Harry Styles – Harry Styles

HarryStyles-albumcover

Znacie takie sytuacje, gdy członek boysbandu odchodzi z macierzystej formacji i postanawia zacząć swoją nową ścieżkę, tym razem będąc bardziej sobą niż częścią mechanicznego, sztucznego tworu. Taką ścieżkę postanowił podjąć niejaki Harry Styles, którego małoletnie panny znały z niejakiego One Direction. Zebrał producentów pod wodzą niejakiego Jeffa Bashkera (współpraca m.in. z Alicią Keys, Rihanną, Bruno Marsem czy Kanye Westem) i nazwał całość pod wielce oryginalnym tytułem “Harry Styles”. Powiem szczerze, że miałem duże wątpliwości I nie zamierzałem nawet tego krążka kijem dotykać.

Aż do momentu, gdy usłyszałem katowany przez stacje “Sign of The Simes” – utwór brzmiący jakby wygrzebany gdzieś z mroków niepamięci lat 70. z delikatnie prowadzonym fortepianem, smyczkami oraz gitarą. Początek jednak to rozmarzona, delikatna ballada “Meet Me in the Highway”, gdzie wokal brzmi niczym echo. Napędza pozytywnie brzmiąca egzotycznie “Carolina” z cudnie grającymi smyczkami oraz chórkiem w tle, a wszystko przypomina pop-rockowe dźwięki lat dawnych. Czasem skręci w delikatne country (nastrojowe “Two Ghosts”) czy nawet folk (“Sweet Creature”), by zaatakować krótkim, rockowym “Kiwi” oraz “Only Angel” z dreampopowym wstępem. Pozornie taki rozrzut stylistyczny może wydawać się niespójny i chaotyczny, ale udaje się to wszystko utrzymać w ryzach dzięki świetnej produkcji oraz bardzo zmiennemu, dopasowującemu się idealnie wokalowi samego Stylesa.

Wokalista mocno odcina się od swoich poprzednich dokonań, by zaprezentować swoje inne oblicze, czerpiące z dawnego pop-rockowego brzmienia, unikając plastikowości. Ładne aranżacje (te smyczki, gitary) oraz całkiem niegłupie teksty tworzą zaskakująco dojrzały twór. Dobra płyta, z paroma wystrzałami (singlowe numery) i obietnicą czegoś więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cudowny chłopak

Poznajcie Auggie’ego. Ma 10 lat i uczył się w domu przez matkę – ilustratorkę książek dla dzieci. Dlaczego chłopiec nie chodzi do szkoły? Z powodu swojej twarzy, która wygląda po prostu paskudnie. Jest tak źle, że nosi na głowę kask kosmonauty. Ale matka decyduje, że chłopak pójdzie do piątej klasy ichniego odpowiednika gimnazjum z kompletnie nowymi uczniami. Czy da sobie radę, a może ucieknie i zostaje w domu?

cudchlopak1

Produkcja Stephena Chbosky’ego to film z rodzaju tych pogodnych, ciepłych i sympatycznych opowieści, które pokazują świat troszkę zbyt idealny. Świat, w którym ludzie (i dzieci) są w stanie dość szybko wyciągnąć wnioski ze swoich błędów oraz szybko rozwiązujący swoje konflikty, problemy i animozje. Proste, nieskomplikowane kino, które ma poruszyć i wzruszyć. Nasz chłopiec jest w centrum wydarzeń, jednak narracja parę razy przenosi się z postaci na postać, co wnosi wiele świeżości. To jest klasyczny (w treści) film familijny, który ma nauczyć, żeby być tolerancyjnym i nie ignorować czy atakować osoby wyglądające inaczej od tzw. normalnych ludzi. Że wygląd nie ma (inaczej nie powinien) mieć znaczenia wobec charakteru każdej osoby. Przekaz jak najbardziej zrozumiały oraz tutaj bardzo mocno zaakcentowany, jednak nie przeszkadzało mi to tak bardzo (może poza przesłodzonym finałem), zaś twórcy bardzo zgrabnie balansują między takim pokrzepiaczem, mającym dać pozytywną energię, a miejscami poważnym dramatem. Żeby jednak nie było zbyt poważnie, wszystko jest rozładowywane delikatnym humorem (pojawienie się Chewbaki), który się sprawdza.

cudchlopak2

Ale to wszystko nie miałoby siły reżyseria, gdyby nie prowadzona z wyczuciem obsada. Film kradnie Jacob Tremblay, potwierdzając opinię najlepszego (na chwilę obecną) aktora dziecięcego. Mimo robiącej charakteryzacji, aktor nie ukrywa się i buduje wiarygodny portret młodego człowieka konfrontującego się ze światem, wychodzącego z klosza. Równie intrygujący jest Noah Jupe (Jack Will), który staje się pierwszym przyjacielem dla Auggie’ego, choć pojawiają się pewne problemy i komplikacje. Także dorośli bardzo dobrze się odnajdują w tym świecie (ciut) idealnym świecie, wnosząc zarówno większy ciężar dramatyczny (świetna Julia Roberts) czy rozładowując napięcie humorem (uroczy Owen Wilson).

cudchlopak3

„Cudowny chłopak” sprawia wrażenie filmu powstałego 50 czy 60 lat temu (nie, nie chodzi mi o technologię, ale sposób przedstawienia świata), który mógłby spokojnie nakręcić Frank Capra. Taki klasyczny film familijny, który może przedstawia świat zbyt idealny, ale próbuje uczyć innych pewnych wartości oraz postaw. Na szczęście nie robi tego zbyt łopatologicznie, co nie jest takie łatwe.

cudchlopak4

7/10

Radosław Ostrowski

Nienasyceni

Włochy, pełne ciągłego słońca. To właśnie tutaj ukrywa się przed światem Marianne Land – kiedyś wielka gwiazda rocka. Obecnie mieszka z Paulem – fotografem. Kobieta ma chorą krtań i robi sobie przerwę. Jednak ich spokój zostaje przerwany przez dawnego kochanka oraz producenta muzycznego, Harry’ego oraz jego córkę, którą poznał dopiero rok temu.

nienasyceni1

Film reklamowany jako kryminał, ale nie do końca pasuje do tej konwencji. Dzieło Luki Guadagnino jest produkcją opartą w dużej części na tajemnicach, niedopowiedzeniach i jednocześnie w oparach ciepłego lata oraz bardzo mocno obecnego napięcia (także erotycznego). Jednak reżyser z jednej strony ma pewne element łamigłówki (łamana chronologia, skupienia na spojrzeniach, słowach i gestach), tylko tworzenie intrygi kompletnie go nie interesuje. Sami próbujemy rozgryźć te relacje, nie do końca jasne motywy zachowań oraz pewien stań niemal ciągłej zabawy wprowadzony przez ciągle nienasyconego Harry’ego (fenomenalny Ralph Fiennes). To on napędza cały film, tworząc niemal rozpędzone do granic możliwości nieustanne święto, doprowadzając niemal do ekstremum, zawsze pierwszy, zawsze gotowy. Nawet kiedy dochodzi do zbrodni, to samo śledztwo zostaje potraktowane i poprowadzone dość szybko, ale bez rozwiązania.

nienasyceni2

Całość niesamowicie działa na zmysły – połączenie bardzo nasyconych kolorów, pięknych krajobrazów czy kostiumów sprawia, że nie można oderwać oczu. Gdy jeszcze dodamy do tego parokrotnie wykorzystany teledyskowy montaż oraz mieszankę muzycznych stylów, będziemy chcieli zostać tutaj na dłużej. I mamy dwa wyjścia: albo uważnie i wnikliwie obserwować naszych bohaterów lub kompletnie zanurzyć się w świecie dookoła.

nienasyceni3

Jak wspomniałem, film kradnie Ralph Fiennes, sprawiający wrażenie ciągle “głodnego” życia, będącego niemal fizycznym wcieleniem nieustannej balangi (scena tańca w rytm Rolling Stonesów). Tylko na ile jest to prawdziwe oblicze, a na ile to tylko maska, skrywająca w sobie pustkę? Na tym samym wysokim poziomie wnosi się Tilda Swinton w roli głównej, muszącą grać wszystkim poza głosem. I to wygrywa fantastycznie, pokazując niby stabilne i spokojne życie, ale jednocześnie widać pewną tęsknotę za czasami występów oraz związkiem z Harrym. Kontrastem jest bardzo opanowany i spokojny Matthias Schoenaerts (Paul), sprawiający wrażenie niewzruszonego monolitu.

Czym są “Nienasyceni” – wakacyjną opowieścią, zmysłową eskapadą, chwilą celebracji czy zmuszającym do refleksji dramatem egzystencjalnym? Nie jest do końca poważny, ale wymaga uwagi i skupienia. Wtedy wszystko nadrabia z nawiązką.

7/10

Radosław Ostrowski

Mój staż w Kanadzie

Kanadyjska dzielnica Quebec. To tutaj pracuje obecnie deputowany Steve Guibord, kiedyś bardzo obiecujący hokeista, którego karierę złamała… awiofobia. Obecnie mieszka razem z żoną, która prowadzi leśną szkółkę oraz idącą na studia córką. Swoje biuro ma w sklepie z bielizną, a wszystko poznajemy z perspektywy stażysty z Haiti. I spokojne życie deputowane wywraca się do góry nogami, z powodu choroby jednej z posłanek, a Guibord musi zdecydować czy Kanada powinna interweniować zbrojnie. Niezdecydowany deputowany postanawia przeprowadzić konsultacje społeczne.

moj_staz_w_kanadzie1

Satyra polityczna to gatunek bardzo trudny do zrealizowania oraz dość popularny w świecie. Ale nie wśród polskich filmowców (ciekawe, dlaczego? Przecież kochamy politykę.). dlatego opowiem wam o tym kanadyjskim dziele Philippe’a Falardeau. Tym razem twórca „Pana Lazhara” opowiada o politycznym dylemacie, gdzie nasz bohater zaczyna lawirować. Problemy coraz bardziej się zaogniają, lokalni mieszkańcy bardziej dbają o swoje interesy (miejscowi Indianie, kierowcy, blokady). Ale konsultacje nie są wcale proste – widzimy manipulację, próby targów (miejsca pracy, propozycja objęcia urzędu ministra) oraz próby wybrnięcia z tego impasu. Poseł jest atakowany przez wszystkich: od lewa do prawa, a nawet jego zdjęcie jest wykorzystane przez pacyfistów. Wszystko jest zaskakująco trafne, miejscami nie pozbawione złośliwości oraz humoru (głównie sytuacyjnego). A do tego widzimy młodego, idealistycznego stażystę z Haiti, gdzie trwa gorączkowa dyskusja o tych wydarzeniach.

moj_staz_w_kanadzie2

Niby znamy te mechanizmy zwane polityką z nieczystymi, etycznymi zagrywkami, ale reżyser nie szydzi z bohatera, ale pokazuje jak podejmowanie takich decyzji nie jest wcale takie proste. Bo jak pogodzić interesy tak sprzeczne ze sobą: rynki pracy, weterani, Indianie. Cokolwiek zrobi nasz bohater (poczciwy Patrick Huard), będzie źle, ale szybko udaje się zdobyć sympatię tego sympatycznego polityka. Jego rozmowy ze stażystą, Souvenirem Pascalem (świetny Irdens Exantus), pełnym ideałów, podniecenia oraz cytowania klasyków filozofii mają w sobie prawdziwy ogień.

moj_staz_w_kanadzie3

Z jednej strony to lekkie, dowcipne kino polityczne, z drugiej nie pozbawione trafnych obserwacji mechaniki władzy. Zakończenie sugeruje ciąg dalszy, którego nie mogę się doczekać. Ciekawe, jak by to wyglądało w Polsce.

7/10

Radosław Ostrowski

Powiernik królowej

Jest końcówka XIX wieku. W Indiach mieszaka niejaki Abdul Karim – zatrudniony przez brytyjskie wojsko człowiek, który spisuje skazańców i czasami pomaga brytyjskim władzom w wielu kwestiach. Ale tym razem zostaje wysłany do Londynu z zadaniem wręczenia okolicznościowej monety od Indii samej królowej Wiktorii. Jednak młodzieniec zwraca uwagę monarchii, która czyni go swoim służącym.

powiernik1

O tej historii byśmy nie poznali, gdyby nie znalezione w 2010 roku pamiętniki Karima. Zaintrygowali się tym filmowcy i postanowili opowiedzieć tą małą znaną historię. „Powiernik” w rękach Stephena Frearsa to bardzo lekka historia tej niezwykłej przyjaźni, opowiedziana z dystansem oraz luzem. Całość oparta jest na bliższym poznawaniu obydwu stron, które uczą się nawzajem. A jednocześnie widać kilka pewnych elementów wrzuconych do gara: dworskie intrygi, fascynacja Indiami, zderzenie kultur Wschodu i Zachodu. Widzimy tę relację na przestrzeni lat, która doprowadza wszystkich do zawiści, niechęci, niezrozumienia, wrogości. Scenariusz jest dość wątły, ale dialogi między parą naszych bohaterów są najciekawsze. Frears to wygrywa, tylko że cała reszta jest ledwo liźnięta m.in. z powodu słabo zarysowanego drugiego planu, który zlewa się w jeden twór. Pozbawioną charakteru masę, łączącą niechęcią do Abdula.

powiernik2

Wrażenie robią także sceny, gdzie mamy przełamywanie panującego porządku czy pojawiająca się na początku scena uczty. Z jasno opisanym porządkiem, potrawami, wystawnymi daniami czy talerzami. Kamera wręcz płynie, wygląda to ślicznie, a kostiumy czy scenografia robią dobre wrażenie. Ale najlepsza w tym całym zestawie jest fenomenalna Judi Dench. Na pierwszy rzut oka wydaje się stara, trochę zmęczona życiem, samotna. Jednak relacja ze skromny i pełnym pozytywnej energii Abdulem (sympatyczny Ali Fazal), daje jej prawdziwego kopa, dodając sił oraz majestatu (kapitalna scena, gdy pod wpływem groźby uznania za niepoczytalną, podaje swoje dokonania). Aktorka kompletnie dominuje nad ekranem, zawłaszcza każdą scenę i pokazując ile ma jeszcze do zaprezentowania.

powiernik4

Frears zdecydowanie zrobił bardzo lekki, przyjemny film, skłaniający do pewnej refleksji. Przy pokazuje jak bardzo silne są uprzedzenia wobec inności (muzułmanów), które można i warto przełamywać. Ale dla mnie to troszkę za bardzo delikatne i pozbawione większego pazura, przez co trudno wejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Thor: Ragnarok

Pamiętacie Thora? To taki koleś, który rzuca swoim młotem, robi rozpierduchę i zawsze pakuje się w jakieś tarapaty. Najczęściej przez swojego braciszka, Lokiego, który czuje się niedoceniony albo chce mieć władzę nad Asgardem. Ale tym razem Thor ma dużo, dużo większy problem, bo przychodzi siostrzyczka, o której istnieniu braciszkowie nie wiedzieli. Hela to bogini śmierci, która robi rozpierduchę, niszczy młot Thora, a sam bóg piorunów wypada z gry.

thor31

Poprzednie części Thora były troszkę bardziej poważne, mroczne i ciężkie, a jedynka wręcz szekspirowski. Ale tym razem postanowiono zatrudnić nowozelandzkiego wariata, czyli Taikę Waititi. Niezależny filmowiec i Marvel? To brzmi jak szaleństwo, ale efekt jest bardzo interesujący. „Ragnarok” jest komedią, która mogłaby śmiało postawić na półce obok… „Strażników Galaktyki”. Jest znacznie więcej humoru niż można by się było spodziewać. Czuć to już na samym początku, gdy nasz heros zostaje uwięziony, a potem dzieje się cyrk. Loki podszywający się za Odyna, Heimdall zostaje wygnany, Hela jest prawdziwą twardzielką, a rozgardiasz panuje ogromny. Do tego Thor jeszcze trafia na arenę gladiatorów i niczym Spartakus musi powalczyć o swoją wolność. I tak jak poprzednie część, to dalej historia dojrzewania tego łobuza w odpowiedzialnego przywódcę, mierzącego się z kłamstwami oraz rodzinnymi tajemnicami.

thor32

A w tle tego wszystkiego ma dojść do Ragnarok, czyli mitycznego końca świata oraz totalnego wysadzenia Asgardu w pizdu. Wizualnie jest na bogato, wali kolorami po oczach, a kilka scen (retrospekcja, gdzie wojska Walhalii walczyły z Helą) jest wręcz malarskich. Wszystkie poważniejsze wątki są rozładowywane poczuciem humoru (postać lekko tępego Skurge’a, który zmienia stanowisko jak chorągiewki czy wszystko z dr Strange’m), włącznie z całym wątkiem wokół Arcymistrza i pojedynków na arenie. Tutaj dochodzi do decydujących wydarzeń, jest nawet wiele rzeczy z buddy movie, trochę mroku (ale nie za dużo), polane kiczem z muzyką a’la lata 80. na czele. A finał jest wręcz spektakularny, czyli typowy dla Marvela (sceny po napisach sugerują, że Thor zmierzy się z Thanosem).

thor33

Wreszcie znalazł się w tej postaci Chris Hemsworth, dodając bardzo dużo luzu oraz dystansu wobec tej postaci. Nie brzmi tak podniośle i jest bardziej ludzki niż boski (narcyz, złośliwiec, dbający o reputację), co jest dla mnie największym plusem. Charakteru za to nie stracił Loki (życiówka Toma Hiddlestone’a), który nadal jest takim cwaniakiem, działającym na dwa fronty. I wreszcie jest charakterny łotr, znaczy się łotrzyca w postaci Heli (cudowna Cate Blanchett), planująca się odegrać za dawne winy. Ale film za to kradnie fantastyczny Jeff Goldblum jako troszkę elokwentny, cwany, podstępny i złośliwy Arcymistrz oraz sam reżyser jako kamienny wojownik Korg.

thor34

Chociaż początek jest dość powolny i spokojny, „Ragnarok” nabiera rozpędu doprowadzając do ekstremum. Człowiek-Młot nabiera nowych mocy i jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż się można spodziewać. Nie wiem, co tym razem wymyślą twórcy MCU z Thorem, ale czekam na to.

8/10

Radosław Ostrowski

Skok na Hatton Garden

Ileż było filmów o skokach nie do wykonania? Amerykańskich, brytyjskich, polskich czy francuskich od groma i będzie jeszcze więcej. Tym razem jednak skok jest ustawiony w więzieniu przez węgierską mafię. Zadania ma wykonać młody skazaniec i zebrać ekipę, stawiając na bardziej doświadczonych ludzi, a celem jest… skarbiec depozytorowi Hatton Garden, gdzie do zgarnięcia jest kilkaset milionów dolców. Ale jak wiadomo, będą problemy.

hatten_garden1

Tym razem kryminalny skok zrobi paru oldboyów z Wysp Brytyjskich. I wszystko jest tu zrobione zgodnie z reguła klasycznego heist movie: zbieranie zespołu, przygotowania (kupno sprzętu, wozu itp.), wreszcie skok oraz obowiązkowe komplikacje w postaci skorumpowanego gliniarza i drobnych płotek z półświatka. Zrobione jest to na tyle lekko, ze ogląda się ze sporą frajdą, mimo braku czegoś oryginalnego. Niektóre przejścia montażowe są całkiem niezłe, godne Guya Ritchie, tak samo jak bardzo retro muzyka w stylistyce lat 70., czyli jazzowo, z dużą dawką fletów, perkusji oraz łagodnych klawiszy. Pojawiają się komplikacje, powoli jest budowane napięcie, a kilka momentów jest dramatycznych (zasłabnięcie jednego z członków składu). Sam film pozostaje też przykładem działania męskiej przyjaźni, zahartowanej wspólnym działaniem i sprawdzonej w boju. Poprowadzone jest to zgrabnie, ale bez robienia z widza kompletnego idioty. Troszkę to przypomina „Angielską robotę”, chociaż finał nie jest aż tak mocny.

hatten_garden2

Wszystko to jest bardzo wdzięcznie zagrane, bez napinki i z dużą dawką luzu. Najłatwiej wpasowali się w ten zestaw staruszkowie pod wodzą Larry’ego Lamba, wyglądające niczym brat Terence’a Stampa, tylko z większą ilością włosów na głowie. Ale nawet Matthew Goode jako narrator oraz szef całej akcji spisuje się dobrze. Zaskakująco łatwo odnajduje się w tej konwencji, zaś chemia między nim a resztą gangu trzyma się świetnie.

hatten_garden3

„Skok na Hatton Garden” raczej nikogo nie zaskoczy, ale czas przy nim nie będzie całkowicie stracony. Lekkie, zabawne, przyjemnie zrobione i bez poważniejszych zastojów. Można by było podkręcić jeszcze bardziej stawkę, lecz pozostaje to solidną zabawą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Królewicz Olch

Kuba Czekaj – żaden inny polski reżyser w ostatnim czasie tak mnie nie wkurzył i byłem jednym z niewielu, których debiut „Baby Bump” odrzucił swoją treścią. Niemniej muszę przyznać, że wizualnie wyglądał świetnie. Tylko, co z tego? Niemniej wiedziałem, czego należało się spodziewać po „Królewiczu Olchu”. Czy jest lepszy, znowu podzieli widownię, a może reżyser przekona swoich hejterów?

krolewicz_olch1

Bohaterem tego dzieła jest młody chłopak o wielkim umyśle intelektualnym, ze wskazaniem na fizykę. Ma 14 lat i jest wychowany, przepraszam, tresowany przez swoją matkę, a ojca nikt nie widział. Mamuśka wykorzystuje chłopca i jego geniusz do udziału w różnych konkursach, dających sporą bonifikatę finansową, przez co czuje się lekki dziwadłem. Jednocześnie pracuje nad pewnym projektem.

krolewicz_olch2

Sama fabuła jest dość pretekstowa, a jej celem jest… no właśnie. Wszystko jest tutaj strasznie pogmatwane, a reżyser rzuca nas na głęboką wodę, nie dając żadnych wskazówek ani poszlak. A czego tutaj nie ma: komputer odmierzający koniec świata, teoria światów równoległych, brak akceptacji rówieśników, majaki mieszające się z rzeczywistością, kompleks Edypa, tajemnicze drzewo, tworzenie hologramów no i wpleciony w to wszystko „Król olch” Goethego (i jego muzyczna wersja od Schuberta). A wszystko jest oprawione w formę jakiejś alegorii czy metafory, której znaczenie potrafią rozszyfrować jedynie nieliczni. Miasto jest kompletnie anonimowe, będące mieszanką polskiego, angielskiego i niemieckiego (było to w „Baby bump”), a scenariusz wydaje się jedynie ciągiem scenek, gdzie samemu trzeba rozgryźć sens. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Czekaj tak się zakochał w swoim dziele, że nie potrafił wcisnąć w odpowiednim momencie hamulca i została przekroczona granica między artystycznym bełkotem a czymś podniosłym, pełnym ambicji.

krolewicz_olch3

Po obejrzeniu na pewno poczujecie wielki zamęt w głowie. Próba rozgryzienia wszystkich scen, gestów, znaczeń czy rzucanych kwestii pozbawionych (dla mnie) jakiegokolwiek sensu. Rzadko bohaterowie ze sobie rozmawiają, zaś ciągle rzucane fragmenty poematu sprawiają złudne wrażenie spójności. Nawet finał, gdzie dochodzi do zderzenia obydwu światów (gdzie każdy głos ma taki „szum” ekranowy) wprawia w totalną konsternację i sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Nawet aktorzy nie mają specjalnie co grać, bo te postacie są tylko i wyłącznie figurami, pozbawionymi głębszych cech charakteru oraz wiarygodnej psychologii.

krolewicz_olch4

Film oparty tylko na samej tajemnicy może przykuć uwagę. Nadal wygląda to fantastycznie, tylko czy poza mocną sferą audio-wizualną jest coś więcej? Drugie dno, trzecie, czwarte? A może samo dno? Mnie, znowu, Czekaj odstraszył. Trochę szkoda, bo ma on w sobie ogromny potencjał, tylko że albo jest to pretensjonalny bełkot, albo ja jestem zwyczajnie za głupi na takie kino.

3/10

Radosław Ostrowski

Good Time

Początek tego filmu to rozmowa u psychiatry, gdzie odbywa się jakaś forma terapii. Tu tutaj znajduje się Nick – upośledzony umysłowo mężczyzna, którego wyrywa stamtąd jego brat Connie. Po co? By razem mogli napaść na bank. Wszystko idzie zaskakująco szybko i sprawnie, ale zaczyna się sypać po wyjściu z banku. Najpierw wybucha granat z farbą, a potem Nick zostaje schwytany przez policję. Connie by wpłacić za niego kaucję, potrzebuje jeszcze 10 tysięcy dolarów. Tylko skąd zdobyć pieniądze?

good_time1

Bracia Safdie początkowo wprawiają w konsternację, bo wstęp zapowiada bardziej kino społecznie zaangażowane. Ale potem to idzie w stronę rasowego kryminału, gdzie mamy napad (bardzo szybko zrobiony), ucieczkę oraz próbę odzyskania brata. By to zrobić, zanurzymy się w nocną podróż, pełną ludzi z niższych sfer, które próbują własnymi siłami spełnić amerykański sen. Droga ta jest wyboista, miejscami bardzo mroczna i pozbawiona jakiejkolwiek nadziei na szczęśliwy finał. Bo jeśli sam swojemu szczęściu nie pomożesz, nikt inny tego nie zrobi. Realizacyjnie film przypomina transowe produkcje Nicolasa Windinga Refna, gdzie z jednej strony mamy silne nasycenie kolorami oraz hipnotyzującą muzykę elektroniczną. Z drugiej zaś jest wiele ujęć z ręki, która sprawiają wrażenie jakbyśmy oglądali dokument. I to zderzenie nie wywołuje zgryzów. Reżyserzy potrafią zbudować napięcie (sceny w lunaparku), doprowadzając do dość zaskakującego finału.

good_time2

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do zmiennego tempa oraz masy zbiegów okoliczności, które pomagają bohaterowi wyjść z niemal każdych tarapatów. Niemniej byłem w stanie wejść w tą historię oraz jej klimat. A największą zaletą filmu jest fantastyczna rola Roberta Pattinsona, który ostatecznie odcina się od pamiętnej kreacji świecącego wampira. Tutaj widać jego zdenerwowanie, działanie instynktowne, a jednocześnie bardzo przemyślane aż do końca. To jak działa intuicyjnie, budzi wrażenie. Poza nim wybija się (szkoda, że tak krótko) Ben Safdie jako upośledzony umysłowo Nick z bardzo charakterystycznym, ospałym głosem oraz Buddy Duress jako narwany oraz klnący Ray, spotkany na drodze przez bohatera.

good_time3

„Good Time” to dziwny, transowy kryminał, stawiający na klimat. Gdy złapiecie ten rytm, to będzie bardzo dobrze spędzony czas.

7/10

Radosław Ostrowski

Dave Kerzner – Static

a0129160493_10

O tym charyzmatycznym muzyku opowiadałem już przy recenzji debiutanckiej płyty zespołu Sound of Contact (nie mogę się doczekać drugiego wydawnictwa, chociaż ostatnio są znowu komplikacje). W między czasie gitarzysta oraz kompozytor grupy, wydał solowy album “New World”, który został dobrze przyjęty. Teraz Kerzner poszedł za ciosem, znowu zaprosił masę gości, m.in. Steve’a Hacketta (gitarzysta Genesis), Matta Dorseya (kumpla z macierzystej formacji), czy Colina Ewina (basista Porcupine Tree) i tak powstał “Static”.

Fani progrockowych dźwięków powinni się ucieszyć, prawda? Początek, to bardzo krótkie oraz oszczędne intro w postaci “Prelude”, które płynnie przechodzi do rozbudowanego, gitarowo-perkusyjnego “Hypocrites”, jakby żywcem wziętego z lat 70. Grany jest bardzo lekko, wręcz przebojowo, perkusja może się wykazać, zaś w połowie wchodzą klawisze, dodając odrobinę magii. Bardziej melancholijny utwór tytułowy łapie za gardło, zahaczając troszkę o Pink Floyd z ładnym fortepianem oraz delikatnymi wokalizami Ewy Karoliny Lewowskiej. Znacznie gwałtowniej jest przy akustycznym “Reckless” z psychodeliczną końcówką. Równie spokojniejszy jest “Chain Reaction”, pełen pozytywnej energii oraz ładnej gitary czy dużo lepszy “Trust” z cudnym solo skrzypiec i pięknym fortepianem. Dziwacznie brzmi pełen sklejonych elektronicznych dodatków krótki “Quiet Storm”, ale gdy wchodzi chropowaty “Dirty Soap Box”, to uderzają soczyste solówki Steve’a Hacketta, przesterowany bas oraz popisy perkusyjne Nicka D’Virgilio z Big Big Train. Podniosły “The Truth Behind” mnie znudził i zmęczył swoimi popisami instrumentalnymi (strasznie hałaśliwymi), a lejący w tle deszcz niczego nie naprawił. “Right Back to the Start” to krótki przerywnik dla przedłużenia czasu, podobnie instrumentalny “Statistic”. Sytuację próbuje ratować bardziej soczysty “Millennium Man”, który spokojnie by wszedł na ostatni album Rogera Watersa, gdyby ten postawił na czad, a “State of Innocence” z cudnie śpiewającymi chórkami oraz troszkę ospała gitara, brzmiąca niczym skrzypce.

Na finał Kerzner postawił na bardzo długi, bo 16-minutowy kawałek “The Carnival of Modern Life”. Na początek dostajemy dziwnie zmieszaną wiolonczelę z elektronicznymi dodatkami, by szybko wskoczyć w jazz-rock zmieszany z psychodelią, gdzie gitara z klawiszami zaliczają coraz bardziej pokręcone solówki, tempo się zmienia jak w rollercoasterze, a w głowie nie zostaje niewiele, poza inspiracją Pink Floydami.

Kerzner wokalnie nadal śpiewa delikatnie, coś pomiędzy Davidem Gilmourem a Stevenem Wilsonem. Jednak problem ze “Static” jest taki, że połowa płyty działa mniej emocjonalnie od reszty. Debiut miał większą siłę rażenia, a tutaj jest troszkę przekombinowania, brakuje pazura oraz mocy w tym wszystkim. Liczyłem na coś więcej, choć jest kilka ciekawych numerów.

7/10

Radosław Ostrowski