Julia Pietrucha – Postcards From The Seaside

Postcards_from_the_Seaside

Debiutancka płyta Julii Pietruchy była jedną z niespodzianek ostatnich lat oraz dowodem na to, że śpiewający aktor to nie koniecznie poezja śpiewana czy piosenka aktorska. Zastanawiałem się, czy był tylko jednorazowy wyskok, czy będzie jednak ciąg dalszy. Tydzień temu wyszedł drugi album i, tak jak poprzednik, jest dostępny w całości na YouTube. Jak wyglądają “Pocztówki z widokiem na morze”?

Artystka nie zapomniała o swoim ukulele, które przewija się cały czas. Choć otwierający całość “Sailor” zaczyna się od… wiolonczeli oraz akordeonu, do którego dołącza delikatniejsza gitara z perkusją, tworząc bardzo przyjemny koktajl. Skoczniejsi są “Friends”, oparte na gitarach oraz fajnych (z braku lepszego słowa) chórkach w tle, dając energetycznego kopa. Nawet ten klaskany środek pasuje tutaj, a gdy wchodzą ładne klawisze z dęciakami, można się rozmarzyć. Zmianę wprowadza “Ewka” I nie chodzi o to, ze jest śpiewana po polsku. Odbijający się jak echo fortepianu budzi niepokój, które nie łagodzą dźwięki cymbałków, skontrastowane z “łkającymi” smyczkami w tle. Jeden ze smutniejszych, ale pięknych utworów. “Undo de sea” ma coś ze swingu – dynamiczna gra dęciaków, rytmiczny bas oraz popis perkusji. Powrót do melancholii serwuje zgrabny “Niebieski”, oparty tylko na fortepianie oraz tajemnicze “Medea”, brzmiąca jakby nagrana na starej płycie. Do tego jeszcze wchodzą dziwne perkusjonalia, a także nakładające się głosy, budujące mroczny, lekko “lynchowski” klimat. Mocny kawałek, z pazurem, jakiego się nie spodziewałem tutaj.

To nie jedyna niespodzianka, bo jeszcze jest grany na ukulele… blues ze świerszczami (“Small Town”), gdzie znowu robi się tak ciepło na serduszku, utrzymany w duchu dream popu “Who Knows” (znowu klaszczemy!!) z bardzo ciepłymi klawiszami, a także podparte perkusyjnym “bitem” “Wasted”, na którym skrzypce na początku się wykazują. Cudowne. Tak samo jak rozpędzone folkowe “Nie potrzebujemy nic” czy minimalistyczno-soczyste “Mindless Crime”

Sam wokal Pietruchy nadal jest bardzo delikatny, pełen dziewczęcego uroku, ale też niepozbawiony emocjonalnego ciężaru, co nie jest takie łatwe. Znowu wokalistka sama napisała wszystkie utwory, pokazując zaskakującą wszechstronność. “Pocztówki” są bardziej różnorodne, pokazujące inne oblicze Pietruchy, która niczym kameleon zmienia się, a jednocześnie jest sobą. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak jest. Jestem pewny, że jeszcze będę wracał do tych utworów.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dziecko w czasie

Stephen Lewis jest autorem książek dla dzieci, mieszka z żoną oraz córką Kate. Ale pewnego dnia podczas zakupów, dziewczynka znika bez śladu. Trzy lata później już nie mieszkają ze sobą z powodu nadmiaru smutku. On pracuje w rządkowej komisji ds. dzieci, ona przeniosła się do małego miasteczka i próbują jakoś żyć dalej.

dziecko_w_czasie1

Ta produkcja telewizyjna to adaptacja powieści Ian McEwana i jest to całkiem przyzwoita historia. Reżyser Julian Farino nie próbuje skupiać się na próbie odnalezienia dziecka, ale pokazuje jak takie wydarzenie wywraca psychikę do góry nogami oraz życie. Stąd takie troszkę niespieszne tempo, ale wątek naszego bohatera nie jest jedynym. Po drodze mamy przyjaciela-wydawcę, który odcina się od świata i zaczyna zachowywać się jak duże dziecko, próba odnowienia więzi z żoną, spotkanie z rodzicami, komisja rządowa. Jest nawet moment, gdy naszemu autorowi wydaje się, że widzi swoją córkę. To wszystko jest bardzo mocno pomieszane, chaotyczne niczym umysł człowieka po traumie, co może wywołać dezorientację. ale to bardzo płynnie jest sfilmowane oraz zmontowane. Ale jednocześnie twórcy dają pewną nadzieję, że mimo tak dramatycznych zdarzeń wszystko jeszcze może się ułożyć, co sugeruje finał. Tylko, że oglądając film gubiłem się w chronologii, bo retrospekcje oraz teraźniejszość są bardziej pomieszane niż w „Manchester by the Sea”. I to nie pomaga wejść w ten klimat, wprawiając w stan zakłopotania.

dziecko_w_czasie2

Jeśli coś wybija ten film od średniej półki, to jest fantastyczne aktorstwo. Klasę potwierdza kolejny raz Benedict Cumberbatch, który jest znacznie bardziej wycofany niż zazwyczaj w swoim emploi. Ból, cierpienie wręcz malują się na jego twarzy, ale widać też pewną nadzieję, podlaną odrobiną ironii. Wszystko to wygrane, bez żadnej fałszywej sceny. Równie przekonująca jest Kelly Macdonald, czyli Julie, która bardziej stoi na ziemi oraz lepiej sobie radzi. I co najważniejsze jest silna chemia między tą parą, intrygując aż do końca. Drugi plan za to dominuje Stephen Campbell Moore, czyli Charles. Z jednej strony oczytany i inteligentny, ale powoli znudzony swoją pracą oraz życiem, dlatego odchodzi na wieś. Jego zachowanie może się wydawać dziwaczne, ale ma swoje uzasadnione.

dziecko_w_czasie3

Dziwne to kino, w którym trzeba sobie samemu poukładać wszystkie elementy układanki. Może znużyć, zmęczyć, ale jednocześnie potrafi zaintrygować. Wymaga to jednak większego wysiłku, co może doprowadzić do odbicia się od ściany.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wampiry

Paryż. Tam pracuje dziennika Pierre Martini, który zajmuje się tropieniem sensacji. W tym romantycznym mieście dochodzi do tajemniczych śmierci młodych kobiet. Nie ma żadnych śladów walki, zadrapań, blizn, niczego. Jakby kompletnie wyssano z nich życie, a poszukiwania zabójcy zwanego Wampirem nie przynoszą rezultatów. Mimo bezradności policji, reporter próbuje prowadzić własne śledztwo.

wampiry11

Ten film uznawany jest za pierwszy włoski film grozy. Realizujący go Riccardo Freda, wspierany przez operatora Mario Bavę (niewymieniony jako reżyser) próbują budować atmosferę niepokoju oraz strachu za pomocą powoli odkrywanej tajemnicy oraz tajemniczego zamczyska. Sama intryga toczy się dość powoli, a przebieg fabuły jest oparty na ogranych kliszach: uparty śledczy zderzający się z murem bezradności, pozornie niekompetentny detektyw, poszlaki prowadzące donikąd, zmuszanego do porwań narkomana oraz tajemnicze eksperymenty mające zapewnić wieczne życie. Te elementy niestety, nie potrafią połączyć się w sensowną całość. Zamiast przerażać, film zwyczajnie nuży, fabuła nie porywa, a im dalej w las, tym wszystko staje się bardzo przewidywalne. Dialogi też są takie sobie, a nadekspresyjna oraz barokowa muzyka, nachalnie wali po uszach swoimi intencjami, że staje się to nieznośne.

wampiry21

Jedyną rzeczą, która nadal się broni jest scenografia, ze szczególnym wskazaniem starego zamczyska. Te ponure mury, korytarze oraz to ukryte laboratorium wyglądają bardzo ładnie, także za sprawą sposobu fotografowania. To jednak za mało, by uznać „Wampiry” za godne uwagi.

Nawet aktorstwo wydaje się bardzo teatralne i mało przekonujące. Poza pociągającą i tajemniczą Gisele (powabna Gianna Maria Canale), skupiającą w pełni swoją uwagę, pozostałe postacie albo są mocno przerysowane jak Signoret (niby narkoman) czy kolejna ofiara, ograniczająca się do krzyków oraz roztrzęsienia. Nawet sceny śmierci wyglądają bardzo sztucznie.

wampiry31

Początki kariery Bavy jako reżyser trudno zaliczyć do udanych, choć jego wkład nie był zapewne zbyt wielki. „Wampiry” zostały przez czas potraktowane bardzo ostro i kompletnie zawodzi na każdym aspekcie. Omijać szerokim łukiem.

3/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

 

Bez słowa

Futurystyczny Berlin. To tutaj przybywa amisz Leo – pozbawiony głosu barman, spotykającym się z niebieskowłosą Naadirah, pracującej w tej samej knajpie. Ale pewnego dnia kobieta znika, a nasz niemy protagonista wyrusza na jej poszukiwania. Tylko, że miasto nie jest przyjazne, a Leo jest technologicznym analfabetą, co na pewno nie pomaga.

bez_slowa1

Kolejne dzieło Netflixa, który daje twórcą dużą swobodę oraz dużo kasy na realizację swoich projektów. Tym razem dołączył do nich Duncan Jones, odpowiedzialny choćby za świetny „Moon”, a „Bez słów” to próba zrobienia własnej historii w cyberpunkowym duchu znanym z „Blade Runnera” czy nowego „Ghost in the Shell”. Cała historia toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy niemego Leo, z drugiej mamy amerykańskiego dezertera, Cactusa Billa, który pracuje jako chirurg w półświatku, chcącego się wyrwać z Berlina. Wszystko to się splata w finale, ale po drodze będzie dość różnie. Film wizualnie potrafi zachwycić i przypomina to, co w cyberpunkowej klasyce znamy, jednak całość ma taki noirowy klimat. Czyli jest wiele tajemnic, brudnych układów, zagadek. Tylko, ze cała intryga związana z Leo zwyczajnie nudziła, kompletnie nie angażując. Powoli (zbyt) odkrywamy elementy układanki, ale to wszystko wydaje się bardzo mechaniczne, a zarówno Leo, jak i ta dziewczyna kompletnie mnie nie obchodziły. Znacznie ciekawszy oraz bardziej angażujący jest wątek związany z wojskowym, gdzie mamy sporo humoru oraz silniejszą motywację. No i te zajebiste wąsy, których nie da się zapomnieć, a partnerujący mu kumpel Duck ma też swoją niepokojącą tajemnicę.

bez_slowa2

Podoba mi się to, że ci bohaterowie nie są (poza Leo) jednowymiarowi. Audio-wizualnie też to wygląda porządnie, wręcz nawet ładnie, muzyka odpowiednio buduje nastrój, jednak środek historii się rozłazi, a nadmiar wątków pobocznych budzi poczucie niedosytu. Tak samo aktorsko się nie broni do końca. Zawodzi Alexander Skarsgard w roli niemowy Leo, bo mimo kilku ciekawych scen, pozostawał kompletnie obojętny. Ale całość kradnie fantastyczny Paul Rudd, mający wiele luzu, troszkę chamskich pyskówek oraz grający na kontraście Justin Theroux (Duck) mocno zapadają w pamięć.

bez_slowa3

„Bez słów” nie zmieni stosunku widzów wobec Netflixa, który próbuje zdobyć uwagę kinomanów. Niby ambitne SF, ale wizualnie bardzo puste w środku, co strasznie boli.

5/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Przyznaj się

przyznaj-sie-w-iext38493581

Czy mówi wam coś nazwa Warszawskie Combo Taneczne? To formacja kierowana przez Jana Młynarskiego, która gra i przypomina utwory przedwojennej Warszawy, a dokładniej utwory śpiewane przez ulicznych grajków. Już wkrótce szykuje swój trzeci album, ale ja przypomnę nagrany w 2014 debiut “Przyznaj się”, zawierająca w większości utwory Andrzeja Własta, zmarłego w getcie warszawskim autora ponad 2000 piosenek.

Mamy dość klasyczne instrumentarium, czyli gitarę, mandolinę, kontrabas, klarnet, a nawet… piłę (taką, co ścinania drzew), a całość brzmi jakby grana w jakiejś knajpie czy gdzieś nagrana na ulicy. Czasem po drodze pojawi się jakiś akordeon z saksofonem (taneczny “Wspominałem ten dzień”), ale nawet spokojniejsze numery są zrobione z nerwem jak “Na wolskiej Sali iskry szły”, gdzie jeszcze mamy bardzo chropowaty wokal Anny Bojary w refrenie. Nie zabrakło tanga w postaci “Daremnie prosisz”, krótkiego popisu w minimalistycznych “Były święta u Sztachetów” i “Rum Helce” czy bardziej skocznych pieśni w rodzaju “Warszawo, moja Warszawo” aż po bardziej egzotyczne fragment jak w “La Paloma” z cudną perkusją oraz wręcz płynącą gitarą akustyczną (w podobnym tonie wybrzmiewa utwór tytułowy, tylko bardziej psychodeliczno-melancholijny, gdyż gra tam saksofon), znacznie dynamiczne “Ach, te Rumunki” lub bardziej podniosłe “Serce w plecaku”.

Nie zabrakło też znanych przebojów jak “Siekiera motyka”, poruszająca “Warszawo ma” czy “Bal na Gnojnej”, a to wszystko Młynarski ubiera w takie bardzo retro brzmienie, lecz nie idzie w stronę skansenu. Teksty, od bardziej dowcipnych po wręcz wzruszające pozostają nadal aktualne. Ta ulica nadal żyje, oddycha I funkcjonuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jestem najlepsza. Ja, Tonya

Łyżwiarstwo to jedna z tych dyscyplino sportowych, które do kina nadają się idealnie. Wygląda widowiskowo, jest dynamiczne oraz czuć krew, pot i łzy. Ale filmów o tej dyscyplinie sportu powstało zaskakująco niewiele. Próbą przełamania tego trendu podjął się reżyser Craig Gillespie filmem „I, Tonya”.

tonya1

Twórca „Miłości Larsa” tym razem próbuje opowiedzieć historię tej bardzo znanej w latach 90. łyżwiarki. Jednak jej sława nie wynikała tylko z umiejętności na lodowisku (pierwsza Amerykanka, której udało się wykonać potrójnego axla – a to niełatwa figura), lecz z powodu pewnego incydentu przed Igrzyskami Olimpijskimi w Norwegii z 1994 roku. Ale reżyser postanowił ubrać to w formę wywiadów przeprowadzonych przez reporterów z Tonyą oraz jej najbliższymi. Stąd narracja bywa poszatkowana i może parę osób wprowadzić w dezorientację, ale nie trwa to zbyt długo. a co dostajemy? Z jednej strony, klasyczna historia od zera do bohatera, czyli walkę Tonyi o sukces. O tyle ciężki, że była pozbawiona wsparcia niemal wszystkich: toksycznej matki, będącej dziwną mieszanką apatii, surowości oraz psychopatii, ani przyszłego męża, ani nawet Związku Łyżwiarskiego. Ten ostatni nie wspierał, bo nie pasowała do wizerunku, jaki chciano wypromować. Dlaczego? Bo Tonya Harding była brzydka (nie, to nie jest obraźliwe, tylko jest to fakt), niewykształcona, za tło wykorzystywała muzykę rozrywkową zamiast klasycznej oraz miała troszkę więcej przy kości niż typowe zawodniczki. Z drugiej zaś pokazuje niebezpieczną siłę mediów oraz siłę toksycznych więzi, krępujących oraz siejących spustoszenie w psychice.

tonya2

Wszystko to jest mieszanką dramatu, komedii (miejscami groteskowej), troszkę kryminału oraz kina sportowego, ale nie jest to rekonstrukcja jeden do jeden. I to nie tylko dlatego, że niektóre relacje są sprzeczne, lecz także z powodu przełamywania czwartej ściany przez bohaterów w trakcie opowieści. I ten koktajl wychodzi smakuje, nie wprowadzając zgrzytów czy poczucia przesytu. I jest to zaskakująco dobrze zbalansowane aż do samego końca. Z jednym małym wyjątkiem, czyli postacią ochroniarza Tonyi, który później mocno namiesza. Ta postać wnosi troszkę humoru, ale jednocześnie jest bardzo przerysowana. Za to świetnie wypadły sceny na lodzie, gdzie kamera (niczym w „Czarnym łabędziu”) krąży, wręcz obraca się dookoła naszej bohaterki.

tonya3

To wszystko by się nie udało. Kapitalnie zagrała Margot Robbie jako Tonya, która z jednej strony jest bardzo rednecka oraz charakterna, wręcz niesamowicie energetyczna. Taka mieszanka siły i słabości, czasami agresywna oraz porywcza, ale pozwalała też sobie pomiatać, unikając przerysowania, szarży czy groteskowości. W kontrze do niej stoi wielka Allison Janney, czyli matki jakiej żadne dziecko nie chciałoby mieć. Pozbawiona emocji, popychająca swoją córkę do przodu, jest wręcz chamska, agresywna, nie pokazująca miłości wobec dziecka. Ta relacja jest przez większą część paliwem dla całości. Wtedy do gry wchodzi Sebastian Stan (Phil, przyszły mąż Tonyi), który z jednej strony sprawia wrażenie pierdołowatego cwaniaka, ale z drugiej strony to facet nie bojący się uderzyć kobiety, którą (niby) kocha.

tonya4

Nie jest to klasyczna biografia, ale Gillespie tworzy bardzo mocne, wyraziste kino, z jednej strony dające sporo rozrywki oraz frajdy, z drugiej potrafi uderzyć dramatycznymi momentami. Pozornie sprzeczne, okazuje się zaskakująco spójnym, miejscami drapieżnym filmem, wprawiającym w zachwyt. Niczym wymyślne popisy na lodzie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Memoir of a Murderer

Byeung-su jest weterynarzem, mieszkającym ze swoją córką. Od paru miesięcy męczy go Parkinson, a wspomnienia coraz bardziej mieszają w głowie. Jest w czym mieszać, bo nasz bohater zabijał ludzi. Nie dlatego, że był gangsterem czy członkiem Yakuzy, ale tak wyszło. Tylko, że okolica nie jest zbyt bezpieczna, bo znowu ktoś zaczyna zabijać. A stawką w rozgrywce jest życie córki Byeung-su.

memoir_of_a_murderer1

Kolejne spotkanie z koreańskim kinem, który jest bardzo dziwnym miksem thriller psychologicznego a’la „Memento” z dramatem. Film Shin-yeon Wona robi ze mną to, co choroba z mózgiem naszego bohatera – miesza, mąci, prowokuje i kilkakrotnie wywraca naszą wiedzę do góry nogami. Całość bardzo wciąga, intryguje, stawiając wiele pytań o wspomnienia, zawodność ludzkiej pamięci, a jednocześnie rozwiązujemy kilka tajemnic. Dlaczego zaczął zabijać, kim była jego ostatnia ofiara, jak jedno zdarzenie zmieniło jego percepcję. Reżyser za pomocą montażu wielokrotnie wywraca karty, powoli wyczuwamy jak obydwaj wrogowie „obwąchują” się nawzajem, z czego ten nowy zawodnik jest młodszy, sprytniejszy i potrafi wykorzystać problem Byeung-su na swoją korzyść. I ciągle było stawiane pytanie: kto kogo oszuka i zabije? Cały czas czuć wysoką stawkę, napięcie konsekwentnie jest budowane, trzymając wręcz na krawędzi. Jest krwawo, ostro, a jednocześnie to wszystko zaczyna powoli układać się w jedną całość. Więcej wam nie powiem, bo układanka jest naprawdę piorunująca.

memoir_of_a_murderer2

Wielu może znudzić dość powolne tempo w środkowej części filmu, ale i tak z napięciem czekasz aż do końca. Chociaż początkowo też trudno polubić naszego bohatera (fantastyczny Kyung-go Sol), który jest bardzo wycofany, zagubiony i miewa stany zawieszenia, skasowania pamięci. Poza nim jest wyrazisty Nam-gil Kim (detektyw Tae-ju), będący bardziej spokojnym, opanowanym mordercą, działającym bardzo powściągliwie. Jest jeszcze córka Eun-hee (Seol-Hyum Kim), która miota się między obydwoma facetami.

memoir_of_a_murderer3

„Memoir of a Murderer” to kolejny przykład specyficznej potrawy azjatyckiej, która potrafi zaskoczyć, zdemolować, namieszać. Próba odkupienia win, mierzenie się z przeszłością oraz walka na śmierć i życie – smakowity miks, dający wiele satysfakcji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Ach, śpij kochanie

Kraków, rok 1955. W dziwnych okolicznościach zaczynają znikać ludzie, jakby ich w ogóle nie istniało. Milicja jest bezradna, a śledztwo prowadzone przez porucznika Karskiego, tkwi w martwym punkcie. Ale w końcu pojawia się trop – Władysław Mazurkiewicz, bardzo szanowany obywatel, który posiada bardzo dużą ilość pieniędzy, co w ówczesnym czasie jest co najmniej zastanawiające. Tylko, że ten osobnik ma koneksje i znajomości, przez co dorwanie go będzie bardzo trudne.

ach_spij_kochanie1

Polski kryminał ma się całkiem nieźle, co pokazały takie filmy jak „Jestem mordercą”, „Czerwony pająk” czy dość kontrowersyjny „Amok”. Tym razem swoją cegiełkę postanowił dorzucić Krzysztof Lang, reżyser „Prowokatora”. Opierając się na prawdziwej historii, tym razem postanowił odwrócić konwencję. Od samego początku wiemy, kto zabija, a naszym bohaterem staje się prowadzący śledztwo Karski. Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, przez co film „Ach, śpij kochanie” sprawia wrażenie nie do końca wykorzystującego swój potencjał. Z jednej strony reżyser dość przekonująco odtwarza realia epoki, gdzie władza wie wszystko o wszystkich, doprowadzając do „zniknięć” czy „ucieczek” osób uznanych za niewygodne. Z drugiej, jeśli chcesz się postawić, to oni znajdą sposób na złamanie czy przestawienie na swoją stronę. Samo śledztwo toczy się dość spokojnie, dialogi są całkiem niezłe, a same zbrodnie są brutalne i krwawe.

ach_spij_kochanie2

Ale gdzieś w połowie, Lang zmienia tory i pokazuje próby złamania Karskiego przez swoich przełożonych, co wywraca całość do góry nogami. Potem dochodzi do dziwnej relacji morderca-śledczy, gdzie mamy fascynację oraz próbę zdobycia zaufania Mazurkiewicza, serwując po drodze wiele retrospekcji. Całość jest mocno stylizowana na czarny kryminał, gdzie mamy z jednej strony panów w kapeluszach, chropowatą kolorystykę oraz dużą ilość czerni. Nawet muzyka Michała Lorenca buduje poczucie niepokoju oraz lęku.

ach_spij_kochanie3

Aktorsko jest całkiem nieźle. Uwagę próbuje skupić Andrzej Chyra, wcielający się w Mazurkiewicza, ale jego postać pozostaje tajemnicą: czy to bon vivant i cwaniak próbujący wygodnie żyć, czy też (jak twierdzą nasi) był współpracownikiem UB, pomagającym „znikać” pewnym niewygodnym osobom? Nie jest on zbyt mocno zarysowany, ani pogłębiony psychologicznie, co jest dla mnie największą bolączką. Po drugiej stronie mamy Tomasz Schuchardta jako idealistycznego śledczego, będącego ostatni sprawiedliwym w tym paskudnym, skurwiałym świecie i radzi sobie całkiem nieźle. Ale dla mnie film kradnie Arkadiusz Jakubik (sierżant Pajek), ze swoim zmęczonym spojrzeniem oraz złamanym charakterem. Boli mnie za to niewykorzystanie kilku aktorów na dalszym planie, nie dając zbyt wiele materiału – Katarzyny Warnke (była żona Mazurkiewicza), Bogusława Lindy (pułkownik Olszowy) czy Karoliny Gruszki (kelnerka Anna). Ogromna szkoda.

ach_spij_kochanie4

W najlepszym wypadku kryminał Langa jest zmarnowanym potencjałem na pełnokrwisty, wyrazisty kryminał, pokazujący bardzo brudne, brutalne czasy stalinowskiego PRL-u. Jest mrocznie i niepokojąco, ale satysfakcji nie ma zbyt wiele, a nieliczny mogą zasnąć w trakcie.

6/10

Radosław Ostrowski

Outsider

Tuż po II wojnie światowej w japońskim więzieniu przebywa Amerykanin Nick. Tam udaje się uratować przed śmiercią mężczyznę. ten go prosi o pomoc w ucieczce, za co ma wobec Nicka dług wdzięczności. Jak się okazuje, zbieg był członkiem Yakuzy i proponuje Amerykaninowi dołączenie do tej organizacji.

outsider1

Sam pomysł na nową fabułę od Netflixa wydawał się całkiem niezły, bo gangsterskich filmów w orientalnym klimacie nigdy dość. Jest tu wszystko, co być powinno: zdrada, kwestia honoru, miłość, lojalność oraz kolejne awanse naszego bohatera. Tylko, że zawiązanie akcji (Amerykanin członkiem Yakuzy?) wydaje się co najmniej mało prawdopodobne. Nieufność Japończyków do obcych nie mogła doprowadzić do sytuacji, że osoba spoza Azji (biała) mogła zostać członkiem japońskiej mafii. Niemniej początek potrafi intrygować, ale dość szybka droga naszego bohatera, który wydaje się być bardziej honorowy – przynajmniej pod koniec – niż potomkowie samurajów, wydaje się niezbyt przekonujący.

outsider2

Dodatkowo film Martina Zandvlieta („Pole minowe”) jest zwyczajnie przewidywalny i nudny, gdzie nawet wątki poboczne (Nick zaczyna spotykać się z siostrą jednego z nowych braci czy bohater zostaje rozpoznany przez kumpla z wojska) są tylko zapychaczami, spowalniającymi akcję. Nawet sceny typowe dla kina gangsterskiego, czyli strzelaniny, egzekucje czy zabawy w podchody pozbawione są finezji. Muszę jednak przyznać, że zwyczaje związane z yakuzą (obcinanie palców za nieposłuszeństwo, dołączenie do grupy czy tworzenie tatuaży) są zrealizowane wręcz z pietyzmem. A nasz bohater, mimo nikłej znajomości japońskiego, zaczyna zyskiwać szacunek ludzi z mafii, co wydaje się największym kuriozum.

outsider4

Małomówny Jared Leto miał tutaj stworzyć postać opanowanego twardziela, tylko że brakuje mu charakteru. Wychudzony, z dużymi oczami, początkowo zagubiony, sprawia wrażenie faceta ze szczęściem większym niż Księżyc. Absolutnie niewiarygodna rola człowieka z przeszłością (wiemy, że służył w wojsku USA), która jest tak nijaka, że już bardziej się nie da. Drugi plan z kolei zlewa się w jedną, bezbarwną masę, pozbawioną wyrazistości.

outsider3

Niestety, ale Netflix przy realizacji filmów nie ma takiej ręki jak przy serialach. „Outsider” miał spory potencjał na udany film gangsterski, tylko dziurawy scenariusz oraz zagubiony reżyser wszystko zepsuli. Czyżby gigant z Los Gatos postawił w przypadku filmów na ilość niż na jakość? Oby takie koszmarki więcej się nie przytrafiły.

4/10

Radosław Ostrowski

Niemiłość

Współczesna Rosja. Tutaj żyją (choć to pewne nadużycie) Żenia i Borys, a także ich syn Alosza. Rodzice chcą się rozwieść, mają nowych partnerów i szansę na nowy etap w życiu. Tylko, że syn dla nich jest balastem, dla którego nie ma miejsca w tym nowym etapie. I co zrobić z tym fantem? Ale wszystko niejako samo się rozwiązuje, bo chłopak pewnego dnia znika. Tak po prostu.

niemilosc1

Andriej Zwiagincew powraca i znów przygląda się swojej ojczyźnie, ale już nie wrzuca tyle symboliki oraz politycznej alegorii, co w równie depresyjnym „Lewiatanie”. Tym razem reżyser przygląda się rodzinie, w której miłość jest tylko słowem, pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia, a jej obecność jest niezauważalna. Nasi bohaterowie są w stanie zawieszenia, a poznali się i związali z niekoniecznie dobrych powodów (ciąża, próba wyrwania się od swojej matki). Teraz bardziej przypominają duchy (ojciec) albo są bardziej skupieni na własnych potrzebach (ten wszechobecny telefon – matka), żywiące do siebie tylko urazy, pretensje oraz ból. Jeśli są zdolni do uczuć, to jest to albo nienawiść albo kompletna obojętność i poczucie pustki. Czy zaginięcie Aloszy będzie w stanie pomóc przewartościować swoje życie, czy też ta niemiłość będzie przekazywana kolejnemu pokoleniu homo sovieticusa?

niemilosc2

Zwiagincew nadal wrzuca mentalność swojego kraju, gdzie nawet policja nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa (za mało ludzi, za dużo biurokracji), tylko działający non-profit wolontariusze, a w tle radio oraz telewizja przekazują informacje o końcu świata czy wojnie z Ukrainą. A jedyną reakcją na te wydarzenia jest kompletna obojętność.

niemilosc3

Film jest zrobiony bardzo oszczędnie, kameralnie, ale podskórnie czuć tutaj rozpad, wewnętrzną apokalipsę, spotęgowaną zdjęciami utrzymanymi w buro-błękitnej tonacji. Nawet rzadko pojawiająca się muzyka wywołuje niepokój. Ale jednocześnie przeraża poczuciem pustki, obojętności wobec drugiego człowieka. Dominują tutaj długie kadry, co pozwala wejść w rytm tej niespiesznej opowieści. Może ona kompletnie ominąć, tak jak fotki na Facebooku czy Instagramie, jeśli nie będziecie myśleć, nie zaangażujecie się. A wtedy zaleją was tak nieprzyjemne emocje, że nie będziecie chcieli uwierzyć, że można tak żyć, że się da.

niemilosc4

„Niemiłość” to emocjonalnie brutalne kino, atakujące swoją obojętnością oraz światem, pozbawionym jakiejkolwiek nadziei, miłości, bliskości i empatii. Może poza jedną z ostatnich scen, gdzie jest dość jasno wyłożony symbol (matka biegnąca na bieżni w dresie z napisem Rosja i dostająca zadyszki) obecnego stanu Matuszki Rasyji, pozostaje bardzo wnikliwą, wręcz depresyjnym portretem bardziej uniwersalnym w odbiorze, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Mocna rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski