Maska szatana

Sam początek filmu to proces nad czarownicą, księżną Asą oraz jej kochankiem. Inkwizycja, napiętnowanie, nałożenie maski Szatana (maska z kolcami w środku). wreszcie ma dojść do spalenia ciała, ale burza przerywa cały rytuał i kochankowie zostają pochowani – on na cmentarzu w niepoświęconej ziemi, ona w podziemnym sarkofagu. I nikomu by to nie przeszkadzało, gdyby nie dwieście lat później dwóch lekarzy zmierzających na sympozjum naukowe. Doktor Gorobec i profesor Kurajan utknęli po drodze w lesie, odwiedzili ruiny kaplicy, przez przypadek budząc czarownicę. Ta zaś zamierza się zemścić na przodkach tych, którzy ją skazali.

maska_szatana1

Samodzielny debiut Mario Bavy to klasyczny, wręcz gotycki horror, mocno inspirowany opowiadaniem Mikołaja Gogola. Jest mroczna tajemnica, ponure zamczysko, skrywające wiele sekretów oraz bardzo ponura atmosfera. Reżyser zaskakująco sprawnie opowiada tą opowieść o walce dobra ze złem, a wszystko bardzo w duchu znaków epoki romantyzmu – zderzenie nauki oraz świata racjonalnego z elementami nadprzyrodzonymi, grozą i poczuciem niepokoju. A czarno-białe zdjęcia tylko potęguje to wrażenie. Można odnieść wrażenie, że z dzisiejszej perspektywy nie wygląda to za bogato, ale jaki to tworzy klimat – bezcenne. Jest bardzo nastrojowo, mrocznie i chociaż poznajemy wszystkie elementy układanki, to Bava potrafi zaangażować, trzyma w napięciu do samego końca, podkręcając stawkę. Jest miłość, walka o duszę, zemsta, cmentarz, podniszczona krypta – wszystko odpowiednio wymierzone (jak w adaptacja Poego w reżyserii Cormana), zaskakująco wysmakowanie plastycznie, ze świetną scenografią. I nie miałem poczucia, ze to film z początku lat 60. – może poza zbyt mocno wchodzącą w uszy muzyką.

maska_szatana2

Aktorstwo jest zaskakująco niezłe, chociaż zdarzają się momenty nad ekspresyjne. Tutaj pod tym względem wybija się Barbara Steel (księżna Katja oraz Asa Vajda), ale jeszcze daje się ją oglądać bez bólu. Dobrze się zaprezentowali nasi naukowcy, czyli John Richardson (młody, troszkę naiwny, lecz oddany Andriej Gorobec) i Andrea Checchi (doświadczony profesor Kruvajan), tworząc zgrabny duet. Nawet drugi plan potrafi zapaść w pamięć, mając nawet kilka minut, co jest imponujące.

maska_szatana3

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu „Maska szatana” nadal potrafi oddziaływać na kolejnych kinomanów. Klasyczny, bardzo nastrojowy horror, z rzadko spotykanym klimatem, co robi nadal imponujące wrażenie. Smakowity kąsek dla fanów kina grozy.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

The Florida Project

Gdzieś na Florydzie znajduje się mały motel, w okolicach Disneylandu. Motel zwie się Magic Kingdom, gdzie mieszkają Moonee z matką Halley, zaś poza nimi są ludzie wykluczeni, bardzo biedni. A wszystko toczy się w wakacje, gdzie tak naprawdę nie ma co robić.

florida_project1

Sean Baker przygląda się tej części Ameryki, o jakiej tu nie widzimy, nie słyszymy, nie prezentuje się zbyt często. Choć motel wygląda wręcz bajkowo, z pastelowymi kolorami, znajduje się w przedsionku Disneylandu, to tak naprawdę nie jest to raj. Wszystko tak naprawdę poznajemy z perspektywy Moonee, czyli rozbrykanej, postrzelonej, energicznej dziewczynki, nie do końca ogarniającej otaczającej jej rzeczywistości. Trudno wejść w ten film, bo przypomina to wszystko dokument, gdzie przyglądamy się pewnym zdarzeniom, które pozornie sprawiają wrażenie niepowiązanych fragmentów. Ale reżyser jest zaskakująco szczery, a wszystkie klocki zaczną powoli się sklejać w jedną całość. Powoli zaczynamy poznawać jak Halley zarabia na swój oraz swojego dziecka byt, a wiele rzeczy dzieje się poza okiem kamery. Zabieg ten ma celu „przyjęcia” perspektywy Moonee, a rzadko pojawiający się dorośli oraz ich problemy przewijają się jako tło. „Florida Project” to kolejna próba – i zaskakująco udana – rozdrapania amerykańskiego snu, który dla dorosłych się skończył. Dzieci jeszcze mają marzenia, ale pytanie na jak długo. A im bliżej finału, tym bardziej robi się dramatycznie, co kompletnie mnie zaskoczyło. Dla tego momentu warto przeczekać te krzyczące, rozbiegane dzieciaki na początku. Pozornie wszystko wydaje się nudne, ale dalej widzimy coraz większą patologię. Więcej wam nie powiem, bo to jest jedna z niespodzianek.

florida_project2

Jeszcze większą są znakomite role dziecięce. Nie wiem, jak robią to Amerykanie, ale nie można przejść wobec tego obojętnie, zwłaszcza wobec tego, co robi Brooklyn Prince. Mooney to bardzo rozkręcona dziewucha z ADHD, pełna naiwności, ale i bardzo dużej energii oraz siły, kopiująca też pewne zasłyszane słowa, gesty, zachowania. Równie mocna jest Bria Vinaite, czyli wytatuowana i pyskata Halley, sprawiająca wrażenie starszej siostry niż matki, która pozornie sprawia wrażenie osoby mającej gdzieś innych. Ale tak naprawdę przekonująco pokazuje różne desperackie kroki w celu utrzymania siebie oraz córki. Największą uwagę przykuwa jednak Willem Dafoe, czyli menadżer hotelu, Bobby. Nie tylko spec od naprawiania, pilnowania porządku, ale ktoś, mogący być autorytetem, nawet jeśli wydaje się troszkę szorstki w obyciu.

florida_project3

Film Seana Bakera troszkę przypomina dorobek Harmone’a Korine’a, chociaż jest to bardziej wizualnie pokazany świat znany z filmów Mike’a Leigh czy Kena Loacha. Takie wizualne zderzenie z treścią oraz tematyką może wywoływać na początku dysonans, jednak udało mi się złapać ten rytm. I co najważniejsze: potrafi wzruszyć, poruszyć, rozbawić.

7/10

Radosław Ostrowski

Ringo Starr – Give More Love

RSGiveMoreLove

Od tego tygodnia Ringo Starr nosi tytuł szlachecki, co patrząc na jego dorobek nie jest zaskakujące. Ale jest to na tyle dobry pretekst, by posłuchać osttniego wydawnictwa perkusisty The Beatles, którego wsparł stary znajomy – Dave Stewart. Ringo pozapraszał jeszcze paru gości oraz kumpli, z którymi grywał i tak powstało “Give More Love”. Mieszanka pop-rockowych numerów, ale czy dobra?

Początek to “We’re On The Road Again” – dynamiczne, energetyczne, wręcz lekko bluesowe ze świetnymi riffami Steve’a Lukathera oraz bardzo nośnym refrenem. Po takim pazurze wchodzi spokojniejsze, bardziej taneczne “Laughable”, gdzie najważniejsze są riffy Petera Framptona (z czasem pędzące niczym skoczek narciarski na belce) oraz klawisze, by wejść w bardziej melancholijny “Show Me the Way”, przypominający klimatem utwory z lat 70. czy rozpędone w refrenie bluesisko “Speed of Sound”. Wszystko zaczyna się sypać przy “Standing Still”, próbującym wejść w buty country, gdzie broni się tylko solówki gitary akustycznej, a reagge’owe “King of the Diamond” wpada całkiem nieźle, poza cytowaniem “One Love” Boba Marleya. Trudno przejść przy “Electricity” do refrenu, gdzie wokal Starra zostaje mocno podrasowany cyfrowo, co psuje efekt. Podobnie jest ze smęcącym country “So Wrong For So Long”.

Sam Starr ma przerobiony wokal, by brzmiał bardziej czysto, co jest już obecne od co najmniej dwóch ostatnich płyt. Nadal jednak nie wywołuje to tak wielkiej irytacji, jakiej moglibyśmy się spodziewać. Skręty w inne gatunki nie zawsze satysfakcjonują, a w wersji deluxe są jeszcze dwie nowe wersje utworów, w których Starr macza palce (tak słabe, że warto ich wspominać). Jest całkiem nieźle, czyli tak jak ostatnio. Ma swoje momenty, ale końcówka mocno rozczarowuje.

6/10

Radosław Ostrowski

Dorwać Gunthera

Poznajcie Blake’a – to zwykły leszcz, który chce być najlepszym kilerem. Ostro się szkolił i postanowił zebrać ekipę, by zabić najlepszego zabójcę świata, by zająć jego miejsce. Jest nim niejaki Gunther – prawdziwa legenda w swojej profesji. Jest tak świetny, że nikt nie wie, jak wygląda, jak się naprawdę nazywa i gdzie przebywa. Blake zbiera ekipę profesjonalistów, by dokonać swoje zadanie oraz sfilmować wszystko, by mieć dowód. Problem w tym, że od początku wszystko idzie pod górkę.

gunther3

Debiutujący reżyser Taran Killam postawił na dość ryzykowne połączenie kina akcji z konwencją mockumentary, dzięki czemu łatwiej było zakamuflować skromny budżet. „Dorwać Gunthera” miało być żartem zrobionym na poważnie, igrającego z konwencją. Są strzelaniny, wybuchy, jednak to wszystko jest gdzieś w tle, ma kilka niezłych scen (pościg za Guntherem w korporacji), a wszystko ma być próbą udowodnienia sobie swojej wartości. Problem w tym, że tempo jest dość nierówne, a realizacja jest miejscami chaotyczna. Niby są próby pogłębienia psychologii postaci (skomplikowana relacja z byłą żoną), ale to wszystko wydaje się bardzo na siłę, nieprzekonujące oraz sztuczne. Humor też wydaje się dość prostacki (chociaż galeria dość ekscentrycznych postaci wydaje się plusem), chociaż samo nakreślenie postaci Gunthera, czyli przeciwnika nie do wytropienia, robi duże wrażenie. Tak jak choreografia niektórych scen akcji czy finałowa wolta związana z ostateczną konfrontacją, doprowadzając do przewrotnego finału.

gunther1

Killam obsadził siebie w roli Blake’a i nawet daje sobie radę jako buc z dużym ego, większymi ambicjami. Za to sprytnym zabiegiem okazał się Gunther, czyli… Arnold Schwarzenegger, dający sobie wiele luzu, dystansu do swojego wizerunku, co jest autentycznie zabawne. Pozostałe postaci (zabójczyni żyjąca w cieniu ojca, piroman, spec od trucizn, rodzeństwo z Rosji oraz informatyk) wybijają się mocno, a interakcje między nimi dodają troszkę rumieńców.

gunther2

„Dorwać Gunthera” miało potencjał na całkiem lekki, niezobowiązujący seans, ale przez większość czasu średnio angażuje. Jest troszkę zabawnych scen (popis pirotechniczny przed szpitalem czy ostatnia scena), jednak wycisnąć można było z tego coś więcej.

5/10

Radosław Ostrowski

Anihilacja

Gdzieś w przyszłości dochodzi do dziwnego zdarzenia. W latarni morskiej na terenie parku narodowego pojawiło się coś, co doprowadziło do powstania tzw. Strefy X – miejsce, które coraz bardziej zaczyna się rozszerzać, powiększać. Wysłano tam przez trzy lata kilka ekip do sprawdzenia tego miejsca, ale nikt nie wrócił. Tym razem do Strefy ma wyruszyć ekipa naukowa kierowana przez psychiatrę, dr Ventress, by wybadać, co się tak naprawdę dzieje.

anihilacja2

Alex Garland to jeden z najzdolniejszych scenarzystów ostatnich lat, a jego reżyserski debiut „Ex Machina” wprawił widownię w zachwyt. Tym razem mierząc się z powieścią Jeffa VanderMeera, zrobił kolejny film SF. Sięga po ograny motyw, czyli spotkania z nieznanym, którego cel i motywacja pozostaje największą zagadką. Wszystko to jest retrospekcją ocalonej członkini ekspedycji – biolożki Leny, której mąż (sierżant Kane) ocalał ze Strefy, tylko że kompletnie nic z tego nie pamięta, a potem traci przytomność. Świat strefy budzi bardzo silne skojarzenie ze „Stalkerem” czy książkami Lema (ze wskazaniem na „Solaris”), gdzie wątek pierwszego kontaktu mówił więcej o niezdolności porozumienia oraz strachu ludzi niż cokolwiek innego. Dodatkowo przez chwilę pojawia się motyw zaburzenia percepcji, ale to zostaje bardzo szybko porzucone. Wszystko zaczyna się bardzo powoli układać w jedną całość, jednak nie wszystko zostaje w jakikolwiek sposób wytłumaczone, co może wprawić wiele osób w niezadowolenie.

anihilacja1

Nie mogę za to nie pochwalić strony wizualnej. Strefa wygląda wręcz bajkowo, a niektóre elementy dekoracji robią niesamowite wrażenie. Z drugiej strony nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnego ubogości, skromności efektów specjalnych. To jednak bardzo pomaga w budowaniu tajemnicy, a Garland bardzo zgrabnie lawiruje miedzy dramatem psychologicznym, SF, thrillerem i kinem akcji (walka z krokodylem czy z mutowanym niedźwiedziem przejmującym głos ofiar). Świat ten, choć wygląda, to tak naprawdę widać, że coś zaczyna się zmieniać – wszystko przechodzi mutacje, powstają dziwaczne krzyżówki, ale też „promieniuje” na nasze bohaterki. To stan tytułowej „anihilacji”, zagłady, prowadzącej do nowego porządku, układu sił, świata? Ale czy tego rozpadu nie dokonujemy sami od początku swojego istnienia? Nawet te wrzucone retrospekcje z życia Leny (biolożka) wydają się fragmentem większej układanki.

anihilacja3

Aktorsko dominuje tutaj Natalie Portman, która jest tutaj bardzo wycofana, zamknięta w sobie oraz nieufna. Jest to zrozumiałe z powodu męża, ale zachowuje się najbardziej racjonalnie z całej grupy. Równie wyrazista jest Jennifer Jason Leigh, czyli zdeterminowana psycholożka, pozwalająca sobie (rzadko) na kilka chwil refleksji. Kluczową rolę ma Oscar Isaac, czyli Kane, mąż Leny – trafnie pokazując zagubienie, bezradność (teraźniejszość), jak i bardziej ciepłe oblicze (retrospekcje).

Czym jest „Anihilacja”? Taką krzyżówką „Stalkera” z „Solaris”, chociaż zakończenie sugeruje, że pozostałe części nie zostaną przeniesione. A ostatnie minuty to wręcz prawdziwy mindfuck, jakiego nikt się nie spodziewał – przejdzie to do historii kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Katarzyna Groniec – Ach!

ivddku31b3wc

To jedna z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny muzycznej, od lat zawsze idąca własną ścieżką, balansując między piosenką poetycką, ale tworzoną inaczej, nie zawsze kameralnie, intymnie, eksperymentując z brzmieniem bardziej alternatywnym. Przy swojej dziesiątej płycie “Ach!” Katarzyna Groniec serwuje własne kompozycje zamiast coverów, wsparta przez Marcina Borsa (producent), Basię Wrońską (muzyka i niektóre teksty) oraz Macieja Macuka (muzyka). Co tym razem powstało?

Jest szorstko, melodyjnie i mrocznie, co czuć w “Na pół”, gdzie klawisze z perkusją tworzą klimat znany choćby z ostatniej płyty Bat for Lashes, a sama Groniec tutaj wręcz szepcze w tym onirycznym spektaklu. A co utwór, to niespodzianka oraz spory eklektyzm. Akustyczny “Rescue”, gdzie w tle słychać ptaki (przynajmniej na początku), by uderzyć wplecionymi klawiszami. Bardziej rockowe, chociaż delikatne jest “Koko” oraz rozmarzone “Kanaan”, okraszone Hammondami, a mrok wraca w singlowym “Nie kocham”, gdzie perkusja pędzi, a gitara niby się snuje, ale nie jest spokojnie. Pewna sielankowość, wręcz folkowy klimat przewija się w “Końcu”, zaskakując cały czas. Zwłaszcza, gdy w tle są klawisze oraz trąbka, by zostać zduszona melancholijnym “Deszczem”, gdzie po raz pierwszy gra fortepian. Niepokój wraca w podpartym elektroniką “Się rozpłacz”, gdzie pozornie radosny głos wydaje się zgrzytem, rys, by podrzucić perkusyjny bit oraz ambient, mieszając jeszcze bardziej w głowie. Utwór tytułowy też skręca ku elektronicznemu tłu, przypominając troszkę… Massive Attack (nie wierzę, że to piszę), co kompletnie mnie zaskoczyło. Wtedy staje się piękny “Cud”, gdzie wracamy do oniryzmu (klawisze robią swoje, tak samo jak nakładające się głosy Groniec – ten szepczący i melorecytujący w refrenie), by na końcu wrócić do akustycznej gitary w “Goodbye”, kończąc słowami “I don’t wanna die anymore”.

Pani Groniec tylko raz pozwala sobie na większą ekspresję (“Nie kocham”), a reszta jest bardzo śpiewana delikatnie, na granicy szeptu, ale jednocześnie wyraźnie ją słychać, zaś teksty pełne smutku oraz miejscami gorzkich obserwacji, trafiają w punkt. I nawet ten muzyczny eklektyzm, który może początkowo wprawić w konsternację, staje się spójnym elementem całości, pokazując różne oblicza miłości. Ciekawe, nieszablonowe, ale i wymagające doświadczenie.

7,5/10

Radosław ostrowski

Maria Skłodowska-Curie

Czy ktoś w tym kraju nie znał tej kobiety? Naukowiec, żona, matka, kochanka i podwójna laureatka Nagrody Nobla. Było o Skłodowskiej-Curie wiele filmów, ale w zeszłym roku powstała polsko-francuska koprodukcja, próbująca przedstawić portret tej niezwykłej kobiety.

maria_curie1

Akcja toczy się między pierwszą, a drugą Nagrodą Nobla, bardziej skupiając się na jej życiu prywatnym. Z jednej strony mamy pracę nad radem i wykorzystania do zwalczania nowotworów, ale z drugiej jest nagła śmierć męża, samotne wychowywanie oraz ukryty w tajemnicy związek z innym naukowcem. Ale reżyserka Maria Noelle nie do końca panuje nad materiałem, tworząc kompletny chaos wątków. Nie udało się w pełni rozwinąć żadnego z wątków: próby zdobycia katedry na Sorbonie, spotkanie z Einsteinem, kontynuacja badań, próba pogodzenia się ze śmiercią męża – to wszystko jest ledwie dotknięte, pozostawiając w kompletnej obojętności. Nawet wątek związany z siostrą wydaje się wrzucony na siłę, podobnie jak senne wizje gdzieś na pustyni czy w wodzie – po co to? Mówi się o zasługach, jednak za co ten Noble były przyznane, to będziecie mogli poczytać w Wikipedii, o twórcy kompletnie tą kwestię olali. Ja po biografii zawsze się spodziewam, że o głównym bohaterze/bohaterce będę wiedział więcej po niż przed. Niestety, Noelle nie jest w stanie tych informacji dostarczyć, a co gorsza gubi się w tym, o czym tak naprawdę ma być ten film. O nauce, feminizmie, przełamywaniu schematów, romansie? Nic z tego mieszania grzybków nie wynika.

maria_curie2

Broni się za to warstwa techniczna. Zarówno do scenografii, jak i kostiumów trudno się przyczepić, widać przywiązanie do realiów. Także muzyka potrafi delikatnie zbudować klimat oraz pokazać emocje, których tutaj zadziwiająco jak na lekarstwo. Tylko, że to dużo za mało, by pociągnąć całość do końca.

Aktorsko jest może nie tyle nierówno, ile nie wszyscy aktorzy zostają w pełni wykorzystani. Znane nam nazwiska (Kuna, Olbrychski, Frycz) są ograniczeni tylko do roli tła, które nie wnosi zbyt wiele. Świetny jest Piotr Głowacki w roli Einsteina, wnoszącego odrobinę lekkości oraz humoru, ale pojawia się tylko w jednej scenie. A jak sobie poradziła w głównej roli Karolina Gruszka? Jest najmocniejszym atutem w tej talii, przyciągającym uwagę aż do samego finału. Tylko, że nawet ona nie była w stanie zamaskować niedoróbek scenariusza, przeskoków z wątku na wątek.

maria_curie3

Jeśli to miał być mocny, wspaniały pomnik, to twórcy filmu zrobili go z bardzo kruchego materiału. Pomieszanie z poplątaniem, czyli próba złapania kilku srok za ogon, musiała doprowadzić do uderzenia głową w mur. „Maria Skłdowska-Curie” nie daje żadnej satysfakcji i nawet nie sprawdza się ani jako laurka, ani jako dramat, ani jako opowieść o niezwykłej kobiecie, przecierającej szlaki innym w świecie nauki.

5/10

Radosław Ostrowski

Nerve

Czym jest Nerve? To taki interaktywna gra w wyzwanie, za które otrzymuje się pieniądze. Można być graczem lub obserwatorem, który finansuje oraz tworzy kolejne wyzwanie. Do tej gry włącza się pewna nieśmiała dziewczyna o imieniu Vee – młoda licealistka, która próbuje zebrać kasę na studia. Ale pierwsze zadanie przecież jest takie proste i nieskomplikowane: pocałować nieznajomego.

nerve1

Sam film ma bardzo chwytliwy i trafny pomysł gry, będącej zbiorem zadań, które są coraz bardziej niebezpieczne, podkręcające adrenalinę: kradzież ubrań, jazda na motorze czy nawet przejście po drabinie między budynkami. A im dalej, tym bardziej ten świat staje się pułapką. Bo jak wejdziesz w tą grę, stajesz się jej niewolnikiem. Jak? Twórcy wiedza o tobie wszystko: to, co umieszczasz na Facebooku, numer konta bankowego (przecież muszą jakoś wysyłać kasę), twoje ulubione książki, muzykę. I kiedy będzie próbował robić inaczej niż zaplanowano, może dojść do najgorszego – kradzieży tożsamości czy pozbawienia kontroli nad swoim życiem. Taki młodzieżowy odpowiednik Wielkiego Brata. Twórcy coraz bardziej podkręcają stawkę, dając do zrozumienia jak dużym ryzykiem jest udział w tej grze, przekraczając kolejne granice, coraz bardziej się zatracając. Pytanie, co jeszcze zrobisz dla sławy, chwały (dla widzów, serduszek, kolejnych dolców)? I to jest bardzo frapująca refleksja.

nerve2

Z drugiej strony „Nerve” to thriller skierowany do nastolatków, przez co wygląda jak kolejna produkcja a’la MTV: bardzo rytmiczna muzyka, wszystko toczy się szybko, efektownie. Do tego wizualnie film przypomina produkcje Refna: te pulsujące neony, nasycenie kolorami, Nowy Jork nocą. Wchłaniasz to swoimi oczami i to wszystko pasuje do fabuły. Wygląda to jak gra komputerowa, tylko dzieje się w realu. Dodatkowo jest to wszystko otoczone tajemnicą oraz pozornie prostymi regułami. Ogląda się to świetnie, jest napięcie i strach, tylko że to zakończenie jakieś takie wzięte z „Igrzysk śmierci”. I cale to złamanie gry (więcej nie powiem) – jakieś takie za proste, ale może się czepiam.

nerve3

Aktorsko jest całkiem dobrze. Świetnie sobie radzi Emma Roberts jako Vee, która z wycofanej szarej myszki, zaczyna iść w stronę bardzo ostrej, nie bojącej się wyzwać zawodniczki. I ta przemiana jest pokazana bez cienia fałszu ani przyspieszenia. Troszkę słabszy jest Dave Franco, czyli tajemniczy nieznajomy, także uczestniczący w grze. Do pewno momentu (akcja w sklepie i na motorze) ma w sobie coś, co skupiłoby uwagę, jest chemia między nim a Roberts, tylko że potem zaczyna się to sypać. Nie do końca też wykorzystano Juliette Lewis (matka Vee), która pełni rolę tylko tła. Reszta postaci była zagrana przyzwoicie.

„Nerve” jest ładnie zrobionym thrillerem z nerwem, a kilka sztuczek (widok z „perspektywy” telefonu czy komputera, gdzie mamy odwrócone teksty i obrazy) tworzą bardzo interesującą wizję świata. Może nie tak skrajnie mroczną jak „Black Mirror”, ale potrafi zmusić do myślenia, a nie tylko dając dużo rozrywki. Gracie dalej?

7/10

Radosław Ostrowski

Suburbicon

Tytułowe Suburbicon to małe miasteczko wyglądające jak przedmieścia jakiegoś większego miasta, pod koniec lat 50. Jest spokojnie, wszyscy ludzie są sobie bliscy, serdeczni, przyjaźni oraz życzliwi. Ale wszystko się zmienia, gdy do miasta wprowadza się czarnoskóra rodzina Mayersów. Problem w tym, że mieszkańców bardzo się to nie podoba. Ale w okolicy też mieszka rodzina Lodge’ów – mąż, żona, jej siostra oraz syn. W czasie, gdy mieszkańcy stoją obok nowych lokatorów, rodzina zostaje zaatakowana i żona ginie.

suburbicon1

George Clooney wraca do stołka reżyserskiego i bierze na warsztat scenariusz braci Coen. Czuć tutaj motyw niby prostego planu, który coraz bardziej zaczyna się komplikować, ale z drugiej strony jest próbą zdemaskowania lat 50. oraz życia w idealnym miasteczku, z idealnie ostrzyżonymi trawnikami oraz mieszkaniami. Te dwa wątki prowadzone są niejako obok siebie, przez co można poczuć pewien dysonans. Początek wygląda wręcz bajkowo, z reklamówką życia w mieście – niczym telewizyjna reklama. Potem pojawiają się kolejne tajemnice, które – dla mnie – za szybko zostają wyłożone na stole, przez co łatwo można się domyślić o co tu tak naprawdę chodzi. Bardziej skupił moją uwagę ten wątek rasistowskiej nienawiści, gdzie biali ludzie mają – nomen omen – czarne serca i dla własnej wygody stoją pod domem, robiąc cyrk. Najpierw się tylko przyglądając, rzucając wyzwiskami, a następnie atakując. Tylko, że to jest tło dla bardzo niemrawego kryminału, gdzie w jednej scenie wszystko zostaje wyłożone kawa na ławę. Dodatkowo te wątki za cholerę, nie chcą się w żaden sposób połączyć.

suburbicon2

Trudno powiedzieć coś złego o warstwie realizacyjnej. Świetną robotę wykonali scenografowie i kostiumolodzy, odtwarzając stylistykę lat przełomu lat 50. i 60., włącznie z fakturą oraz kolorystyką. To robi duże wrażenie, podobnie jak stylizowana muzyka Alexandre’a Desplata. Z jednej strony bardzo podniosła, wręcz sielankowa, z drugiej potrafiąca zbudować napięcie. Tylko, że to nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

suburbicon3

Aktorzy robią, co mogą, ale nie mają wsparcia. Choć Matt Damon dobrze się odnajduje w roli wycofanego, pakującego się w kłopoty Gardnera, to nie dało się polubić tego bohatera, ze względu na jego tajemnicę, chłód emocjonalny. Troszkę lepsza jest Julianne Moore w dwóch kreacjach (żony i jej siostry), dając spore pole do popisu, ale całość kradnie Oscar Isaac w roli cwanego agenta ubezpieczeniowego o aparycja Clarka Gable’a (niemalże). I to mógł być mocny pojedynek między nim a Damonem, lecz wszystko się potoczyło inaczej.

„Suborbicon” to dziwaczna mieszanka groteskowej satyry z bardzo nudnym, ogranym niby-kryminałem. Clooney nie zapanował nad reżyserią, a film rozpada się na dwie historie, mające w założeniu się połączyć. Gdyby Coenowie sami się wzięli, może byłoby to lepsze kino, ale tego się już nie dowiemy.

5/10

Radosław Ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Numer 1

20180301031556_FET_numer_1_standard_(002)

Fisz i Emade, czyli bracia Waglewscy to jedni z bardziej rozpoznawalnych polskich duetów na scenie hip-hopowej. Chociaż ostatnie lata to bardziej skręt ku muzyce alternatywnej (zaskakująco udany), tym razem postanowili przypomnieć swoje poprzednie dokonania. “Numer 1” to – niestety, albo stety – składanka zawierająca przeboje duetu znanego jako Tworzywo Sztuczne lub Fisz Emade Tworzywo z lat 2000-2011.

Wszystko zaczęło się od surowego, jazzującego “Polepionego” oraz utrzymanego w podobnym tonie “Huraganu”, który jest bardziej minimalistyczny (mimo dźwięków szklanek oraz nalewanego piwa). “Tajemnica” ma w sobie więcej z r’n’b, tak samo jak oparty na fletach oraz klawesynie “30 cm”. Pewną zmianę serwują “Sznurowadla”, gdzie ładnie gra gitara elektryczna oraz drobna elektronika w tle, ale prawdziwa wolta nastała wraz z “Tysiąc pięćset sto gwiazd”. Tutaj elektroniczna fascynacja wystrzeliwuje od tłustszych bitów przez perkusję aż po “przemielony”, miejscami zakrzyczany głos Fisza. Nawet mocniejsze riffy się odzywają, co jest zaskoczeniem. “Deszcz w butach” kontynuuje tą ścieżkę, ale nawet tło jest mocno podrasowane, wręcz oniryczne. Wypadkową obydwu stylów są chwytliwy “Imitacje”, prowadzone przez gitarowy sampel. Powrót do surowego brzmienia serwuje “Jesteście gotowi”, a takżz bazujące na perkusji soczyste “Serce” z bardzo mocnymi panczami.

I kolejna wolta, czyli bardzo delikatne, wręcz rozmarzone “Nie bo nie” z funkową gitarą oraz ciepłymi klawiszami. Tak jak bardzo dynamiczna oraz bogata (dziwnie) aranżacyjnie “Szef kuchni”, którego nie powstydziłby się sam OSTR. Z kolei “Heavi Metal” to niejako powrót do początków, gdzie mamy surową perkusję oraz powrót do podkładów na funkowych kawałkach z lat 70. (gitara, flety, wokale), kontynuowany przez szybki “666” oraz w bardziej rockowej “Najpiękniejszej kobiecie w mieście”. Nawet “Wiosna 86”, choć wydaje się minimalistyczna, ma w sobie dużo energii, rozkręcającej się z każdą sekundą. Jedynym zgrzytem są utwory ze “Zwierza bez nogi”, ponieważ sprawiają wrażenia przeładowanych dźwiękami (utwór tytułowy oraz reagge’owe “Tak to robimy”).

Żeby nie było, że mamy tylko stary stuff dostajemy dwa premierowe kawałki, przypominające stylistyką poprzednie dokonania: oszczędny “Zwykły” oraz bardziej taneczny “Kanterstrajk”. Tekstowo, a także technicznie Fisz potrafi rzucać kwiecistymi metaforami, dowcipnymi frazami czy braggowaniem, z koniecznym wspomnieniem tego, co Emade robi na perkusji. Słucha się tego fantastycznie i jeśli ktoś chciałby zapoznać się z dorobkiem braci Waglewskich, “Numer 1” będzie idealnym wstępem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski