Whitney

To jeden z trudniejszych filmów do oceny. Nie tylko dlatego, że jest to film dokumentalny, ale z powodu samej bohaterki. Nie ma chyba osoby, która interesuje się muzyką i nie słyszała przynajmniej jednego utworu Whitney Houston (ale może się mylę). Jednocześnie film powstał w zgodzie z rodziną zmarłej, co budziło we mnie mieszane odczucia. Bo z jednej strony daje dostęp do sporej części materiałów, ale rodziło obawy, że będzie z tego laurka.

whitney1

Ale reżyser Kevin Macdonald, który z dokumentem jest za Pan brat („Czekając na Joe” czy „Marley”) podjął rękawicę i udaje mu się uniknąć jednoznacznych tez oraz serwowania aktu oskarżenia. Bardziej przygląda się świadkom (głównie członkom rodziny, ale też współpracownikom, przyjaciołom rodziny), słucha ich, a wnioski niech każdy wyciągnie sam. Sami zdecydujcie komu uwierzycie, kto kłamie, bo każdy inaczej ocenia pewne osoby, inaczej patrzy na kwestie narkotyków, wychowania, wpływu rodziny na jej życie. Pojawia się wiele pytań, a odpowiedź nie pada tutaj wprost, schowania między spojrzeniami, słowami oraz montażowymi zbitkami, gdzie Whitney przeplata się z archiwalnymi materiałami z epoki, jak choćby na początku, gdzie jej śpiew przeplata się ze scenami zamieszek w latach 60.

whitney2

Reżyser zestawia te fragmenty i rozmowy ze sobą, ale też stara się spojrzeć szerzej na samą bohaterkę i próbuje wejść do jej umysłu. Oglądając ciągle się zastanawiałem: dlaczego? Dlaczego jej historia się skończyła tak, a nie inaczej? Co doprowadziło do jej upadku? I czy można było tego wszystkiego uniknąć? Powoli zaczynamy odkrywać kolejne tajemnice rodziny, pewne niespełnione ambicje (matka – wokalistka oraz jej pierwsza nauczycielka), pretensje oraz brudy całej familii. A jest tego bardzo dużo: próbujący finansowo kontrolować ojciec, który pozywa córkę na… 100 milionów dolców; toksyczna relacja z mężem, nie mogącym odnaleźć się w sytuacji, że nie jest w centrum uwagi; bracia, którzy zasmakowali w narkotykach (i poczęstowali nimi siostrę); wreszcie córka Whitney idąca tą samą ścieżką, co matka. Jej talent oraz umiejętności wokalne nie podlegają jakiejkolwiek dyskusji i nie jest to tylko babranie się w bagnie.

whitney3

Brakowało mi w tym filmie jednego głosu, który byłby bardzo istotny: chodzi o Robyn, która bardzo często jest wspomina i jej wpływ na karierę Houston jest bardzo duży. Brak jej perspektywy wydaje się dość istotny i na pewno rzuciłby spore światło na jej historię. Ale reżyserowi nie udało się jej przekonać, co dla mnie jest pewnym sygnałem.

„Whitney” jest porządnym dokumentem, chociaż pozostawia spory niedosyt. Zachowuje obiektywny dystans, jednak nie daje odpowiedzi na pytania (przynajmniej wprost). Niemniej jest to dobry kierunek, który może zachęcić do dalszych poszukiwań.

7/10 

Radosław Ostrowski

Nie jestem twoim murzynem

Rasizm nie jest nowoczesnym wynalazkiem w historii pięknego i tolerancyjnego kraju zwanego potoczne Ju Es Ej. Nie jest to rzecz od czasów Trumpa, od lat 90. czy nawet 50. Twórcy kultury wszelkiej próbowali zmierzyć się z tym problemem, a jednym z nich był James Baldwin. Nie słyszeliście o nim? To amerykański, czarnoskóry filozof, eseista oraz pisarz, planujący bardzo ambitną książkę. Miała być historią amerykańskiego rasizmu, zaś punktem wyjścia miały być zabójstwa trzech aktywistów: Medgara Eversa, Malcolma X oraz Martina Luthera Kinga. Utwór nie został skończony (zostało ledwie 30 stron), ale rękopis został powierzony przez spadkobierców autora reżyserowi Raoulowi Peckowi. I ta powstał ten dokument.

nie_jestem_twoim_murzynem1

Uprzedzę od razu wszelkie fakty: to nie jest do końca typowy film dokumentalny. Nie ma tu gadających głów, choć jest tutaj masa zdjęć, fragmenty listów do agenta literackiego, notatka FBI na temat Baldwina (ze stanowi on poważne zagrożenie) oraz masa archiwaliów. Jedyny komentarz jaki słyszymy to tekst Baldwina czytany przez Samuela L. Jacksona, próbującego podejść do kwestii rasizmu z pewnym dystansem, pośrednio samemu stając się bohaterem tej historii. Nie tylko z powodu tekstu, będącego podstawą scenariusza, ale też wykorzystanymi fragmentami wypowiedzi autora, czy to w telewizyjnym show, podczas dyskusji na uniwersytecie czy różnych zdań na taśmie. On, który wyjechał do Paryża, w 1948 roku (pozbawiony przywiązania do amerykańskich symboli) wrócił do kraju, by przyjrzeć się problemom rasowym.

nie_jestem_twoim_murzynem2

Reżyser idąc z tekstem Baldwina zaskakuje aktualnością wypowiadanych przez niego słów. Próbuje rozgryźć kwestię rasizmu, pokazując dwie bardzo sprzeczne postawy obywateli: gniewu czarnoskórych, którzy chcą żyć w świętym spokoju (byleby żaden biały nie wchodził w drogę) oraz strachu białych przed innym. I ten strach symbolizuje słowo „murzyn”, wykorzystywane z wrogością, pogardą, niechęcią. Peck jednocześnie na potwierdzenie słów wplata zaskakujące archiwalia: zdjęcia reklam, fragmenty filmów i programów tv, pokazujących jak popkultura kreśliła (często zafałszowany) portret czarnoskórego społeczeństwa. A sami występujący w nich aktorzy bywali traktowani jako zdrajcy, wykorzystywani przez białych do fałszowania rzeczywistości. Jednocześnie nie brakuje bliższego portretu każdego z trzech działaczy, ale to jest tylko pretekst.

nie_jestem_twoim_murzynem3

By jeszcze bardziej podkreślić uderzającą aktualność, pojawiają się zdarzenia pokazane już po śmierci Baldwina (pobicie oraz śmierć czarnoskórego chłopaka przez białych policjantów w 1991 roku, wybór Obamy na prezydenta, kolejne zamieszki, aresztowania, pobicia), co robi potężną mieszankę wybuchową w połączeniu ze słowami autora. Że nie doszło do prawdziwego zbliżenia obydwu nacji i że od wszystkich zależy jak problem zostanie rozwiązany, co bardzo pokazują ostatnie słowa w tym filmie.

Jestem kompletnie porażony realizacją tego filmu, gdzie nie padają wielkie, podniosłe słowa (co jest ogromną niespodzianką), stanowiąc poważną dyskusję na poziomie intelektualnym i emocjonalnym jednocześnie. Sami się przekonajcie, jak można głęboko sięgnąć po ograny już temat z zupełnie innej perspektywy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Power Rangers

Lata 90., czyli czas mojej młodości. Jak się było dzieciakiem, oglądało się różne (niekoniecznie mądre) produkcje na małym ekranie, którymi wtedy bardzo się jarałem. A jedną z tych rzeczy było pokazywane na Polsacie „Power Rangers”. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to co najmniej koszmarnie, fabuła jest pretekstowa, a sceny bijatyk – Jezus Maria. Jednak w zeszłym roku postanowiono wskrzesić tą markę w formie fabularnego filmu (już raz w latach 90. podjęto taką próbę). Ktoś mógłby powiedzieć, że to nie ma sensu i jest jedynie haczykiem dla takich widzów, co serial pamiętają.

Sam fabuła jest bardzo prosta i skupia się na piątce nastolatków, co trafili do kozy (prawie jak w „Klubie winowajców”). Mamy chłopaka, dające się podpuszczać na najbardziej idiotyczne numery, dzieciaka z autyzmem, outsiderkę (świeżak), troszkę krnąbrnego Azjatę oraz dość złośliwą dziewuchę. Przypadkiem znajdują w opuszczonej kopalni znajdują monety oraz ukryty statek. A tam jest niejaki Zordon, z małym robotem i krąży po okolicy Rita – reszty możecie się domyślić.

power_rangers1

Powiem szczerze, gdy usłyszałem o tym przedsięwzięciu nie wiedziałem, czego oczekiwać, spodziewać się. Tandetnej, kiczowatej bzdury czy może jednak jakiegoś totalnego restartu? I reżyser Dean Israelite próbuje ugryźć ten materiał z innej strony. Po pierwsze, to origin story opowiadający o tym, jak nasi bohaterowie uczą się korzystania ze swoich mocy oraz współpracy. Dlatego przez lwią część filmu twórcy skupiają się na interakcji między przyszłymi wojownikami, ich problemach z jakimi muszą się zmierzyć. To było dla mnie największą niespodzianką, a sama naparzanka zostaje rzucona niemal na sam koniec, co wielu może bardzo rozczarować. Jednak jak już do scen akcji dochodzi, wyglądają więcej niż ładnie, są w miarę czytelne (finałowe starcie troszkę mi przypominało… „Pacific Rim” – tylko troszkę biedniejsze), chociaż efekty specjalne mogłyby być lepsze (jacyś skamieniali kitowcy – co to ma być?).

power_rangers2

Mimo pewnej powagi, nie jest to film kompletnie zrobiony serio. Twórcy są w pełni świadomi, z czym mają do czynienia i nie zapominają o „klasycznych” elementach tej produkcji (kitowcy, mechy Rangersów, „Go, Go, Power Rangers”), jednak nie robią z tego kompletnej wiochy czy strasznego kiczu. W końcu to nie jest szekspirowski dramat, ale całkiem przyzwoita historia, chociaż nie wszyscy Rangersi dostali tyle samo czasu na zarysowanie swoich charakterów (dominuje tutaj Jason oraz Billy). Ale o dziwo, bardzo mi zależało na tych bohaterach i kibicowałem im.

Jeszcze bardziej mnie zaskoczył fakt, że w rolach głównych obsadzono kompletnie nieznanych aktorów (w każdym razie mi nieznanych), którzy są przekonujący w swoich kreacjach. Serducho skradł kompletnie RJ Cyler jako autystyczny (!!!) Billy. Z jednej strony jego zachowanie bywało źródłem humoru, z drugiej ma parę poważnych scen wynikających z reakcji otoczenia na jego przypadłość. Podobnie wybijał się Debre Montgomery (Jason), powoli wyrastający na frontmana grupy. Najbardziej rozpoznawalnymi osobami są trzy. Po pierwsze: Elizabeth Banks jako Rita jest kompletnie nie do rozróżnienia i świetnie balansuje między zgrywą a powagą, tworząc bardzo wyrazisty czarny charakter. Po drugie: Bryan Cranston, który już wcześniej uczestniczył w tej franczyzie, teraz wraca jako Zordon, próbującym być kimś w roli mentora i radzi sobie naprawdę nieźle. No i po trzecie: Bill Hader użyczający głosu Alpha 5, dodając odrobinkę luzu.

power_rangers3

Szczerze mówiąc nie wierzyłem w ten projekt, ale film okazał się bardzo solidnym origin story z szansą na kolejne części. Może nie jest niczym zaskakującym w dobie kina superbohaterskiego (które ostatnio mocno się rozpanoszyło i nie zamierza odpuścić), jednak bardzo sympatycznie spędza się czas. A może to sentyment tak zaburzył moją percepcję?

6/10

Radosław Ostrowski

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

Dawno, dawno temu Spike Lee był traktowany przez czarnoskórą widownię niczym poważny, wściekły prorok. Młody gniewny twórca, bardzo uważnie przygląda się swojemu społeczeństwu pod względem rasizmu i nietolerancji. Ostatnie lata były bardzo chude, chociaż pewien renesans wskazywał zrobiony dla Netflixa serial „Ona się doigra” (telewizyjny remake reżyserskiego debiutu – ciągle do nadrobienia). Ale tym razem reżyser postanowił wrócić do pełnego metrażu z historią tak nieprawdopodobną, że musi być prawdziwa.

Jest początek lat 70., czyli czas, kiedy jeszcze była wojna w Wietnamie, działały Czarne Pantery, a czarnoskórzy obywatele zaczynali coraz bardziej zdobywać takie same prawa obywatelskie jak biali mieszkańcy. Do Colorado Springs trafia Ron Stallworth – czarnoskóry policjant, który zostaje przyjęty do zaszcza…, ehh, zaszczytnej funkcji… archiwisty. Podła robota, ale od czegoś trzeba zacząć. Ale nasz Ron jest uparty i zostaje przeniesiony jako tajniak, mający infiltrować środowisko młodych, czarnoskórych studentów. Ale całą jego prace zmienia jeden telefon. Telefon z ogłoszenia od Ku Klux Klanu. Przepraszam, od Organizacji, że chciałby ich bliżej poznać. I… bardzo szybko pojawia się odpowiedź. Ale przecież jest Murzynem, więc jak miałby zinfiltrować Ku Klux Klan? Powiedzmy, że zamiast niego będzie biały glina – Philip Zimmerman.

blackkklansman1

Lee wraca do swoich tematów, ale ubiera to w bardziej przystępnej, rozrywkowej formie. Historia oparta na wspomnieniach Stallwortha jest bardzo szalona. Mamy klasyczną infiltrację wrogiego środowiska za pomocą dwóch gliniarzy, którzy muszą stać się niejako jednym organizmem. Flip musi naśladować sposób mówienia Rona, z kolei Ron zwyczaje oraz pewne nawyki. Sama intryga jest dla reżysera pretekstem do pokazania realiów epoki, gdzie po jednej i drugiej strony widać silną nienawiść. Z jednej strony mamy ten Ku Klux Klan, który wszędzie widzi spisek Żydów, nienawidzi innych ras niż biała. Z drugiej strony są czarnoskórzy aktywiści związany z Czarnymi Panterami, którzy chcą siłą zdobyć swoje (należne) prawa i przywileje. Czy w ogóle jest możliwa inna droga niż konfrontacji, bezkompromisowej walki? Wydaje mi się, że Lee piętnuje obydwie postawy, stawiając na dialog oraz porozumienie. Nie brakuje tu śmiechu (świetne rozmowy telefoniczne, zwłaszcza z szefem KKK – puenta wali po łbie), odrobiny publicystycznych tekstów (bo wtedy młodzi rozmawiali o polityce, a nie o duperelach; chyba?), ale nie brakuje też bardziej poważnych tonów. Mocne wrażenie robi montażowa przeplatanka, gdzie mamy obok siebie inicjację nowych członków Organizacji + seans „Narodzin narodu” oraz wspomnienia starszego człowieka dotyczące śmierci jego znajomego podczas zamieszek.

blackkklansman2

Jednocześnie reżyser bardzo dobrze rekonstruuje klimat lat 70. Kapitalne są tutaj stroje i charakteryzacja (główne czarnoskórych bohaterów), ale też scenografia, samochody. Jednocześnie Lee bawi się formą, bo nie brakuje zarówno montażu równoległego, szybko wplecionych fotografii, plakatów (rozmowa Rona z dziewczyną na moście), komiksowy „podział” ekranu, a nawet jest jeden zabieg żywcem wzięty z kina tego okresu (bohaterowie „przesuwają się” przez korytarz). I to czyni seans „BlacKkKlansmana” jeszcze przyjemniejszym.

blackkklansman3

Ale dla mnie są dwie dość drobne, lecz istotne kwestie. Po pierwsze, więcej tutaj uwagi jest poświęcone Klanowi, który czuje się coraz bardziej przerażony obecnością Murzynów na świecie i nie potrafi się dostosować do obecnych czasów. Co troszkę powoduje, że środowisko czarnoskórych studentów, którzy są gotowi na konfrontacje jest ledwo zaznaczone. Przydałby się tutaj balans, chociaż rozumiem intencje twórcy.  Po drugie, na koniec dostajemy dokumentalne wstawki z obecnej Ameryki, gdzie dochodzi do spięć na tle rasowym. To przesłanie, że jest to problem nierozwiązany jest zbyt łopatologiczny, czego Lee unikał przez cały film.

I jak ten film jest cudownie zagrany. Choć rzadko pojawiają się razem John David Washington (Ron Stallworth) i Adam Driver (Flip Zimmerman), obydwaj są rewelacyjni, jednak ten drugi ma więcej czasu ekranowego. Niemniej jednak czuć chemię między panami, zaś Washington ma świetną nawijkę (głos w końcu odziedziczył po ojcu), a Driver znakomicie sprawdza się jako tajniak udający rasistę i ksenofoba. Choć na drugim planie nie brakuje wyrazistych postaci, to na tym polu najbardziej wybija się Topher Grace jako David Duke, czyli szef KKK. To jest odpowiednia mieszanka rasizmu, pewności siebie oraz tępoty, że aż nieprawdopodobne.

Muszę przyznać, że Spike Lee wrócił. „Czarne bractwo” to z jednej strony świetne poprowadzone kino sensacyjne, ale też ostrzeżenie, iż sprawy rasizmu nie zostały do końca rozwiązane. I oby się to nie skończyło wojną, co może sugerować bardzo gorzki finał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nocne życie

Amerykanie lubią opowiadać o gangsterach, niemal celebrując ich niczym bohaterów. A czasy Wielkiego Kryzysu dają bardzo duże pole do popisu dla filmowców, pisarzy oraz innych artystów. Jednym z nich jest specjalista od kryminałów – Dennis Lehane, który napisał trylogię poświęconą Joe Coughlinowi. Ale na ekran postanowiono przenieść środkową część, skupiającą się na naszym bohaterze, któremu twarzy oraz głosu użyczył będący na wznoszącej fali Ben Affleck. Człowiek ten postanowił też film wyprodukować (wspólnie z Leonardo DiCaprio), napisać scenariusz oraz wyreżyserować.

nocne_zycie1

Sam początek to Boston lat 20., gdzie poznajemy Joego. Jest on synem kapitana policji, chociaż sam zajmuje się nie do końca legalnymi interesami. Jest drobnym złodziejem i cwaniakiem, który ma jednego poważnego pecha: umawia się z dziewczyną, która jest kochanką szefa irlandzkiej mafii. I to mocno zmienia jego życia, o mały włos unikając śmierci. By zemścić się na rywalu podejmuje współprace z włoskimi gangsterami i dostaje zadanie przejęcia kontroli nad Florydą – a dokładniej do Tampy, by rozkręcić handel rumem oraz inne gałęzie gangsterskiego interesu.

nocne_zycie2

Na pierwszy rzut oka nowy film Afflecka wydaje się klasycznym filmem gangsterskim, gdzie mamy drobną płotkę, która staje się wielką rybą. Joe próbuje żyć po swojemu, lecz kontrolę nad swoim losem stracił już dawno temu. Do tego mamy czas prohibicji, czyli nędzy i biedoty, gdzie tylko najsprytniejsi i najbogatsi byli w stanie się utrzymać na powierzchni. Tylko przestępcza kariera pomagała żyć na więcej niż przyzwoitym poziomie. Jednak problem w tym, że trzeba bardzo uważać. Bo jak się zdobywa władzę, to ludzie wyżej i niżej postawieni chcą na tym coś ugrać. Zdrada wisi w powietrzu, traktowanie cię jak śmiecia (Ku Klux Klan) oraz przypominanie dla kogo tak naprawdę pracujesz. Czy w tym świecie da się przetrwać?

nocne_zycie3

Reżyser solidnie buduje realia epoki oraz zachowuje styl tych czasów. Nie zapomina jednak o scenach akcji, które są zrobione świetnie. Zarówno ucieczka po napadzie, jak i niemal finałowa strzelanina w hotelu są bardzo dobrze wykonane pod względem operatorskim oraz montażowym. Problem w tym, że postaci oraz wątków jest zwyczajnie za dużo i nie wszystkie w pełni wybrzmiewają. Mamy mafijne rozgrywki, córkę komendanta z Tampy, której przemiana (z narkomanki do religijnej fanatyczki) może drażnić, wątek miłosny; a nawet dwa. Sam środek toczy się dość szybko, przez co w wiele rzeczy musimy uwierzyć na słowo (narracja Coughlina z offu), a wiele wydarzeń zostaje pokazanych bardzo skrótowo, przez co spokojne tempo staje się bardzo męczącym doświadczeniem.

Jeśli coś nie zawodzi, to jest bardzo gwiazdorska obsada, która robi, co potrafi najlepiej. Sam Affleck w roli głównej wypada całkiem nieźle, chociaż czytając powieść wyobrażałem sobie o wiele młodszego aktora. Niemniej mimo niemal kamiennej twarzy, aktorowi udaje się przekonująco pokazać wewnętrzne konflikty za pomocą oczu oraz drobnej mimiki. Solidny poziom prezentują niezawodni Brendan Gleeson (ojciec Joe) i Chris Cooper (komendant Figgis), można też zawiesić oko na zjawiskową Zoe Saldanę (Gabriella) oraz apetyczną (nadal) Siennę Miller (Emma), a najbardziej zaskakuje Elle Fanning w roli córki komendanta. Początkowo spokojna, jej przemiana potrafi zmrozić krew (fantastyczna scena przemowy), tworząc wyrazisty charakter.

Nie będę ukrywał, że „Nocne życie” bardzo mnie rozczarowało. Affleck jako reżyser coraz bardziej się rozwijał i ten tytuł miał wszelkie odpowiednie składniki, by zrobić furorę oraz dostarczyć świetnej rozrywki. Tylko, że po pierwszym akcie wszystko zaczyna się rozsypywać i dopiero pod koniec zaczyna nabierać siły. Oby to nie był początek kariery reżyserskiej Afflecka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Errementari: kowal i diabeł

Wierzycie w diabła? Taki paskudny gość z rogami, długim ogonem, co chętnie weźmie twoją duszę w zamian za wszystko, czego pragniesz? Tacy osobnicy gdzieś krążyli po świecie, lecz teraz nikt o nich nie pamięta i straszy nimi kościół. Przypomnijmy jednak sobie czasy, gdy Kościół miał bardzo silne wpływy, zaś diabeł istniał naprawdę. I o tym przypomni nowy film Netflixa.

errementari1

Jesteśmy w Hiszpanii lat 30 wieku XIX., czyli czas burzliwej wojny między karlistami a liberałami. W małym miasteczku w kraju Basków zaginęło złoto, które miało trafić do dowódcy karlistów. Gdzieś w jego okolicy przybywa kowal, o którym krążą nieprawdopodobne opowieści. Drugą istotną postacią jest Ursa – młoda dziewczynka wychowywana przez tutejszego proboszcza oraz gospodynię. Osóbka ta czuje się obco, odrzucona przez wszystkich, nie odnajdując się w tym świecie. Los tych dwojga się zetnie, a istotną postacią był demon pragnący o jednej rzeczy: duszy kowala.

errementari2

„Errementari” oparty na opowiadaniu reklamowany był jako horror. Bardziej jednak pasowałoby określenie baśń z elementami nadprzyrodzonymi. Miejsce akcji, czyli wiek XIX wydaje się troszkę nie pasować do konwencji, ale reżyser Paul Alijo skupia się na budowaniu aury tajemnicy. Samo miasteczko, gdzie religia, surowe wychowanie jest na porządku dziennym. Krytycznie tutaj odnosi się do władzy świeckiej, traktowanej jako zagrożenie, jednak ludzie mieszkający tutaj są prości. Surowa scenografia (siedziba kowala i pułapki dookoła) robi miejscami wrażenie, tak jak kostiumy z epoki budują miejscami mroczny klimat. Także sam wygląd diabła, troszkę przypominający demona z filmu „Legenda” wygląda odpowiednio niepokojąco. Jest też pięknie wyglądające retrospekcje z życia kowala, dodające mroku.

errementari3

Problem w tym, że „Errementari” nie wywołuje przerażenia jako horror. Sama intryga wydaje się bardzo prościutko poprowadzona, zaś kolejne elementy układanki utrzymują przewidywalny tor. O dziwo jest to bardziej kameralne niż mogło by się tego spodziewać. Napięcie coraz bardziej słabnie, bohaterowie wykonują drugi raz te same błędy (rozumiem, że zmieniły się okoliczności), nastrój gaśnie, a same postacie – poza kowalek, dziewczynką oraz demonem – nie są zbyt głęboko zarysowane. Ok, to jest baśń, ale przydałoby się coś więcej.

Niemniej te trzy role są absolutnie świetnie zagrane. Uma Bracaglia (przeurocza Ursa), Kandido Uranga (kowal Paxti) oraz Eneko Sakardoy (śmieszno-straszny Sartael) są najsilniejszym kośćcem emocjonalnym tego filmu, tworząc bardzo zniuansowane postacie. Reszta postaci prezentuje się bardzo solidnie, bez poczucia żenady czy wstydu.

„Errementari” mogło być naprawdę świetnym filmem grozy, tylko że jest to bardziej baśniowy film i zwyczajnie nie straszy. Niemniej ma to swój urok, początek jest świetny, a finał nawet daje pewną satysfakcję. Szkoda tylko, że środek zawodzi i mógł być lepszy.

6/10

Radosław Ostrowski

Skazany

Więzienie to miejsce, gdzie człowiek musi dokonywać bardzo trudnych, wręcz ekstremalnych wyborów. Albo przetrwasz, albo będziesz pomiatany. I do tego brutalnego świata trafia Jacob – dość młody japiszon prosto z Wall Street. Popełnił jeden poważny błąd, czyli jadąc samochodem na czerwonym świetle lekko podchmielony (ale leciutko), doprowadzając do wypadku oraz ciężkiego ranienia jednego z pasażerów. Wyrok na mocy układu wydaje się łatwy: 16 miesięcy. Ale znowu popełnia błąd i by przetrwać musi się sprzymierzyć z gangiem skinheadów. Kiedy wychodzi nadal jest w ich rękach i dostaje zadanie: dopilnować transakcji sprzedaży bronią.

skazany1

Ric Roman Wough już wcześniej portretował środowisko więźniów oraz ludzi zmuszonych do działania w gangu. Tym razem jednak bardzo zgrabnie lawiruje między filmem sensacyjnym a wiarygodnym portretem psychologicznym człowieka, który by ratować swoją rodzinę, poświęca swoje własne życie. Sama konstrukcja jest dość zaskakująca, bo toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy Jacoba „Kasiarza” już na wolności, próbującego pilnować transakcji i przeczekać, z drugiej mamy retrospekcje z więzienną przeszłością, gdzie poznajemy przyczyny tego stanu rzeczy. Wiem, że może to wywołać mieszane uczucia, gdyż znamy konsekwencje decyzji naszego bohatera. Jednak reżyserowi udaje się pewnie opowiedzieć sensacyjną intrygę, gdzie nie brakuje tajemnic oraz zdrady.

skazany2

Reżyserowi udaje się zachować odpowiednie tempo przez cały czas, mimo pozornego spokoju oraz bardzo rzadkich scen przemocy. Kiedy one się pojawiają, nie ma tutaj słodzenia – jest brud, smród, paskudnie ostro. Zapomnijcie jednak o jakimkolwiek happy endzie, bo to nie jest Hollywood, a nadzieja znika szybciej niż pieniądze w piramidzie finansowej. I nie brakuje tutaj napięcia choćby w scenie transakcji czy podczas wejścia do domu pedofila, co jest dużym plusem. A jednocześnie udaje się unikać czy przedawkować sentymentalno-kiczowatych scen.

skazany3

Do tego reżyserowi udało się ściągnąć Nicolasa Costera-Waldau, który w roli Jacoba daje z siebie wszystko. Niemal zachowujący stoicki spokój mężczyzna, drobnymi spojrzeniami oraz mową ciała potrafi pokazać jego przerażenie, pewność siebie, a jego przemiana w bardzo twardego bandyty jest wręcz imponująca (chociaż sama fryzura i wąsy mogą wydawać się śmieszne). Aktor trzyma na barkach film, choć drugi plan też jest pewien wyrazistych postaci. Rozgadany i wplątany w układ z policją „Shotgun” (świetny Jon Bernthal), bezczelny Choppie (mocny Evan Jones), opanowany Bottles (dobry Jeffrey Donovan) czy bardzo bezwzględny kurator Kutcher (fantastyczny Omari Hardwick) zapadają w pamięć i nie udaje się im zlewać w jedno.

„Skazany” zgrabnie miesza thriller z psychologicznym dramatem, stawiającym odpowiedź na jedno pytanie: co ty byś zrobił na jego miejscu? I to pytanie długo zostaje w głowie po seansie tego filmu.

7/10

Radosław Ostrowski

Łowcy wampirów

Wampiry interesowały popkulturę przynajmniej od czasu „Drakuli” Brama Stokera. Stwory te mgły być wykorzystywane jako symbol jakiejkolwiek formy zagrożenia: śmiertelnej choroby, poczucia inności czy zła. Po prostu. A jak do tematu podszedł specjalista od kina grozy, John Carpenter?

wampiry12

Sama historia jest prosta niczym konstrukcja cepa. Mamy ekipę prawdziwych gierojów pod wodzą Jacka Crowa. Są specjalnie wyszkolonymi twardzielami, który mają jeden cel i jeden cel mają: zabić wampiry. Ale żadnym tam krzyżem czy czosnkiem, ale osikowym kołkiem oraz światłem słońca. Przy okazji korzystając z włóczni, kuszy oraz spluw, wspierani przez Watykan. Tym razem jednak trafiła kosa na kamień, bo po kolejnej akcji niemal cała ekipa Jacka zostaje wyrżnięta przez jednego, potężnego skurczybyka zwanego Valek. Gość jest nie do zatrzymania, a poza Crowem rzeź przeżył Montoya oraz ukąszona przez wampira prostytutka Katrina.

wampiry22

Opis bardziej zapowiada film akcji niż stricte horror i poniekąd „Łowcy wampirów” czy „Wampiry” (jak pierwotny tytuł nosił ten film) są filmem skupionym na strzelaninach, westernowo wyglądających krajobrazach oraz bardzo przewidywalnej fabule. O ile sam początek ma całkiem niezły klimat oraz spokojnie buduje atmosferę, to dalsza część zaczyna się sypać. Od razu wiadomo kto wspiera głównego złego, który jest kompletnie nudnym, pozbawionym charyzmy oraz głębszej motywacji (poza panowaniem nad światem, ale musi być odporny na światło), wiadomo kto zdradzi ekipę i potrzebny jest też protagonista do odprawionego rytuału. Cała fabuła to jedna wielka bzdura, idąca po sznureczku, gdzie nawet wątek romansowy między Montoyą a Katriną jest tak nudny, że chciało mi się spać.

wampiry32

Czy w ogóle jest coś dobrego w tym filmie? O dziwo tak. Mogą się podobać naprawdę ładne zdjęcia, pełne krajobrazów rodem z westernu, gitarowo-bluesowa muzyka budująca klimat, początek filmu czy sceny powstania wampirów z ziemi. No i jeszcze jest świetny, wyluzowany James Woods w roli Crowa, któremu bliżej do Snake’a Plisskena niż Van Helsinga. Bezczelny, pyskaty, nie bawiący się w półśrodki przykuwa uwagę. Reszta albo zostaje zmarnowana (Maximillian Schell, Mark Boone Junior), albo nie radzi sobie wcale (Daniel Baldwin jako Montoya jest strasznie nijaki oraz Thomas Ian Griffith jako Valek, który wygląda odpowiednio, lecz pozbawiony charyzmy).

„Łowcy wampirów” były pierwszym obejrzanym filmem Carpentera przeze mnie, ale z perspektywy doświadczenia staje się coraz większym rozczarowaniem. Intryga staje się kompletnie nudna i pozbawiona napięcia, wygląda to bardzo tanio (chociaż nie brakuje stylu), a napięcie rozproszyło się w siną dal. Po obejrzeniu film należy zakopać i (na wszelki wypadek) spalić, by przestał się kręcić po okolicy.

3/10

Radosław Ostrowski

Najdłuższy marsz Billy’ego Lynna

Irak – wojna, w którą Amerykanie przestali wierzyć i podzieliła mieszkańców tego kraju tak samo jak kiedyś Wietnam. I nie ma co się dziwić, bo motywacje okazały się wielkim kłamstwem (nie było broni masowego rażenia), społeczeństwo padło ofiarom manipulacji, a heroizm i poświęcenie żołnierzy wystawiane są na ciężką próbę. Dlatego ten naród potrzebuje bohaterów, by wierzyć, że ta wojna ma sens. Kimś takim jak Billy Lynn – 19-letni chłopak z Teksasu, który stanął w obronie ranionego dowódcy, sierżanta Shrooma. I to staje się pretekstem do krajowego tournée.

billy_lynn1

Tym razem o wojnie w Iraku postanowił opowiedzieć Ang Lee – jeden z najbardziej intrygujących reżyserów spoza Ameryki, który przygląda się temu krajowi dość uważnie. Tym razem oparł swoją opowieść na książce Bena Fountaina, bardzo krytycznie odnoszącej się do wojny. I nie tylko, bo reżyser miesza tutaj trzy przestrzenie czasowe. Pierwsza, czas wojny z kulminacyjnym momentem ataku wygląda porządnie. Druga to powrót Billy’ego do rodziny oraz jego relacja z siostrą, przeciwniczką wojny. Trzecia to występ dla telewizji podczas meczu footballu amerykańskiego w Święto Dziękczynienia. I wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, pozornie wywołując wielką konsternację, ale wychodzi z tego bardzo spójne dzieło.

billy_lynn2

Lee dotyka tutaj wiele rzeczy. Z jednej strony mamy poczucie lojalności oraz silne przywiązanie do drużyny, ale z drugiej Billy zaczyna dostrzegać bezsensowność nie tyle działań wojny, ile postawy społeczeństwa wobec żołnierzy. Niby doceniają to, co robisz i są w szoku, ale tak naprawdę chcą cię wykorzystać do celów propagandowych (brzmi jak „Sztandar chwały”), obiecuje się im złote góry (dużą kasę za ekranizację), ale i tak będą musieli wrócić na wojnę. By jeszcze bardziej podkręcić immersję, reżyser nakręcił całość z kamerami w prędkości 120 klatek na sekundę w formacie 4K, co było przyczyną komercyjnej porażki, bo nie było tyle kin, gdzie można było pokazać tą wizję. Czy ta immersja działa? Dla mnie ta bardzo intensywna płynność wywołuje dość surrealistyczne doznania, jakby to wszystko się działo na moich oczach. I to dotyczy zarówno sceny batalistycznej, jak i widowiska na stadionie, gdzie nie brakuje efekciarskich popisów oraz fajerwerków. A wszystko polane jest bardzo gorzkim finałem, zostawiając losy bohatera pod znakiem zapytania.

billy_lynn3

Lee świetnie realizuje film, ale aktorsko nie brakuje tutaj paru strzałów na oślep. Dramatyczne oblicze próbuje pokazać Vin Diesel (sierżant Shroom), jednak brzmi bardzo średnio. Dialogi w jego wykonaniu (pełne karmy oraz odniesień do filozofii hinduskiej) przyprawiają o ból uszu, a sama postać wydaje się nieciekawa. Kontrastem dla niego jest dość wyrazisty Garrett Hadlund (sierżant Dunn), który jest twardy, acz uczciwy i ma kilka mocnych scen. Solidnie prezentuje się za to Kristen Stewart (siostra), co dla wielu może być ogromnym zaskoczeniem, a tło tej postaci potrafi poruszyć. Podobnie zaskakuje Chris Tucker (cwany Albert) oraz Steve Martin (śliski Oglesby) w zupełnie nie komediowych rolach. A jak sobie radzi debiutujący Joe Alwyn? Lynn w jego wykonaniu to bardzo zagubiony chłopak rozdarty między lojalnością, a chęcią prowadzenia zwykłego życia. I to wszystko pokazuje wiarygodnie do samego końca, za pomocą oszczędnych środków (tutaj oczy robią wielka robotę).

Ktoś powie, że opowiadanie o Iraku jest już pozbawione sensu, zwłaszcza będąc bardzo krytycznym do tego wydarzenia. Jednak Lee w swojej eksperymentalnej formie trafia w punkt, nawet jeśli motywy wydają się dziwnie znajome, to jednak unika patosu oraz napuszenia. Hipokryzja tego kraju nie przestaje mnie zadziwiać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Chwała bohaterom

Wojna nigdy nie się zmienia, ale zmienia wszystkich biorących w niej udział. Nieważne czy mówimy o II wojnie światowej, Wietnamie, Afganistanie czy Iraku. Wszyscy, którzy idą w zgodzie z własnymi przekonaniami, bo chcą służyć krajowi, po powrocie nie potrafią się odnaleźć w czasie pokoju. Taki los spotkał trzech wojaków: sierżanta Adama Shumanna, szeregowego Solo oraz Billy’ego Wallera. Dręczeni przez wyrzuty sumienia, dramatyczne wydarzenia oraz poległych towarzyszy próbują się w tym wszystkim odnaleźć.

chwala_bohaterom1

Oparta na prawdziwych wydarzeniach „Chwała bohaterów” to reżyserski debiut Jasona Halla, który wcześniej napisał „Snajpera” Clinta Eastwooda. Ale co innego jest pisać scenariusz, a co innego jest prowadzić aktorów oraz nadzorować kwestie techniczne filmu. Do tego sam temat, czyli powrót weteranów z syndromem stresu pourazowego, wydaje się być dość ogranym. Chłopaki są tak naprawdę zdani na siebie, bo państwo kompletnie nie wie, co z nimi zrobić. Nie dlatego, że nie ma ośrodków czy terapii, tylko że takich jak oni są tysiące i brakuje miejsc. Do tego masa papierków oraz bardzo długi czas oczekiwania powoduje, że są oni zdani tylko na siebie. Tłumione emocje, poczucie bezradności, niekontrolowane wybuchy agresji, próby samobójcze, uzależnienie od narkotyków – wyjścia są tylko dwa: pójście na kolejną turę albo śmierć.

chwala_bohaterom2

Reżyser konsekwentnie buduje ciężki, wręcz depresyjny klimat, pełen mrocznych demonów z jakimi muszą pokonać nasi bohaterowie. Jak się odnaleźć w takim piekle? Czy jest szansa na przełamanie? Tłumienie oraz wypieranie, próba rozmowy – tylko jak opowiedzieć o czymś tak przerażającym jak śmierć czy poczucie odpowiedzialności za czyjś stan zdrowia? Są takie momenty, gdy nasi bohaterowie nagle eksplodują czy są  w stanie „zawieszenia” i wtedy chwytają za gardło. Tak samo jak wojenne retrospekcje. Nawet jeśli ten temat był już wykorzystywany o wiele lepiej i sugestywniej (choćby w „Hurt Locker”), to nadal potrafi poruszyć opowieściami o walce z tym klinczem.

chwala_bohaterom3

Udało się zebrać zdolnych aktorów, którzy w sporej części byli mi nieznani. Wyjątkiem od tej reguły jest Miles Teller w roli sierżanta Shumanna, który potwierdza swoją świetną dyspozycję. Pozornie sprawia wrażenie zwykłego, normalnego faceta, jednak drobne gesty oraz spojrzenia pokazują pewne tłumione emocje. W podobnym tonie swoją postać prowadzi Beulah Koale, czyli cierpiący na zaniki pamięci Solo (scena wybuchu gniewu jest niesamowicie sugestywna) oraz Haley Bennett (żona sierżanta), próbująca dotrzeć do swojego męża i pomóc mu.

Bardzo przyzwoity dramat psychologiczny z wojną w tle – bardzo gorzki, z ciężkim klimatem oraz mocnym aktorstwem. Nawet jeśli nie opowiada niczego nowego w kwestii powrotu wojaków do domu, ma kilka trzymających za gardło scen.

6,5/10 

Radosław Ostrowski