Nieśmiertelny

Oglądając sobie “The Old Guard” przypomniałem sobie o pewnym klasyku z lat 80., który też opowiadał o ludziach żyjących dużo dłużej od zwykłych śmiertelników. Taki jak choćby Connor MacLeod – XVI-wieczny goral ze Szkocji, który przeżył swoją śmierć podczas walki. Mieszkańcy jego rodzinnej wioski nie wierzyli swoim oczom i podejrzewali mężczyznę o układy z Szatanem. Wygnany poznaje egipskiego nieśmiertelnego, Juan Ramirez, który staje się jego mentorem i przygotowuje do ostatecznego celu: Zgromadzenia, gdzie ma dojść do walki nieśmiertelnych, jaką wygrać może tylko jeden. Przeciwnikiem jest niejaki Krugan, próbujący powalić MacLeoda już w XVI wieku.

Russell Mulcahy opowiada pozornie prostą historię o człowieku, dla którego wieczne życie staje się niby darem, lecz tak naprawdę udręką. Narracja jest prowadzona dwutorowo, gdzie poznajemy bohatera współcześnie w Nowym Jorku, jak i w przeszłości, co bardzo mnie zaskoczyło. Przejścia między tymi liniami toczą się niemal płynnie. Ale przeszłość to nie tylko szkocka wioska oraz samotnia, ale też dwa drobne epizody: XVIII-wieczna Francja (pojedynek ze szlachcicem, gdzie nasz bohater jest pijany) oraz czas II wojny światowej, kiedy zostaje uratowana przyszła współpracownica MacLeoda. Informacje dostajemy powoli, a mimo przeskoków czasowych wszystko jest przedstawione jest klarownie. Co jeszcze bardziej mnie zadziwiło to fakt, że ta historia potrafi zaangażować i ma kilka chwytających za serce momentów jak umieranie ukochanej Connora czy pojedynek Ramireza z Kurganem.

Reżyser prowadzi swoją historię bardzo pewnie oraz – co jest dużą zaletą – wygląda to świetnie. Wiele scen jest kręconych pod specyficznymi kątami, sceny akcji są ekscytujące oraz fantastyczną choreografię. A wszystko jest widoczne oraz klarowne, bez zbędnego efekciarstwa czy szybkiego montażu. To wszystko jeszcze podkręca fenomenalna muzyka Michaela Kamena oraz piosenki grupy Queen. Plus absolutnie zapadające w pamięć role Christophera Lamberta (Connor), charyzmatycznego jak zawsze Seana Connery’ego (Ramirez) oraz znakomitego Clancy’ego Browna (demoniczny Krugan). Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

The Old Guard

Kto z nas nie chciałby żyć wiecznie? Pragnienie to zawsze wydawało się nieosiągalne, ale jednocześnie bardzo problematyczne. O tym – pośrednio – opowiada nowy film Netflixa. Tytułowa “Stara gwardia” to oddział nieśmiertelnych ludzi. Może z tą nieśmiertelnością troszkę przesadziłem, ale bardzo szybko regenrują im się rany, niektórzy żyją od tysiącleci i walczą. O co? Czy to ważne? Nieliczną grupką kieruje Andromacha z Scytii zwana Andy, która jest najstarsza z nieśmiertelnych. Dostają nowe zadanie, ale okazuje się pułapką, by nagrać ich moce. Te chce wykorzystać szef medycznej korporacji, by tworzyć leki zwalczające choroby. Ale żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, wiarusy odkrywają nową osobę z takimi samymi mocami – czarnoskórą żołnierkę walczącą w Afganistanie.

“The Old Guard”, czyli nowy akcyjniak Netflixa wiele czerpie z kultowego “Nieśmiertelnego”, a dokładnie sam pomysł człowieka żyjącego dłużej i praktycznie nie do zabicia. A że są to żołnierze, większy nacisk jest tutaj postawiony na sensacyjną intrygę (prostą jak drut) oraz sceny akcji. Żadnego psychologizowania problem wiecznego życia, parę rzuconych retrospekcji z dawnych czasów oraz relacja mistrz-uczennica. Tyle z tego dostajemy od reżyserki Giny Prince-Bythewood, dla której to pierwsza styczność z kinem akcji. No i to bardzo widać, bo sceny rozwałki oraz demolki są szybko cięte – na szczęście są czytelne – lecz pozbawione jakiegokolwiek mocnego kopa. Żadnej adrenaliny, żadnej ekscytacji (poza dwoma scenami z Andy). Antagonista (szef korporacji) wydaje się nijaki, pozbawiony charakteru, z nieciekawą motywacją oraz brakiem charyzmy. I jakby tego było mało, w tle dostajemy jakąś smutną, popową muzę, co mnie irytowało strasznie. Wywoływało to we mnie poczucie silnego zgrzytu, jakbym oglądał film dla nastolatków, kurde. Zakończenie obiecuje pewną kontynuację, a rzadko obecny humor troszkę punktuje, ale to troszkę za mało.

Tak naprawdę jedyną osobą, która trzyma tą całość w ryzach jest Charlize Theron. Jej Andy to mieszanka twardej, bezwzględnej siły, cynizmu, uporu oraz waleczności. Kiedy spuszcza łomot, robi to bezpardonowo, rzadko pozwala sobie na okazanie emocji, lecz kiedy sobie na to pozwala, potrafi poruszyć. Poza nią wyróżnia się najbardziej Matthias Schoenaerts jako lekko wyluzowany Booker, dodając odrobinę lekkości. Cała reszta jest raczej do zapomnienia, ze szczególnym wskazaniu na Chiwetela Ejiofora.

“The Old Guard” to netflixowy średniak, gdzie zalety nie wystarczą do przesłonięcia wad. Zamiast akcji oraz adrenaliny jest pozbawiony emocji oraz napięcia spektakl. Boli mnie to okrutnie zwłaszcza, że potencjał był tutaj ogromny, ale bezczelnie zmarnowany.

5/10

Radosław Ostrowski

Misja Greyhound

Ten film miał trafić do kin, ale pandemia koronawirusa wywróciła plany dystrybutorów oraz producentów do góry nogami. Tak było w przypadku filmu “Misja Greyhound”, której premiera planowana na czerwiec nie doszło do skutku. Studio Sony sprzedało prawa do dystrybucji platformie Apple Tv+, a szkoda, bo film mógł nieźle zarobić i przyciągnąć tłumy fanów kina marynistycznego.

Tytułowy Greyhound to kryptonim niszczyciela USS Kealing pod wodzą kapitana Ernesta Krause. Kapitan razem z dwoma brytyjskimi niszczycielami zabezpiecza konwój statków płynących do Wielkiej Brytanii. Załogi są zabezpieczane przez wsparcie lotnicze po obu stronach Atlantyku. Jednak kiedy znajdują się w Grzbiecie Śródaltantyckim, marynarze są zdani tylko na siebie, a do celu mają ponad 50 godzin. By nie było tak łatwo na morzu pojawiają się U-Booty, które mają tylko jeden cel: zatopić wszystkie okręty.

Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, choć nazwy okrętów oraz nazwiska postaci zostały zmienione. Reżyser Aaron Schneider niejako rzuca nas w sam środek wydarzeń, gdy okręty już wypłynęły, a towarzyszące im samoloty wracają. I powoli odpalany jest łańcuch wydarzeń, który zmieni się w walkę na śmierć i życie. Nie poznajemy załogi ani samego dowódcy (poza prologiem), praktycznie cały czas będąc na morzu. Zagrożenie morze pojawić się praktycznie z każdej strony, a los  zależy zarówno od decyzyjności dowódcy, jak i działania całej załogi: od oficerów przez strzelców po speca od radaru. Byli szkoleni do takich akcji mnóstwo razy, a jeden błąd może skończyć się klęską. Akcja jest tak intensywna, że dowódca nie ma nawet czasu zjeść ani wypić kawy. Nawet gdy pojawia się chwila spokoju (scena pogrzebu), jest ona bardzo gwałtownie przerywana meldunkiem. Czy to o wystrzelonej flarze, petardzie czy informacji od innego niszczyciela. Ta adrenalina będzie nam towarzyszyć niemal do samego końca, przez co nie ma tutaj miejsca na nudę. A to była dla mnie największa niespodzianka tego filmu, obok rzadko obecnego tutaj patosu.

Dla wielu problemem może być fakt, że bohaterowie posługują się bardzo fachowym językiem, niezrozumiałym dla takich szczurów lądowych jak ja. Na szczęście nie boli to tak bardzo, ale większym problemem może być anonimowość załogi. Poza kapitanem (świetny jak zawsze Tom Hanks) jest to spora masa, nawet jeśli mająca jakieś personalia, nie poznajemy ich. Zupełnie jak w przypadku “Dunkierki”, gdzie więcej mają o nich mówić ich czyny niż słowa i – podobno – nie daje to zbyt wielu emocji. Z tym ostatnim się nie zgodzę, a inspiracją dla reżysera zamiast filmu Christophera Nolana była… ostatnia część “Mad Maxa”.

“Greyhound” może i trwa tylko półtorej godziny, ale to prawdopodobnie najbardziej intensywne półtorej godziny tego roku. Film trzyma za twarz, podkręcają adrenalinę świetnymi scenami akcji oraz impulsywną muzyką. Dawno film osadzony w realiach II wojny światowej nie grał tam mocno suspensem.

7/10

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica

Adaptacje gier komputerowych to temat-rzeka, który zazwyczaj graczy doprowadza do czerwoności, zaś widzów do rozczarowania. Dlaczego tak jest? Bo filmy nie mają ani tyle immersji, ani czasu do głębszego poznania świata oraz bohaterów, za to posiadają sztampowe i pozbawione zaskoczeń fabuły. Dlatego jeszcze nie powstała w pełni udana egranizacja, choć parę razy było blisko (pierwszy “Mortal Kombat” czy “Warcraft: Początek”). Czy do tego grona dołączy pędzący z prędkością światła niebieski jeż od Segi?

Problem z Soniciem wydaje mi się taki, że nie da się napisać ciekawej fabuły wobec Sonica. To jest bardzo szybki jeż, co zbiera pierścienie i idzie przed siebie. Co tu jeszcze można zrobić? Reżyser ze scenarzystami postanowili zrobić z tego kino familijne oraz wysłać jeża na Ziemię. A dokładniej do jakiegoś małego Wygwizdowa, gdzie ukrywa się przed ludźmi. Problem w tym, że samotność dla naszego bohatera jest nie do wytrzymania i frustruje go. Chciałby mieć kumpla, tylko skąd takiego znaleźć? Sprawy zmierzają w dobrym kierunku, kiedy Sonic wywołuje silne wyładowanie elektryczne, które zmusza rząd do zbadania sprawy. Tak nasz bohater trafia na niespodziewanego sojusznika, czyli szeryfa z małego miasteczka, jak i swojego wroga w postaci doktora Robotnika.

Prostszej fabuły już nie da się wymyślić, a film celuje w młodą widownię poniżej 10 lat, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony to klasyczne kino drogi, niepozbawione humoru (scena bójki w knajpie) oraz dynamicznych scen akcji. Problem jednak w tym, że ja dla siebie nie znalazłem zbyt wiele, a schematy były widoczne jak na dłoni. Brakowało jakiegoś zaskoczenia, przełamania i czułem bardzo silne poczucie déjà vu. Od początkowej narracji z offu niczym w “Deadpoolu” po użycie mocy szybkości Sonica niczym u Quicksilvera z ostatnich części “X-men”. Poza tym wiele rzeczy dzieje się zbyt szybko albo zostają zignorowane przez resztę otoczenia (nasz szeryf jest oskarżony o działalność terrorystyczną, ale swobodnie przemieszcza się po San Francisco). Mózgownica mnie bolała i brakowało mi jakiegoś dreszczyku emocji.

Nawet aktorsko nie ma za bardzo kogo pochwalić. Sonic z głosem Bena Schwarza bywa czasami irytujący, James Marsdem jako lokalny szeryf po prostu jest, a Jim Carrey gra Jima Carreya z lat 90. O dziwo, to właśnie ten ostatni błyszczy najlepiej z całej obsady, dostarczając odrobiny frajdy, kreśląc portret szalonego, narcystycznego naukowca z bardzo plastyczną twarzą. Warto też wspomnieć drobny epizodzie Adama Pally’ego jako bardzo ciapowatego policjanta Wade’a. Aż żałuję, że to nie on pomaga Sonicowi, bo byłaby większa chemia.

“Sonic: Szybki jak błyskawica” to przerażająco bezpieczny film skierowany dla najmłodszego widza. Czyli takiego, który nigdy w Sonica nie grał i nie zna tej postaci, co nie przeszkodziło w zebraniu dużego zarobku oraz planach kontynuacji. Oby nabrała większego charakteru niż ten średniak, bo odpuszczę.

5/10

Radosław Ostrowski

Ekspres von Ryana

Włochy, rok 1943. Kraj powoli zaczyna wycofywać się z wojny, ale to jest kwestia dni. Tam zostaje zestrzelony samolot pułkownika Ryana. Ten trafia do włoskiego obozu jenieckiego kierowanego przez niezbyt kompetentnego majora Battaglię. Po stronie jeńców liderem jest brytyjski major Fincham, ale pułkownik zaprowadza swoje porządki. Pare dni później kończy się wojna, jeńcy przejmują obóz, jednak zostają zauważeni przez niemiecki samolot. Grupa kilkuset jeńców podejmuje ucieczkę, jednak wpadają i trafiają do pociągu.

Nakręcony w połowie lat 60. film Marka Robsona nie jest poważnym, egzystencjalnym dramatem wojennym. To film niemal przygodowy, napędzany przez dynamiczną akcję oraz napięcie, przypominając “Wielką ucieczkę”. Reżyser pewnie prowadzi całą opowieść, gdzie dzielni Alianci walczą ze złymi nazistami. Tych drugich można zabić albo wykiwać w pole za pomocą podstępu (przebranie księdza za nazistowskiego oficera), co dodaje pewnego suspensu. Włoscy bohaterowie są albo śmieszni (major Battaglia), albo starają się wspierać naszych bohaterów (pełniący role tłumacza kapitan Oriani). Podział jest prosty, stawką jest życie jeńców oraz szansa na ucieczkę. O dziwo samej akcji nie ma tutaj za dużo, bo chodzi o to, by nie zostać zdemaskowanym. Nie brakuje gładkich scen przemocy jak choćby w momencie przejęcia kontroli nad pociągiem, jednak prawdziwy popis pirotechniczno-strzeleckich to ostatnie pół godziny. Jest próba cichaczem wjechania do miasta, wybuchy oraz finałowa konfrontacja na torach kolejowych. Niby jest happy end, ale nie obywa się bez ofiar, więc wojna nie jest do końca taką przygodą. Nawet jeśli realizm jest mocno uproszczony, a postacie stereotypowe.

Nadrabia to wszystko bardzo solidne aktorstwo oparte na zderzeniu dwóch osobowości. Pierwszą jest pułkownik Ryan, tutaj grany przez Franka Sinatrę. Wydaje się kimś w rodzaju człowieka dopasowującego się do okoliczności, bardzo opanowany oraz wyluzowany. Bardziej działa sprytem niż otwartą walką, ale jest efektywny. Drugą osobowością jest krewki, brytyjski major Fincham w interpretacji Trevora Howarda. Woli walczyć, motywuje go nieufność, podejrzliwość oraz nieustępliwy upór. Z czasem te dwie postacie zaczną nabierać do siebie szacunku i uzupełniać się jako zgrabny duet. Na drugim planie najbardziej wybija się Sergio Fantoni, czyli kapitan Orlani, będący nowym sojusznikiem jeńców.

“Ekspres von Ryana” pochodzi z czasów, kiedy na II wojnę światową patrzyło się jak na walkę dobra ze złem. Więc wiele filmów z tego okresu ma charakter stricte rozrywkowy, a jednocześnie nadal trzyma w napięciu. Dziwne, prawda?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Altered Carbon – seria 1

Technologia się rozwinęła, ale ludzie nie.

W dalekiej, choć może nie przyszłości, ludzkość dokonała niemożliwego: osiągnęła nieśmiertelność. Wszystkie wspomnienia, świadomość oraz – można tak powiedzieć – duszę przechowują w małym cacku zwanym stosem, której znajduje się w szyi. Jeśli jesteś wystarczająco bogaty, możesz przenosić się dzięki temu z innego ciała w drugie, stając się nieśmiertelnym. Ma ona jednak swoją cenę, lecz za to można żyć wiecznie. Kimś takim stał się Takeshi Kovacs – najemnik oraz Emisariusz, który walczył w bardzo odległej galaktyce, wielokrotnie zabijany oraz odradzany. Teraz zostaje wybudzony po 250 latach na zlecenie jednego z bogaczy mieszkających na Ziemi, Laurensa Bancrofta. Mężczyzna został zamordowany i to przed skopiowaniem swojej pamięci (to dokonuje się co 48 godzin), zaś policja uznaje sprawę za samobójstwo. Czy naprawdę tak było? Kovacs musi zbadać sprawę, w zamian dostając wolność (mężczyzna przebywa w powłoce skorumpowanego policjanta).

Serial Netflixa z 2018 roku oparty jest na trylogii Richarda Morgana, która była mieszanką cyberpunkowego świata z pulpowo-noirową intrygą. Jeśli będziecie czuli skojarzenia (wizualne) z “Blade Runnerem”, to jest to trafny kierunek. Imponujące Miasto, ze świecącymi neonami oraz reklamami (głównie o treści erotycznej) zderzone z brudem, deszczem oraz syfem tego świata. Świata, gdzie możesz zmienić swoje ciało (jeśli cię na to stać), zaś śmierć dla wyższych sfer wydaje się tylko pustym słowem bez znaczenia. A technologia służy do zaspokajania potrzeb oraz żądzy, stąd tyle golizny. I dzieje się tu sporo, bo jest śledztwo Kovacsa, spięcia z policją (szczególnie z porucznik Ortegą), rzezimieszki z ulicy, tajemnicza śmierć prostytutki, co spadła z nieba (dziwne, prawda??), przebitki z przeszłości oraz tych najbogatszych zwanych Matami. Ci nie mają w zasadzie żadnych ograniczeń, zaś prowadzone przez nich życie tylko i wyłącznie degraduje, korumpuje, gnije.

Niby ten świat pięknie wygląda i wali kolorami po oczach, ale niczym się nie różni od dzisiejszego. Jest tak samo brudny, zdegenerowany oraz pełen spięć. Cała ta technologiczna otoczka oraz szansa na wieczne życie jest w stanie sprowokować do głębszych refleksji oraz ważkich pytań. O człowieczeństwo, śmierć, miłość, wiarę oraz sens takiego nowego, wspaniałego świata. One niejako toczą się przy okazji, stanowią bardzo interesujące tło, choć pozornie nie daje niczego nowego w tym gatunku. Wrażenie robią też świetnie zrobione sceny akcji (choćby bijatyka w windzie) oraz fajnie zaprezentowane sceny w świecie wirtualnym. Niestety, pojawiają się tutaj pewne dłużyzny oraz przeciągnięcia wielu wątków jak relacja Takeshiego z siostrą, zaś napięcie czasem siada. Nie czuć też tak mocno zagrożenia jak w książce (dość luźno zaadaptowanego), co fanów powieści doprowadzi do wściekłości.

Co jednak broni się – poza warstwą wizualną oraz wizją świata – jest też bardzo solidne aktorstwo, choć najbardziej wybijają się trzy postacie. Po pierwsze, Kovacs tutaj grany przez trzech aktorów: Willa Yuna Lee, Byrona Manna oraz Joela Kinnamana. Pierwszy pojawia się w retrospekcjach, ale to z tym ostatnim spędzamy najwięcej czasu. Cyniczny, szorstki, nieufny wobec świata skrywający swoje prawdziwe emocje w scenach, gdy prowadzi śledztwo wypada najlepiej. Jest jeszcze równie świetna Dichen Lachman jako Reileen, choć przez większość czasu nie widzimy jej. Tak samo fantastycznie sobie radzi James Purefoy, czyli Bancroft. Człowiek pełen władzy, pychy, choć wydaje się nie tak śliski jak mógłby być. Bardzo delikatnie pokazany oraz świadomy swoich możliwości. Ale serial dla mnie kradł rozbrajający Chris Conner jako Poe, menadżer hotelu, będący AI. Zafascynowany ludźmi, przypominający z wyglądu pisarza Edgara Allana Poe staje się ważnym sojusznikiem oraz źródłem kilku zabawnych sytuacji.

Pierwszy sezon “Modyfikowanego węgla” to wypadkowa pulowego noir z humanistycznymi refleksjami oraz niepokojącą wizją przyszłości. Może nie aż taką jak w “Czarnym lustrze” czy tak porażającą wizualnie jak “Blade Runner”, niemniej ciekawą. Jeśli szukacie dobrej rozrywki oraz odrobiny refleksji, tutaj ją znajdziecie.

7/10

Radosław Ostrowski

Tango i Cash

Chyba nie ma dwóch policjantów tak różnych w Los Angeles jak Ray Tango oraz Gabriel Cash. Pierwszy wygląda bardziej jak biznesmen – elegancko ubrany, zawsze w garniturze, a także inwestuje na giełdzie. Drugi to szajbus pokroju Martina Riggsa z “Zabójczej broni”, tylko kocha adrenalinę i mniej patyczkuje się z oponentami. Obaj mocno zaleźli za skórę handlarzowi narkotyków oraz bronią, niejakiemu Perretowi. Ten planuje zemstę, ale zamiast odstrzelić im łby wrabia ich w morderstwo, by zniszczyć ich reputację.

Powiem to wprost: film Andrieja Konczałowskiego z 1989 roku to taka bardziej lightowa wersja “Zabójczej broni”. Więcej tutaj humoru niż w oryginale, a historia jest tylko pretekstem do kolejnych popisów kaskaderskich oraz żarcików. W większości sucharów, ale zabawnych, gdzie panowie rywalizują o status samca alfa. Takich opowieści widzieliśmy setki, a klisza kliszą pogania. Przerysowany, demoniczny antagonista, konflikt policjantów ze swoimi szefami, jeden z gliniarzy zakochuje się w siostrze drugiego. Jest tu nawet odpowiednik bondowskiego Q z dziwacznymi zabawkami technologicznymi (strzelające buty czy wóz opancerzony i uzbrojony po zęby). Ten film powinien zostać zrobiony jako pełnoprawna parodia spod znaku ZAZ. Ale “Tango i Cash” jest zrobiony na poważnie, chociaż to przymrużenie oka daje o wiele więcej frajdy. Strzelaniny są szybkie oraz intensywne (zwłaszcza finałowa konfrontacja rozmiarów epickich), niektóre popisy kaskaderskie wydają się szalone w rodzaju skoku na linię wysokiego napięcia w deszczu, zaś humor czasem miesza się z przemocą (przesłuchanie prawej ręki antagonisty za pomocą zabawy w dobrego i złego gliny). Bawiłem się świetnie, w czym pomaga także “lekka” muzyka Harolda Faltenmeyera oraz pewna realizacja, ze stylowymi zdjęciami.

To wszystko jeszcze bardziej podkręca ciekawie dobrany duet, pełen silnej chemii oraz sporego ładunku. Sylvester Stallone w eleganckim garniaku wygląda nietypowo, co zaskakuje i pokazuje spory dystans do siebie. Ale kiedy pojawia się Kurt Russell jako Cash, będący kontrastem dla Tango. W podkoszulku, z długimi włosami, działa bardziej za pomocą pięści niż słów. Docinki między sobą oraz rywalizacja o dominację daje masę frajdy i jest paliwem tego wariackiego filmu. Jest jeszcze przerysowany antagonista w wykonaniu Jacka Palance’a, choć nie wyróżnia się tak bardzo z tłumu innych złoli. Są też drobne role Teri Hatcher (Catherine Tango) oraz Briona Jonesa (Requin), dodające odrobiny lekkości.

Choć “Tango i Cash” nie jest żadnym arcydziełem, idealnie wpisuje się w definicję guilty pleasure. Dostarcza masy frajdy, nawet jeśli historia wydaje się pełna dziur, bzdur oraz brakiem logiki. Są wybuchy, dużo humoru oraz energetyczny duet Stallone/Russell. Czego chcieć więcej do seansu z kumplami przy piwku?

7/10

Radosław Ostrowski

Nasza młodsza siostra

Były sobie trzy siostry, które mieszkały w domu matki. Każda zajmuje się czymś innym, a z rodzicami nie utrzymują zbyt dobrego kontaktu. Wtedy dowiadują się, że ich ojciec – nie utrzymują z nim kontaktu od 15 lat, bo je zostawił dla innej kobiety – zmarł. Wyruszają na pogrzeb i odkrywają, że mężczyzna zostawił ich przyrodnią siostrę. Kobiety postanawiają przygarnąć ją do siebie.

Japoński reżyser Hirokazu Koreeda tym razem przenosi na ekran mangę. I znowu jest to historia obyczajowa, która zaskakuje swoim spokojem oraz… zwyczajnością. Jeszcze bardziej zdziwiła mnie postawa kobiet wobec młodszej siostry. Zazwyczaj w takiej sytuacji należało się spodziewać, że będą jakieś ostre spięcia, konflikty oraz początkowe negatywne nastawienie wobec nowego członka rodziny. Tutaj jest zupełnie inaczej. Nie wiem czy to jest kwestia wychowania, mentalności czy innego kodu kulturowego w Japonii, ale przyjęcie obcej osoby z otwartymi ramionami wydawało mi się dziwne. Spodziewałem się jakiś konfliktów czy poważnych spięć, ale… nie doczekałem się. Idzie to wszystko zaskakująco gładko, wręcz spokojnie, lecz było mi to obojętne. Nawet jeśli pojawiały się momenty potencjalnego konfliktu (pojawienie się matki), Koreeda gasi je bardzo szybko. Choć muszę przyznać, że ma to swój urok, to dla mnie jest to bardzo przesłodzone, wręcz zbyt bajkowe.

Nawet nie chodzi o to, że nie lubię bajek czy filmów idących ku bajkowym klimatom. Tylko trzeba tutaj umieć zachować pewien balans, którego ewidentnie tu zabrakło. Co z tego, że jest to bardzo porządnie zagrane, a postacie mogą budzić sympatię, skoro ma się to wszystko gdzieś. W porównaniu do poprzedniego filmu Japończyka (“Jak ojciec i syn”), nie ma tutaj spięć, żadnego konfliktu, co dodałoby troszkę emocji, bardziej mnie zaangażowało. Odbiłem się jak od ściany, lecz innym może się spodobać.

6/10

Radosław Ostrowski

Frank

Jon jest młodym chłopakiem, który ma ambicje bycia muzykiem. Ma jednak spore problem z pisaniem piosenek, ale walczy z tym i pracuje w banku. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy zostaje zaproszony jako klawiszowiec do dość ekscentrycznego zespołu. Frontmanem kapeli, której nazwy nie dam rady wymówić jest Frank. To tak dziwna postać, bo ma na głowie… głowę. Taką wielką, drewnianą głowę, którą zawsze nosi na sobie. Czy to je, czy śpi, czy bierze prysznic. Grupa mieszka gdzieś w małym domku, by nagrać swoją płytę.

Dla wielu kinomanów Lenny Abrahamson stał się bardzo rozpoznawalny dzięki filmowi “Pokój”. Ale przed nim pojawił się równie sundance’owy w duchu “Frank”, który powstał dwa lata wcześniej. Bardziej tutaj reżyser skupia się na relacjach między członkami zespołu, a wszystko z perspektywy nowego członka zespołu. A jest to bardzo pokręcona ekipa. Grająca na thereminie Clara, potrafiąca tworzyć dziwaczną muzykę, jeden z klawiszowców Jon lubi… manekiny, duet francuski (gitara oraz perkusja) wydaje się normalny. Oprócz posługiwania języka innego niż angielski. No i jeszcze jest Jon, który chce coś osiągnąć, ale czy w ogóle ma talent? Czy tylko wyłącznie posiada ambicje? A te relacje pokazują jak powstaje muzyka. Nawet jeśli nie jest przystępna, popularna czy komercyjna.

Reżyser powoli prowadzi swoją narrację, dając czas na poznanie swoich bohaterów. Relacje między nimi oraz bardzo niekonwencjonalne metody tworzenia dają spore pole do tworzenia komediowych scenek. Ten balans między humorem a dramatem to prawdziwe spoiwo “Franka”. Tak samo jak bardzo niekonwencjonalna i fantastycznie brzmiąca muzyka, choć same teksty brzmią mocno absurdalnie. To wszystko angażuje oraz chwyta za serducho, tak jak fascynujący Frank (kapitalny Michael Fassbender) oraz to, jak jego umysł funkcjonuje. Jak jest w stanie tworzyć muzykę oraz obserwuje świat. Czyli jest bardzo porządnie, ale dla mnie zaskakujące było zakończenie i poznanie kim jest Frank. Oraz jak on wygląda.

Fantastycznie zagrany też jest. Fassbender miał o tyle trudne zadanie, że wszelkie emocje mógł wyrazić tylko głosem. I zrobił to absolutnie znakomicie. Nawet przyziemny (w porównaniu z resztą) Domhnall Glleson radzi sobie bardzo dobrze jako ambitny oraz troszkę egoistyczny Jon. Widać, że zależy mu na uznaniu, ale też na sławie, popularności, co może się mocno odbić. Równie wyborni są grający na drugim planie Scoot McNaily oraz Maggie Gyllenhaal, którzy potrafią rozsadzić ekran samym pojawieniem się.

“Frank” jest bardzo zaskakującym filmem okołomuzycznym, gdzie muzyka jest istotnym elementem. Ale nie najważniejszym. Jest wiele świetnych dialogów oraz poruszających scen, ale zakończenie jest największą niespodzianką oraz daje masę satysfakcji. Małe, mądre, świeże kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Babyteeth

Ten film miał wiele elementów, które mogłyby odstraszyć. Bo mamy tutaj poważnie chorą nastolatkę, przypadkowo poznanego chłopaka oraz próbującymi jakoś sobie z tym poradzić rodzicami. Brzmi jak coś ogranego? Pewnie widzieliście filmy w rodzaju “Gwiazd naszych wina”, ale debiutantka z Australii ma inny pomysł.

Shannon Murphy zamiast próbować stosować emocjonalny szantaż i podkręcać tragedię, woli obserwować. Skupia się na dziewczynie, która z jednej strony chce czerpać z życia ile się da. Z drugiej jednak skrywa w sobie lęk. Już w pierwszej scenie na dworcu można zobaczyć pewną niejednoznaczność. Dziewczyna wydaje się spokojnie, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mogła być próba samobójcza. Ale wtedy pojawia się on: Moses. Wygląda dość dziwacznie, matka nie chce go znać, ale coś do niego ją ciągnie. Tylko, że jej rodzice (matka pianistka, ojciec psychiatra) nie są zbyt zadowoleni.

Historia jak widać jest prosta jak konstrukcja cepa. Ale wszystko tak naprawdę leży w formie: troszkę dokumentalnej, gdzie kamera niemal cały czas skupiona jest na twarzach. Cała historia bardziej wygląda jak ciąg scenek, powoli odkrywając kolejne wydarzenia. Wszystko poprzedzone jakimś tekstem, krótko opisującym kolejne wydarzenie. Reżyserka pozwala wybrzmieć każdej scenie i pokazuje jak jej otoczenie reaguje na jej chorobę oraz nawrót. Rodzice próbują ją chronic, sami faszerują się lekami (ojciec ma łatwy dostęp), ale czy to pomaga w oswojeniu sytuacji, w której rodzice prawdopodobnie przeżyją swoje dziecko. Jest poważnie, lecz nie brakuje tutaj odrobiny humoru oraz momentów pełnej magii (scena tańca w dyskotece), przez co nie można oderwać oczu. Dlatego te sceny wydają się takie szczere, nawet kiedy dochodzi do dramatycznych momentów.

To także jest zasługą fantastycznego aktorstwa. Absolutnie błyszczy tutaj Eliza Scnalen, której Milla elektryzuje samą swoją obecnością. Ma w sobie wiele siły, choć na taką nie wygląda i wydaje się typową nastolatką. Ze swoimi marzeniami oraz pragnieniami, które mogą się nie spełnić. Jeszcze większą niespodzianką okazał się Toby Wallace jako Moses. Chłopak, którego rodzice nie chcieliby, żeby spotykał się z ich córką – buntownik, diler, skonfliktowany z matką. Im dalej w las, tym ta postać zyskuje głębi, a relacja z Millą pokazuje jego inne oblicze. Subtelność w pokazaniu tej ewolucji jest zaskoczeniem, pokazanym bardzo przy ziemi. Z drugiego planu najbardziej wybija się Ben Mendelsohn jako ojciec-psychiatra. Wydaje się mieć leki na wszystko (dając je żonie oraz córce), ale pod tym spokojem oraz opanowaniem kryje się zagubienie oraz strach. Bardzo mocna rzecz.

“Babyteeth” początkowo wydaje się ograną i znajomą historią. Ale im bliżej się przyjrzeć, debiut Murphy ma o wiele więcej do zaoferowania, unikając wszelkich klisz, schematów dla tego szablonu. Małe i skromne, lecz mające dużo do powiedzenia kino.

8/10

Radosław Ostrowski