Czas próby

Jest rok 1951. Poznajcie niejakiego Berniego. To bardzo nieśmiały, młody marynarz Straży Wybrzeża. Wiecie, to nie jest łatwa fucha dla takiego służbisty, ale gdy go poznajemy ma iść na randkę z kobietą, która zna tylko telefonicznie. Ale związek się rozwija i jest ślub w planach. Lecz parę miesięcy dochodzi do sztormu, podczas którego tankowiec rozpada się na dwie części. Załoga pozbawiona kapitana jest zdana tylko na siebie. Mogą się jedynie modlić o pomoc, bo szansę na wyjście cało są niewielkie.

czas_proby1

Tą prawdziwą historię postanowił opowiedzieć Craig Gillespie – typowy rzemieślnik, który wypłynął na szerokie wody niezależnym debiutem „Miłość Larsa”. Potem pojawiły się większe budżety, bardziej znane twarze na pierwszym planie i… nagle czegoś zabrakło w tych filmach. „Czas próby” to taki klasyczny dramat, gdzie mamy dwóch ludzi, co nie chcą, ale muszą. Muszą stanąć na czele ludzi i podjąć się ocalenia. Całość toczy się dwutorowo – z perspektywy ratowników oraz ocalonych marynarzy pod wodzą wycofanego mechanika, co jeszcze bardziej ma podkręcić napięcie. Sceny, gdy mamy pokazaną bezwzględną siłę natury, wyglądają wręcz obłędnie (zwłaszcza te kadry „podwodne”), aż można poczuć wodę na twarzy. I można było te sceny pokazać choćby w IMAX. Poza tymi ujęciami, realizacja jest bardzo klasyczna, pełne delikatnych, wręcz pastelowych kolorów, udanie rekonstruując realia epoki. Ale udaje się uniknąć nadmiernej dawki patosu, bez łopoczącej flagi oraz bardzo, bardzo podniosłych słów.

czas_proby2

Niby wszystko jest tam, gdzie trzeba, jednak film nie angażuje za bardzo. Dlaczego? Może dlatego, że postacie są ledwo zarysowane w oparciu tylko o jedną cechę charakteru: doświadczonego weterana wątpiącego, niedoświadczonego wilka, narzeczoną czekającą na chłopaka, służbistę, dowódcę. Mamy tylko wycinek z życia bohaterów w tytułowej chwili próby.

czas_proby3

A to jest pewien poważny minus. Chociaż zaczynamy lubić te postacie, jest to zasługą aktorów. Skoro mamy Chrisa Pine’a (Bernie Webber), Bena Fostera (Livesey) czy Erica Banę (dowódca Cluff), to nie może być słabo. Dla mnie największą wartością jest Casey Affleck w roli mechanika Syverta. Bardzo wyciszony, ale jako jedyny mający plan do działania, staje się przywódcą rozbitków. I jest w tej postaci – podobnie jak u Berniego – pewna tajemnica, mieszanka solidności, opanowania, walki oraz determinacji. Obydwaj są po prostu fachowcami, znającymi się na swojej profesji, co w takich sytuacjach zawsze jest potrzebne.

„Czas próby” miał wszelkie predyspozycje na dramatyczny, poruszający dramat zmieszany z dreszczowcem. Niby jest suspens, czuć stawkę tej gry, realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, aktorsko też. Ale to wszystko nie angażuje, pozostaje letnie, choć ogląda się to przyjemnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Blade Runner 2049

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, więc czytacie na własne ryzyko.

Pamiętacie taki film, w którym nasz bohater tropił androidy – humanoidalne maszyny, pracujące poza Ziemią, ze względu na swoją siłę fizyczną i wytrzymałość. Tak wyglądał świat AD 2019. 30 lat później ten świat nie wygląda lepiej: upadek korporacji Tyrella, zaćmienie doprowadzające do skasowania danych komputerowych, brak naturalnej żywności oraz replikanty będące całkowicie posłuszne. Jednym z nich jest K. – nowy oficer policji. Ścigając jednego ze starszych modeli androidów, trafia na pewną rzecz, która może doprowadzić do zachwiania równowagi. Otóż K. znajduje szczątki kobiety, która urodziła dziecko. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jest ona… replikantem.

blade_runner_20491

Jeśli bierzesz się za kontynuację takiego dzieła jak „Blade Runner”, to musisz być bardzo pewny siebie albo wielkim geniuszem. Kim w tej sytuacji jest Denis Villeneuve? Kontynuacja jednego z największych filmów SF była zadaniem karkołomnym, lecz reżyser ze scenarzystami coraz bardziej rozszerzają to uniwersum poza deszczono-neonowo-cyberpunkowe Los Angeles spowite mrokiem oraz światem do cna zepsutym, gdzie wszyscy ludzie dbają tylko o siebie. Sama intryga jest bardzo zagmatwana i razem z K. próbujemy ustalić kim jest to dziecko, o którego los toczy się cała stawka. Świat wygląda niczym postapokaliptyczny koszmar i powtórzone są pytania z oryginału o sens człowieczeństwa. A po drodze odwiedzimy takie miejsca jak sierociniec, gdzie dzieci zmuszane są do pracy czy skażone promieniowaniem pozostałości po Las Vegas.

blade_runner_20494

Jestem pod ogromnym wrażeniem strony wizualnej, tworzącej niesamowity świat. I nie chodzi tylko o mocne nasycenie kolorów, ale wizję świata. Od dziennej mgły przez siedzibę Wallace’a (ta odbijająca się woda), złomowisko aż do pustyni pełnej dużych pozostałości po kasynach. Wizja tego świata budzi przerażenie, a człowiek jeszcze tak blisko bycia Bogiem. Stworzenie replikanta zdolnego do spłodzenia jest bardzo intrygującym rozwiązaniem i daje furtkę do ciągu dalszego, chociaż ten wątek – oraz pewnych rebeliantów – wydaje się troszkę na siłę wciśnięty. Podobnie jak wątek związany z prawą ręką Wallace’a, czyli Luv, będąca bardziej wkurwioną wersją Terminatora, przekonaną o swojej wyjątkowości. To było zbyt efekciarskie, jak dla mnie. Podobnie jak sceny, będące repetycjami pewnych dialogów, jakby wiara w inteligencję widza była zachwiana.

blade_runner_20492

I do tego jak świetnie jest to zagrane. Najbardziej zaskakuje tutaj Ryan Gosling jako K. – posłuszny, chłodny replikant. Ale obecne śledztwo staje się dla niego wędrówką dla siebie, zmuszając go do postawienia pytania: kim jestem? Te wątpliwości i rozterki przedstawione za pomocą jedynie oczu czy mowy ciała, dając prawdziwego ognia. Drugą niespodzianką jest „dziewczyna” naszego bohatera, czyli Joi (zjawiskowa Ana de Armas), będąca… hologramem, istotą równie sztuczną jak K. i ta relacja między nimi parę razy zaskakuje. Jest nawet scena podobna z „Ona”, co zaskakuje. Jednak wszyscy tak naprawdę czekaliśmy na Harrisona Forda, czyli Ricka Deckarda. Zmęczonego, starego i niepozbawionego sprytu twardziela, pełnego energii. A co tu robi Jared Leto? Pojawia się raptem w trzech scenach, ale potrafi zbudować bardzo mroczną postać geniusza, dążącego do udoskonalenia swojego dzieła. Nawet te filozoficzne gadki nie drażniły, co jest bardzo łatwe do spieprzenia.

blade_runner_20493

Jak sobie poradził z legendą kultowego dzieła Ridleya Scotta filmowiec z Kanady? Zachwyca wizualnie, dalej prowokuje do myślenia i powtarza pytanie o bycie człowiekiem w świecie, gdzie ludzkość nie kwapi się do swojego zadania. Owszem, jest fabularnie zagmatwany i wymaga wiele skupienia, ale wysiłek jest w pełni satysfakcjonujący.

8/10

Radosław Ostrowski

Maynard Ferguson – Body and Soul

41X9DZS6GYL

Jazz śpiewany, a jazz instrumentalny to dwie różne półki. Popisy instrumentalne różnych muzyków dla słuchaczy mogą być dość męczące. Ale nawet na tym polu zdarzają się wyjątki jak kanadyjski trębacz Maynard Ferguson. W 1986 roku nagrał album „Body and Soul”, a dwa lata temu wznowiono to wydawnictwo. Czy po latach się potrafi obronić?

Fergusona wsparli koledzy, m.in.: trębacz Wayne Bergeron, klawiszowiec Todd Carlon, basista Dave Carpenter, gitarzysta Michael Higgins oraz perkusista Steve Fisher. Na początek dostajemy energetyczne „Espresso”, pokazujące jak wielką siłę potrafi mieć kawa po wypiciu: pędzące na złamanie karku popisy trąbki z saksofonem, „strzały” dęciaków, łagodzące klawisze to wszystko tworzy mieszankę wybuchową. Bardziej rozmarzony jest utwór tytułowy, z mocniej zaznaczonym basem oraz dużo silniejszą solówką Maynarda. Przy „M.O.T.” bardziej czuć rockowy posmak, a także większą obecność klawiszy, co dodaje klimatu. Także bardziej egzotyczna samba „Mira Mira” przyjemnie buja, tak samo jak taneczny „Last Dive”. Chwilę spokoju daje nam lekko „orientalny” „Beautiful Hearts” z bardzo przyjemnym fortepianem oraz pięknym fletem, by znów porwać do tańca w funkowym „Central Park” oraz bardziej soft-rockowemu „Flight 108”.

Najbardziej zaskakuje fakt, że pomimo 30 (nawet więcej) lat na karku, „Body and Soul” ma w sobie wiele energii oraz świeżości. Czuć brzmienie epoki (klawisze), ale to wszystko ma w sobie wiele mocy, energii oraz pazura. Ferguson na trąbce potrafi uwieść, gra z pazurem, zaś muzyka przyjemnie buja i chce się więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

One – Świat świętych krów

swiat-swietych-krow-b-iext36412030

Czasem zdarza się tak, że bardzo młodzi wykonawcy grają bardzo starą muzykę. Tak postanowił zrobić gitarzysta Adam Malicki, który swoją pierwszą płytę nagrał w wieku 16 lat! Takie były początki One, który trzy lata temu rzucił swoim fanom drugi materiał. Tym razem muzyka wsparli wokalista Adam Wolski (Golden Life), perkusista Jeff Bowders (Joe Satriani), gitarzysta Paul Gilbert (Mr. Big), a jakością brzmienia zajął się Jun Murakawa (współpraca m.in. z Nine Inch Nails oraz Soundgarden). Z takim składem to musiało wypalić.

Brzmi to surowo, prosto, ale też bardzo energetycznie, co czuć już w utworze tytułowym. Mocne uderzenia perkusji, siarczyste riffy, czasami diablo rozpędzone, godne takich klasyków jak AC/DC czy Def Leppard (hard rockowe „Bramy nieba”). Bywa też i mroczniej jak w powolnym „Sezamie mój”, który zmienia tempo w połowie, ale to rzadkie chwile spokoju. Najważniejsze jest tutaj mocne, siarczyste granie Malickiego, brzmiącego niczym prawdziwy zawodowiec. Nie ważne czy to stadionowa „Krew mojego miasta”, niemal purplowskie „Cesarstwo zła”, bardziej funkujący „Hołd”, gdzie bardziej wokalista rapuje niż śpiewa czy soczystego bluesa w postaci „Wezwania”. A chcecie sprawdzić jak brzmią na żywo? Wystarczy włączyć rock’n’rollowy „Po prostu my”.

Taki staroświecki rock nadal jest w cenie, a popisy gitarowe Malickiego czynią go jednego z najmłodszych rockmanów w naszym kraju. Wokal Wolskiego świetnie pasuje do takiego ciężkiego grana, chociaż czasami teksty nie powalają na kolana. Niemniej warto zwrócić uwagę na tą formację, która zaznacza swoją obecność na rockowym panteonie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maleo Reggae Rockers – Wake Up!

0004U1IBJ1HFMWQW-C122

Rzadko słucham muzyki reggae. Nie dlatego, ze mi się nie podoba, ale wszyscy wykonawcy zlewają mi się w jedno. Niemal wszystko brzmi tak samo, jeśli chodzi o instrumentarium, jak też o tempo. Ale są tacy, którzy próbują iść swoją ścieżką, wykorzystując element tego brzmienia po swojemu. Tak próbuje działać Darek Majelonek z formacją Maleo Reggae Rockers na swojej ostatniej płycie z 2015 roku “Wake Up!”. Czyżby miało nastąpić przebudzenie?

Początek jest spokojny, by nie rzec klasyczny w konwencji, czyli przyjemnie bujający “Oh Wicked Man”. A dalej jest jak Pan Bóg przykazał czy raczej Haile Selasje. Spokojne tempo perkusji, “ciachająca” gitarka, czasem ubarwione perkusjonaliami (“Więcej światła” czy oszczędne “Niech ogień płonie”), smyczkami (“Muszę iść”), Hammondem (klasycznie “Nie tak”), solówką trąbki (“Niech ogień płonie”) czy troszkę pędzącą gitarą (“Dziewczyna ze stali”). Bardziej w tym gatunku liczy się pozytywny przekaz, refleksyjne teksty oraz wokalna charyzma. O sile miłości, korzystaniu z życia, zgniłym świecie, karmie itp.

Sam Majelonek śpiewa tak, jakby urodził się na Jamajce i jest to zaleta. Mimo, że “Wake Up!” nie wymyśla prochu od nowa, to jednak słuchanie “Wake Up” dało sporo frajdy oraz energetycznego kopa. Czasami to wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Lisbeth Scott – Bird

Bird_cover_art

Ta uzdolniona wokalistka i autorka tekstów znana jest z tego, że wielokrotnie śpiewała piosenki tworzone do filmów, współpracując z takimi kompozytorami jak John Williams, James Newton Howard czy Harry Gregson-Williams. Sporadycznie te utwory są też wydawane na albumach, których wyszło sporo od lat 90. Trzy lata temu powstała ostatnia płyta tej artystki “Bird”. Jak się lata?

To mieszanka spokojnego popu, ku kontemplacji. Taki jest delikatny, idący ku folkowi oraz country “Beautiful Disaster”, przepełniony gitarami jak tylko się da, a jednocześnie bardzo lekki. Bardziej rockowy jest “Good to Me”, mieszając wręcz eteryczne brzmienie z bardziej wyraźnymi riffami. Ale dominuje tutaj spokój oraz bardziej subtelne dźwięki: lekko westernowe “One Last Time”, roztańczony fortepian w lirycznym “Just Like Rain” czy pełnym akustycznej gitary “Let It All Go”. Nie mówiąc o mandolinowym, skocznym “So In Love” oraz mieszającym chórki z folkiem “Spare Me”. Wszystko zwiewne, urocze i śliczne, czasami nawet rozpędzone (początek “Still Feel Fine”), ale bez przesady.

Podobnie delikatny jest wokal pani Scott, rzadko pozwalający sobie na momenty ekspresji (finałowe “Hallelujah” Leonarda Cohena, zaskakująco nijakie). Czy ta ptaszyna będzie w stanie się wzbić wyżej? Nie jestem tego pewny, a czas można spędzić przy słuchaniu innych albumów.

6/10

Radosław Ostrowski

Joe Satriani – What Happens Next

Joe_Satriani_-_2018_-_What_Happens_Next

Dawno nie było instrumentalnej muzyki gitarowej. A ostatnim takim macherem w kasowaniu riffami konkurencji stał się legendarny Joe Satriani. Ten łysol w okularach robi z gitarą to, co niejeden facet z dziewczyną – i nie chodzi mi o picie herbaty oraz jedzenie ciasteczek. Do nowego materiału dokooptował Chada Smitha (perkusista Red Hot Chili Peppers), Glenna Hughesa (basista Deep Purple oraz wokalista Black Country Communnion) i Mike’a Frasera (producent), by zrealizował kolejny album pod tajemniczym tytułem “Co będzie dalej”. Co wyszło?

Wiadomo, ze będzie mocno, agresywnie, soczyście oraz hardkorowo. Już otwierający całość “Energy” sugeruje, czego należy się spodziewać – solówki są bardzo melodyjne, rytmiczne, a jednocześnie bardzo, bardzo ostre. Troszkę chropowate, wręcz przesterowane jest “Catbot”, gdzie bardziej wybija dziwacznie brzmiący bas, by pod koniec wejść w bardziej podniosłe tony oraz dać pole do popisu dla fortepianu. W “Thunder High on the Mountain” gitara troszkę brzmi jakby wzięta z “Thunderstrucka”, monotonny rytm wali perkusja, by po minucie kompletnie zmienić tempo, dorzucając bardziej do pieca, by wrócić do początku. Spokojniej przygrywa “Cherry Blossoms”, gdzie Satriani łagodzi tempo, w tle plumkają smyczki, a w połowie riffy stają się bardziej “płaczliwe”, podkręcając tempo do granic ostrości. Równie łagodniejsze jest “Righteous” z lżejszymi uderzeniami perkusji oraz rozpędzonymi w połowie riffami oraz bardziej zbliżone do Carlosa Santany “Smooth Soul”. Na złamanie karku rusza szybki niczym TGV “Headrush”, przyjemnie bujający “Looper” oraz długaśny energetyk w postaci “Super Funky Badass” czy bardzo hałaśliwy (na początku) “Invisible”.

Satriani może i troszkę cofnął się w czasie, ale nadal gra po prostu fantastycznie, by porwać słuchacza swoimi solówkami. Sekcja rytmiczna dotrzymuje kroku solisty, pędzącego czasami na złamanie karku. 62-letni gitarzysta budzi respekt, a jednocześnie przeraża. Bo skoro w tym wieku tak kosi, to aż strach myśleć, co się dalej wydarzy.

8/10

Radosław Ostrowski

Beth Hart & Joe Bonamassa – Black Coffee

Beth-Hart-and-Joe-Bonamassa-Black-Coffee-1-1200x1200

Ten wokalno-gitarowy duet pracował już dwa razy. Ona z głosem jak dzwon, porównywana do samej Janis Joplin, on młody, 40-letni (obecnie) mistrz gitary barwiącej całość bluesem. Jest jeszcze ten trzeci – producent Kevin Shirley, który współpracuje z tą dwójką nie od wczoraj. Ostatnie takie połączenie było 5 lat temu, więc ktoś doszedł do wniosku, że trzeba się znowu spotkać. Tak się narodziło “Black Coffee”.

Początek to soczyste riffy sklejone z dęciakami w postaci “Give It Everything You Got”, które mogłoby się spokojnie znaleźć w “Seesaw”, mimo coraz mocniejszych, szybkich, ostrych solówek. Pozornie wolniejszy, ale bardziej soczysty jest “Dam Your Eyes”, gdzie dochodzi jeszcze grające w tle fortepian, budujący klimat dawnych spelunek. Petard jest utwór tytułowy, gdzie jedynym zabarwieniem jest chórek śpiewający w tle. Pianinko w tle jeszcze będzie się przewijać jak w bardzo delikatnym “Lullaby of the Leaves”, kończące się siarczystymi riffami Joe czy  “Why Don’t You Do Right”. Nie zabrakło nawet miejsca dla skocznego rock’n’rolla w postaci rozpędzonego “Saved”, który nie gryzie się z całą bluesową ferajną. I nawet ten fortepian z dęciaki nie wywołuje zgrzytu, skoro jest to zabarwione tak ostrymi, smakowitymi popisami gitarowymi Bonamassy. Mógłbym dalej wymieniać utwory, ale to jest kompletnie bez sensu, bo wszystko stoi na wysokim poziomie.

Gitarowe popisy mistrza Joe, połączone z siarczystym, energetycznym wokalem Beth Hart tworzy bardzo mocną kombinację dla fanów blues-rockowych klimatów. Czasem zabuja, załagodzi, ale też uderzy z całej siły. Niczym tytułowa czarna kawa, która smakoszom powinna przypaść do gustu.

8/10

Radosław Ostrowski

Atak paniki

Polifoniczna narracja to nie jest coś, czego byśmy nie znali. Stosowano ją od dawna, przez co urozmaicała sposób opowiadania historii. Nie inaczej jest z „Atakiem paniki” – fabularnym debiutem Pawła Maślony. Jest to historia kilku osób, która znajdują się w pewnym krytycznym momencie, doprowadzając do ataku.

atak_paniki1

Wszystko zaczyna się od pewnego samobójstwa młodego chłopaka. Strzał w usta, rozbryzgana krew z resztkami mózgu na ścianie, przyjemna piosenka jakby z lat 60., lecą napisy. A to dopiero początek imprezy. Kogo spotykamy w tej zabawie? Małżonków wracających z Egiptu mających problem z pasażerem, neurotyczna pisarka spotykająca się z byłym partnerem, kelner uzależniony od gier komputerowych, młoda kobieta uprawiającą samogwałt przez Internet oraz trzech małolatów jarających zioło – to są nasi bohaterowie. Maślona wprowadza zamieszania, a ja próbowałem się zastanowić czy te wszystkie postacie się spotkają, czy to tylko luźno powiązane scenki. Jest to pierwsze rozwiązanie, a odkrywanie kolejnych części układanki daje sporo frajdy. Humor jest dość specyficzny, który nie wszystkim się spodoba, a zapętlenie wydarzeń może doprowadzić do stanów przerażenia, wręcz apokalipsy w skali mikro. Jednych to rozbawi, innych przerazi, a jeszcze inni uznają to za błahostkę. Ale trudno odmówić realizacyjnego sznytu. Największe wrażenie robi fenomenalny montaż, gdzie przejścia z wątku na wątek są płynne i sprawiają wrażenie spójnej całości, a nie mechanicznego działania. Podobnie tempo podkręca pulsująca, czasami psychodeliczna muzyka, jeszcze bardziej nakręcając wydarzenia (jak w „11 minut”). Ostatnie minuty to popis realizacyjny, tylko że potem cała historia jakby się urywa. „Nic już nie zostało”, padają słowa, a przed tym widzimy poród, krzyki, walkę z bagażem, fajerwerki (jakby bomba miała eksplodować), pojawia się czarny ekran, lecą napisy końcowe. To już? – przyszło mi do głowy. Bo poczucie niedosytu miałem bardzo mocne, a niektóre dialogi potrafiły strzelić w punkt.

atak_paniki2

Te drobnostki wygrywa za to fantastyczna obsada, gdzie praktycznie nie ma jakichś słabych punktów. Kompletnie zaskakuje Artur Żmijewski, obsadzony wbrew swojemu emploi, pozornie sprawiający wrażenie oazy spokoju, ale oczy i twarz zaczynają wyrażać coś innego. Fason potwierdza też niezawodny Grzegorz Damięcki (Dawid) czy Dorota Segda (Ela), mocno swoją obecność zaznaczają współautorzy scenariusza: Aleksandra Pisula (Kama – sceny niezręcznych rozmów z nieproszonymi gośćmi są rozbrajające) oraz Bartłomiej Kotschendorff (nabuzowany Miłosz). Ale na mnie największe wrażenie zrobiła fenomenalna Magdalena Popławska. Neurotyczna i ciągle gadatliwa Monika, z lekko postrzeloną fryzurą oraz zestawem tików, skupia uwagę od samego początku, ale nigdy nie jest ona przerysowaną karykaturą, o co było bardzo łatwo.

atak_paniki3

„Atak paniki” to bardziej czarna komedia, próbująca być diagnozą współczesnego świata, pełnego zakłamania, tajemnic i czegoś, co nazwałbym wrodzoną nieufnością wobec innych. Może jeden wątek sprawia na początku wrażenie doklejonego na siłę, a początek wręcz budzi dezorientację (przeskoki z bohaterów, łamana chronologia). Ale im dalej w las, tym bardziej dochodzi do eksplozji, zmuszającej postacie do wyjścia poza swoją strefę bezpieczeństwa. Co z tego wyjdzie? To już musicie sami opowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski

Daniel Cavanagh – Monochrome

DanCav-Monochrome-sml

Czy są tu obecni fani Anathemy? Dorobek tej progresywnej formacji z Anglii robi ogromne wrażenie, a siłą zawsze był wokal oraz kompozytorskie umiejętności Daniela Cavanagh. Muzyk tym razem postanowił nagrać solowy album po wydanej w zeszłym roku udanej płycie “The Optimist”. Czyżby dalej było kontynuowane brzmienie progresywne?

Otwierający całość “The Exorcist” spokojnie mogłoby się znaleźć na ostatniej płycie Anathemy, chociaż jest mniej gitarowy niż by się mogło spodziewać. Delikatny fortepian, zapętlone klawisze zaznaczające lekko swoją obecność, wreszcie wchodzi gitara akustyczna bardzo niespieszna i grająca od niechcenia, z czasem jednak te instrumenty zaczynają nabierać na sile, by pod koniec strzelić mocniejsze, podniosłe solo na elektryku. Równie tajemniczo, chociaż bardziej zwarty jest “This Music” z nieco organowym tłem, pełnym krótkich wejść gitary oraz cudnym głosem Anneke Van Giersbergen. Równie podniosły jest “Soho”, który bardzo powoli rozkręca się, by w finale wyciszyć się, dając miejsce dla przestrzennej elektroniki. I wtedy wchodzi prawdziwy kolos w postaci “The Silent Flight Of The Raven Winged Hours”. Zaczyna się od gwałtownej grze na fortepian oraz skrzypce, by potem dać moment spokoju, by podkręcić aurę monotonnymi (pozornie) dźwiękami perkusji, gitary akustycznej oraz przemielonych odgłosów Mooga, zagłuszających nawarstwiające się słowa gdzieś w tle. A kiedy wydaje ci się, że zaraz zapadniesz w sen, gitara bardzo mocno świdruje uszy razem ze skrzypcami. Potem wchodzi miniaturka “Dawn”, rozpędzona niczym diabli. A na koniec dwa długie utwory: powolny oraz spokojny “Oceans of Time”, który staje się coraz bardziej podniosły, a solówka jest bardziej kojąca niż jakakolwiek kołysanka. Podobnie gra “Some Dreams Come True” z ładnym fortepianem, szumem morza, odgłosem dziecka oraz poruszającymi smyczkami.

Więcej jest tutaj kompozycji instrumentalnych, co daje sporo przestrzeni dla muzyków. Cavanagh rzadko śpiewa, ale zawsze angażuje. To zestaw pięknej muzyki, która intryguje, zaciekawia oraz daje sporo powietrza, absolutnie inna od Anathemy. Monotonna? absolutnie nie.

8/10

Radosław Ostrowski