Bonson – Postanawia umrzeć

cd_bonson_postanawia_umrzec_1

Znany i lubiany Bonson coraz bardziej przebija się do świadomości rap-gry. Ale tym razem postanowił zdecydować się na dramatyczny krok. Okładka wyglądająca niczym nagrobek, data urodzin i śmierci, litery takie jak na grobie. No i tytuł “Bonson postanawia umrzeć”. Co się stało? Dlaczego? A może to jest jednak żart?

Tym razem za bity i podkłady odpowiada KPSN. Jest mrocznie, bardzo ponuro i nieprzyjemnie (tytuł zobowiązuje), ale nie brakuje bardziej melodyjnych fragmentów. Sam początek jest bardzo nieprzyjemny, a Bonson chwyt za gardło historią swoich początków oraz przedstawia siebie jako troszkę zmęczonego i pustego w środku, robiącego dobrą minę do złej gry (“z szafki biorąc uśmiech numer 3”), zaś podkład staje się coraz mocniejszy, by uderzyć słowami “nagle postanowiłem umrzeć”. Kolejny utwory to droga ku coraz bardziej postępujemy upadkowi oraz mroczna wyprawa po najciemniejszej stronie człowieka. “Pozory” potrafią zwieść początkiem z ciepłymi klawiszami, gdzie nasz gospodarz opowiada o tym, że jest już dobrze, jak odmieniło się jego życie. Ale to wszystko okazuje się pułapką, zaczynającą się wysamplowaną, “brudną” gitarą, by dokonać oskarżenia, pokazać prawdziwe oblicze, a i bit jest bardziej bezwzględny (wypalenie, powrót do dragów, relacje na portalach społecznościowych). Także surowo-melancholijne “Razy” walą razami zadanymi przez perkusją, gdzie zaczynamy poznawać demony przeszłości: alkohol, “odziedziczony” po ojcu i narkotyki, powoli wsiąkające do życia Bonsona. Linia “W dół” niby wydaje się taka bardzo taneczna, ale to kolejna zmyłka. Tutaj mamy trójkąt emocjonalny: on-ona (z głosem Marysi Starosty)-gorzała, a finał nie może być zbyt dobry. Podobnym tropem idzie “Martwy król”, gdzie dalej widzimy te demony oraz początki drogi artystycznej, gdzie nie brakuje wnikliwej obserwacji. Pojawia się pewna refleksja (“Border”, gdzie dochodzi do pewnego rozszczepienia bohatera czy oniryczny “To tylko wstyd”, ale też bardzo mroczne, zapętlone gitarą “Moi idole nie żyją” ze wspominaniem klubem 27 oraz świetnie śpiewającym Cywinskym), nawet okraszona trapowym podkładem (“Rano”) czy bardzo wnikliwe, niemal rockowe “Chcesz mnie poznać” (tutaj szaleje Roma), ale pozostaje po ostatnim utworze pytanie: co dalej? Zwłaszcza, że ostatnim utworem jest “W dół”, gdzie tym razem słyszymy Justynę Kuśmierczyk (jej słowa są zmienione).

Sam Bonson jest bardzo, wręcz brutalnie szczery, nie pozwalając sobie na jakiekolwiek słodzenie. Nie jest to w zadnym przypadku ekshibicjonizm,ale bardzo inteligentnie poprowadzona wiwisekcja, pełna wyrazistych fraz, które zostaną w pamięci na długo. Technicznie jest bardzo mocny, silny emocjonalnie, zawsze trafiający w punkt, nawet goście są świetni (poza Justyną Kuśmierczyk, mocno odstającą od reszty), dopełniając wizji gospodarza. I pozostaje mieć nadzieję, że “Postanawia umrzeć” nie będzie ostatnim dokonaniem rapera.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pokahontaz – REset

pokahontaz-reset-okladka

Rakim i Fokus jako Pokahontaz zaskakująco dobrze trzymają fason, zachowując dobrą formę oraz grono fanów. Po trzech latach postanowili znów dać o sobie znać, tym razem wspierani przez legendarny producencki duet White House, którzy kasowali swoimi bitami na albumach z serii “Kodex”. Czyli będzie bardzo oldskulowo, ale czy należy to traktować jako wadę?

Samplowane podkłady, mocne uderzenia perkusji, czyli witamy w latach 90. A to zapowiada już świetne, bardzo agresywne z “Z buta w drzwi”, okraszone lekko “egzotycznymi” klawiszami oraz dęciakami. Bas z samplami zgrabnie się uzupełniają w melodyjnym, wręcz skocznym “Nowym rozdziale” i “B.O.” (refren, gdzie panowie skaczą), skreczowanym “Stawiam dziś” (z zapętlonym wstępem) czy funkowym “Nigdy stop”. Ale panowie parę razy zaskakują: zmieniający podkład i tempo “Me nastawienie”, naznaczone odrobinę symfonicznym patosem “Kalendarze” z mocnym, śpiewanym refrenem Tymka (zwrotka też mu zacnie wyszła). Zaskoczeniem jest tutaj “Mętlik”, gdzie czuć ducha dawnego, elektroniczno-futurystycznego Pokahontaz a w “Zerwanych ze smyczy” widać, co grupa potrafi nawet na pozornie ogranym brzmieniu. Swoje robi też pozornie wolny, lekko jazzowy numer “Krzyżówka”, gdzie panowie przerzucają się dwuzwrotkami, bardzo mroczny “Niflheim”, jakby żywcem wzięty z pierwszych “Kodexów” oraz naszpikowany energią “Czarne lustereczka”, gdzie panowie dość mocno atakują współczesny świat cyfrowy (wsparci przez Bob One’a, kradnącego kawałek), by w finale doszło nie potężnego połączenia sił, czyli “404” zagrany z Kalibrem 44. Efekt jest potężny.

Jak sobie radzą panowie? Fokus potwierdza swój techniczny warsztat (pędzący w “Z buta w drzwi” oraz “Czarnych lustereczkach”) oraz siłę panczlajnów, ale Rahim też potrafi parę razy zaskoczyć (“404”, pełen hasztagów “Kalendarze” czy “Me nastawienie”). I “Reset” nie jest w żadnym wypadku archaicznym reliktem przeszłości. To raczej nostalgiczny powrót do przeszłości, ale niepozbawiony dawnego stylu Pokahontaz. Żaden skok na kasę czy droga na łatwiznę. Czy to jest zapowiedź nowego etapu, czy jednorazowy wyskok – czas pokażę. A “Reset” jest pozytywnym impulsem po troszkę przekombinowanym “Reversalu”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Małżeńskie porachunki

Ib i Edward mieszkają w małym miasteczku Nibe, gdzie pracują jako budowlańcy. Powiedzmy, że pracują, bo bardziej to działa na zasadzie szantażu (drobnego i dyskretnego), robiąc troszkę na boku. Panowie czują się sfrustrowani, niespełnieni w sypialni, bo żony wolą salsę (oraz instruktora – szkoda, ze gej!) i wydawać ich kasę. Dlatego nasi poczciwi panowie chcą się rozwieść. Tylko, że oddanie połowy majątku (włącznie z kasą na boku) jest dość drogie. Dlatego pod wpływem alkoholu postanawiają zatrudnić wysokiej klasy specjalistę do spraw rozwodowych z Rosji – Igora Ladpolny’ego, która pomaga uszczęśliwiać ludzi.

malzenskie_porachunki1

Duńska czarna komedia z wątkiem kryminalnym – jak można przejść obojętnie wobec takiego smakowitego dania. Ole Bornedal w tej pozornie prostej historii robi wszystko, by pokazać trudności życia małżeńskiego. Czy jest jeszcze szansa na przywrócenie dawnego ognia oraz odzyskania energii? Nasze dwie małżeńskie pierdoły próbują cała sytuację odkręcić, tylko że to nie jest takie proste, zwłaszcza iż małżonki poznają ich plan. I wtedy się wszystko zaczyna pier…, znaczy się rozpada się niczym domek z kart. Jeden cyngiel, drugi cyngiel – przepraszam, specjaliści od problemów małżeńskich. Wiele rzeczy się dzieje dzięki niesamowitym splotom okoliczności, ale jak to wciąga i pokazuje, że zwyczajnie wystarczy w pełni się otworzyć i szczerze, w cztery oczy pogadać. Ale wtedy „Małżeńskie porachunki” by nie powstały.

malzenskie_porachunki2

Czasem poczucie humoru siada, idąc we wręcz „brodate” dowcipy w rodzaju przebieranek facetów w kobiety czy troszkę seksistowskich tekstów, ale to nie psuje odbioru. Ale kiedy rzuca różne zabawy stereotypami oraz siarczystymi bluzgami (scena jazdy taksówką z kierowcą-Arabem – perełka). Polane miejscami absurdem daje wręcz prawdziwego kopa oraz test dla naszych przepon (finałowa „terapia” czy wszelkie zgony), ale trzeba lubić takie miejscami smoliste żarty.

malzenskie_porachunki3

I jeszcze jak to jest zagrane. Zarówno nasz pierdołowaty duet Urlich Thomsen/Nicholas Bro, jak i bardziej zawzięte kobitki Lene Maria Christensen/Mia Lyhne, doprowadza do iskier, mocnych spięć oraz kilku ostrych tekstów. Ale to wszystko blaknie z jednego, prostego powodu – świetnego Marcina Dorocińskiego w roli Igora. Kiedy wchodzi, to tak, by wszyscy słyszeli (scena na lotnisku) i zawsze z gorzałą w ręku. I ten piękny akcent – cudownie się tego słucha.

malzenskie_porachunki4

„Małżeńskie porachunki” to typowa skandynawska czarna komedia, dająca wiele świeżości oraz frajdy w trakcie oglądania. Inteligentne, dowcipne, czasami chamskie, czasem prostackie – zawsze trafiające w punkt.

