Niemiłość

Współczesna Rosja. Tutaj żyją (choć to pewne nadużycie) Żenia i Borys, a także ich syn Alosza. Rodzice chcą się rozwieść, mają nowych partnerów i szansę na nowy etap w życiu. Tylko, że syn dla nich jest balastem, dla którego nie ma miejsca w tym nowym etapie. I co zrobić z tym fantem? Ale wszystko niejako samo się rozwiązuje, bo chłopak pewnego dnia znika. Tak po prostu.

niemilosc1

Andriej Zwiagincew powraca i znów przygląda się swojej ojczyźnie, ale już nie wrzuca tyle symboliki oraz politycznej alegorii, co w równie depresyjnym „Lewiatanie”. Tym razem reżyser przygląda się rodzinie, w której miłość jest tylko słowem, pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia, a jej obecność jest niezauważalna. Nasi bohaterowie są w stanie zawieszenia, a poznali się i związali z niekoniecznie dobrych powodów (ciąża, próba wyrwania się od swojej matki). Teraz bardziej przypominają duchy (ojciec) albo są bardziej skupieni na własnych potrzebach (ten wszechobecny telefon – matka), żywiące do siebie tylko urazy, pretensje oraz ból. Jeśli są zdolni do uczuć, to jest to albo nienawiść albo kompletna obojętność i poczucie pustki. Czy zaginięcie Aloszy będzie w stanie pomóc przewartościować swoje życie, czy też ta niemiłość będzie przekazywana kolejnemu pokoleniu homo sovieticusa?

niemilosc2

Zwiagincew nadal wrzuca mentalność swojego kraju, gdzie nawet policja nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa (za mało ludzi, za dużo biurokracji), tylko działający non-profit wolontariusze, a w tle radio oraz telewizja przekazują informacje o końcu świata czy wojnie z Ukrainą. A jedyną reakcją na te wydarzenia jest kompletna obojętność.

niemilosc3

Film jest zrobiony bardzo oszczędnie, kameralnie, ale podskórnie czuć tutaj rozpad, wewnętrzną apokalipsę, spotęgowaną zdjęciami utrzymanymi w buro-błękitnej tonacji. Nawet rzadko pojawiająca się muzyka wywołuje niepokój. Ale jednocześnie przeraża poczuciem pustki, obojętności wobec drugiego człowieka. Dominują tutaj długie kadry, co pozwala wejść w rytm tej niespiesznej opowieści. Może ona kompletnie ominąć, tak jak fotki na Facebooku czy Instagramie, jeśli nie będziecie myśleć, nie zaangażujecie się. A wtedy zaleją was tak nieprzyjemne emocje, że nie będziecie chcieli uwierzyć, że można tak żyć, że się da.

niemilosc4

„Niemiłość” to emocjonalnie brutalne kino, atakujące swoją obojętnością oraz światem, pozbawionym jakiejkolwiek nadziei, miłości, bliskości i empatii. Może poza jedną z ostatnich scen, gdzie jest dość jasno wyłożony symbol (matka biegnąca na bieżni w dresie z napisem Rosja i dostająca zadyszki) obecnego stanu Matuszki Rasyji, pozostaje bardzo wnikliwą, wręcz depresyjnym portretem bardziej uniwersalnym w odbiorze, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Mocna rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

LEGO Ninjago: Film

Jest takie miasto zwane Ninjago, gdzie żyje Lloyd. Chłopak jest nienawidzony przez wszystkich z powodu swojego ojca – demonicznego Garmadona, mającego za swój życiowy cel zdobycie Ninjago City. Nie znaczy to jednak, że Lloyd jest samotnikiem. Jest członkiem paczki, która jest wojownikami ninja kierowanymi przez mistrza Wu. Ale podczas kolejnego ataku Garmadon nie zostaje pokonany, przez co Lloyd wykorzystuje broń ostateczną i sprowadza niebezpieczne monstrum Miauzrę. I jak to odkręcić?

lego_ninjago1

Nowa animacja od Lego, czyli kolejne spotkanie z klockowymi postaciami. Tym razem trafiamy do świata ninja, mechów, Japonii oraz całej tej reszty. I nadal ta strona realizacyjna zachwyca, jest bardzo dopieszczona, włącznie z obecnością Miauzry, czyli… kota. Takiego prawdziwego, z sierścią itp. Ale cała reszta to stare, znane klocuszki, ciągle będące w formie. Ale sama historia – no cóż, nie powala. To klasyczne starcie dobra ze złem, próba pogodzenia rodziny (szczególnie ojca z synem), podbudowanie poczucia swojej wartości, siła przyjaźni. Niby takich wątków i motywów było na pęczki, ale przynajmniej było to napakowane pomysłową inscenizacją potyczek czy dowcipnymi żartami. Niestety, ale „LEGO Ninjago” nie jest w stanie niczego zaoferować z wyżej wymienionych. Humor praktycznie wyparował, całość jest strasznie poważna (w założeniu), zaś sama historia jest bardzo przewidywalna, przez co kompletnie nie angażuje. Nie wiem, czy nawet dzieciom by się spodobała, bo wszystko jest jasne po 25-30 minutach.

lego_ninjago2

„LEGO NINJAGO” broni się – poza stroną wizualną – także polskim dubbingiem, co jest już standardem. Całość kradnie świetny Jakub Wieczorek w roli Garmadona, który nie należy do najmądrzejszych łotrów w historii kina, ale ma wiele charyzmy oraz wyrazisty charakter. Jednocześnie to facet ze skomplikowaną przeszłością. Tak samo dobrze prezentuje się Aleksander Sosiński, czyli Lloyd – żyjący w cieniu ojca wojownik ninja, traktowany jak śmieć przez otoczenie. Cała reszta trzyma swój poziom, ale nie zapada zbyt mocno w pamięć.

lego_ninjago3

Trzecie spotkanie z Lego tym razem zakończyło się niemal zderzeniem z betonem. Nie daje takiej frajdy jak „Przygoda” i „Batman”, a wycięcie tego postmodernistycznego arsenału humoru pozbawiło siły. Dodajmy do tego przewidywalną historię i mamy kandydata na jedno z największych rozczarowań roku. Porzekadło do trzech razy sztuka tym razem się nie sprawdziło.

5/10

Radosław Ostrowski

Marlon Williams – Make Way for Love

a0616054986_10

O tym nowozelandzkim gitarzyście grającym folkowe odmiany dowiedziałem się dopiero, gdy został ogłoszony gwiazdą OFF Festiwalu. Był członkiem popularnej w swoim kraju formacji The Unfaithful Ways, by rozpocząć solową karierę. “Make Way for Love” to jego drugi autorski album, gdzie poza śpiewem gra także na gitarze.

Otwierające całość “Come To Me” zaczyna się bardzo delikatnie, jakbyśmy cofnęli się do lat 50., co mocno sugeruje sama jakość brzmienia oraz bardzo łagodnie grajaca w tle gitara elektryczna. A kiedy dochodzą do głosu smyczki, robi się po prostu pięknie. Bardziej dynamiczne, choć w duchu Elvisa jest “What’s Chasing You” z pięknie grającą gitarą, nawet gdy wydaje się wygrywać tylko jeden akord (“Beautiful Dress”, gdzie jest jeszcze fortepiano oraz cudowny chórek). Perkusja przyspiesza w “Party Boy” i rzeczywiście jest bardziej imprezowo, nawet gdy wkracza “chropowata” elektronika, z kolei więcej mroku wpuszcza do siebie “Can I Call You”, gdzie nawet gitara wydaje się grać bardziej złowrogo. Dla poprawy samopoczucia dostajemy melancholijne “Love Is a Terrible Thing” w całości prowadzona przez fortepiano, a klimatem zahacza o Nicka Cave’a. Powrót do brzmień folk/country serwuje “I Know a Jeweller”, w którym przygrywają cudnie smyczki oraz wolniejszy “I Didn’t Make a Plan”. Odrobina elektroniki wchodzi do lekko onirycznego “The Fire of Love”, by wskoczyć do pełnego cudów “Nobody Gets What They Want Anymore”, zaś finałowego utworu tytułowego (rock’n’rollowy walczyk) nie powstydziłby się Father John Misty.

Sam wokal Williamsa bardzo mocno przypomina Elvisa (mocny, wyrazisty oraz zaskakująco liryczny), a klimat dźwięków lat 50. oraz 60. zostaje świetnie ożywiony. Muzyka nie jest bezczelnym kopiowaniem tego, co było, zaś współczesna produkcja dodaje sznytu. Do tego dodajmy niegłupie teksty, tworząc jedną z ciekawszych retro albumów ostatnich lat.

8/10

Radosław Ostrowski

New People – New People

00077V0TKWTEJK67-C122

Określenie supergrupa ostatnio jest mocno nadużywane, ale w polskiej scenie alternatywnej narodził się kolejny project, który można tak śmiało ochrzcić mianem supergrupy. New People wbrew pozorom to nie debiutanci, a grupę tą tworzą: wokalistka Alicja Boratyn (Wicked Giant, ex-Blog 27), basista Jakub Czubak i klawiszowiec Piotr Piechota (obydwaj z The Car Is On Fire), perkusista Aleksander Orłowski (Magnificent Muttley), wokalistka Natalia Pikuła (Drekoty), gitarzysta Jakub Sikora (ZaStary, Crab Invasion) oraz trębacz Hubert Woźniakowski (Eric Shoves Them In His Pockets). Taki team wyruszył z debiutanckim dziełem pod prostym tytułem “New People”.

Tyle ludzi z różnymi zainteresowaniami oraz fascynacjami muzycznymi musiało doprowadzić do bomby, a wyszła bardzo melodyjna, ciepła oraz energetyczna płyta, ocierająca się troszkę o pop z lat 70. Sugeruje to szybki, gitarowy “Better Ways” z przyjemną perkusją na początku oraz bujającym basem. Podobnie, ale bardziej rozkręcające się jest “Rain Talk” z chwytliwym refrenem oraz mocniejszym środkiem, gdzie gitara pozwala sobie na więcej. Wolniejszy “Yoga Lover” zachwyca prostym basem, a także brzmieniem klawiszy. Bardziej dynamiczny jest “Sad Max” (nie powiązany w żaden sposób ze sławnym Mad Maxem), gdzie pod koniec pojawia się trąbka, dodając jeszcze więcej frajdy. Powrót do gitarowego popu daje “Lucky One”, gdzie klawisze, bas oraz funkowa gitara tworzą bardzo zgrany kolektyw, a także najwolniejszy “Cityboys Moonlight Treat”, idący w stronę eleganckiego jazzu z lat 50. oraz 60. czy rozmarzony “New Guy New Town”. Pęd wraca do “Get Right” z popisem basowo-perkusyjnym na początku.

Ta dziwna sklejka, gdzie czuć echa Beach Boys, Belle & Sebastian czy nawet The White Stripes daje bardzo wiele frajdy, a zespół nie zamierza w żaden sposób kombinować. Czar wnoszą śpiewające przez większość czasu duet Boratyn/Pikuła, chociaż panowie też czasem dadzą głos. “New People” warto posłuchać, gdy zrobi się cieplej na zewnątrz, bo album zrobi wam cieplej w serduchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna we mgle

Znacie takie małe miasteczka, gdzie wszyscy wiedzą o sobie wszystko? Tak jest w sprawie Avechot – górskim miasteczku gdzieś na pograniczu włosko-słoweńskim. Właśnie tutaj zaginęła 16-letnia dziewczyna Anna Lou. To było dzień przed Bożym Narodzeniem, w drodze do kościoła. Lokalna policja wydaje się bezradna, dlatego do pomocy zostaje wysłany inspektor Vogel i już znajduje podejrzanego.

dziewczyna_we_mgle1

Adaptacja powieści Donato Carrisi, dokonana przez samego autora. Czyli mamy do czynienia z kryminałem, gdzie całość skupiona jest na dwóch postaciach: prowadzącym śledztwo inspektorze oraz podejrzanym nauczycielu, a klamrą jest rozmowa policjanta z psychiatrą po pewnym tajemniczym wypadku. Tylko, że reżyser decyduje się wprowadzić widzów w pole. Bo nasz detektyw nie jest typowym śledczym, lecz medialnym manipulatorem, któremu zależy na cyrku oraz szaleństwie. Z kolei nauczyciel wydaje się być osobą pozbawioną motywu do porwania. I tutaj wszystko zaczyna się tutaj zacierać – co jest prawdą, manipulacją i kto kogo oszukuje. A gdzie jest nasza zaginiona dziewczyna? A kogo to obchodzi, liczy się, że media mają robotę, zaś turyści zaczynają chętniej przyjeżdżać do miasteczka i zostawiać pieniądze. Ale sprawa zaczyna się komplikować, reżyser coraz bardziej wodzi za nos, nie boi się manipulować, przez co intryga wciąga, zaś rozwiązanie dało mi wiele satysfakcji. Chociaż, czy aby na pewno mamy sprawcę zbrodni?

dziewczyna_we_mgle2

Klimat małego miasteczka, gdzie wszyscy się znają i skrywają tajemnice, budowany jest konsekwentnie. Powoli zaczynają do gry wchodzić manipulowane media, którym zależy tak naprawdę tyko na wytropieniu sensacji (aczkolwiek jest wyjątek), a każdy trop powoli zmusza do weryfikacji dostępnej nam wiedzy. Wrażenie tajemnicy potęgowane jest też przez delikatną muzykę oraz bardzo dużą ilość mroku w zdjęciach.

dziewczyna_we_mgle3

Ale prawdziwą perła jest tutaj znakomity Toni Servillo w roli inspektora Vogela. Nie jest to klasyczny śledczy z twardym kręgosłupem moralnym, ale świetny manipulator, którego motywacja pozostaje dla mnie największą zagadką. Równie wyborny jest Alession Boni w roli podejrzanego nauczyciela, który jest bardzo wycofany, wręcz kruchy, ale… nie, więcej nie mogę powiedzieć. Tak samo drugi plan kradnie Jean Reno jako lekarz psychiatra.

„Dziewczyna we mgle” bardzo brutalnie przypomina do czego może doprowadzić pycha oraz nadmierna pewność siebie, a wszystko zrobione z klimatem, głową oraz kilkoma przewrotkami po drodze. Fincher byłby dumny.

7/10

Radosław Ostrowski

Cudzoziemiec

Quan Minh to zwykły, szary człowiek mieszkający w Londynie. Prowadzi restaurację i ma córkę, która wkrótce ma rozpocząć dorosłe życie. Ale zostaje ono bardzo brutalnie przerwane przez atak terrorystyczny na bank znajdujący się obok. Do ataku przyznają się członkowie IRA, więc Minh próbuje prosić o pomoc pierwszego ministra Irlandii Północnej oraz byłego członka IRA, Liama Hennesseya o podanie nazwisk sprawców. Ten jednak odmawia, więc Minh postanawia dopaść sprawców na własną rękę.

cudzoziemiec1

Martin Campbell – kiedyś był to jeden z solidnym specjalistów od kina akcji, ale po nakręceniu „Zielonej Latarni” trafił do krainy niebytu oraz zapomnienia. Ale ten nowozelandzki filmowiec postanowił o sobie przypomnieć „Cudzoziemcem”. Ten film to dość zaskakująca mieszanka kina zemsty z thrillerem politycznym troszkę w stylu Toma Clancy’ego. Wygląda to troszkę jak kino z lat 90., gdzie bardziej mamy do czynienia ze skomplikowaną intrygą polityczną, dotyczącą wewnętrznego „śledztwa” w sprawie sprawców. Ta dwutorowa narracja wnosi wiele świeżości do pozornie skostniałego tematu terroryzmu w Irlandii, a powinno się to gryźć ze sobą. Jest dużo dialogów oraz rozmów, ale cała ta intryga ku mojemu zdumieniu potrafi wciągnąć, próba dobrania się do terrorystów, zagrażających pokojowi w Irlandii. Próba pogodzenia obydwu skrzydeł (tego ugodowego oraz bardziej radykalnego) pokazuje bardzo skomplikowaną drogę w Irlandii, ciągle rozdrapujące wojenne rany. I ten wątek dominuje w tej historii zemsty.

cudzoziemiec3

Ale kiedy ma dojść do scen akcji, których nie ma tutaj zbyt wielu, to mają w sobie siłę oraz bywają wręcz widowiskowe (finałowa konfrontacja z komórką terrorystów pod okiem… antyterrorystów). Z drugiej strony Campbell unika efekciarstwa, przesady, dając sporo przyjemności dla oka (walka w lesie). Jedni będą narzekać, że tych jest za mało, że nawet troszkę za bardzo pachnie Rambo, ale to ten rodzaj głupoty, który nie wywołuje aż takiego rozdrażnienia, bo wszystko wydaje się i tak bardziej realistycznie niż ostatnia „Szklana pułapka”.

cudzoziemiec2

Ale najbardziej nieoczywista jest tutaj obsada. Minha gra Jackie Chan i już wiem, co myślicie oraz czego można się spodziewać: kopaniny, bijatyk oraz popisów kaskaderskich. Tylko, że nie ma tego tutaj aż tak dużo, a aktor pokazuje swoje bardziej dramatyczne oblicze człowieka, który poznał śmierć aż za dobrze. Ból, rozdarcie oraz żądza zemsty są trafione w punkt, a jego przeszłość potrafi poruszyć. Jeszcze większe wrażenie robi Pierce Brosnan jako Hennessey, próbujący lawirować między stronnictwami w IRA, a jednocześnie próbuje wiele ugrać dla swoich ziomków. To bardzo skomplikowana oraz złożona postać, zapadająca mocno w pamięć.

cudzoziemiec4

„Cudzoziemiec” to powrót Martina Campbella do formy oraz bardzo inteligentnie poprowadzony thriller polityczny w stylu lat 90. Nie jest on archaiczny, ale zgrabnie balansuje między polityczną intrygą, a klasycznym kinem zemsty, tylko bardziej poważnym. Pozytywna niespodzianka tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dzieciak rządzi

Tim to 7-letni chłopiec, mieszkający razem z rodzicami, którzy pracują dla firmy odpowiedzialnych za szczeniaczkami. Ale pewnego spokojnego dnia, pojawia się jego nowy braciszek. Niby nic dziwnego, tylko że on wygląda jak szef jakiejś korporacji, ma neseser, zegarek. Ale tylko nasz chłopak to dostrzega, bo dla rodziców tak wyglądają dzieci. Nasz bobas jest pracownikiem korporacji Bobas, odpowiedzialnej za… dostarczenia dzieci. Ale los firmy jest zagrożony z powodu szefa firmy Szczeniaczek oraz jego nowego produktu.

dzieciak_rzadzi2

Kolejne nowe dzieło ze studia DreamWorks to historia tak wariacka, jak to tylko możliwe. Tym razem jest to wizja strachu bycia starszym bratem, a że nasz bohater ma tak dziką wyobraźnię, jakiej można sobie pozazdrościć. Problem w tym, że „Dzieciak rządzi” przez pierwsze pół godziny jest bardziej infantylny oraz skierowany do bardzo młodego odbiorcy. Humor jest głównie slapstikowy, ale cała intryga potrafi zaskoczyć. Wielkie wrażenie robią sceny pokazujące jak nasz bohater widzi świat (rzeczywistość zmienia się czy to w statek, w rampę cyrkową albo próbujący działać jako ninja), kompletnie zmieniając stylistykę, co jest ogromną zaletą. Niektóre sceny akcji są zrobione w sposób bardzo imponujący (ucieczka Tima przed resztą bobasów z muzą a’la lata 70.), a odniesienia do popkultury z Indianą Jonesem na czele, zawsze na propsie. Ale to wszystko jest oparte na wręcz absurdalnym poczuciu humoru, co czasami może wprawić w konsternację, a korporacyjne żarty trafiają do dużo starszego widza. Tempo jest dość nierówne, przez co potrafi miejscami znudzić.

dzieciak_rzadzi1

Sama animacja wygląda naprawdę porządnie, a niektóre surrealistyczne scenki wyglądają wręcz fenomenalnie (scenka ninja czy podczas napisów końcowych – perełka), przez co ogląda się to z wielką frajdą. Także polski dubbing zasługuje na wyróżnienie, ze szczególnym wskazaniem na fenomenalnego Krzysztofa Banaszyka (Szef Bobas) oraz Wojciecha Paszkowskiego (szef Szczeniaczka, Francis Francis), co wnosi ten film na troszkę lepszy poziom.

dzieciak_rzadzi3

„Dzieciak rządzi” jest dość dziwnym eksperymentem DreamWorks, który próbuje znaleźć swój własny styl. Próbuje być zarówno dla dzieci, jak i troszkę starszych, ale te elementy nie chcą się w żaden sposób się połączyć w całość. Niemniej wyszła całkiem przyzwoita produkcja, ale to studio stać na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Small Town Crime

Akcja toczy się gdzieś w małym miasteczku, gdzie żyje sobie Mike Kendall. Kiedyś był gliną i to całkiem niezłym, ale alkohol i jedno zdarzenie zmieniło wszystko. Obecnie częściej można go spotkać pijącego sześciopaka albo szukającego jakkolwiek pracy. Po jednej wieczornej popijawie, znajduje na szosie bardzo ciężko pobitą dziewczynę. Mimo dość szybkiej pomocy pogotowia, umiera, a Mike próbuje na własną rękę wyjaśnić przyczynę śmierci, co może być dla niego szansą powrotu do pracy.

small_town_crime1

Sama historia może nie brzmi zbyt oryginalnie, ale bracia Nelms potrafią w dziwny sposób ożywić ten ograny schemat. Bohater z przeszłością, półświatek, nie do końca legalne interesy oraz ludzie, którzy mogliby osiągnąć sukces, ale coś stawało im na drodze. I ten portret – nie tylko dotyczący głównego bohatera, ale też chociażby barmana – wnosi ten tytuł na troszkę wyższy poziom. Bo reszta to klasyczne elementy, z powoli odkrywaną tajemnicą, szantażem, morderstwem oraz finałową strzelaniną. Ale jednocześnie to wszystko wydaje się bardzo pewnie poprowadzone, pełne dobrych dialogów oraz całkiem niezłego humoru. Intryga potrafi wciągnąć, tropy są mylone, a rozwiązanie satysfakcjonuje. Najbardziej zaskoczyła mnie muzyka, jakby żywcem wzięta z lat 70. (te smyczki oraz bas), co buduje bardzo specyficzny klimat całości.

small_town_crime2

A do tego strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w głównej roli Johna Hawkesa. Mike w jego wykonaniu to wrak, idący na dno oraz pozbawiony jakiegokolwiek sensu dla swojego życia. Niemniej, nadal posiada swoją intuicję oraz umiejętność łączenia ze sobą faktów. Mimo pewnych wad, z alkoholem na czele, kibicujemy temu bohaterowi aż do samego końca, co jest zasługą wielkiego talentu aktora. Ale drugi plan też jest dość wyrazisty, co jest zasługą Cliftona Collinsa Jra (narwany alfons Mood), Roberta Forstera (opanowany Steve Yendel) oraz Octavii Spencer (przybrana siostra Mike’a).

small_town_crime3

„Small Town Crime” to czysto gatunkowa zabawa, zrobiona z głową, bez popadania w moralizatorstwo, ale dostarczająca wiele frajdy. Tylko tyle i aż tyle, ale bez Hawkesa by się to nie udało.

7/10

Radosław Ostrowski

Patti Cake$

New Jersey – mieścina pozbawiona perspektyw, kojarzona ostatnio z „Dr. Housem”. Tutaj przyszło żyć niejakiej Patricii Dombrowskiej – młodej dziewczynie przy kości, mieszkającej z matką-pijaczką oraz chorą babcią, a gdzieś w tle czai się komornik. Bo leczenie babci było na kredyt. Patti chce się przebić jako raperka, by wyrwać się z tego smutnego jak pizda miasta. Pomaga jej w tym hinduski aptekarz oraz pewien poznany outsider.

patti_cakes4

Takich filmów pokazujących walkę o swoje marzenia oraz klinczu z rzeczywistością były setki i pewnie jeszcze będą tysiące. Co wyróżnia debiut Gaspara Jaspera, który ma w dorobku parę krótkometrażówek oraz teledysków? Jest bardzo, bardzo szczery w swoim przekazie, a także potrafi przeszyć autentyzmem. Samo New Jersey pokazane jest bardzo chropowato – mamy bar, jakieś przedmieścia oraz obskurne knajpy. Ale reżyser miejscami bardzo mocno bawi się formą jak w scenach snów, gdy nasza Patti jest naznaczona przez swojego idola, O-Z (bardzo silna zieleń, tworząca oniryczny, wręcz horrorowy klimat), co może wywoływać pewną konsternację. Początek nie zapowiada nic ciekawe, ale dziwnym sposobem im dalej w las, tym bardziej wciągnąłem się w tą historię, kibicując temu trio aż do końca.

patti_cakes1

Wszystko jest też zapodane fantastyczną muzyką, która zostanie w głowie na bardzo długo, nawet jeśli nie jesteście fanami hip-hopu, podbite wręcz teledyskowym montażem (wszelkie sceny rapu zderzone z dniem codziennym Patti). Niby są tu grane klisze (młoda, ambitna Patti, nakręcony kumpel, wycofany outsider z talentem, matka-alkoholiczka z wielkim talentem czy idol, który miesza bohaterkę z błotem), ale wszystko to zrobione z wyczuciem.

patti_cakes2

A jednocześnie jest to bardzo realistyczna historia, w którą można absolutnie uwierzyć bez cienia fałszu. Co jest nie tylko zasługą dialogów, muzy czy scenariusza (nawet happy end wydaje się na miejscu), ale przede wszystkim buzującej reżyserii oraz znakomitych, kompletnie nieogranych aktorów. Relacje między nimi są zagrane i pokazane bez cienia fałszu. Na mnie największe wrażenie zrobiły trzy postaci: Patti, jej matka oraz Basterd. Tytułowa bohaterka (fenomenalna Danielle Macdonald) kapitalnie pokazuje przemianę troszkę niepewnej, wyszydzonej dziewczyny w twardą, ostrą zawodniczkę rap-gry, która jest sensem jej życia. Kiedy zaczyna nawijać, ma w sobie ogień większy niż zawodowi raperzy. Z kolei matka (znakomita Bridget Everett) to postać ze złamanym życiorysem, ogromnym talentem oraz żalem do świata, że nie wszystko poszło ku jej myśli. Ale najbardziej tajemniczy jest Basterd (niesamowity Mamoudou Athie), o którym wiemy niewiele. Mieszka gdzieś koło cmentarza, jest bardzo wycofany i niezbyt rozmowny, ale gdy weźmie się za bity, to jest prawdziwym mistrzem.

patti_cakes3

„Patti Cake$” to kolejny przykład małego kina zrobionego z wielkim sercem, który wnosi wiele życia do ogranych schematów. Przemknął przez kina niezauważony, ale absolutnie warto go znaleźć i namierzyć. Takiego pozytywnego kopa do walki o swoje nigdy dość, joł.

8/10

Radosław Ostrowski

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Ebbing w stanie Missouri – spokojne, senne miasteczko, gdzie życie toczy się bardzo swoim rytmem. Niby nie dzieje się nic wielkiego, aż do czasu. Wszystko przez Mildred Hayes – samotnej matki, mieszkającą z dorosłym synem po rozwodzie z gliniarzem oraz damskiego boksera. Jej córkę, Angelę zgwałcono, zabito, zaś ciało podpalono. Policja, mimo prowadzonego dochodzenia, nie jest w stanie schwytać sprawcy. Po siedmiu miesiącach, kobieta ma dość bezczynności i bierze sprawy w swoje ręce: wynajmuje trzy billboardy na rzadko uczęszczanej drodze, w których oskarża policję, a zwłaszcza komendanta o bierność. A że miasteczko bardzo lubi i szanuje komendanta Willoughby’ego, to konfrontacja wydaje się nieunikniona.

billboardy1

Irlandzki reżyser Martin McDonagh, który zaskoczył debiutanckim „In Bruges” powraca i robi wszystko, by nazwać go zaginionym bratem Coen. „Billboardy” to historia, gdzie dramat, bardzo smolisty humor oraz smutek idą ze sobą ręka w rękę. I tak do końca nie wiadomo, czego się spodziewać – mocnego, poruszającego dramatu, brutalnej, gorzkiej komedii, współczesnego westernu z ostatnią sprawiedliwą. Reżyser ciągle podpuszcza i myli tropy, co do gatunkowej tożsamości, ale cały czas skupia się na bohaterach. Początkowo możesz mieć wrażenie, jakie te postacie są po pierwszym spotkaniu, ale są one bardziej złożone i skomplikowane niż się wydaje. Każdy z bohaterów, ze szczególnym wskazaniem na naszą trójkę (Mildred, szeryf i oficer Dixon) mierzą się na swój sposób z bólem, cierpieniem, traumą oraz mroczną przeszłością. Ale jednocześnie bardzo mocno reżyser pokazuje, co czego doprowadza ten gniew, wściekłość oraz te wszystkie inne negatywne emocje. Agresja rodzi tylko agresję, co bardzo dobitnie pokazują sceny spięć Mildred z niemal całym otoczeniem (byłym mężem, policją, dentystą) oraz kulminacją w postaci podpalenia komisariatu, będące odwetem za zniszczenie billboardów. Scenariusz jest zaskakująco precyzyjny, pełen błyskotliwych dialogów, bez żadnego zbędnego słowa, co jest ogromną rzadkością (takie teksty, to tylko Tarantino z Sorkinem piszą, chociaż oba ostatnio obniżyli loty). Nawet postacie pozornie poboczne i nieistotne dla rozwoju całej akcji, mają swoje pięć minut, skupiając swoją uwagę na dłużej.

billboardy2

Humor miejscami jest smolisty i po bandzie (monolog Mildred do księdza), ale niepozbawiony jest bardzo uważnej obserwacji nad tym, jaki jest człowiek – zagubiony, czasem bezsilny, próbujący zrozumieć bezsensowność świata, gdzie sprawiedliwości nie zawsze staje się zadość, sprawcy krążą bezkarnie, a jedyną napędzającą emocją i sensem naszego życia staje się ból, wściekłość oraz zemsta. Tylko, czy to nie jest droga ku wyniszczeniu, samotności, przynosząca tylko większy ból? Zakończenie (dość otwarte) wydaje się sugerować, że wyjściem jest drugi człowiek i miłość do niego, pozwalając w ten sposób rozładować emocje. I to może sprawić, iż życie będzie bardziej znośne.

billboardy3

Ale to wszystko nie miałoby takiego ognia, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Film zawłaszcza Frances McDormand jako Mildred i robi piorunujące wrażenie. Z jednej strony to kobieta, pełna żalu oraz poczucia niesprawiedliwości, co jest absolutnie zrozumiałe, pokazane bez cienia fałszywej nuty. Ale im dalej w las, tym bardziej jej bezkompromisowa postawa budzi dość mieszane uczucia. Staje się bardzo harda, pyskata, w każdej chwili mogąca eksplodować, a jednocześnie jest w tej postawie coś egoistycznego, pozbawionego logiki. Sama Mildred też ma chwile zwątpienia co do kierunku działań, a ostatnie kadry sugestywnie sugerują pewną zmianę.

billboardy4

Na drugim planie sekundują równie wyborni Woody Harrelson oraz Sam Rockwell. Szeryf niby ma być tym złym, ale to dobry ojciec oraz mąż, naznaczony powoli wykończającą go chorobą i ma w sobie coś z mędrca, który widział wiele i jest pogodzony z tym bajzlem zwanym życiem, co dobitnie pokazują pewne listy. Z kolei Rockwell jako Dixon robi największą woltę – rasista, homofob, bigot i kompletny tępak, naznaczony nienawiścią, ale tak naprawdę skrywa w sobie większą ilość szlachetności, jakiej nikt się po tym człowieku nie spodziewał. Ja też nie. Poza tą trójką nie brakuje bardzo wyrazistego planu, gdzie przewija się m.in. John Hawkes (Charie, były mąż), Lucas Hedges (syn Robbie), Peter Dinklage (karzeł James, podkochujący się w Mildred) czy Clarke Peters (nowy komendant Abercrombie), dając zapadające w pamięć kreacje.

billboardy5

Dawno (czyli od czasu „Manchester by the Sea”) nie widziałem filmu tak mocno trzymającego się życia jak „Billboardy”. McDonagh bardzo inteligentnie, z empatią pokazuje zwykłych ludzi, którzy muszą mierzą się ze stratą oraz cierpieniem, a jednocześnie wszystko idzie w kompletnie nieobliczalnym kierunku. Czuję, że to będzie klasyk kina.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski