Douglas poradził sobie z rolą Spartakusa naprawdę wybornie. Niepozbawiony sprytu, a jednocześnie bardzo opanowany, uczciwy, ale jednocześnie wrażliwy, niepewny siebie przywódca świadomy swojego położenia. Poza nim najbardziej wybijają się trzy świetnie zagrane postacie: ambitny i wierny tradycji Krassus (Laurence Olivier), skorumpowany Grakchus (Charles Laughton) i lękliwy Batiatus (Peter Ustinov). Poza tym kwartetem warto wyróżnić Jean Simmons (Varinia, dumna żona Spartakusa) i Tony’ego Curtisa (niewolnik Antoninus).

spartakus2

Kubrick nie przepadał nigdy za tym filmem, gdyż nie miał pełnej kontroli nad jego realizacją, czując się zaledwie rzemieślnikiem wynajętym przez Kirka Douglasa. Ale założę się, że niejeden rzemieślnik chciałby mieć w dorobku taki film jak „Spartakus”, który aż do „Gladiatora” pozostawał najlepszym filmem o starożytności. 

8/10

Radosław Ostrowski

Ścieżki chwały

Rok 1916, front francuski. Żołnierze generała Mireau otrzymują zadanie zdobycia i utrzymanie wzgórza Ant. Rozkaz ma wykonać regiment pułkownika Daxa. Jednak żołnierze zostają przygwożdżeni, a Dax decyduje się na odwrót. Generał chce zebrać sąd wojenny i znaleźć kozłów ofiarnych, by zwalić na nich odpowiedzialność za porażkę. Pada na trzech żołnierzy, których obrony podejmuje się pułkownik Dax – adwokat w cywilu.

sciezki_chwaly1

Stanley Kubrick tym filmem przykuł uwagę całego świata. Przenosząc się w realia I wojny światowej reżyser pokazuje bezsens wojny jako takiej, gdzie najważniejszą rzeczą jest posłuszeństwo, nawet jeśli ceną będzie śmierć. Zdrowy rozsądek się tu nie liczy, a nie wykonanie rozkazu, nawet tak absurdalnego jak ostrzał swoich własnych ludzi, może być uznany za brak patriotyzmu. Dowódcy (dokładnie generalicja) nie interesuje się losami jednostek, woli od tego bycie na salonach i zamiatanie pewnych spraw pod dywan (postać kapitana Rigeta nadużywającego alkoholu). Nie jest to stricte wojenny film, bo jest tylko jedna scena batalistyczna (atak na wzgórze) i jest to bardziej antywojenne kino zrobione w dość krótkiej formie (półtorej godziny). Można się tu przyczepić dość prostego podziału na dobrych i złych, nie mniej całość ogląda się bardzo dobrze, m.in. dzięki świetnym zdjęciom (scena ataku na wzgórze czy egzekucji). Kubrick nadal ma siłę, choć wiele dekad powstaną takie klasyki jak „Czas Apokalipsy”, „Pluton” czy „Full Metal Jacket” o wojnie w Wietnamie, które działają mocniej.

sciezki_chwaly2

Także aktorsko film prezentuje się na wysokim poziomie. Kirk Douglas w roli pułkownika Daxa tworzy portret idealisty, który wierzy w idee humanizmu i jednocześnie nie jest pozbawiony racjonalnego myślenia jak jego oponenci (mocny George Macready jako generał Mireau).

Kubrick tym filmem wszedł na salony i w pamięci wielu kinomanów, choć sam tytuł jest lekko zapomniany. Niemniej jest to bardzo poruszające kino antywojenne.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabójstwo

Johnny Clay po wyjściu z więzienia wychodzi na wolność i od razu planuje kolejny skok – obrabowanie kasy podczas wyścigów konnych (ok. dwa miliony dolarów). Do realizacji tego planu bierze o pomoc, m.in. barmana, kasjera i policjanta, a także snajpera oraz boksera. Ale wszystko bierze w łeb, gdy jeden z nich wygadał się swojej żonie.

zabojstwo1

Stanley Kubrick po średnio udanym debiucie nie zraził się i nakręcił kolejny kryminał. Tym razem jednak oparł się na powieści Lionela White’a i rozwinął swój nieprzeciętny talent. Intryga tutaj jest piętrowa, m.in. dzięki zaburzeniu chronologii, pokazując ruchy każdego z członków „gangu”, zaś całość zmierza do krwawego finału. Dzięki temu pokazane wcześniej ujęcia nabierają nowego znaczenia, mimo powtarzania. Drażnić może obecność narratora, jednak moim zdaniem był to plus. Same zdjęcia i montaż zasługują na uznanie (zwłaszcza scena napadu czy zabicie konia), a Kubrick udowadnia, że każdy nawet najbardziej precyzyjny plan może wziąć w łeb, dzięki przypadkowi. I tak jak w czarnym kryminale, nie należy wierzyć kobiecie, bo ona nie nadaje się do skoków.

zabojstwo2

Od strony aktorskiej jest dużo lepiej od „Pocałunku mordercy”, choć bohaterowie są bardzo oszczędnie przedstawieni i opisani. Jest całkiem przyzwoicie, a najbardziej wybijają się Sterling Hayden w roli „mózgowca” Johnny’ego, Elisha Cook Jr. (safanduowaty George) oraz Marie Windsor (Marie, manipulująca żona George’a). Pozostali trzymali solidny poziom.

Kubrick zaczyna się rozwijać, choć to jeszcze nie jest film powalający. Na te trzeba było jeszcze troszeczkę poczekać.

7/10

Radosław Ostrowski

Pocałunek mordercy

Dave Gordon to podstarzały bokser, który czasy swojej najlepszej formy ma już dawno za sobą. Po przegranej walce zachodzi do sąsiadki, którą zaatakował jej kochanek Vincent Rapallo. Oboje nawiązują romans, który Vincentowi nie odpowiada. Postanawia zabić kochanków.

pocalunek1

Każdy debiutujący reżyser zawsze ma pod górkę, nawet jeśli potem zostaje mistrzem w swoim fachu. Stanley Kubrick mając 40 tysięcy dolarów nakręcił film, który nie jest tak udany jak jego późniejsze dzieła. Sama historia jest bardzo prosta i nieskomplikowana, niemniej o dziwo ogląda się to naprawdę nieźle, co jest zasługą pewnej reżyserii oraz świetnej technicznie realizacji. Kubrick operuje kamerą, tworząc wiele zapadających w pamięci scen jak ostateczna konfrontacja wśród manekinów, walka bokserska czy taniec baletowy. Całość bazuje na retrospekcjach, monologach wewnętrznych bohatera, opowiadającego całą historię. Dialogi są całkiem niezłe, całość jest dość krótka (nieco ponad godzinę), jednak już tutaj Kubrick pokazuje swój nieprzeciętny talent.

pocalunek2

Sama historia jest średnia, ale aktorstwo jest nie najlepsze. Gra jest to na granicy przerysowania i sztuczna od samego początku do końca, przez co nie kupiłem tej historii. Niemniej warto obejrzeć ten film, by zobaczyć początki kariery tego bardzo zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski

Charing Cross 84

Tych dwoje ludzi nigdy się nie spotkało, jednak znali się bardzo dobrze. Jak to możliwe? Wszystko dzięki prowadzonej korespondencji. Ona – Helene Harff jest próbującą swoich sił amerykańską pisarką. On – Frank Doel jest pracownikiem londyńskiego antykwariatu znajdującego się na tytułowej 84 Charing Cross Road. A wszystko zaczęło się w 1949 roku od prośby w sprawie pewnej trudno dostępnej książki.

84_ccr1

Brzmi to trochę nieprawdopodobnie, ale ta historia wydarzyła się naprawdę i bardziej by pasowała na radiowe słuchowisko niż do filmu, zwłaszcza że jest ona zbiorem korespondencji między Helene i Frankiem. Jednak David Hugh Jones wie co robi i stworzył dość nietypowy film obyczajowy. Bazuje on w całości na słowach, a dokładniej na listach, zaś obraz robi tutaj za ilustrację, wręcz tło. Jednak mi to nie przeszkadzało, słowa tutaj są bardzo eleganckie i pełne kultury. Przy okazji tej 20-letniej korespondencji, przerwanej śmiercią Anglika obserwujemy to, co się dzieje po obu stronach Atlantyku na tle historycznym, ale i kulturowym (bieda w sklepach Anglii, wybory, koronacja królowej czy demonstracje studentów USA), jednak najważniejsze są książki i miłość do nich. „Rozmowy” te są niepozbawione humoru, w dodatku całość jest zrealizowana naprawdę elegancko i okraszona jazzowo-swingującą muzyką George’a Fentona.

84_ccr2

Uroku temu filmowi dodają kreacje Anne Bancroft i Anthony’ego Hopkinsa, którzy tworzą bardzo interesującą parę na ekranie, choć nie pojawiają się wspólnie ani razu (z wyjątkiem rozmowy między nimi, gdzie kamera jest łącznikiem). Oboje kochają książki i mają wobec nich wielką wiedzę, zaś tworząca się miedzy nimi więź jest bardzo namacalna.

Prosty, ciepły i jednocześnie bardzo pogodny to film. Może wydawać się trochę przestarzały realizacyjnie, ale technika to nie wszystko.

7/10

Radosław Ostrowski

Długi postój na Park Avenue

Nowojorskie metro. Dzień jak co dzień, ludzie jadą do pracy, na spotkania. Jednak ten spokojny dzień dla pasażerów pociągu Pelham 123 nie był im dany. Wszystko zaczyna się od momentu, kiedy po wagon zostaje opanowanych przez bandytów pod wodzą niejakiego pana Niebieskiego. Biorą oni zakładników i żądają miliona dolarów okupu, który ma zostać dostarczony w ciągu godziny. Sytuację próbuje opanować porucznik Zachary Garber z policji metra.

park_avenue1

Pamiętacie taki film „Metro strachu” z Denzelem Washingtonem i Johnem Travoltą? Sam film był całkiem niezłym thrillerem bazującym na powieści Johna Godeya. Jednak nie była to pierwsza adaptacja. Tej dokonał w 1974 roku Joseph Sargent razem ze scenarzystą Peterem Stonem. Sam pomysł napadu wydaje się czymś karkołomnym i zrealizowanym przez szaleńców. Ale twórcom udało się uwiarygodnić cała intrygę, precyzyjnie wodząc za nos i trzymając w napięciu (m.in. scena dostarczenia pieniędzy przez konwój) do bardzo przewrotnego finału. Nie brakuje tutaj elementów zaskoczenia, tajemnicy dotyczącej porywaczami mających nazwiska jak kolory (tak, to z tego filmu pożyczył ten pomysł Quentin Tarantino we „Wściekłych psach”), nie ma tu jednak krwawej jatki (choć strzelanin jest parę), zaś całość nadal przykuwa uwagę, skupiając się tylko na samej intrydze. Całość jest porządnie zrealizowana, okraszona humorem (niepozbawionym aluzji polityczno-społecznych), surowymi, wręcz paradokumentalnymi zdjęciami oraz jazzującą muzyka Davida Shire’a.

park_avenue2

Zaś aktorsko jest na tym samym poziomie jak cała reszta, a najważniejszy jest pojedynek między dwoma antagonistami. Detektyw Garber w interpretacji Waltera Matthau (aktor kojarzony głównie z rolami komediowymi) sprawia wrażenie trochę ciapowatego, zmęczonego faceta zbliżającego się do wieku emerytalnego. Jednak pod tą niepozorną sylwetką kryje się rozważny, opanowany i przezorny gliniarz, który stara się przewidzieć kolejny ruch przeciwnika. Z kolei przywódca gangu pan Niebieski (znakomity Robert Shaw) to równie opanowany, precyzyjnie działający przeciwnik wierzący w konsekwentną realizację planu i nie negocjuje ustalonych warunków. Zaś pozostali członkowie są albo psychopatami (narwany Pan Szary – Hector Elizondo) albo desperatami (Pan Zielony – Martin Balsam).

Mimo prawie 40 lat na karku, „Długi postój…” ogląda się po prostu świetnie, zjadając remake Tony’ego Scotta na śniadanie. Atmosfera, tempo i bardzo fachowa realizacja nie chcą się zestarzeć. To coś, co naprawdę trzeba obejrzeć.

8/10

Radosław Ostrowski

Simone

Victor Taransky jest reżyserem filmowym, który swoje najlepsze lata już ma za sobą, a kino zmieniło się totalnie. Przy pracy nad kolejnym filmem, żadna aktorka nie chce z nim współpracować przy nowym filmie. I wtedy pojawia się pewien programista, który stworzył program tworzący żywą kobietę, która zostaje jego aktorką – Simone. Tylko jak to ukryć?

simone1

Andrew Niccol to sprytny i łebski scenarzysta. Przynajmniej za takiego był uważany, gdy napisał „Truman Show” zrobione przez Petera Weira. Tutaj mamy z jednej strony komedię będącą satyrą na środowisko filmowe, gdzie gwiazdy mogą zerwać kontrakt z tak błahego powodu jak brak odpowiedniej odległości do przyczepy, drwiny z mediów i mas będących w stanie kupić wszystko, co im się da (film nakręcony przez lipną aktorkę, która… żre ze świniami z koryta wywołuje aplauz i entuzjazm). Z drugiej strony jest tu dramat reżysera, który chce „ją” wykorzystać, by wrócić do pierwszej ligi. Ale bardzo niebezpieczne okazuje się stworzenie takiego dzieła, bo nikt nie uwierzyłby w to, że ona nie istnieje. Pomysł jest świetny, realizacja już nie do końca, bo humor zaczyna się powtarzać (finał jest jednak naprawdę mocny i niespodziewany) i chyba nie do końca wiadomo, w którą stronę ten film ma pójść.

simone3

Aktorzy częściowo bronią ten tytuł i dzięki nim dobrze się go ogląda. Al Pacino to Al Pacino – zawsze przykuwa uwagę, nawet jeśli nie jest w najlepszej formie. Tutaj też daje sobie radę jako uwspółcześniony Pigmalion. Zarówno jako pomysłowy filmowiec, jak i kompletnie „uzależniony” od swojego dzieła, twórca wypada naprawdę dobrze. Wspierają go tutaj niezawodna Catherine Keener (była żona i szefowa Elaine), niezła Evan Rachel Wood (córka Lainey) i Winona Ryder (aktorka Nicola Anders) oraz duet Jason Schwartman/Chris Coppola (dziennikarze Echo). Jednak tak naprawdę najciężej miała Rachel Roberts, bo zagrać ideał jest zawsze trudno. No i poradziła sobie.

simone2

Mam lekki niedosyt, jednak to zgrabne połączenie dramatu i komedii wypadło zaskakująco dobrze. Miejscami bawi, miejscami zastanawia, ale mam nadzieję, że jeszcze nie dojdzie do takiej sytuacji, że wszyscy aktorzy będą komputerowi, chociaż kto wie.

7/10

Radosław Ostrowski

Morze miłości

Frank Keller jest policjantem z wydziału zabójstw z 20-letnim doświadczeniem. Razem z detektywem Shermanem prowadzą dochodzenie w sprawie zabójstw mężczyzn. Wszyscy umieszczali anonse w gazecie dla samotnych. Obaj decydują się umieścić swoje ogłoszenia, zakładając, że sprawcą jest kobieta i w ten sposób ją złapać. Frank wpada na trop Helen, ale zakochuje się w niej.

morze_milosci1

Film Harolda Beckera w założeniu jest thrillerem z wątkiem miłosnym. Obydwa wątki zgrabnie przeplatają się ze sobą i wciągają, trzymając w napięciu do samego finału (całkiem niezłego). Wszystko się gmatwa i komplikuje, nie brakuje odrobiny humoru (randki w restauracji), zaś realizacja jest więcej niż solidna. Ogląda się to dobrze i trudno się przyczepić do czegoś.

morze_milosci2

Ale byłby to jeden z wielu filmów z tego okresu, gdyby nie było tak świetnie zagrane. Powracający po czterech latach przerwy Al Pacino znowu przyciąga uwagę. Zarówno jako śledczy, jak i zakochany facet. Także Ellen Barkin jest apetyczna, zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna. Poza nimi wybija się sympatyczny John Goodman (detektyw Sherman) i Michael Rooker (Terry).

Solidny dreszczowiec, który mimo upływu lat potrafi sprawić satysfakcję.

7/10

Radosław Ostrowski

Dick Tracy

Tytułowy bohater jest gliniarzem pracującym w Mieście, gdzie walkę o wpływy w półświatku mafijnym prowadzi Big Boy Caprice. Obaj panowie prowadzą ze sobą otwartą wojnę, jednak Big Boy otrzymuje tajemniczego sojusznika Noface’a, który decyduje się mu pomóc.

Jak widać sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa i bazująca na komiksach Chestera Goulda, które już były parokrotnie przenoszone na ekran. Ale w 1990 roku zadania adaptacji podjął się Warren Beatty – wówczas już uznany reżyser i bardzo popularny aktor. Sam film jest dość komiksowy, co nie powinno dziwić – jednowymiarowi bohaterowie, prosta, choć komplikująca się fabuła, kiczowata kolorystyka (dominuje czerwień, zieleń i czerń), prosty humor. Jednak paradoksalnie wyszedł z tego udany film. Jak to możliwe? Świadomość pochodzenia i nie wypieranie się tego stało się atutem, bo intryga wciąga, zabawa jest całkiem przyjemna, a i realizacja też jest bardzo intrygująca, czerpiąca zarówno z estetyki komiksu (kolorystyka, montaż), kina noir (scenografia – ręcznie rysowana miejscami, kostiumy) i kiczu (przerysowana charakteryzacja), okraszając to zgrabnymi piosenkami. Ponieważ adaptacje komiksów jeszcze raczkowały (rok wcześniej powstał „Batman” Tima Burtona), więc wtedy film robił wrażenie, ale w porównaniu z mrocznymi opowieściami serwowanymi obecnie (Batmany Nolana, X-Men) wypada dość blado. Beatty jednak nie udaje, że chodzi o coś więcej, niż tylko zabawę i na tym polu wygrywa.

dick_tracy2

Także od strony aktorskiej postarano się uwiarygodnić ten świat. Pierwsze skrzypce gra tu sam Beatty, który nieźle wypada w roli nieugiętego gliny, chociaż wydaje się on zbyt kryształowy. Znacznie ciekawszy jest drugi plan, gdzie pełno jest gangsterów z paskudnymi ryjami (charakteryzacja jest naprawdę świetna). Tutaj bryluje kapitalny Al Pacino w roli Big Boya – jest on groteskowy, przerażający, zabawny i wyrazisty. Tutaj Al parodiuje swoje gangsterskie wcielenia, co najważniejsze nigdy nie popada w granicę przerysowania, co niedawno zrobił Sean Penn w „Gangster Squad”. Jest jeszcze Madonna, która dobrze sobie radzi w roli femme fatale. Zaś w kluczowych lub epizodycznych rolach nie zabrakło takich aktorów jak James Caan (Splendini), Dustin Hoffman (Bełkot), William Forsythe (Flattop) czy Mandy’ego Patinkina (pianista 88 Keys).

dick_tracy1

Film Beatty’ego jest świadomie kiczowatym, komiksowym filmem, który broni się paroma pomysłami, atmosferą i świetną obsadą. Jeśli szukamy tylko i wyłącznie dobrej zabawy, to znajdziecie jej tu wiele.

7/10

Radosław Ostrowski

Ludzie, których znam

Eli Wurman jest specjalistą od PR-u, który swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Teraz jest starym, zmęczonym facetem nadużywającym alkoholu i lekarstw. Jego stały klient aktor Cary Launer prosi go o przysługę: zaprowadzenie jego kochanki do hotelu i potem na lotnisku. Przez to zostaje wplątany w morderstwo.

ludzie1

Film niejakiego Daniela Algranta to mieszanka dramatu obyczajowego z thrillerem. Samo to połączenie wydaje się dość karkołomne, jednak całość wyszła dość intrygująca. Opowieść o sile mediów i PR-u, od którego zależą losy wielu, bo bez „gwiazd i sław” nic nie można dzisiaj załatwić jest prowadzona w dość spokojny, wręcz ospały sposób. Tempo jest bardzo powolne, intryga jest dość jasna i klarowna, choć w połowie następuje przyśpieszenie, zaś parę wątków (polityczny, kryminalny, miłosny) wydaje się pourywanych. Niemniej jest to dobra historia, z dość zaskakującym finałem, gorzką refleksją i obnażeniem hipokryzji świata pozbawionego ideałów, gdzie inni ludzie decydują o naszym losie. Niby nic zaskakującego, ale dobrze się ogląda m.in. dzięki intrygującym zdjęciom i jazzowej muzyce.

ludzie_znam

Siła napędową jest zdecydowanie Al Pacino, który wcielił się w typ postaci, który ostatnio przylgnął do jego wizerunku – zmęczonego, skażonego złem człowieka. Jest to słaby, uzależniony od nałogów (leki, alkohol) facet wplątany w sytuację, która go zmusza do refleksji – jak się zachować? Poza Alem warto tez zwrócić na Kim Basinger (szwagierka Victoria, która chce z nim związać życie) oraz Teę Leoni (Jilli Hooper).

Dobre i sprawnie zrobione kino z magnetyzującym Alem P., który wielkim aktorem jest i basta.

7/10

Radosław Ostowski