Czwarta władza

Cała historia zaczyna się w Wietnamie. Trwa wojna, jest rok 1966. By opisać jej historię zostaje wysłany analityk korporacji Rand, Daniel Ellsberg. Po powrocie z kraju w 1969 roku mężczyzna podejmuje bardzo trudną i ryzykowną decyzję – wykrada z korporacji raport szefa Departamentu Obrony, Roberta McNamary (tzw. Pentagon Papers), robiąc fotokopie. Dwa lata później zaczyna przekazywać je do prasy. Biały Dom odkrywa przeciek i próbuje wszelkimi sposobami zablokować rozpowszechnianiu tych dokumentów. Wtedy do gry włącza się Washington Post, znajdujący się w dość trudnej sytuacji ekonomicznej.

czwarta_wladza1

Jak wiele osób, które tu zaglądają wiedzą, że jestem fanem Stevena Spielberga. Właściwie ten film, mógłby nie powstać, gdyby nie jeden drobny szczegół. Reżyser ukończył zdjęcia do filmu „Ready Player One”, trwały pracę nad post-produkcją i szukając czegoś do roboty, trafił na scenariusz Liz Hannah (lekko podrasowany przez odpowiedzialnego za skrypt do „Spotlight” Josha Singera), uznając ten materiał za interesujący. Szczególności temat dotyczący roli mediów.

Punktem zapalnym jest wyciek tajnego raportu, z którego wynika, że od czasów administracji Trumana planowano podjęcie interwencji w sprawie Wietnamu (wtedy Indochin) oraz fakt, iż wojna jest z góry skazana na przegraną. Mimo to jest kontynuowana, a opinia publiczna wprowadzona w błąd. I teraz zaczyna się pytanie: publikować, idąc na konfrontację z ludźmi władzy czy może zachowywać z nimi dobre kontakty? Sprawa jest o tyle istotna, że stawką jest reputacja tej (wtedy) lokalnej gazety z ambicjami na coś więcej oraz jej status finansowy.

czwarta_wladza2

Sam początek jest dość spokojny i ospały, a narracja jest prowadzona dwutorowo. Z jednej strony mamy szefową gazety – Katherine Graham (świetna Meryl Streep), która jest bardzo wycofaną, zagubioną kobietą, próbującą się odnaleźć w nowej roli, niejako zmuszona do tego (jej mąż popełnił samobójstwo). Otoczona doradcami, czyli facetami w średnim wieku, musi podjąć bardzo trudną decyzję (mocna scena rozmowy telefonicznej na kilka osób), a jej przemiana budzi uznanie i jest pokazana bez fałszu. Drugim bohaterem jest naczelny gazety, czyli Ben Bradlee („tylko” solidny Tom Hanks), szukający od dłuższego czasu jakiegoś dobrego materiału do gazety, uparcie dążącego do celu oraz hołdującemu prawu do wolności prasy. Te postacie rzadko się spotykają ze sobą, przez co na początku trudno wejść w rytm. Wszystko się zmienia w momencie znalezienia dokumentów oraz źródła, doprowadzając do przyspieszenia akcji oraz walki o publikację. Reżyser trzyma w napięciu (świetnie zmontowana scena „drukowania” tekstu od czcionek czy składanie raportu do kupy, bez numerowanych stron), parę razy bawi się montażem (kopiowanie dokumentów) i wykorzystuje archiwalne materiały (sceny z Białego Domu, gdzie „słyszymy” Nixona), prowokując do pytań o relację dziennikarz-polityk. Czy te strony mogą utrzymywać dobre relacje, czy można wykorzystać do roli informatorów, czy można posunąć się do manipulacji? To daje wiele do myślenia, ale odpowiedzi nie do końca są rzucane nachalnie.

czwarta_wladza3

Film ogląda się świetnie, także dzięki realizacji. W końcu to Spielberg, który zachowuje swój poziom. Kamera miejscami wręcz pędzi płynnie z postaci na postać, podkręcone montażem oraz zachowując realia lat 70. Bardzo miękkie, ładne kolory, miejscami surowa, realistyczna scenografia oraz stonowana muzyka w tle potrafi zbudować napięcie. Owszem, pod koniec jest lekko patetycznie (sceny w sądzie), a epilog wydaje się niepotrzebny. To na szczęście, nie psuje dobrego wrażenia.

Aktorsko też się trudno przyczepić, mając takie osoby w rolach głównych. Jednak drugi plan został całkowicie zdominowany przez fantastycznego Boba Odenkirka (Ben Bagdikan), dającego wiele energii oraz napięcia podczas tak pozornie drobnych scen jak rozmowa telefoniczna. Oprócz niego zobaczymy tak rozpoznawalne twarze jak Sarah Paulson (żona Bradlee’ego), Tracy Letts (Fritz Beebe, doradca Graham), Matthew Rhys (Daniel Ellsberg) czy Jesse Plemons (adwokat gazety).

czwarta_wladza4

Kiedy już straciłem nadzieję, że Spielberg wzniesie się pod swój solidny poziom, „Czwarta władza” przypomina, za co pokochałem tego filmowca. To film zrobiony na dobrym poziomie, z mocną obsadą oraz ponadczasowym tematem, będącym (w Stanach) dziwnie aktualnym. Szkoda, ze takich mediów już nie ma. A może są, tylko ich nie dostrzegłem?

7/10

Radosław Ostrowski

Simple Minds – Walk Between Worlds

SM-WBW-cover1200

Ta sympatyczna formacja ze Szkocji przypomniała o sobie dzięki płyci “Big Music” z 2014 roku. Nie była to wielka muzyka, ale udany powrót po latach. Jednak w składzie do roszad: formację opuścili klawiszowiec Andy Gillespie (zastąpiła go Catherine AD) oraz perkusista Mel Gaynor (tutaj wskoczyła Cherisse Osei), który zdążył nagrać swoje partie na nowym materiale. Za to do składu wróciła wokalistka Sarah Brown (wcześniej pojawiała się na koncertach) oraz grający na fortepianie muzyk sesyjny Peter-John Vettese. Jak podziałały te zamieszania w składzie?

Otwierające całość singlowe “Magic” sugeruje powrót do brzmień z lat 80., gdzie mamy masę elektronicznych dodatków oraz mocnych popisów perkusyjnych (zwłaszcza w refrenie), spychając gitarę na dalszy plan (refren oraz finał, wręcz mocny). I jest to jedne z bardziej chwytliwych numerów tego wydawnictwa, do którego będzie się wracać. Bardziej przesterowany oraz taneczny jest “Summer”, chociaż na początku trudno przełknąć ten przesyt dźwięków tła. Gitara odzywa się (bardziej) w lekko orientalnej “Utopii” oraz naszpikowanej basami chropowatym “The Signal and The Noise”, gdzie Brown ma szansę się wybić, co robi także w przepełnionym ciepłymi dźwiękami “In Dreams”. Podnioślej, lekko kiczowato (ale bez przesady) jest w “Barrowland Star”, które przypomina brzmieniem… Tears for Fears. Czasami jest troszkę tandetnie (utwór tytułowy, który jest zwyczajnie przekombinowany czy niezłe “Sense of Discovery”), a żeby nie było nudno mamy jeszcze (w wersji deluxe) trzy dodatkowe kawałki.

Kerr na wokalu brzmi bardzo delikatnie, miejscami wręcz jak natchniony, ale nadal wydaje się być niczym młodzieniaszek na imprezie. Nadal ma w sobie energię i pasję, tak jak reszta zespołu. To dobre, pop-rockowe granie w stylu, jakim ta formacja jest znana. Proste myśli nadam mają w sobie wielką siłę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Barbara Wrońska – Dom z ognia

86l93yo55bgo

Dla fanów polskiej muzyki alternatywnej Barbara Wrońska jest (od lat) filarem formacji Pustki oraz siostrzanego duetu Ballady i Romanse. Jednak tym razem wokalistka oraz autorka tekstów postanowiła skoczyć na głęboką wodę i zdecydowała się wydać solowy album. To pozornie łatwe zadanie (przynajmniej marketingowo) zadanie, bo fani na pewno pójdą nabyć.

A co dostajemy? To nie są Pustki, ani Ballady i Romanse. Można odnieść wrażenie, że Wrońska skupiła się na retro brzmieniu, chociaż otwierająca całość “Rozmowa” oparta jest na elektronicznych pasażach, przerobionych głosach, odgłos puszczonej płyty gramofonowej, jakaś męska wokaliza. W połączeniu z enigmatycznym tekstem oraz odbijającym się niczym echo wokalem budzi wręcz surrealistyczne odczucia. Oszczędniejszy jest singlowy “Nie czekaj” jakby żywcem wzięty z lat 60. z cudną elektroniką oraz perkusjonaliami, pełen drobnych detali, dających masę frajdę, by wielokrotnie powtarzać ten kawałek, kończący się instrumentalnym, pełnym melancholii outrem. Po tej rytmicznej jeździe spokój daje “Koniec lata”, gdzie dominuje wolno grający fortepian oraz perkusyjne popisy, by potem oczarować elektroniką z niemal lat 80. w “Nieustraszonych”, któremu bliżej do siostrzanego duetu z bardzo czarującym refrenem. “Abstrakcją” spokojnie mogłaby się znaleźć na ostatniej płycie Julii Marcell (refren), tylko bardziej podrasowana z mocno odjechaną końcówką. Podobnie dziwaczny, chociaż bardziej melodyjny jest utwór tytułowy, pełen mroku oraz przewijających się wokaliz w tle oraz gitary. Skoczna “Prosta droga” czaruje spokojem, skocznością, odgłosami dzieci – bardzo pozytywny i energetyczny. Jedynym niepasującym do tego składu jest anglojęzyczny “Depression” z dziwacznie “przemielonym” męskim głosem. Nawet smutny “Odnajdź mnie” potrafił mnie poruszyć tymi swoimi organowymi solówkami.

Wrońska swoim wokalem przypomina to, co robi w Pustkach, pokazując swoją różnorodność: od delikatności I spokoju po bardziej ekspresyjne momenty, bez popadania w przesadę. Ale prawdziwą perła są tutaj teksty – wieloznaczne, osobiste, opisujące trudne relacje międzyludzkie. Wejście do tego domu może dla wielu skończyć się poparzeniem, lecz takiego doświadczenia trudno zapomnieć. Dopieszczone, dopięte, intrygujące – najbardziej melodyjny album w dorobku pani Wrońskiej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Passenger – The Boy Who Cried Wolf

TheBoyWhoCriedWolf

Michael David Rosenberg zwyczajnie nie odpuszcza i ostatnio, niczym Woody Allen wydaje jedną płytę w roku. Po “Young As a Morning Old As a Sea” przyszła kolej na kolejne dzieło Brytyjczyka. Tytuł znowu jest intrygujący, czyli “The Boy Who Cried Wolf”. Cóż za wilk, po którym trzeba płakać? Sprawdźmy.

Początek gitarowo-mandolinowy w postaci “Simple Song” pokazuje, że niewiele się zmieniło od poprzednika. Nadal to granie folkowe, zdominowane przez gitarę akustyczną, co nie znaczy obecności nudy oraz braku energii. Przyjemna “Sweet Louise” okraszona gitarą elektryczna, a także staroświecko brzmiącymi klawiszami. Tytułowa kompozycja zaczyna się szybko, niczym pędzący wiatr, ale jednocześnie zachowuje swój wręcz intymny charakter. Jednak, by nie było cały czas tak spokojnie wchodzą organowe „Walls”, pełne ciepła, kojących dźwięków fortepianu oraz gitary. To jest takie pastelowe, że już bardziej się nie da, a niespieszny „Setting Suns” utrzymuje klimat całości. Ale dla mnie największym problemem jest monotonia – tutaj piosenki (w przeciwieństwie do poprzednika) są mniej urozmaicone. Czasem pojawi się perkusja, gitara też próbuje być inna niż cała reszta, nawet skręcić w stronę country („Someday” ze steel guitar), odezwie się fortepian, ale to się tutaj zdarza zbyt rzadko. Ważniejszy jest tutaj tekst oraz ten ciepły wokal Passengera.

„The Boy Who Cried Wolf” jest dla mnie, niestety, pozbawionym różnorodności smętem dla najwytrwalszych fanów folku. Trudno odmówić spójności, klimatu czy ładnego brzmienia, ale kompletnie się o nim zapomina. Nie warto płakać nad tym wilkiem.

6/10

Radosław Ostrowski

Passenger – Young as the Morning, Old as the Sea

Young-as-the-Mountain-Old-as-the-Sea-Passenger

Ostatnio pojawia się wielu facetów grających na akustycznej gitarze niby smętne, ale ciekawe utwory. Glen Hansard, Damien Rice, a ostatnio niejaki Michael David Rosenberg aka Passenger. Ten facet wypłynął jakieś sześć lat temu dzięki hitowi “Let Her Go” z czwartej płyty. Ale ja opowiem o albumie numer siedem pod bardzo długim tytułem “Młoda jak poranek, stara jak morze”. Intrygująco brzmi, prawda?

Spodziewamy się dominacji gitary, ewentualnie wspieranej przez fortepian, może jeszcze perkusję. I w zasadzie to dostajemy w otwierającym całość “Everything”, gdzie jeszcze dostajemy smyczki w tle. Bardziej skoczny jest “If You Go” z gitarą elektryczną mającą więcej do powiedzenia i jest bardziej przyjemna. Na podobnym tonie, delikatnego rocka gra też “When We Were Young” oraz dynamicznym “Anywhere” (tam grają też trąbki). Troszkę mroczniej oraz bardziej oniryczne gra “Somebody’s Love” z organowym wstępem, płynną gitarą elektryczną, fletami, a także skocznym fortepianem. Także utwór tytułowy pędzi, choć gra tylko gitara akustyczna, by wyciszyć się oraz popatrzeć na “Beautiful Birds” z gościnnym udziałem Birdy. Mógłbym wymienić następne utwory, ale to się mija z celem, bo są (niestety) podobne do siebie, jeśli chodzi o klimat. Pod koniec coraz bardziej daje o sobie znać akustyczne brzmienie.

Pomaga też bardzo ciepły wokal Passengera, który sprawia wrażenie nigdzie się nie spieszącego, bardzo spokojnie frazującego każde słowo. Fani mogą się także kupić w wersję deluxe z kilkoma utworami w wersji akustycznej. Na krajobraz przed oknem będzie się słuchać idealnie.

7/10

Radosław Ostrowski

McImperium

Jak można spełnić swój amerykański sen? Dla Raya Kroca sen przebiega dość opornie – pracuje jako akwizytor, próbował wcześniej wielu interesów, ale żaden nigdy nie wypalił. Aż dostał zamówienie na sześć mikserów dla jednej, małej restauracyjki w San Bernardino. Prowadzą ją bracia McDonald, który znani są z nieprawdopodobnie szybkiej obsługi oraz realizacji zamówienia. Kroc węszy w tym interes życia, podpisuje umowę z braćmi w celu stworzenia franczyzy oraz rozwijania interesu. Ale nawet oni nie są w stanie przygotować się na działania Kroca.

mcimperium1

Film Johna Lee Hancocka to przykład solidnej, wręcz klasycznej biografii postaci, która może wywoływać kontrowersje. A jednocześnie pokazuje dwie drogi do spełnienia swojego snu. Pierwsza – powolna i spokojna – to droga uczciwości, długiej pracy, druga jest bardziej agresywna, pełna słowotoku oraz podstępu. Jak myślicie, która droga przyniesie profity i zyski? No właśnie. Hancock bardzo przygląda się drodze Kroca do sukcesu, gdzie nasz bohater bardzo dużo ryzykuje i być może dlatego mu tak bardzo kibicujemy mu. Tylko, że pod tym wygadanym przedsiębiorca kryje się cwaniak oraz śliski typ ze złotoustym uśmiechem, działający mocno na granicy prawa. I wtedy zaczyna się pojawiać pytanie: czemu kibicuję temu draniowi, nie dotrzymującego słowa, marzącego tylko o swoim własnym sukcesie? Nie brakuje tutaj szybkiego montażu (sceny tworzenia burgera, pierwszy zbudowany McDonald oraz szkolenie pracowników), ale to wszystko jakieś takie zachowawcze, solidne oraz pozbawione czegoś głębszego. Psychologii postać niemal brak, wątki poboczne (życie prywatne Kroca, samotność żony, poznanie kochanki) są ledwo zaznaczone i brakuje jakiegoś konfliktu albo większego napięcia.

mcimperium2

Ale Hancock ma jednego mocnego asa w rękawie, czyli charyzmatycznego Michaela Keatona w roli tytułowej (founder, czyli założyciel). Aktor nie tworzy jednowymiarowej postaci bezwzględnego diabła, ale człowieka pełnego determinacji, energii, pozbawionego jednak szczęścia. I ten bohater w zasadzie się nie zmienia, bo cechy wzbudzające sympatię z czasem zaczynają być bardziej demoniczne, zamiast zdeterminowanego przedsiębiorcy mamy bezwzględnego, podstępnego skurwysyna, zapatrzonego w siebie oraz swoja gadkę. Drugi plan w zasadzie nie ma zbyt wiele roboty, poza braćmi McDonald (świetni John Carroll Lynch oraz Nick Offerman), którzy stanowią dla siebie wielkie wsparcie – czuć tutaj silną więź tych bohaterów.

mcimperium4

Czym jest „McImperium”? Jest jak posiłek z McDonalda – smaczny, lekki i przyjemny. Tylko, że nie zaspokoi on w pełni głodu. Solidne, zgrabne, niepozbawione gorzkiej refleksji, z cudownym Michaelem Keatonem, dźwigającym na barkach całość. Facet dokonuje cudów i choćby dla niego warto obejrzeć to dzieło.

7/10

Radosław Ostrowski

Mikromusic – Tak mi się nie chce

tak-mi-sie-nie-chce-b-iext51452320

To jeden z bardziej wyrazistych głosów polskiej sceny alternatywnej. Kierowana przez duet Dawid Korbaczewski/Natalia Grosiak formacja Mikromusic tym razem zbierała pieniądze na realizację swojej płyty, dzięki crowfundingowi, a całość wydali własnym sumptem. Pod tym względem troszkę ironiczny wydaje się tytuł “Tak mi się nie chcę”. Naprawdę im się nie chciało nagrywać czy może jest to zbytnia kokieteria?

Na pewno nie zmienił się mocno styl zespołu, chociaż otwierający całość “Synu” ma troszkę więcej elektroniki niż zazwyczaj, ale pozostaje poruszającym, troszkę melancholijnym (gitara) utworem. Pozornie spokojny wydaje się “Leć uciekaj”, pełen nakładających się gitar oraz szybkiej gry perkusji, stając się coraz bardziej taneczny aż do wejścia metalicznego basu oraz wyciszenia całego zespołu. Podobnie rytmiczny jest tytułowy walczyk, który pod koniec wręcz wybucha. “Koniec zimy” wydaje się dość chłodny oraz zanurzony w popie z lat 80., dając prawdziwego energetycznego kopa pod koniec (mocne riffy), wracając do bardziej spokojnych dźwięków w “Na krzywy ryj”, gdzie przewodzą trąbka oraz flet. Oniryczność pełna elektronika wraca w bardzo lekkim “Tak tęsknię”, gdzie pod koniec zespół przyspiesza i słyszymy tylko eteryczne wokalizy, by wejść do minimalistycznej “Syreny (pieśń żeglarza)” wodzącej za nos bluesową gitarą, by na koniec ubarwić mandolin. “O kolorach” tez ma w sobie dawkę wręcz psychodeliczną, tak jak rytmiczna “Pieśń Panny IV” z pięknym solo na fortepian oraz wręcz akustyczna “Mgła nad stawem”.

A najważniejszą osobą w grupie pozostaje Natalia Grosiak, która swoim niemal eterycznym, magnetyzującym głosem potrafi uwieść oraz zaczarować. O czym zaś śpiewa? O miłości, samotności, rodzicielstwie (“Synu”), czasem w bardzo błyskotliwy sposób (“Syrena”, “Tak mi się nie chce”), pełen poetyckich fraz, prowokując ciągle do myślenia. I mam wielką nadzieję, ze dalej im się tak nie będzie chcieć jak na tej płycie.

8/10

Radosław Ostrowski

Czas mroku

Maj roku 1940 nie zapowiadał się zbyt dobrze dla Europy, która coraz bardziej dostawała łupnia od pewnego niedoszłego malarza, co został fuhrerem. Krótkowzroczna polityka ugodowa brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina obróciła się przeciwko niemu, doprowadzając do upadku jego gabinetu. Rządząca partia chce, by urząd objął szef dyplomacji, lord Halifax, lecz ten odmawia. Wtedy na jego miejsce trafia człowiek niechciany, nieplanowany, uważany za nieporadnego, niekompetentnego idiotę (katastrofy pod Gallipoli do tej pory nie wybaczono), wyłączonego z głównego nurtu polityki. Jest nim pierwszy lord Admiralicji, Winston Churchill, tworzący bardzo szeroki gabinet wojenny i od razu musi zmierzyć się z bardzo poważnym problemem – Dunkierką.

czas_mroku1

Joe Wright to brytyjski filmowiec mierzący się z różnymi gatunkami, wychodząc zazwyczaj z tych konfrontacji z tarczą. A postać Winstona Churchilla wydaje się samograjem, bo pokazania takiej ikony brytyjskości nie da się zepsuć, prawda? Skupiając się tylko na tym miesiącu, reżyser wyciska z tej postaci wszystko, nie stawiając (zbyt mocno) spiżowego pomnika. Jest to kino polityczne czystej próby, która można potraktować jako uzupełnienie „Dunkierki” Nolana, pokazujące całą operacje z perspektywy urzędników oraz przywódcy. Rzadko pojawiają się tutaj obrazki z wojny (ujęcia wręcz z góry, zwane okiem Boga), a całość skupiona jest na rozgrywkach i spięciach między Churchillem a Halifaxem oraz Chamberlainem, pragnącymi zawrzeć pokój z Hitlerem. Premier jest początkowo traktowany jako ktoś wrogi, szalony, pragnący poświęcenia oraz ofiar, człowiek zawierający masę politycznych błędów oraz grzechów. Te spięcia są zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu.

czas_mroku2

Wizję niepokoju oraz mroku potęgują świetne zdjęcia Bruno Delbonnela, który wręcz perfekcyjnie operuje światłocieniem. Mocno to widać w takich ujęciach jak przemowy w niemal ciemnej izbie parlamentu czy gdy widzimy bohatera jadącego windą. To dopełnia wizji czasów, gdzie każda godzina dla tego kraju może być ostatnią, najczarniejszą godziną. Owszem, są pewne wady jak patos (w finale jest go dużo) czy lekko mniej wyraźny od bohatera drugi plan (bo Churchill wręcz błyszczy), ale to kompletnie nie przeszkadza, wręcz do tej ścieżki.

czas_mroku3

Nie będę oryginalny twierdząc, że „Czas mroku” to Gary Oldman Show. Aktor, mimo charakteryzacji, tworzy bardzo wyrazistą, wręcz charyzmatyczną postać. Gdy przemawia w parlamencie, sprawia człowieka głęboko wierzącego w swoje racje, niewzruszonego niczym twardziela. Ale to bardziej skomplikowany charakter – bywa porywczy (jak sam mówi: „powściągliwość jest rzadka w jego rodzinie”), wręcz wybuchowy, miewa chwile wątpliwości oraz walczy z własnymi politycznymi demonami. Nieprawdopodobna kreacja wnosząca film na wyższy poziom. Drugi plan wydaje się zepchnięty przez wielkiego Oldmana, a pozostali bohaterowie mają trochę mało czasu na zbudowanie głębokich ról. Nie znaczy to, że są tylko delikatnym tłem, o nie. Najbardziej wybija się tutaj Stephen Dillane jako bardzo ugodowy lord Halifax, sprawiający wrażenie wręcz nietykalnego członka rządu. Swoje pięć minut ma też Ben Mendelsohn (król Jerzy V) oraz Kristin Scott Thomas (pani Churchill), stanowiący solidne wsparcie.

czas_mroku4

Nowy film Wright to przykład solidnej biografii z jedną, WIELKĄ kreacją Gary’ego Oldmana, który dźwiga całość na swoich barkach. To mroczny, trzymający w napięciu dramat, ale – na szczęście – Churchill jest pokazany jako postać z krwi i kości, a nie pomnikowy charakter znany z podręczników historii. To musi robić wrażenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Midge Ure – Orchestrated

orchestrated-midge-ure-1159157

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów popu lat 80., frontman legendarnej grupy Ultravox Midge Ure tym razem poszedł w stronę, jaką wybierają muzycy od bardzo dawna. Nagrał album z orkiestrą symfoniczną z aranżacjami autorstwa Ty Urwina, a całość nagrano w Sofii. Jak wypadają orkiestrowe wariacje klasyków new romantic?

Na sam początek dostajemy dostojny, wręcz majestatyczny “Hymn” z mocnym uderzeniem w postaci perkusji oraz smyczków. Wtedy następuje wyciszenie, wchodzi fortepian oraz delikatny głos Ure’a (jedyny w swoim rodzaju), powoli wpuszczając inne instrumenty, by wrócić z tym stylem, znanym ze wstępu. To robi piorunujące wrażenie, tak jak “Dancing with Tears in My Eyes”, będące bardziej delikatne od oryginału, ale posiadające potężny ładunek emocjonalny. Pozornie plumjający “Breathe” ma w sobie mnóstwo ciepła oraz bardzo koi zmysły, w przeciwieństtwie do mrocznego “Man of Two Words” z dudami wplecionymi w refren, a takze prześlicznego “If I Was” oraz zachowującego swój elektroniczny klimat “Vienny”. Nakręcający się, spektakularny “The Voice”. Z całego zestawu warto wspomnieć nową kompozycję “Ordinary Man”, miejscami horrorowy “Death in the Afternoon” (ten wstęp potrafi wzbudzić suspens) czy finałowy “Fragile”.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co Midge Ure potrafi zrobić ze swoim głosem. Nadal magnetyzuje I posiada tyle charyzmy, że można obdzielić dziesiątki wykonawców. Brzmi to po prostu pięknie i żadne słowa nie będą w stanie tego oddać.

8/10

Radosław Ostrowski

Haydamaky & Andrzej Stasiuk – Mickiewicz

Mickiewicz

Jak zaprezentować poezję w taki sposób, by nie była to recytacja na poziomie szkolnej akademii czy skrętem w stronę tzw. poezji śpiewanej? Wielu śmiałków już próbowało (rapowy project “Poeci” czy Sokół mierzący się z Różewiczem albo Buldog) i w tym kierunku wyruszył ukraiński zespół etno-rockowy Haydamaky wsparty przez polskiego pisarza, Andrzeja Stasiuka. Pierwotnie miał to być album oparty na “Sonetach krymskich”, gdzie miał także uczestniczyć zespół Kroke, ale ostatecznie twórcy poszli troszkę szerzej. Co wyszło z tego połączenia?

Stasiuk robi tutaj za poetę, mówiącego albo melorecytującego cały czas, zaś muzycy dodają bardzo dzikie wręcz tło, a wokalista Sasza Jarmoła nawija po ukraińsku. Jak w niemal psychodelicznych “Stepach akermańskich”, pokazując jak za pomocą “etnicznego” instrumentarium wspartego przez trąbki oraz gitarę elektryczną, można zaszaleć. I te fujarki na początku oraz końcu, robią mocne wrażenie. Nie brakuje bardziej rockowych fragmentów (niepokojąca “Burza”, która musi brzmieć mocno czy wręcz metalowa “Reduta Ordona”), by dać chwilę wyciszenia jak w gitarowym, płynnym “Pielgrzymie”, gdzie gitara brzmi wręcz “meksykańsko” czy zmieniającym tempo “Alpuharze”, gdzie do pięknej solówki trąbki wchodzi mocniejsze, rockowe granie, a Stasiuk nawet rapuje i to całkiem nieźle. Melancholijne “Mogiły Haremu” (piękny flet) oraz bardzo rozbudowany “Upiór” grany wyjątkowo oszczędnie brzmi fajnie, z każda minutą się rozkręca, ale Stasiuk próbuje śpiewać i psuje to dobre wrażenie. Za to zaskoczył mnie jazzowe “Bajdary”, jakby żywcem wzięte z Nowego Orleanu oraz lekko bluesowa “Droga nad przepaścią”, nabierający coraz większego pędu.

Kooperacja na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwna, nie zabrakło drobnych potknięć, niemniej jest to bardzo udane podejście do MIckiewicza. Wiersze w wersji mrocznej, onirycznej, chwytliwej – do wyboru, do koloru. Jestem całkowicie pewny, że dojdzie do następnego spotkania.

7,5/10

Radosław Ostrowski