7/10

Radosław Ostrowski

Pentameron

Kilka baśni, trzy królestwa oraz opowieści pełne mroku, tajemnicy. Akcja skupia się na trzech postaciach: królowej pragnącej dziecka, monarchę pełnego chuci oraz króla mieszkającego z córką, co dba bardziej o pchłę niż o dobro swojego dziecka. Bardzo luźno te opowieści się wiążą ze sobą, które Matteo Garrone spaja ze sobą wizualnie.

pentameron1

Te trzy opowieści są zdecydowanie inne niż typowe, klasyczne baśni spod znaku Disneya. Bliżej tutaj do „Labiryntu fauna” czy opowieści braci Grimm, co Garrone wykorzystuje całkowicie. Wszystkie te wątki są bardzo luźno poprowadzone, gdzie przeskakujemy z tych wątków, by potem do niego wrócić. Tak naprawdę to bardzo tajemnicze kino, pełne mroku, surowości, czarów oraz czegoś między wystawnością a surowością. Scenografia z jednej strony robi imponujące wrażenie, ale z drugiej jest ono bardzo oszczędne, co jest dość zaskakujące. Co jest jeszcze dziwniejsze, poza inspiracjami (m.in. „Książę i żebrak” czy „Shrekiem”), to wszystko trzyma się kupy i parę razy reżyser wodzi za nos, ale jednocześnie unika osądzania bohaterów. Każda z postaci ulega swoim pragnieniom, pożądaniom (miłość, uroda, książę, dziecko) i musi za to zapłacić pewną cenę. A to jedna z dwóch brzydkich sióstr, nagle zostaje przemieniona w przepiękną kobietę, a więź między nimi zaczyna słabnąć, narodzone dziecko królowej spotyka swojego „sobowtóra” urodzonego tego samego dnia (służącej) w sposób równie „magiczny”, co on sam, zaś księżniczka marząca romantycznej miłości zostaje wydana za mąż… olbrzymowi, na skutek pewnego zadania.

pentameron2

Nawet jeśli pojawia się humor, jest on bardzo smolisty. Garrone pozwala sobie na wiele, historia jest prowadzona nieszablonowo, posiadając bardzo specyficzny klimat. Poczucie niezwykłości potęguje piękna muzyka Alexandre’a Desplata oraz wysmakowanymi zdjęciami. Niektóre kadry jak podwodna walka z morskim potworem, przypomina bardzo stare filmy przygodowe (zwłaszcza, że nasz śmiałek nosi strój przypominający… nurka głębinowego). A wszystko zostaje połączone w finale.

pentameron3

To wysmakowane kino byłoby jedynie pustą wydmuszką, gdyby nie cudownie dopasowani aktorzy. Wrażenie robi niesamowita Salma Hayek jako konsekwentna, zachwycająca i pełna majestatu monarchini, pragnąca dziecka oraz próbująca go kontrolować. Zaskakuje John C. Reilly w bardziej poważnej roli, tylko szkoda, że pojawia się tak krótko. Troszkę humoru wnosi za to niebezpiecznie „postrzelony” Toby Jones, który dość dziwnie okazuje swoje uczucia córce Violet (świetna Bebe Cave). Z kolei drugi plan jest równie wyrazisty, pełen takich postaci jak tajemniczy nekromanta (Franco Pistoni), trupa cyrkowa czy olbrzymi ogr (Guillaume Delaunay).

pentameron4

Jaki jest „Pentameron”? To baśń idąca swoją własną ścieżką, chociaż opierając się na klasycznych motywach. Surowa, brudna, brutalna i niebojąca się pokazywać krwi, z drugiej strony bardzo wyrafinowana wizualnie i zmuszającego widza do samodzielnego myślenia. Takie rzeczy to tylko w Europie.

7/10

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 2

Druga seria zaczyna się w momencie, gdy Escobar jest otoczony przez wojsko w swoim więzieniu. Ale draniowi udaje się uciec, przez co trzeba rozpocząć polowanie od nowa. Murphy i Pena z nowym ambasadorem podejmują się kolejnych kroków, by dorwać Escobara.

narcos21

O ile pierwsza seria pokazywała wielką drogę Escobara na szczyt i potęgę jego rodzącego się imperium, to jej kontynuacja jest zapisem powolnego upadku oraz jego śmierci. Bo poza gliniarzami, do walki wkraczają konkurenci (Cali, Judy Moncado, Los Pepes), którzy też chcą jego głowy. Im dalej w las, tym więcej zdrady, policja coraz bardziej depcze po piętach, a Escobar jeszcze ma wsparcie „swoich” w Medellin. Ale nic nie trwa wiecznie – terror Escobara z wybuchami, strzelaninami oraz bardzo brutalnymi porachunkami zaczyna obracać się przeciwko niemu.

narcos22narcos23

Tutaj twórcy zaczynają inaczej rozkładać akcenty, bardziej pokazując jego życie prywatne. Relacja z żoną jest bardzo silnie zarysowana i to ona na mnie robiła większe wrażenie niż cała ta sensacyjno-kryminalna jatka i polityczne układy. Próby (niemal) do końca nawiązania aktu kapitulacji, mogą wydawać się pewną naiwnością ze strony szefa kartelu, jednak jest w tym próba wyjścia z twarzą. Ale kiedy powraca pułkownik Carillo, to już nie ma zmiłuj. A finał i poczucie takiego fatalizmu, coraz bardziej się nasila, ciągle zadając sobie pytanie: kto? Kto zabije Escobara? Konkurencja? Policja? Mściciele w postaci Los Pepes? I tutaj dochodzi do pewnego paradoksu: choć akcji i strzelania nie brakuje (rzeź na policji czy ucieczka z oblężonej siedziby), to pod koniec jest to mniej dawkowane, ale przez to ma większą siłę rażenia, tak jak finałowe starcie z Escobarem.

narcos24

Ciągle „Narcos” jest zrobione na wysokim poziomie, choć typowych tricków znanych z kina Martina Scorsese (poza narracją z offu) nie jest aż tak dużo. Klimat epoki, zgrabnie wplecione materiały archiwalne, wspomniane są bliżej nakreślone postacie poboczne, co nadal trzyma w napięciu aż do finału, jakiego wszyscy znają. I ten wręcz wyciszony finał jest w pełni satysfakcjonujący, sugerując ciąg dalszy. Różne podchody, bardzo skomplikowane relacje między handlarzami, policją, wywiadem, gdzie każdy chce coś ugrać, ma własne interesy, co musi doprowadzić do zderzeń (CIA-Cali).

narcos25

Nadal siłą napędową pozostaje charyzmatyczny Wagner Moura, który nadal ma w sobie wewnętrzną siłę, charyzmę, nawet w momentach ukrywania się. Te momenty wybuchu jego gniewu czy sytuacje, gdy próbuje znaleźć wyjście z impasu, robią piorunujące wrażenie. Wtedy odzywa się stary, bezwzględny Pablo, chociaż więcej jest tutaj w nim człowieka, walczącego do ostatku sił. Z naszej dwójki tropiących agentów, więcej pokazuje Pedro Pascal, czyli Javier Pena, który coraz bardziej zaczyna iść na niebezpieczny układ z donem Berną, co może narazić całą operację. Z kolei Boyd Holbrook staje się coraz bardziej cyniczny, ale nigdy nie przekracza granicy, nawet mając pewne pobudki (nowy dowódca oddziału specjalnego, sprawiający wrażenie bardziej opanowanego). Więcej ma też do pokazania Paulina Gaitan, czyli Tata – mieszanka dumy, wsparcia, opanowania oraz zdrowego rozsądku, a końcówka należy do niej. Jest tych postaci i ról więcej, ale każda jest godna uwagi.

narcos26

Stało się coś dziwnego – druga seria „Narcos” utrzymała i zachowała poziom oryginału, a to nie zawsze się udaje. Nadal ma w sobie siłę rażenia, chociaż inaczej rozkłada akcenty, pokazując troszkę głębszy portret jednego z największych szefów narkobiznesu. Ale walka o jego krwawy tron się zaczęła i trzeba zneutralizować kolejne zagrożenie. Umarł król, niech żyją królowie!

narcos27

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kłamstwo

Poznajcie Deborah Lipstadt – jest ona amerykańskim historykiem badającym kwestie Holocaustu. A jak wiemy, jest to fakt niepodlegający jakiemukolwiek ocenianiu czy podważaniu jak fakt, że Ziemia jest okrągła. Niemniej brytyjski historyk David Irving, który podważa istnienie Holocaustu, pozywa historyczkę o niesławienie. Proces ma się odbyć w Londynie, a nasza pani profesor podejmuje się przyjąć wyzwanie. Ale na miejscu okazuje się, że to ona będzie musiała udowodnić swoje racje, czyli wykazać, że istniał Holocaust i Irving celowo wpuszcza w maliny.

klamstwo1

Kiedy usłyszałem o czym miał opowiadać film Micka Jacksona, na początku uznałem to za kiepski, wręcz chujowy żart. Bo jak można zaprzeczać takim faktom i dlaczego sędzia ma podjąć decyzję o autentyczności wydarzeń. Nie mieściło mi się to w głowie, wydawało absurdalne i bez sensu. Ale ten proces okazuje się być bardzo potrzebny, by ostatecznie uciąć wszelkie spekulacje. Dla mnie „Kłamstwo” było z jednej strony spojrzeniem na funkcjonowanie brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości (bo jest inaczej niż myślimy), gdzie to pozwany ma udowodnić swoją rację i jest dwóch adwokatów: jeden prowadzi sprawę, drugi reprezentuje ją w sądzie. Dziwne, prawda? Wszystko toczy się pozornie spokojnym, wręcz wolnym tempem, a najważniejsza jest tutaj sprawa. Podobnie jak w „Spotlight”, postacie są bardzo delikatnie zarysowane i okraszone kilkoma cechami, zepchnięci do roli głosicieli myśli czy pewnych postaw. Początkowo pewne działania adwokatów (obrońców Lipstadt) mogą wydawać się co najmniej dziwaczne – brak świadków pamiętających Holocaust czy zakaz wypowiadania się samej bohaterki przed sądem. Ta chłodna, wręcz surowa postawa, mająca na celu wykazanie, że mając do dyspozycji same fakty, dane i materiały, prawda wybroni się sama, początkowo budzi dezorientację.

klamstwo2

Kwestia naukowa, a kwestia prawna to dwie inne rzeczy, przez co – tak jak nasza bohaterka – czujemy się zdezorientowani, zdziwieni i zaskoczeni mechanizmami. A kto się spodziewał klasycznych, hollywoodzkich klisz, może poczuć się lekko rozczarowany. Żadnego patosu, podniosłych mów czy kiczowatych scen w rodzaju zeznań świadków, tylko pojedynek między Irvingiem a adwokatami. Wtedy na ekranie są iskry, napięcie podkręcone jest do granic możliwości, a pytanie o sztukę argumentacji (początkowo sama Lipstadt mówi, że nie będzie rozmawiać z Irvingiem nigdy, bo nie uznaje jego sposobu myślenia) brzmi bardziej poważnie w czasach, gdy postprawda i fake newsy są wręcz na porządku dziennym.

klamstwo3

Reżyser bardzo przewrotnie pokazuje, że emocje (nawet w słusznej sprawie) mogą wykonać więcej zniszczeń niż sensowna, konstruktywna debata oparta na faktach, namacalnych dowodach (pisanych, rysowanych itp.), nawet z kimś, kim się nie zgadzamy. Wtedy nie byłoby takich kontrowersji wobec zaprzeczaniu Holocaustu, a inne teorie spiskowe nie miałyby racji bytu. Brzmi absurdalnie? I to wszystko jest fantastycznie zagrane. Bardzo zaskoczyła mnie Rachel Weisz, choć jej bohaterkę bardzo trudno polubić – pewna siebie, wręcz arogancka, zaciekle walcząca, zdeterminowana, wręcz kipiąca od emocji i gotowa na otwartą konfrontację. Niby słuszność jest po jej stronie, ale jest niemal zacietrzewiona w swojej postawie oraz słuszności, że potrafi odepchnąć. Bo przecież osoby mające rację muszą budzić sympatię oraz szacunek. Na tej opozycji działa David Irving w świetnej interpretacji Timothy’ego Spalla – spokojny, opanowany, kulturalny gentleman z bardzo prowokacyjnymi, kontrowersyjnymi argumentami. Mimo szczurzego, wręcz śliskiego charakteru, potrafiłby wzbudzić sympatię odbiorcy bardziej niż nerwowa, nabuzowana kobieta, bez względu na swoje poglądy, przekonania czy argumenty. Bardziej diabolicznej kombinacji nie można się było spodziewać. Ale dla mnie film kradną Andrew Scott oraz Tom Wilkinson, czyli adwokaci pani Lipstadt. Obydwu panów łączy emocjonalna powściągliwość, dla dobra sprawy, są bardzo inteligentni, zaś ten drugi wręcz surowy, chłodny, pozostając do bólu logiczni. Jest to niesamowity duet, a słuchanie Wilkinsona w sądzie, zadającego pytania czy wygłaszającego mowy to czysta przyjemność.

klamstwo4

„Kłamstwo” ma do zaoferowania więcej niż na pierwszy rzut oka może się wydawać – to bardzo skromne, powściągliwe kino o sztuce argumentacji i walce o swoje przekonania. Bez używania emocji, ale w oparciu jedynie o suche fakty, co jest trudne, ale jest jedyną szansą, by prawda mogła sama się obronić. Kto by się takiego morału spodziewał?

7/10

Radosław Ostrowski

Franz Ferdinand – Always Ascending

Franz_Ferdinand_-_Always_Ascending_album_cover_art

Szkocka formacja Franz Ferdinand znana jest z grania takiego rocka do tańca, w duchu brzmień z lat 70. oraz 80. Ostatnio wydali album z zespołem Sparks, lecz doszli do wniosku, że pora wrócić do własnego szyldu oraz brzmienia. Czy na piątym albumie coś się zmieniło, a może będzie pewna zmiana? Była jedna istotna: gitarzysta Dino Bardot oraz klawiszowiec Julian Corrie dołączyli do grupy, zastępując Nicka McCarthy’ego.

Tutaj grupa idzie bardziej w lata 80., a więcej miejsca otrzymuje elektronika. Nadal jest melodyjnie, wręcz pulsujące (tytułowy utwór, choć dość długo się rozkręca) oraz do potańczenia. Jest tylko jedno poważne ale – sporo jest tutaj utworów spokojniejszych, wręcz bardzo delikatnych. Jeszcze “Lazy Boy” potrafi zabujać swoim basem, chwytliwą gitarą oraz mroczniejszymi klawiszami, podobnie jak “Paper Cages” z chwytliwym refrenem. Ale kiedy wchodzi “Finally”, tempo zostaje gwałtownie spowolnione, mimo wpływów rock’n’rolla lat 60., tak jak w melancholijnym, niemal akustycznym “The Academy Award”. To nie jest FF, jakiego pamiętamy, a powraca to w nudnym “Glimpse of Love”. Nawet syntezatorowy, chropowaty “Lois Lane” nie jest w stanie tego uratować. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że brakuje tutaj tej dynamiki i energii, której było więcej choćby w “Right Thoughts, Right Words, Right Action”, gdzie w pamięć zapadły takie “Evil Eye”, “Love Illumination” czy “Fresh Strawberries”. Najbliżej tutaj jest “Feel the Love Go”, gdzie czuć ducha starego Franza, z bogatą aranżacja (klawisze, pianinko, gitara, nawet saksofon się przypałętał), dającą możliwość do podrygów.

Kapranos nadal zapada w pamięć, próbując uwodzić swoim delikatnym wokalem, ale cała reszta jest sporym rozczarowaniem. Nie chodziło o wywrócenie muzyki do góry nogami, lecz tworzenie melodyjnych, tanecznych numerów w duchu starego rock’n’rolla. Rozumiem, że trzeba szukać nowych ścieżek dla siebie, jednak nie mogę pozbyć się wrażenia straty energii oraz tych petard robionych przez zespół. Jest po prostu za spokojnie, za nudno, za wolno.

5/10

Radosław Ostrowski

Godless

Małe miasteczko La Belle wyróżnia się jednym istotnym detalem – bardzo niewielką ilością mężczyzn w okolicy, gdyż większość z nich zginęła w kopalni. I właśnie do jednej z farm na obrzeżach miasteczka trafia tajemniczy, raniony nieznajomy. W tym samym czasie okolica jest terroryzowana przez Frank Griffina oraz jego bandę, szukającą byłego członka Roya Goode’a. człowiek ten skradł jego łup podczas ostatniej akcji, za co mieszkańcy pobliskiego miasteczka zapłacili swoim życiem. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, że te dwa zdarzenia nie są zbiegiem okoliczności.

godless1

Ten krótki opis nowego serialu Netflixa, będącego westernem (!!!) nie zdradza zbyt wiele, ale i nie powinien, gdyż na tajemnicy opiera się cała historia. Początek jest bardzo ostry i krwawy, godny Sama Peckinpaha – masa trupów, wykolejony pociąg, spalone domy. I to dostajemy na dzień dobry. Dalej powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę naszego nieznajomego, a jednocześnie losy oraz życie w miasteczku, gdzie najważniejsza jest siostra szeryfa, Mary Agnes. Jest kilka wyraziście zarysowanych postaci, posiadające mroczną przeszłość, próbujące dalej trwać w swojej egzystencji. A jednocześnie mamy polowanie Griffina oraz jego bandy, siejącej śmierć oraz spustoszenie. I te momenty potrafią chwycić za gardło, a jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest tu o kilka wątków za dużo. Próba pokazania życia w miasteczku, gdzie panie muszą stawić czoła przeciwnościom losu, wychodzi całkiem nieźle, ale tylko parę postaci zostaje zarysowanych (była burdelmana – obecnie nauczycielka, szeryf z pogarszającym się wzrokiem, jego szybki zastępca czy Alice, oskarżania o rzucenie „klątwy” na miasteczko). A niektóre osoby (szef ochrony firmy kopalnianej, redaktor prasy) sprawiają wrażenie zbędnych, bez których można było pewne rzeczy lepiej zarysować. Także czarnoskórzy mieszkańcy pobliskiej osady, składającej się z byłych żołnierzy, pełnią tylko rolę solidnego tła, przydatnego do odtworzenia realiów epoki.

godless2

Ogląda się to z zainteresowaniem, przenosząc się z postaci oraz wątków aż do finałowej konfrontacji. Z jednej strony jest ona dynamicznie zrealizowana, pełna krwi, brutalności i… za grosz realizmu. Przełknąłem jakoś slow-motion, ale że kobitki (w sporej części niezaznajomione z bronią) dają łupnia, a nasi banditos są kompletnie na widoku, do odstrzelenia niczym kaczki. O mały włos niemal doprowadziło serial do katastrofy. Drugim problemem były retrospekcje, niepozbawione pewnych repetycji dialogów (dotyczy to naszego protagonisty, Roya) oraz dość wolne tempo całej opowieści.Wrażenie robi za to bardzo porządna realizacja. Piękne zdjęcia z bardzo plastycznymi plenerami czy sceny z burzą piaskową wyglądają zachwycająco, podobnie jak wiernie oddająca realia scenografia z kostiumami. Plastyczność idzie tu w parze ze świetnie prowadzonym oświetleniem, dobrym tempem oraz pięknymi końmi. Także muzyka przypomina, gdzie jesteśmy i co robimy.

godless3

Ale i aktorzy pomagają wejść w ten klimat. Solidnie wypada Jack O’Connell w roli Roya, który nie jest do końca prawym facetem, a jego przeszłość długo intryguje. Ale okazuje się być całkiem przyzwoitym facetem, mogącym być dobrym ojcem oraz kochającym zwierzęta. Po drugiej stronie jest brodaty Jeff Daniels, czyli Frank Griffin. Mroczny, naznaczony krwawą przeszłością jegomość, potrafiący cytować Biblię, sprawiający wrażenie porządnego faceta (koloratka), ale to bezwzględny i ostry zawodnik. Zawsze opanowany i bezwzględnym. Drugi plan zdominowany jest przez trzy postacie, czyli naznaczonej trauma Alice Fletcher (wspaniała Michelle Dockery), poczciwy i dzielny szeryf (świetny Scott McNeiry) oraz jego siostra (Merritt Wever), nie dająca sobie w kaszę dmuchać. No i jeszcze sympatyczny, szybki oraz gdy trzeba twardy zastępca szeryfa (imponujący Thomas Brodie-Sangster).

godless4

„Godless” mogło być lepszym westernem, niemniej potrafi dostarczyć oraz zaintrygować aż do niemal samego końca. Konie są, strzelaniny też, przemoc miejscami aż wali po oczach, tylko pod koniec powoli napięcie zaczyna siadać, powoli nadrabiając w finale. Ciągu dalszego raczej nie będzie, ale czuć duszę klasyków gatunku.

7/10

Radosław Ostrowski

Towarzysz detektyw

Rumunia lat 80. – kraj mlekiem i miodem płynący, zgodnie z obowiązującą komunistyczną ideologią. I to właśnie tutaj walczą ze złem, czyli skażoną, brudną, kapitalistyczną propagandą najbardziej uczciwi gliniarze oraz dobrzy komuniści: Gregor Anghel oraz Nikita Ionescu. Gdy ich poznajemy, próbują wytropić handlarzy narkotyków, lecz akcja kończy się zasadzką oraz śmiercią Nikity. Wtedy do naszego samotnego twardziela dołącza prowincjonalny glina, Iosef Baciu, który był przyjacielem Nikity i obydwaj próbują prowadzić śledztwo.

towarzysz_kapitan1

Podobno jest to wygrzebany z zakamarków przeszłości rumuński serial kryminalny. Ale cały dowcip polega na tym, że to nieprawda. „Towarzysz detektyw” to parodia propagandowych kryminałów zza żelaznej kurtyny, gdzie dochodzi do klasycznego starcia dobra (komunizm) ze złem (kapitalizm). Dialogi serwują wręcz tak propagandowe treści, m.in. o tym, co to znaczy być dobrym komunistom, jak zachód próbuje za pomocą popkultury dokonywać prania mózgu, że religia jest ogłupiająca, Bóg nie istnieje, donoszenie na innych jest ok itd., itd. Jednocześnie pozostaje on wciągającym, inteligentnie poprowadzonym kryminałem, będącym zaszczepieniem amerykańskich wzorców na wschodnią modłę.

towarzysz_kapitan2

Korupcja, przemyt zachodnich towarów, morderstwo i brud – jest to pogmatwane, dziwaczne (gra w Monopoly) oraz bardzo… zabawne. Podniosłe, patetyczne frazy oraz zabawa ogranymi schematami wnosi wiele świeżości. Stylizacja na lata 80. też jest strzałem w dziesiątkę zaczynając od strojów aż po wplecione piosenki („Flashdance… What a Feeling” śpiewane po rumuńsku – perełka) i pstrokato-kiczowate kolory. Tandeta wylewa się strumieniami, tak jak kontrast między oszczędną scenografią mieszkań czy komisariatu zderzona z willą filmowca lub finałową konfrontacją w imitacji ulicy Nowego Jorku.

towarzysz_kapitan3

Fakt, że mamy do czynienia z żartem podkreśla wykorzystanie angielskiego dubbingu do rumuńskiego filmu. Rumuńscy aktorzy grają naprawdę dobrze, a ich twarze są niepodrabiane, tylko że dubbing wykonany jest dość niechlujnie. W wielu miejscach głos całkowicie rozjeżdża się z ruchem ust, co jest absolutnie zamierzonym efektem i dodatkowym źródłem humoru. Tłumaczenie jest przesiąknięte bluzgami i żargonem, a także ideologicznymi podtekstami. Angielscy aktorzy dają z siebie wszystko (zwłaszcza duet Channing Tatum/Joseph Gordon-Levitt oraz Nick Offerman jako kapitan milicji), balansując na granicy powagi i zgrywy.

towarzysz_kapitan4

„Towarzysz kapitan” z jednej strony jest nostalgiczną podróżą lat 80., z drugiej mamy świat zza żelaznej kurtyny, pełnej przerysowanej, karykaturalnej wizji świata. Zgodnej z ówczesną ideologią polityczną, będącej źródłem dowcipu. Mam nadzieję, że powstanie ciąg dalszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Kacperiada

W Polsce robienie filmów dla dzieci miało długie tradycje, lecz coś ostatnio brakuje tego typu produkcji. Sytuację próbuje zmienić serial „Kacperiada” według opowiadań Grzegorza Kasdepke. Każdy odcinek to osobna historia, a wszystko skupia się wokół Kacpra. A jakie przygody może mieć 6-letni chłopiec, mieszkający z matką – weterynarzem oraz ojcem, pisarzem? O dziwo, jest tego troszkę.

kacperiada1

Pierwszy dzień w szkole, jak mówić prawdę, by nie sprawić przykrości, zgubienie kluczy oraz opanowanie bałaganu, jak naprawić plac zabaw czy znalezienie pewnego skarbu. Wszystkie te opowieści są pokazane w sposób daleki od infantylności, nachalnego dydaktyzmu, ale zrobione z głową, ciepłem oraz bardzo niewymuszonym humorem. Spoiwem łączącym odcinki jest ulubiony bohater naszego protagonisty, czyli Muchomściciel („pół człowiek, pół mucha, pół mściciel”), będący parodią herosów filmów superbohaterskich. A jednocześnie to wszystko jest takie życiowe, problemy takie jak posiadanie nowych rzeczy (kalosze), kwestia listu do św. Mikołaja (tłumaczenie o elfiej poczcie – perełka), przyjaźni z dziewczyną, bycie królem imprezy oraz komunikacji z rodzicami – skąd my to wszystko znamy?

kacperiada2

Sama animacja to mieszanka prostej kreski z trójwymiarowymi postaciami. Wszystko to sprawia wrażenie ręcznie rysowanego tworu, który może spodobać się dzieciom. Nie jest on ani kiczowaty, ani monotonny kolorystycznie. Także muzyka sprawia wrażenie zrobionej przez dziecko, dodając lekkiego klimatu. Zrobione jest to naprawdę miło dla oka oraz ucha.

kacperiada3

Także aktorzy ze swoimi głosami stworzyli wyrazista postaci. Najbardziej w pamięć zapada Matylda Damięcka w roli tytułowej – brzmi ona jak chłopiec, co jest pewnym zaskoczeniem. Bywa zadziorny, uparty i ciekawy świata jak każdy dzieciak. Ale jeszcze lepszy jest Marcin Hycnar jako ojciec, mający w sobie wiele z dziecka, ale próbujący być dla swojego dziecka bardziej kumplem niż surowym ojcem. Jednak całość kradnie Grzegorz Pawlak w roli wszystkich postaci z kreskówki o Muchomścicielu – zarówno jako sympatyczny protagonista z lekko charakterystycznym „ł”, jak i bardzo zblazowany, jakby od niechcenia mówiący Magister ciemności oraz wiele drobnych postaci. Kompletnie nie do poznania.

kacperiada4

Mam nadzieję, że więcej osób zobaczy „Kacperiadę”, bo tak dobrej produkcji dla młodego widza po prostu nie było od dawna. Inteligentna, zabawna, szczera i bez nadmiernego moralizatorstwa. Szkoda, że to tylko 13 odcinków po niecałe 10 minut. Oby powstało więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski