Sejf

Początek zapowiada klasyczny heist movie. Niby zwykła rozmowa i kłótnia w okienku zamienia się w napad. Pomysłodawczynie są dwie siostry, które chcą spłacić dług brata. Problem w tym, że w skarbcu okazuje się być za mało pieniędzy na spłatę. W końcu jeden z pracowników informuje o drugim skarbcu: w podziemiach. Od tej pory cały napad zaczyna się sypać.

sejf1

Reżyser Dan Bush postanowił połączyć dwa gatunku, które pozornie nie pasuje do siebie: heist movie oraz horror. Już czołówka zapowiada dość brutalną historię (czyli napad na bank zakończony krwawą jatką), a początek wydaje się bardzo spokojny. Chociaż podskórnie wyczuwa się, że coś wisi w powietrzu. Problem jednak w tym, że w sposobie straszenia sięga po ograne sztuczki z duchami. A to nagle zaczyna się psuć światło, a tu znikąd pojawi się jakiś cień czy postać niewidoczna w kamerze monitoringu. Oczywiście na dole jest tak ciemno, że schodzenie tam w pojedynkę nie może się skończyć dobrze. Dochodzi do coraz dziwniejszych sytuacji (tajemniczy telefon z wezwaniem), dialogi są miejscami bardzo drętwe, mimo bluzgów, a postacie ledwo zarysowane oraz zwyczajnie nieciekawe. Logika siada, historia pełna jest dziur, napięcie totalnie siada, zaś strachu tyle, co kot napłakał. Bo jak ma mnie przerazić nagłe pojawienie się ucharakteryzowanych ludzi (fakt, wyglądają paskudnie), mordujących innych, bo… tak, niczym w rasowym slasherku. Nawet montaż dość łatwo sugeruje, kto wie więcej niż mówi (dość szybkie przebitki), przez co finałowa wolta jest bardzo łatwa do przewidzenia.

sejf2

O aktorstwie w zasadzie trudno powiedzieć coś sensownego, bo materiał nie daje pola do popisów. Wiele osób zostaje bezczelnie zmarnowanych (Clifton Collins Jr. w roli detektywa Igera), z kolei główne protagonistki (Francesca Eastwood oraz Taryn Manning) są dość słabo zarysowane, choć głównie pełnią rolę wizualnego ozdobnika. Jedynie James Franco się wybija (głównie wyglądem), ale też nie ma zbyt wiele do roboty (jest skuty przez większość czasu).

„Sejf” to jeden z takich filmów, który po realizacji trafia od razu na VOD czy DVD. Pomysł nawet nie głupi, ale wykonanie przypomina tysiące innych filmów grozy, zrobione od linijki. Nudny, nieciekawy, standardowy horror w bardzo amatorskim wykonaniu. Ziew.

4/10

Radosław Ostrowski

Loving

Kolejna opowieść dziejąca się w czasach, kiedy małżeństwa między rasowe były uważane za największą zbrodnię w historii ludzkości. Takie rzeczy mogli wymyślić tylko Amerykanie. O jednym z takich małżeństw, które stało się jednym z symboli walki o prawa obywatelskie stali się państwo Loving. On (Richard) jest białym pracownikiem budowlanym, ona (Mildred) jest czarnoskórą dziewczyną, która pracuje na plantacji. Postanowili wziąć ślub i zamieszkać razem, zwłaszcza że ona jest w ciąży. Tylko, że jest to rok 1958 i stan Wirginia, gdzie takie relacje nie są mile widziane.

loving1

Rasizm był już tyle razy mielony przez amerykańskich twórców, że postawiłem sobie jedno pytanie: czy w ogóle jest sens tworzenia takich filmów? Ale podjął się tego bardzo zdolny reżyser Jeff Nichols. Reżyser znany jest z tego, że przełamuje pewne szablony oraz schematy kina gatunkowego wszelkiej maści. Problem w tym, iż „Loving” jest kompletnym zaprzeczeniem dokonań tego twórcy. Sama historia jest bardzo szablonowa, poprowadzona wręcz od linijki. Choć muszę przyznać, że reżyser unika wielkich słów i bardzo kameralnie odnosi się do kwestii rasizmu, nietolerancji, bez korzystania z szantażu emocjonalnego. Tylko, że w tym przypadku jest to broń obosieczna, ponieważ obniża emocjonalną temperaturę filmu. Doceniam wyciszenie, spokojne tempo, ale brakowało mi wejścia głębiej w naszych bohaterów – tego, jak oni obserwują całą sytuację, jak do tego się odnoszą. Sprawiają wrażenie pionków sterowanych przez innych na szachownicy, pozbawiona charakteru, niemal godząca się na wszystko. Ale jednocześnie czuć (na początku) atmosferę zaszczucia, niepokoju, że w każdej chwili to szczęście może zostać zabrane.

loving2

Trudno mi cokolwiek złego powiedzieć o aspektach technicznych. Nie brakuje ładnych plenerów, odpowiednio budującej nastrój muzyki czy odtworzeniu (scenograficznym) realiów lat 50. oraz 60. Pod tym względem jest naprawdę solidnie, chociaż brakuje jakiegoś błysku. To samo mógłbym powiedzieć w kwestii aktorskiej. Nie jestem w stanie złego powiedzieć o Joelu Edgertonie czy Ruth Nigga, bo oboje radzą sobie dobrze i czuć chemię między nimi. On troszkę szorstki, mówiący niewyraźnie i jak cudnie gra oczami. Ona wydaje się ciekawsza i sprawia wrażenie silniejszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Drugi plan też wydaje się porządny, choć najbardziej wybija się Marton Csokas (szeryf) oraz epizod Michaela Shannona (w końcu film Jeffa Nicholsa bez tego aktora byłby po prostu niekompletny) jako fotografa „Life”.

loving3

Niestety, „Loving” to najsłabszy film Nicholsa, który parę razy potrafił mnie zaskoczyć czy to fantastycznym „Uciekinierem” czy okraszonym elementami SF „MIdnight Special”. „Loving” to klasyczna biografia, zrobiona według wszelkich panujących reguł tego gatunku, przez co – poza tematem – nie wyróżnia się z tłumu. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Marianne Faithfull – Negative Capability

Marianne_Faithfull_-_Negative_Capability

Dla jednych muza Micka Jaggera, dla innych aktorka (choćby film “Irina Palm”), ale przede wszystkim wokalistka z bardzo długim stażem oraz mocno zachrypniętym, podniszczonym głosem. Po czterech latach wraca z absolutnie premierowym materiałem. Tym razem wsparli ją Rob Ellis (współpraca z PJ Harvey), Warren Ellis (członek Nick Cave & the Bad Seeds) – panowie nie są spokrewnieni – oraz niejaki Head. By było jeszcze ciekawiej utwory współtworzyli Nick Cave, Mark Lanegan oraz Ed Harcourt.

Pierwsze, co uderza to bardzo melancholijny klimat oraz bardzo folkowe instrumentarium, zdominowanym przez gitarę akustyczną, skrzypce oraz fortepian. Ta aurę czuć w otwierającym całość poruszającym “Misunderstanding” oraz wybranym na singla pięknym “The Gypsy Faerie Queen” w duchu ostatnich dokonań Nicka Cave’a (gościnnie udziela się także wokalnie). Także swoje nowe oblicze utrzymuje “As Tears Go By” wykonywane przez artystkę od początku swojej kariery I ta aranżacja zachwyca pięknym solo skrzypiec. Marianne nie boi się pokrążyć w okolicach bluesa (“In My Own Particular Way”, gdzie nawet gitara elektryczna ma troszkę miejsca czy mroczniejszy “They Come at Night”, jakiego nie powstydziłby się horror z lat 80., a tekstowo odnosi się do ataków w Paryżu sprzed 3 lat), skręcić w minimalizm (“Born to Live”, gdzie jest tylko wokal z fortepianem I śladowymi ilościami smyczka), a nawet zahaczyć w okolice country (“Witches Song”, “Loneliest Person”). Nawet jeśli pewne fragment zaczynają się zlewać, to jednak pojawiają się pewne drobne detale (cymbały w “It’s All Over Now, Baby Blue”, flet w romantycznym “Don’t Go”), wyróżniającego go z tłumu.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to sam głos Faithfull, który nadal ma w sobie ta energię, choć sprawia wrażenie mocno nadgryzionego przez czas. Ale jednocześnie pozostaje bardzo refleksyjny, przemycający bardzo niegłupie teksty, niepozbawione liryzmu, powagi I delikatności.

“Negative Capability” to Faithfull bardziej jesienna, niemal folkowa, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Idealnie współgra z obecną pogodą, choć jest jeden mocny grzaniec (“They Come at Night”) pokazujący, że wokalistka jeszcze nie zdziadziała.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mścicielka

Pomysł na ten film wydaje się tak niedorzeczny, że aż ciekawy. Frank Kitchen jest zabójcą działającym na zlecenie mafii Los Angeles, kierowanej przez niejakiego „Uczciwego Jacka”. Jednym z jego celów zostaje uzależniony od hazardu i narkotyków hulaka. Problem w tym, że jego siostrą jest działająca w podziemiu lekarka, przeprowadzająca nielegalne operacji. Kobieta z zemsty decyduje się… zmienić Frankowi płeć, co wywołuje kompletny szok i konsternację.

mscicielka2

Dawno, dawno temu Walter Hill był jednym z asów kina akcji, które może i wyglądało skromnie, ale było zawsze efektowne, wciągające i pełne adrenaliny. Ale ostatnie lata nie należą do zbyt udanych i nawet Sylvester Stallone nie był w stanie wykrzesać z niego energii („Kula w łeb”, chociaż dla mnie było całkiem niezłe). Jednak nowe dzieło „The Assigment” sprzed dwóch lat to porażka niemal na całym froncie. Całą historię poznajemy dwutorowo. Pierwszy plan to „przesłuchania” dr Rachel Kay przez jej kolegę po fachu, Franka Galena. Drugi plan to retrospekcje związane z postacią Franka. Ta przeplatanka mogłaby nawet wypalić, tylko że historia kompletnie nie angażuje, zwyczajnie nudzi i wygląda bardzo ubogo. By to zamaskować, reżyser czasem wykorzystuje ręcznie rysowane kadry, niby w komiksowym stylu, tylko bez dymków czy „odgłosów”. Wszystko to wygląda wręcz archaicznie, jak dowcip opowiedziany z kamienną twarzą i zastanawiasz się, czy to idiota mówi, czy jakiś nieodkryty geniusz.

mscicielka1

Realizacyjnie przypomina proste kino klasy B, czyli coś, na czym Hill zna się dobrze. Ale wszystko to jest jakieś dziwnie statyczne, wręcz toporne w stylu, pozbawionym jakiejkolwiek tożsamości. Nawet sceny akcji wyglądają bardzo przeciętnie, by nie rzecz słabo. Wszystko pozbawione jakiegoś wyrafinowana, emocji, pasji – tylko szybki strzał oraz bach. Przez co miałem wrażenie oglądania snuja, gdzie wiadomo kto zdradzi, kto jest zły, pełnym setek tysięcy klisz. Po seansie kompletnie rozmazały mi się szczegóły, a wszystko udaje się naszej bohaterce/bohaterowi zbyt gładko, za prosto i za szybko. Dlaczego miałoby mnie to w ogóle obchodzić?

mscicielka3

Aktorstwo też bardzo rozczarowuje. Tutaj nasz czarny charakter o aparycji Sigourney Weaver jest totalnie przerysowany, ale w inny sposób. Cały czas mówi spokojnym, monotonnym głosem, cytuje Szekspira i wygłasza jakieś moralne bzdury o swojej wyższości. A wszystko jakieś takie na pół gwizdka, dziwnie groteskowe oraz strasznie nijakie. Jeszcze bardziej szalonym pomysłem jest wybór Michelle Rodriguez w roli głównej. Sama aktorka robi co może, ale jej charakteryzacja jest nieprzekonująca, mimo zmiany narządów. Od razu widać, że to kobieta udająca faceta i doklejenie brody z wąsami tego nie zmienią. Jedyna w miarę wyrazista postać to Anthony LaPaglia w roli „Uczciwego Jacka”, troszkę przypominając z wyglądu Harveya Keitela, ale to troszkę za mało.

„Mścicielka” jest ostatecznym potwierdzeniem przekonania, że Walter Hill swoje najlepsze lata ma już za sobą i powinien kamerę odstawić na zawsze. Kompletnie archaiczny, wymęczony i marnujący talent wszystkich pracujących wokół. Panie Hill, kończ pan tą karierę.

3/10 

Radosław Ostrowski

Sexy Beast

Brytyjskie kino gangsterskie pod koniec lat 90. XX wieku przeżyło swój renesans. Wszystko to miało być zasługą jednego gościa i gościa jednego tylko: Guy Ritchie. Inspirował się stylem Quentina T., przeszczepiając go swoim brytyjskim kolorytem oraz czarnym humorem. Troszkę w cieniu znajduje się inny film gangsterski, który preferował inne podejście do tego gatunku.

Film zaczyna się dość dziwnie: mamy palące się słońce oraz opalającego się dość pulchnego faceta. Upał jak fiut, cytując klasyka, piękna żona wraca z zakupów, hacjenda wygląda okazale. Żyć, nie umierać – też by zamienił deszczową Anglię na ciepłą Hiszpanię (chociaż jest tam za gorąco). I jedno dziwne zdarzenie: toczący się głaz uderza prosto w basen, omijając naszego bohatera, Gala Dove’a. a to dopiero zapowiedź wydarzeń, jakie mogą wywrócić spokój emerytowanego gangstera do góry nogami. Katastrofa ma na imię Don Logan i chce zwerbować Gala do nowej robótki: prostej, gładkiej, nieskomplikowanej. Tylko, że mężczyzna nie chce dołączyć do ekipy, ale Logan nie przyjmuje tego do wiadomości.

sexy_beast1

Reżyser Jonathan Glazer wcześniej realizował teledyski, ale już w debiutanckim „Sexy Beast” pokazuje, że będzie robił troszkę inne kino niż jego koledzy po fachu. Powiedzmy, że tutaj bliżej jest do „Nigdy cię tu nie było” niż do „Porachunków” czy „Przekrętu”. Może troszkę przesadzam, ale nie jest to klasyczny film w stylu heist movie. Sam skok dokonuje się w ostatnich 30 minutach filmu, niejako pod koniec. Bez poznawania szczegółów, zostajemy wtedy rzuceni w sam środek. Znaczy wiemy, co jest celem, kto to robi i ilu ludzi potrzeba. Nie dostajemy informacji jak ma to zostać zrobione, co w momencie realizacji było sporym zaskoczeniem. Przez dwie trzecie filmu mamy zwykłe życie Dove’a na emeryturze oraz próby przekonania przez psychopatycznego Dona, traktującego to bardzo osobiście.

sexy_beast2

Czy to oznacza, że Glazer przynudza? Abso-kurwa-lutnie nie. Świetnie się bawi formą, co pokazuje choćby scena toczącego się głazu pokazana z… jego perspektywy czy rozmowa o tym kto zleca robotę i co jest celem, która jest montażową perłą (repetycje, zbliżenia na postacie, ujęcie z obrotowych drzwi), a kilka operatorskich tricków (otwieranie drzwi pokazane tak, jakby kamera do tych drzwi się przykleiła czy zrobiony w jednym ujęciu szybki najazd z ulicy do skarbca) uatrakcyjnia tą statyczną historię. Są jeszcze oniryczne sceny z tajemniczym, czarnym diabło-królikiem, skręcające ku lżejszym filmom Davida Lyncha oraz troszkę surrealistycznego, nawet smolistego humoru.

sexy_beast3

Choć nie do końca dostałem to, czego oczekiwałem, jedna rzecz przyciągnęła moją uwagę od samego początku: aktorstwo. Całość tak naprawdę jest w rękach dwóch kreacji, czyli Raya Winstone’a oraz Bena Kingsleya. Pierwszy w roli Dove’a sprawia wrażenie takiego uśpionego miśka, który porzucił przeszłość i chce tylko odpoczywać w blasku słońca. Jednak pewne okoliczności zmuszają go do powrotu, niemal do samego końca próbuje zachować spokój. Z kolei Kingsley to prawdziwa petarda – psychol z wielkim ego, gadający niczym rozpędzony pociąg. Dla niego są dwa wyjścia: albo tak jak on chce, albo… tak jak on chce i chuj. Piekielnie groźny typ, jakiego nie chcielibyście spotkać na swojej drodze.

„Sexy Beast” bywa sexy pod względem formy oraz troszkę innego spojrzenia na oczywiste klisze kina gangsterskiego oraz konwencji heist movie. Nie wszyscy złapią tą konwencję, bo to specyficzne kino jest. Niemniej warto spróbować podjąć to wyzwanie, bo raz obejrzane, zostanie na długo.

7/10

Radosław Ostrowski

Projektantka

Dungatar, rok 1951. Małe miasteczko gdzieś na australijskiej prerii, o którym mało kto pamięta. I to właśnie tu wraca po 25 latach niejaka Myrtle Dunnage. Obecnie jest bardzo znaną na świecie projektantką strojów, ale tutaj pamiętana jest jako córka „Szalonej Molly” i ja ta, która zabiła. Ale kogo? I czy teraz, po wypędzeniu, kobieta będzie chciała zemsty? A może mieszkańcy jej wybaczyli? Kobieta próbuje najpierw ogarnąć ten chlew w domu jej matki, a następnie tworzy zakład krawiecki.

projektantka1

Rzadko zapuszczam się w rejony australijskie, jednak czasami pojawiają się dość interesujące filmy z tego kraju. Nie inaczej jest z filmem Jocelyn Moorhouse, która wróciła do kina po bardzo długiej przerwie. „Projektantka” to dziwna gatunkowa hybryda, gdzie komedia, dramat (nawet melodramat) i kryminał idą ze sobą ręka w rękę. Niby szablon miasteczka skrywającego tajemnicę oraz ludzi żyjących w sieci kłamstw jest dość znany, ale reżyserka bardzo sprawnie wykorzystuje do budowania napięcia, pokazania życia w tym zakłamanym miejscu oraz jak takie sekrety działają destrukcyjnie na wszystkich. Jak skrywane tajemnice, kłamstwa, zdrady, zakłamanie coraz bardziej przesiąka i gnije to miasteczko od środka. A reżyserka konsekwentnie, ale bardzo powoli zaczyna odkrywać kolejne fragmenty z przeszłości, jednocześnie daje pewną szansę dla kilku osób. Więcej wam nie zdradzę, bo inaczej musiałbym iść w strefę spojlerów. A to by filmowi tylko zaszkodziło.

projektantka2

Film dość wiernie odtwarza realia lat 50., chociaż takie miasteczka wydają się takie, jakby czas kompletnie stanął w miejscu. Proste, drewniane budynki, bardzo stylowe auta oraz wykorzystane piosenki budują klimat epoki. No i najważniejsze w tym wszystkim: kostiumy. Ubrana szyte przez Myrtle są po prostu przepiękne – rywalizować z nimi może tylko „Nić widmo”, chociaż te eleganckie stroje z wielkich miast noszone przez damy z jakiegoś wygwizdowa wywołują dość groteskowy efekt. Niby strój czyni człowieka i powoduje, że na pewne osoby patrzymy inaczej, ale potrafi być też zmyłką i zasłona dymną. Bo to, że ktoś jest dobrze ubrany nie oznacza, że jest dobrym człowiekiem. I o tym bardzo brutalnie przypomina ta historia o pokonaniu demonów oraz ostatecznej zemście. Pewnie opowiedziana, parę razy zaskakująca i niepozbawiona złośliwego humoru. Może jedynie wątek miłosny jakoś niespecjalnie mnie porwał, lecz ta relacja okazała się istotna dla pewnych wydarzeń.

projektantka3

Reżyserka też pewnie prowadzi aktorów, dając każdemu symboliczne pięć minut. Absolutnie cudowna jest tutaj Kate Winslet w roli tytułowej. Jej Tilly (Myrtle) jest z jednej strony świadomą swojego talentu kobietą z potężną dawką sekapilu, z drugiej zagubioną, niepewną siebie dziewczyną z małego miasteczka, szukającą wsparcia. I te dwie sprzeczności są wygrywane znakomicie, bez potknięć czy charakterologicznych zgrzytów. Drugim mocnym punktem jest równie imponująca Judy Davis („Szalona Molly”) w roli lekko zdziwaczałej matki, która powoli zaczyna się zmieniać, pozostając ostrą i hardą kobietą, pełną złośliwego humoru. Wspólne sceny docierania się to (obok strojów) najlepsze emocjonalnie sceny tego filmu. Na drugim planie błyszczy absolutnie fantastyczny Hugo Weaving w roli sierżanta policji, który bardzo lubi modę (a nawet damskie ciuchy) oraz Sarah Snook (Gertrudne Pratt) zmieniająca się pod wpływem Tilly z szarej myszki w piękną kobietą (piękna tylko wewnętrznie). Troszkę odstaje od reszty Liam Hemsworth w roli niejakiego McSweeny’ego, bo wątek romansowy między nim a Tilly nie był dla mnie przekonujący. Nie czułem chemii między tą parą, a to błąd poważny.

„Projektantka” z nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów nie trafiła do naszych kin. A szkoda, bo to przykład jak z ogranego schematu można zrobić świeżą, wciągającą opowieść o zemście (choć nie jest to film akcji). A dzisiaj jest to trudne do osiągnięcia.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Golfiarze

Myślę, że fani amerykańskiej komedii znają Harolda Ramisa. Pamiętany jako Egon Spengler z „Pogromców duchów” był nie tylko aktorem, ale także scenarzystą i reżyserem, tworząc wiele kultowych dzieł lat 80. oraz 90. A jedną z nich są „Golfiarze”, czyli bardzo specyficzna komedia, z bardzo absurdalnym humorem.

Fabuła tego filmu jest w zasadzie szczątkowa, co samo w sobie nie jest żadną wadą. Wszystko krąży wokół elitarnego klubu golfowego. Tam pracuje młody chłopak o imieniu Danny Noonan, który chciałby zdobyć stypendium organizowane przez klub. A punktem całości jest chęć dołączenia do tego grona przedsiębiorcę budowlanego, Ala Chevika. Problem w tym, że jego dość luźny styl oraz sposób bycia są dość mocną solą w oku szefa klubu, sędziego Smailsa. By było jeszcze więcej zmartwień, okolicę terroryzuje pewien świstak, którego trzeba się pozbyć. Zadania próbuje się podjąć Carl – pomocnika ogrodnika.

golfiarze1

Ramis stawia tutaj bardziej na improwizację oraz serwowanie kolejnych gagów niż pełną związku przyczynowo-skutkowego historię. I przez to miejscami miałem spory problem z wejściem w „Golfiarzy”, bo nie wiedziałem na czym się tak naprawdę skupić. Czy to na młodym chłopaku, szukającym swojej życiowej drogi (i przy okazji poznaniu swojej miłości/dziewczyny do straty cnoty), czy to na konfrontacji między Chevikiem a lekko świętoszkowatym Smailsem, a może na lekko głupawym Carlu oraz jego walce z gryzoniem. Przez co wkrada się totalny chaos, wywołujący ciągłe rozproszenie. Także poczucie humoru jest dość szerokie: od podtekstów erotycznych (zapowiedź przyszłego „American Pie”) przez absurdalne teksty (monologi o Kopciuszku grającym w golfa czy o Dalajlamie) aż do prostych zderzeń charakterów (każde wejście Chevika). I ten poziom działa jak sinusoida, przez co nie wszystkie żarty już do mnie trafiały. Może już po prostu jestem na tego typu dowcip za stary (aczkolwiek akcja z batonem na basenie – w tle muza ze „Szczęk” – nadal działa), albo ten film się okrutnie zestarzał.

golfiarze2

Bronią się za to trzy role, które są prawdziwym filarem tego dzieła. Po pierwsze, Rodney Daggerfield. Jego Chevik nie jest zblazowanym nudziarzem tego kręgu, tylko nakręconym dzieciakiem w ciele dorosłego z ADHD, z ciętym humorem oraz lekko prostackim zachowaniem. Do tego ciągle każdemu rzuca forsą, jakby nie wiedział kompletnie co z nią zrobić. Po drugie, rozpoczynający swój triumfalny chód Chevy Chase jako kompletnie zblazowany bogacz Ty Webb. Facet kocha golfa oraz posiada ogromne umiejętności z tym związane, ale też posiada odrobinkę luzu. No i jeszcze jest Bill Murray, czyli Carl. Typowy idiota, nie posiadający w swoim słowniku słowa „odpowiedzialność”, jest nieprawdopodobnie śmieszny, choć głos troszkę do Billa niepodobny. Zaś finał jego walki z gryzoniem jest spektakularny.

golfiarze3

Trudno mi ugryźć ten debiut. Bo mimo całego chaosu oraz dużej dawki improwizacji, nadal jest kilka śmiesznych scen, które działają. Jest to miejscami przewidywalne, nie brakuje odrobiny poważnych momentów (relacja Danny’ego z Maggie), a parę dowcipów powtarza się i traci troszkę uroku (Chevik). Ale jak się ma poniżej 18 lat, można się na tym świetnie bawić.

6/10 

Radosław Ostrowski

Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie

Kino od zawsze lubiło opowiadać bajki, a ludzie zawsze lubili je słuchać. Ale potem niektórzy zaczęli z tych bajek wyrastać, traktując je jako coś naiwnego, infantylnego, głupiego. Bo to nieprawdziwe, zmyślone, nie mogące mieć prawa wydarzyć się, zbyt nieprawdopodobne. To dlaczego w niektóre z tych opowieści wierzymy, a niektóre nie? Nie wiem, a czy uwierzycie w opowieść zaserwowaną przez Kena Scotta? Przekonajmy się.

Tytułowym fakirem jest niejaki Ajatashatru Patel – hinduski chłopak, który marzył o dwóch rzeczach: byciu bogatym oraz pojechać do Paryża. Myśl o bogactwie pojawiła się odkąd zaczął chodzić do szkoły, a nasiliła się w chwili, gdy do rąk Ajy trafił katalog Ikei. Pracując jako fakir na ulicy zbiera wystarczająco dużo pieniędzy, by polecieć do Paryża. Tylko, że mafiozo rządzący ulicą ma inne zdanie, zaś nasz bohater wyrusza mając tylko paszport i fałszywe 100 euro. Nieźle jak na początek wielkiej przygody, prawda?

podroz_fakira1

Reżyser od samego początku zapowiada, że będziemy mieli do czynienia z bajką. Nie oznacza to jednak, że nie będzie scen mrocznych, dramatycznych czy lekko brutalnych. Trudno oderwać oczy od barwnych ulic Indii, ale po drodze zwiedzimy Paryż, Londyn, Barcelonę (a właściwie lotnisko, co przypominało „Terminal”), Rzym, a nawet trafimy do Afryki – przejścia między tymi rejonami niemal żywcem zostały wzięte z „Indiany Jonesa”. Ale to nie wszystko, co spotkamy, bo ta wyprawa będzie bardzo ważną nauką dla naszego bohatera. Odczuje miłość, poczucie znaczenie bycia uchodźcą, pozna kilku przyjaciół, zdobędzie duże pieniądze oraz… wykona swoją największą sztuczkę w całej karierze iluzjonisty. Umowność wydarzeń pokazują choćby tak absurdalna scena w brytyjskim urzędzie imigracyjnym, gdzie oficer… wyśpiewuje i tańczy o dalszych losach swoich podopiecznych (rozbrajająca scena).

podroz_fakira2

Choć na początku zostaje poruszona kwestii tego, jakie czynniki decydują o twoim życiu (pochodzenie, wygląd, rozmiar czy kim są nasi rodzice), to jednak reżyser wierzy w dość prostą, oczywistą, lecz czasem zapominaną przez nas prawdę: że to my jesteśmy kowalami naszego losu i jak zagramy kartami danymi przez los. Może przypadkiem nie zdobędziemy walizki ze 100 tysiącami euro, ale w końcu uda się znaleźć swoje miejsce oraz sens życia. Może i prawdy mogą wydawać się dość banalne, jednak reżyser sprzedaje je w tak bezpretensjonalny sposób, że nie czułem jakiejkolwiek manipulacji.

podroz_fakira3

Największą siła tego filmu jest niejaki Dhanush, który jest rozbrajająco sympatyczny do samego końca, mieszając łobuzerski urok z prostolinijnością oraz pakowaniem się (i wyplątywaniem się) w różne tarapaty. Nawet powtarzające się gagi nie wywołują znużenia dzięki niemu (nieważne, czy czaruje jako fakir, wychodzi z szafy/kufra czy tańczy niczym gwiazdor bollywoodzkich hitów – cudna choreografia), co jest wielką sztuką. Równie zjawiskowa jest Berenice Bejo (dość ekscentryczna aktorka Nelly), a drugi zapełniają wyraziste kreacje Gerarda Jugnota (taksówkarz), Barkhada Abdiego (imigrant Wiraj) czy Bena Millera (kapitan Smith).

Jeśli świat za oknem wydaje się tak brzydki i mroczny, a potrzebujecie zastrzyku pozytywnej energii to „Niezwykłe przygody fakira…” są skierowane właśnie dla was. Czysta zabawa, pełna niesamowitej magii wykreowanej ze szczerości, lekkości, a nie tylko za pomocą efektów komputerowych. Dzisiaj to rzadko się zdarza.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nosowska – Basta

basta-b-iext53337799

Katarzyny Nosowskiej przedstawiać nie trzeba. Można nie być fanem jej twórczości, ale nie można zarzucić wyrazistości, zapadających w pamięć tekstów (nawet jeśli za pierwszym razem wydają się mętne i nieczytelne) oraz charyzmy idącej ponad jakąkolwiek skalę. Ale ten był miał być nowym rozdaniem: po pierwsze, ogłosiła zawieszenie działalności grupy Hey (łagodniej mówiąc, robią sobie przerwę), po drugie wydała książkę “A ja żem jej powiedziała” (nie czytałem, ale podobno zabawna). No I zwieńczeniem tego była nowa solowa płyta pod wiele mówiącym tytułem “Basta”, którą wyprodukował Michał “Fox” Król.

Już to nazwisko zapowiadało, że będzie potężna wolta oraz odcięcie się od wszystkiego, co było. Ale nawet ja nie byłem gotowy na takie oblicze. Po pierwszym singlu – przepraszam za język – przeżyłem emocjonalny stan zwany “o co tu, k***a, chodzi?” i “ja pi***lę”. Przeładowanie agresywną elektroniką, melorecytująca Nosowska – nie rozumiałem tego. Dlatego zwlekałem z odsłuchem całości nie do końca będąc przekonanym, by móc na spokojnie podejść do całości. Jaki jest efekt?

Otwierający całość “Goń” zaczyna się szorstkimi dźwiękami, do których dochodzą cykadła, dość oszczędna perkusja oraz różnego rodzaju cudadła w tle. Prawie jakby słuchał Chemical Brothers, a w refrenie nawet mamy lekko przemielone ograny, budzące wręcz nastrój grozy. Troszkę retro ocierające się o krainę łagodności serwuje “Boję się”, chociaż tekst taki fajny nie jest (wewnętrzny dialog z samą sobą – tutaj wchodzi kapitalny Łona), wywołując ogromny kontrast. A im dalej w las, tym bardziej muzyka wydaje się przemielona, mroczniejsza (odgłosy), nieprzyjazna, mimo pulsującego basu oraz perkusji. Singlowy “Ja pas!” był sprawcą konsternacji, bo muzyka mnie odrzuciła – “strzelający” początek, kolejne dziwadła oraz niebezpiecznie chwytliwy refren, zachęcający do tańca. Do tego jeszcze pod koniec syrena, przyspieszona perkusja, czyli dokonała się rzeźnia.

A im dalej, tym bardziej różnorodnie: odpowiednio mroczne, choć minimalistyczne “Takie to przykre” (syntezator pachnie latami 80.), coraz bardziej nabierające intensywności (podobnie idzie “Nagasaki”); taneczno-surowe “Kto Ci to zrobił?”z niemal mechanicznym głosem wokalistki; niemal perkusyjne “Lanie” z bardzo łagodnymi klawiszami (w połączeniu z tekstem, ta melodyjność ma niebezpiecznie gorzki posmak); “Do czasu”, gdzie w refrenie głos zostaje mocno obrobiony czy zmieniające tempo “Brawa dla Państwa”.

O ile muzyka jest strawna I nawet potrafi zrobić dobre wrażenie, to teksty: to już zupełnie inna półka I kompletna sprzeczność: uzależnienie od alkoholu (“Ja pas”), poczucie niespełnienia (“Boję się”), przemoc domowa (“Lanie”), kopiowanie pewnych zachowań oraz tekstów (“Matka mi mówiła”), kolejne podziały (“Takie to przykre”) oraz szeroko pojęte wkurwienie na coraz bardziej skarlały świat, jakie mógłby wymówić Adaś Miauczyński (“Dosyć”). Zaskakująco poważnie, ostro, nawet chamsko. Śpiewanie zastąpiła melorecytacja, krzyk, nawet wrzask, co jest kompletnym zerwaniem z dotychczasowym wizerunkiem.

Powiem tak: spróbujcie podejść do tej płyty bez jakichkolwiek uprzedzeń I wtedy uda się tutaj wyłuskać kilka interesujących rzeczy. Jest co rozkminiać w słowie, chociaż muzyka bywa czasem niezbyt przyjemna w odbiorze (zwłaszcza dla antyfanów elektroniki), ale zostaje w głowie I to dłużej niż się można było spodziewać. Sami oceńcie czy chcecie zaryzykować tą wyprawę.

Radosław Ostrowski

Ballada o Busterze Scruggsie

Potwierdzają to setne przykłady,
Że westerny wciąż jeszcze są w modzie
Wysłuchajcie więc, proszę, ballady
O tak zwanym Najdzikszym Zachodzie

Wojciech Młynarski, „Ballada o Dzikim Zachodzie”

buster_scruggs1

Z tym fragmentem popularnej piosenki Wojciecha Młynarskiego dyskutować jest ciężko, bo od mniej więcej 2003 roku coraz częściej odwiedzaliśmy Dziki Zachód. Czy to w formie zabawy gatunkiem („Slow West”, „Bone Tomahawk”, „Django”), czy to remake’ów klasycznych opowieści („3:10 do Yumy”, „Prawdziwe męstwo”, „Siedmiu wspaniałych”), czy wykorzystaniu gatunkowego sztafażu do historii spoza gatunku („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”, „Zjawa”, „Tajemnica Brokeback Mountain”). Teraz z westernem znowu postanowili się zmierzyć bracia Coen. Początkowo „Ballada o Busterze Scruggsie” miała być serialową antologią, ale ostatecznie współpraca z Netflixem skończyła się pełnometrażowym filmem. Czy to był dobry ruch? I tak, i nie, bo – jak w przypadku każdej kompilacji nie każda historia porwała mnie tak bardzo jakbym chciał. Ale po kolei.

buster_scruggs2

Braciszkowie wykorzystują klasyczne motywy znane z kowbojskich opowieści i przerabiają je na swoją modłę. Jazda dyliżansem, wyprawa pionierów, napad na bank, poszukiwanie złota, wędrowna grupa podróżująca od miasteczka do miasteczka zarabiając opowieściami – bardziej archetypowych motywów do gawędy nie da się znaleźć. Ale wszystko jest tu troszkę inaczej niż zwykle, stanowiąc pretekst do twórczej zabawy oraz gatunkowej demolki. Historia rewolwerowca Bustera Scruggsa okraszona jest cudownymi piosenkami (zupełnie jakbym oglądał musical – prawie jak w „Ave, Cezar”) oraz rozbrajającym humorem, z bardzo przewrotną puentą. Podobnie dowcipna była historia napadu na bank (kasjer atakujący w czymś, co mogłoby być zbroją – niesamowity widok), gdzie kowboj pakuje się w dość pokręcone losy, nie zapominając o absurdalnym dowcipie (pierwsza scena próby powieszenia). Jedynym zastrzeżeniem tej historii jest fakt, że… za szybko się kończy.

buster_scruggs3

I wtedy pojawia się historia trzecia, czyli impresario wędrujący od miasta do miasta z cytującym różne teksty mówcą. Niby nic dziwnego, ale osobnik ten jest pozbawiony wszelkich kończyn, co ma gwarantować pewne profity. Ta opowieść jest cięższa, mroczniejsza (jest cały czas noc) oraz bardziej serio. Samo w sobie może nie wywołałoby to we mnie zgrzytu, jednak brak puenty, niemal brak dialogów sprawiły, że seans był dość męczący. Odbiłem się od tej opowieści niczym od ściany. Zrekompensowało mi tą stagnację historia poszukiwacza złota, choć pozornie w niej nie dzieje się zbyt wiele. Ale jest to najpiękniejsza wizualnie opowieść – krajobrazy wyglądają imponująco, jak z klasycznego westernu czy jakiegoś cudnego malowidła. Prawdziwa wizualna uczta.

buster_scruggs4

Równie imponująco wygląda piąta, najdłuższa nowela. To historia Alice Longabaugh, która wyrusza z bratem do miasta w konwoju. Tutaj jest bardziej melodramatycznie, bo w drodze jeden z przewodników, pan Knapp zakochuje się w tej nieśmiałej, zagubionej damie. Dla mnie ta opowieść też mnie zawiodła troszkę. Dlaczego? Po pierwsze, nie obchodziła mnie główna bohaterka – jej zagubienie, bezradność, emocjonalna apatia działała na mnie odstraszająco, mimo obsadzenia w tej roli Zoe Kazan. Po drugie, nie uwierzyłem w tą relację między Knappem a Alice i nie mogłem zrozumieć, co ten facet w niej widział, że chciał się z nią związać. Sytuację troszkę rekompensowały zdjęcia oraz zakończenie, stawiające całą opowieść w stanie zawieszenia. A na finał mamy pasażerów dyliżansu, jadących do miasteczka z trupem. Stylistycznie całość jest zamknięta w jednej przestrzeni, przypominając wyglądem westerny z lat 30. czy 40., kadrując tylko i wyłącznie twarze pasażerów. Niby są tylko dialogi (głównie o rodzajach ludzi), jednak nastrój troszkę przypomina tutaj horror. Zwłaszcza, gdy poznajemy profesję dość intrygującej pary podróżnych. Satysfakcjonujące i odpowiednio mroczne.

buster_scruggs5

Choć scenariuszowo nie wszystkie historie wciągają tak, jakby mi się marzyło, to jednak dobrze się bawiłem. Zdjęcia miejscami są olśniewające, ale zawsze budują klimat. Tak samo jak kostiumy oraz scenografia, a także muzyka Cartera Burwella – odpowiednio budująca napięcie, opisująca zachwycającą przyrodę oraz pełna kilku zgrabnych piosenek. Także aktorsko jest miejscami znakomicie, rekompensując wiele wad. W mojej pamięci najbardziej zapadł tytułowy Buster (rewelacyjny Tim Blake Nelson) – ubrany na biało elegancik ze świetną nawijką oraz ogromnym talentem wokalnym, budzącym zachwyt. Równie wyrazisty jest poszukiwacz w wykonaniu cudownego Toma Waitsa. Doświadczonego, zdeterminowanego i uparcie dążącego do celu, a jednocześnie pełnego pokory wobec losu oraz przyrody, co od razu wzbudziło we mnie dużą sympatię do tej postaci. Z pozostałych historii warto wspomnieć fantastycznego Harry’ego Mellinga (pozbawiony kończyn Harrison – z jaką pasją wypowiada te same słowa, to czasami włosy się jeżą), zaskakująco poważnego Jamesa Franco (kowboj z drugiej historii) oraz smolisty duet Jonjo O’Neill/Brendan Gleeson (Anglik/Irlandczyk).

buster_scruggs6

Jak widać, historie są dość różne, ale z paru można wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, jeśli chcesz przetrwać, musisz być bardziej sprytny, wyrachowany i bezwzględny niż reszta. Ale nawet to nie da ci pełnej gwarancji. Po drugie, upór i determinacja pomagają się wzbogacić. Tak jak szacunek do Matki Natury. A po trzecie, nigdy nie wiesz, kiedy skończy ci się szczęście, więc zawsze uważaj. Sam film potrafi dostarczyć rozrywki w stylu braci Coen i pokazuje, że jeszcze nie powiedzieli oni ostatniego słowa. Nic, tylko oglądać, a potem na koń! Niby nic, czego byśmy nie znali, ale bardzo przyjemnie się ogląda.

7/10

Radosław Ostrowski