The Kominsky Method – seria 2

Na pewno pamiętacie Sandy’ego i Normana. Pierwszy nadal prowadzi szkołę aktorską, drugi próbuje sobie radzić z samotnością. I tak jak w każdym serialu, dalej życie potrafi ich zaskoczyć. W przypadku Sandy’ego, córeczka ma chłopaka. Niby nic, tylko że jest troszkę młodszy niż przyszły teść, co może doprowadzić do spięć. Z kolei u Normana pojawia się potencjalna nowa partnerka, czyli dawna miłość. By jednak nie było tak łatwo, wraca jego córka po odwyku.

kominsky method2-1

Druga seria dzieła Chucka Lorre’ego niejako kontynuuje wątki z poprzedniej serii. Panowie, mimo sporego doświadczenia, ciągle są zaskakiwani przez życie. Bo wydawałoby się, że w tym wieku już nic nie trzeba, to okazuje się, że jednak trzeba. Są studenci, których trzeba nauczyć kolejnych rzeczy (kapitalna scena, gdy zamiast kolegi ze studentką gra Sandy), bliscy ciągle się martwiący i sprawiający kłopoty. Czasem nie łatwo jest im zaufać (wracająca z odwyku córka Normana, Phoebe), czasem potrafią zaskoczyć (córka Sandy’ego, chcąca wprowadzić zmiany w studiu aktorskim), a zdrowie coraz bardziej szwankuje. I co można z tym fantem zrobić? Lepiej mieć z kim to przejść, choć nie jest to powiedziane wprost. Twórcom udaje się cały czas zachować balans między humorem a dramatem, przekłuwając niemal każdą sytuację humorem. Głównie dzięki cierpkiemu oraz ciętemu Normanowi, ale też paru sytuacyjnym gagom jak podczas jazdy samochodu, wspólnemu jaraniu zioła czy niedoszłej sytuacji łóżkowej, do której nie dochodzi. Ale też nie brakuje chwil wzruszenia jak podczas odwiedzin grobu przez Phoebe czy kiedy jedna ze studentek Sandy’ego otwiera się przed innymi i mówi o swojej przeszłości. W takich momentach „Kominsky Method” potrafi wejść na wyższy poziom, zaś same te sceny zapadają mocno w pamięć.

kominsky method2-2

Dialogi nadal trzymają poziom i nadal potrafią zaskoczyć wnikliwości, jednocześnie doprowadzając parę razy do śmiechu. Twórcy parę razy potrafią zaskoczyć, jak choćby obecnością Allison Janney na zajęciach czy pojawieniem się u Normana wnuka-scjentologa, który opuścił sektę (ale nie wyrzekł się ich poglądów). Jestem bardzo ciekawy, jak to zostanie poprowadzone w następnej serii.

kominsky method2-3

Pewne rzeczy pozostają jednak niezmienne. Ciągle jest chemia między Michaelem Douglasem a Alanem Arkinem, bo to jest prawdziwe paliwo tego serialu. Panowie nadal są jak stare małżeństwo, wspólne sceny ogrywają bezbłędnie. Ale i samodzielnie prezentują bardzo wysoki poziom. Z nowych postaci najbardziej wybija się Paul Reiser, czyli chłopak Mindy. Jest troszkę tatusiowaty, a w sytuacjach konfliktowych się wycofuje. Taki troszkę niespełniony artysta i – co najciekawsze – łatwo nawiązuje kontakt z Sandym, dając sporo zabawnych sytuacji. Starzy znajomi nadal trzymają poziom, zwłaszcza studenci kursów aktorstwa potrafią parę razy zaskoczyć.

kominsky method2-4

Oglądając drugi sezon „The Kominsky Method” czułem się, jakbym odwiedzał starego przyjaciela. Niby wiem, co u niego będzie, ale ciągle potrafi mnie zadziwić swoją energią, zaskoczyć trafnymi obserwacjami oraz znajomością ludzkich charakterów. I nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Kominsky Method – seria 1

Sandy Kominsky był aktorem, jednak wielkiej kariery nie zrobił. Dlatego prowadzi szkołę, gdzie uczy aktorstwa na specjalnych kursach. I radzi sobie z tym naprawdę dobrze, w czym pomaga mu dorosła córka. Przyjacielem Sandy’ego jest Norman Newlander – agent gwiazd, którego żona bardzo ciężko choruje, zaś córka jest nałogową ćpunką. Życie przyjaciół zostaje wywrócone, kiedy żona Normana umiera.

kominsky method1-1

Chuck Lorre to dla mnie twórca komediowy bardzo wyrazisty. On odpowiadał za „Teorię wielkiego podrywu” czy serialową biografię Charliego Sheena „Dwóch i pół”. Jednak problem z nimi, że z czasem te produkcje traciły swój impet i zaczęły nudzić. Zupełnie jakby twórca nie wiedział kiedy się zatrzymać oraz odejść w glorii i chwale. Oby tak się nie stało z nowym tytułem tego scenarzysty, którą zrealizował dla Netflixa. „The Kominsky Method” jest komedią ze starością w tle. Taka zbitka może dać wiele pola do popisu, ale jest też pułapką i wymaga nie przekraczania granic dobrego smaku. Osadzenie tej historii w środowisku artystycznym jest pewnym ubarwieniem, jednak kwestie starości dotyczą tak naprawdę wszystkich. Kiedy organizm zaczyna coraz bardziej słabnąć, wigor coraz bardziej słabnie, a przyszłość nie wydaje się za ciekawa. I mamy tutaj niejako dwie postawy: próbującego czerpać z życia oraz pełnego energii Sandy’ego skontrastowany z bardziej melancholijnym, mierzącym się z traumą, sarkastycznym Normanem. To zderzenie charakterów daje wiele źródła humoru, ale też i refleksji. A co najważniejsze, całość jest autentycznie zabawna.

kominsky method1-2

Udaje się twórcom zachować balans między humorem a powagą, bo i jest parę fajnych wątków. Radzenie sobie z samotnością, możliwa szansa na związek, córka-narkomanka i odstawienie jej na odwyk czy powoli słabnący organizm (kwestia prostaty u Sandy’ego), ale też kwestia szorstkiej, niełatwej przyjaźni. Nie jest to konstrukcja sitcomu, gdzie każdy odcinek wydaje się osobną historią. Wszystkie wątki przewijają się przez wiele odcinków – niektóre do końca, inne wchodzą na parę chwil. Nie ma tutaj miejsca na nudę, a parę scen zostanie w pamięci na długo jak pogrzeb żony Normana czy sceny, gdzie studenci prezentują swoje przygotowane role. I tutaj wszystkie klocki pasują do siebie idealnie.

kominsky method1-3

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie udało się dopasować odtwórców głównych ról. Ale tutaj dokonano strzałów w dziesiątkę. Znakomici są – bo inne słowo nie przychodzi mi do głowy – duet Michael Douglas/Alan Arkin. Pierwszy jako Kominsky sprawia wrażenie człowieka, który chce troszkę oszukać czas jakby nadal był młody. Sprawdza się też jako mentor, próbujący przekazać pewien etos tej pracy czy próbujący nawiązać pewną głębszą relację z jedną z uczennic (ale nie jest to nastolatka). We wszystkich tych twarzach sprawdza się bezbłędnie, tworząc bardziej złożoną postać niż się wydaje. Arkin pozornie wydaje się taki jak w ostatnich rolach, czyli troszkę zrzędliwy, ironiczny i lekko zgorzkniały, ale skrywa w sobie o wiele więcej. Jest trudny do wytrzymania, przepracowując żałobę pokazuje bardziej melancholijne oblicze. Chemia między nimi jest wielka, a oglądanie ich razem to największa przyjemność. W zasadzie reszta obsady zostaje zepchnięta na dalszy (może oprócz kradnącego szoł Danny’ego DeVito w epizodzie urologa), jednak każdy sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Nie ważne czy mówimy o Nancy Travis (Lisa, niemłoda uczennica szkoły Sandy’ego), Sarze Baker (Mindy, córka Sandy’ego), Lisie Edelstein (Phoebe, córka Normana) czy drobnych cameo.

kominsky method1-4

„Metoda Kominsky’ego” wydaje się być serialem, który bardzo dobrze sprawdza się w dzisiejszych czasach. Jest odpowiednio lekka, zabawna, ale też bardzo refleksyjna i unikająca prostackich żartów. Dawno nie widziałem Douglasa oraz Arkina tak bawiących się swoimi rolami, co udziela się także oglądającemu. Czekam na kolejne odcinki i jakie jeszcze problemy natknie ten duet.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

W starym, dobrym stylu

Joe, Willie i Albert to przyjaciele z Nowego Jorku, pracujący w pewnej fabryce. Jeśli myślicie, że ich długoletnia praca zostanie doceniona, to nic z tego. Firma, dla której pracują przenosi się do Wietnamu, więc ich fundusz emerytalny zostaje zlikwidowany. Dodatkowo Joe ma dużą hipotekę do spłacenia i jeśli się spóźni – zabiorą dom. Willie ma chore nerki i mieszka z Albertem, który lubi sobie pozrzędzić. Panowie – pod wpływem perswazji Joe’ego – by móc rozwiązać swoje groszowe problemy, postanawiają napaść na bank.

stary_dobry_styl1

Zach Braff do tej pory znany był z niezależnego kina o młodych ludziach, zagubionych w dzisiejszym świecie. Tym razem dostał szansę na zrobienie remake’u z dużym budżetem i gwiazdorską obsadą. Lekka i przyjemna komedia o starych przyjaciołach, którzy decydują się zrobić poważny skok. Bo system ich olał, państwo nie pomaga, więc trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Wtedy wszystko zmierza w kierunku klasycznego heist movie, gdzie mamy przygotowanie, skok i pościg policyjny. Robione jest to pod okiem profesjonalisty, pomagającego w szybkim przeszkoleniu. Wiemy, jak to się skończy, ale i tak się przyjemnie ogląda. Reżyser opowiada to w starym stylu, dodaje eleganckiej muzyki oraz sympatycznych żartów i gagów (pierwszy skok w małym markecie zakończony… wpadką), ale nie ma pójścia w kierunku bardziej fekalnych, nieświeżych czy przekraczających granicę dobrego smaku. Nie zabrakło napięcia (napad na bank zrobiono z pewnym nerwem), parę razy widzimy Brooklyn Bridge, w tle gra łagodny jazz. Jest miło i sympatycznie.

stary_dobry_styl2

Do tego udało się ściągnąć trzech prawdziwych gigantów: Michaela Caine’a, Morgana Freemana i Alana Arkina. Pierwszy jest eleganckim dżentelmenem, drugim opanowanym i spokojnym kumplem, a trzeci jest zrzędą z dobrym sercem. Pozwalają sobie na odrobinę złośliwości, a chemia między tym triem jest silna, wręcz namacalna. I to trio jest siłą napędową, spychając cała resztę na dalszy plan. Warto jednak wyróżnić ciągle apetyczną Ann-Margret (Annie) oraz Johna Oritza (Jesus), pomagającego w napadzie.

stary_dobry_styl3

Miłe i sympatyczne kino, które nie zostanie w pamięci na długo, ale pozwala przyjemnie spędzić te półtorej godziny. Elegancka rozrywka w starym, dobrym i lekkim stylu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ramię za milion dolarów

Krykiet to gra mało interesująca i mało dynamiczna dla kina, gdzie chodzi o odbicie piłki.  I to właśnie przypadkowe obejrzenie meczu krykieta staje się inspiracja dla J.B. Bernsteina. Mężczyzna jest agentem sportowym, który działa na własną rękę i to bez sukcesów. Pomysł, który mu przychodzi do głowy jest dość niecodzienny – pojedzie do Indii, gdzie krykiet jest bardzo popularny i zorganizuje talent show, w którym zwycięzca otrzyma milion dolarów i trening na baseballistę, a w zasadzie dwóch – drugi dostanie dziesięć tysięcy dolarów.

ramie_za_milion1

Baseball nie jest zbyt popularną dyscypliną w USA, podobnie jak krykiet. Ale próba połączenia jednego z drugim, może stać się ciekawym eksperymentem. Zazwyczaj filmy wytwórni Disneya kojarzą się z infantylizmem, sentymentalizmem, ale potrafiły też poruszyć i czasami rozbawić. Tak tez jest z prawdziwą historią opowiedziana przez Craiga Gillespie (reżyser „Miłości Larsa”) oraz scenarzystę Thomasa McCarthy’ego („Dróżnik”). Sam film to kolejna z opowieści o spełnieniu swojego amerykańskiego snu, co nie jest zawsze łatwe, szczególnie dla osoby spoza USA. Jednak sama historia jest może troszkę przewidywalna (nie zabraknie wzlotów i upadków, zapatrzenia w forsę czy poruszających mów motywacyjnych), jednak wszystko to jest wyważone i potrafi nawet rozbawić. To naprawdę działa, przy okazji pokazując kontrast między bogatym Zachodem (samo mieszkanie Bernstein to niemalże pałac), a biedniejszymi Indiami (sam casting i program robiony jest ze sporym rozmachem – także wizualnym), gdzie mimo masy mieszkańców jest molochem biedy.

Źródłem humoru jest przede wszystkim próba aklimatyzacji dwójki Hindusów, zwycięzców programu oraz ich tłumacza w nowym środowisku, gdzie nie ma wind, boisko do baseballa jest kompletną nowością, ale są też kompletnie osamotnieni i zdani niemal sami na siebie.

ramie_za_milion2

Sporo emocji przynoszą same sceny programu, gdzie o wygranej decyduje siłą uderzenia (a dokładnie jej prędkość), a przemiana głównego bohatera pozostaje wiarygodna. Może i te wątki wydaja się dość oczywiste (relacja J.R. z lokatorką, próba odnajdywanie się w nowym środowisku czy finałowe spotkanie z łowcami talentów), jednak film ogląda się naprawdę przyjemnie i bardzo miło.

ramie_za_milion3

Co jest też zasługą dobrze radzących sobie aktorów. Największe pole do popisu miał Jon Hamm. Gwiazda serialu „Mad Men” odnajduje się w roli samotnego, szukającego forsy faceta, który jednak w decydującym momencie potrafi potraktować innych nie tylko jako źródło dochodów, jednak przebiega to w dość stopniowy sposób. Równie świetni i świeżsi są Suraj Sarma oraz Mahdur Mittal jako zwycięzcy programu „Million Dollar Arm”, a ich sceny adaptacji w USA potrafią być naprawdę zabawne.  Warto też zwrócić uwagę na solidny drugi plan z Alanem Arkinem (łowca talentów Ray) oraz Billem Paxtonem (trener Tom House) na czele.

Typowy disnejowski film sportowy, których wytwórnia trzaskała na potęgę. I jest to kolejny porządnie wykonany tytuł, który może niczym nie zaskakuje, jednak potrafi działać na emocje.

7/10

Radosław Ostrowski

Paragraf 22

Rok 1944. Na włoskiej wysepce Pianosa stacjonuje amerykańska baza lotnicza. I w tym miejscu znajduje się kapitan Yossarian, który chce wyrwać się stąd. Zwłaszcza, że liczbę obowiązkowych lotów już zaliczył dawno, ale dowódca pułkownik Cathcart ciągle liczbę zwiększa. Jednak nie jest to jedyna przyczyna.

paragraf22_1

Czarna komedia napisana przez Josepha Hellera w 1962 roku była pierwszą powieścią, która obalała mit dzielnego amerykańskiego wojaka i drwiła z militarnej biurokracji. I tym tropem podążył reżyser Mike Nichols, który tym filmem –  razem z „MASH” Roberta Altmana przedstawił wojnę w zupełnie inny sposób, podkreślając absurdy oraz jej bezsens. Po co walczyć z wrogiem, kiedy twoi przełożeni robią wszystko, żeby cię zabić? Nie chodzi tu o przeprowadzanie nadliczbowych lotów czy bezsensowych ataków (próba zniszczenia miasta, gdzie ma Niemców kończy się… zaatakowaniem oceanu, za co nasi żołnierze otrzymają medale), ale i potężną mechanikę biurokracji, wobec której inni ludzie są kompletnie bezradni. Próby zwolnienia się z powodu uznania za wariata (tytułowy paragraf 22) kończą się klęską, a dowódcy bardziej dbają o swoje prywatne interesy, są niekompetentni (przymusowo awansowany major Major, który przyjmuje wtedy, kiedy go nie ma) niż życie swoich podwładnych. Najdobitniej widać to w scenie, gdy Amerykanie bombardują swoją własną bazę… by sprzedać nadmiar bawełny. W ogóle działania syndykatu porucznika Milo Minderbendera wywołują największa mieszankę śmiechu (przynajmniej na początku) i grozy (pod sam koniec).

 

paragraf22_2

Reżyser trzyma mocno rękę na pulsie, łamie chronologię, scenariusz jest solidny, humor miejscami naprawdę smolisty (zabicie fotografa… śmigłem od samolotu), przedstawiający świat, w którym zdrowy rozsądek jest szaleństwem, a szaleństwo normalnością. W dodatku cała obsada sprawdza się znakomicie z Alanem Arkinem (Yossarian!!!) na czele. Postacie są wyraziste i pełnokrwiste jak cwany i obrotny Minderberder (wyborny Jon Voight), który handluje wszystkim (spadochron też zwinie w zamian za jedwab), sadystyczny generał Dreedle (sam Orson Welles), który za nieposłuszeństwo wszystkim by zastrzelił, trochę ciapowaty kapelan Tappman (Anthony Perkins w nietypowym wydaniu – czytaj nie z „Psychozy”) czy kretyński pułkownik Cathcart (Martin Balsan w mroczniejszym wydaniu), który tylko podkręca liczbę lotów i dla niego ważniejsza jest dobra reputacja.

paragraf22_3

Film wywołuje śmiech, ale jest humor podszyty grozą i przerażeniem. Dla wielu taka dawka absurdu może być ciężkostrawna, jednak taka jest właśnie wojna. Nawet jeśli jest pokazywana w krzywym zwierciadle. Mimo lat ma moc.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Legendy ringu

30 lat temu Stany Zjednoczone mocno obserwowały rywalizację dwóch piekielnie zdolnych pięściarzy – Henry’ego „Razora” Sharpa i Billy’ego „The Kida” McDonnena. Obaj stoczyli ze sobą dwie walki – jedna wygrał Sharp, drugą Kid. I wtedy ten pierwszy ogłosił zakończenie kariery. Jednak syn legendarnego promotora, Dante Slade Jr decyduje się ustawić walkę miedzy obydwoma panami po 30 latach. Pytanie czy to ma sens?

legendy1

Sam pomysł na ten film jest mocno naciągany, a nazwisko reżysera (Peter Segal) nie zapowiadało niczego dobrego. Efekt okazał się jednak całkiem przyzwoity. Równie dobrze mogłoby się to nazywać „Rocky 7”, bo jest parę analogii do serii o Włoskim Ogierze. Przede wszystkim jest to jednak komedia o dwóch emerytach, którzy próbują wrócić na ring, by wyjaśnić stary spór – który z nich jest lepszy? Pozornie wydaje się to błahe i niepoważne, ale motywy tych postaci (nie tylko „ostatnia walka”, ale też szansa na poukładania swoich osobistych spraw – pogmatwanych jak wszystko zresztą) pozostają całkiem poważne, choć pokazane za pomocą narzędzia bardzo popularnego wśród reżyserów – łopaty (widać to zwłaszcza w końcówce, która jest odrobinkę przesłodzona). Żarty są całkiem niezłe (miejscami balansujące na granicy smaku, ale nigdy nie przekraczające tej granicy), pełne odrobiny złośliwości, zaś otoczka obyczajowa związana z byłą żoną Sharpa oraz dawno nie widzianym synem McDonnena zgrabnie się łączą z resztą. Dodajmy do tego naprawdę dobrą muzykę, niezłe sceny treningów i mamy całkiem solidną rozrywkę przez niecałe dwie godziny.

legendy2

Także od strony aktorskiej mamy całkiem niezła frajdę. Ale czy może być inaczej, jeśli między sobą mamy Sylvestra Stallone’a i Roberta De Niro? Obaj panowie grają z pewnym przymrużeniem oka, a nawet sporą dawką autoironii (zwłaszcza Sly, gdzie chce walnąć kawał wiszącego mięcha – coś wam to mówi?). Za to na drugim błyszczy niezawodny Alan Arkin. Jego Lightning to zgryźliwy, niedosłyszący dziadek, który staje się trenerem Razora, stosując dość niekonwencjonalne metody (serwowanie ciosów na basenie pod wodą czy użycie… końskiego moczu na ręce), w dodatku to stary erotoman. Dorównuje mu Kevin Hart jako patrzący tylko na szmal promotor Dante Slade. Tyle jeśli chodzi o humor. Za warstwę dramatyczną odpowiadają dawno nie widziana Kim Basinger (wypada nieźle jako Sally Rose) i znany z „Walking Dead” Jon Bernthal (BJ, syn Kida).

legendy3

Zapowiadała się porażka, ale nie było tak tragicznie. Panowie dali radę, nawet żarty nie były tragiczne. Co tym razem zrobi Sly? Może jeszcze nas czymś zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Twardziele

Po 28 latach z więzienia wychodzi Val – stary gangster. Przychodzi po niego jedyny kumpel Doc. Obaj kumple decydują się znów połączyć siły, a potem przyłączają do siebie Hirscha. Ale Doc musi zabić Vala na polecenie szefa, bo inaczej jego sprzątną. Ma czas do 10 rano następnego dnia. W między czasie panowie decydują się zabawić.

goscie2

W zamierzeniu ten film miał być komedią kryminalną, jednak reżyser chyba do końca nie wiedział, co z tym materiałem zrobić. Humor jest, ale bardzo delikatny i subtelny. Akcja w zasadzie jest nieśpieszna, choć jest kilka naprawdę fajnych scen (ucieczka przed policją na autostradzie czy rozprawa z bandziorami, co zostawili rozebraną kobietę), jednak najważniejszy jest tu nostalgiczny klimat (genialna muzyka pachnąca latami 70-tymi), gdzie bohaterowie trochę wspominają swoją przeszłość. A teraz są już dojrzałymi facetami, którzy są coraz bardziej kim są. Mimo tego, nadal mają swoje pasje, tajemnice i nadal są w dobrej formie. Ta obyczajowa opowieść o przyjaźni i lojalności ma niezłe dialogi, otwarty finał i ogląda się go naprawdę przyjemnie.

goscie3

Najsilniejszym elementem tego filmu jest obsada. Ale umówmy się – jeśli zatrudniamy aktorów formatu Christophera Walkena i Ala Pacino, to nie powinno być lipy. I obaj panowie nie zawodzą. Pacino jest tutaj podstarzałym gangsterem, który jest pogodzony z losem i chce skorzystać z życia, póki jeszcze może. Za to Walken potwierdza klasę i jako targami między lojalnością wobec szefa a przyjaźnią.  A jednocześnie szuka wnuczki, maluje obrazy i jest sympatycznym jegomościem. Między nim a Pacino czuć chemię. Trzecim do pary jest Alan Arkin jako schorowany Hirsch – mistrz kierownicy.

Może nie jest to film, który zmieni oblicze świata, ale pozwala przez te półtorej godziny zapomnieć o świecie. Niby niewiele, ale o to tu chodzi. Czasem zdarzają się postoje, ale nie przeszkadzają.

6/10

Radosław Ostrowski

Operacja Argo

Ben Affleck – aktor, który jest uważany za największe beztalencie ostatnio zmienił kierunek zainteresować i postanowił zająć się reżyserią. I o dziwo wychodzi mu to z dobrym skutkiem, zyskując opinię solidnego rzemieślnika. Zarówno „Gdzie jesteś, Amando?” i „Miasto złodziei” były przykładami dobrych, sensacyjno-kryminalnych opowieści, ale teraz podjął się najtrudniejszego zadania – nakręcenia thrillera politycznego. Choć Affleck otrzymał mocne wsparcie (producentem jest sam George Clooney, historia była oparta na faktach) było ryzyko wpadki. Ale reżyser wyszedł z konfrontacji obronna ręką. Ale po kolei.

W 1979 roku w Iranie doszło do obalenia, wspieranego przez Amerykanów szacha. Doszło do zamieszek, w trakcie których rewolucjoniści zaatakowali amerykańska ambasadę. Jednak szóstce pracowników udało się zwiać i ukrywają się w domu kanadyjskiego ambasadora. Parę miesięcy później Biały Dom chce wyciągnąć ich stamtąd. Agent CIA Tony Mendez wpada na dość szalony i karkołomny pomysł – Amerykanie mają odlecieć jako… członkowie kanadyjskiej ekipy filmowej.

argo2_400x400

Powiem szczerze, byłem absolutnie przekonany, że cała historia to wymysł hollywoodzkich scenarzystów – to brzmiało aż tak nieprawdopodobnie. Jednak Affleck dokonał niemożliwego i zrobił bardzo przekonującą i wciągająca historię, choć finał jest znany. Jak to zrobić? Już sam scenariusz jest świetny i można podzielić na 3 części jak w rasowym kryminale: planowanie, przygotowanie i realizacja. Choć sprawa jest poważna, nie zabrakło odrobiny dowcipu (sceny organizowania przykrywki w Hollywood – gdzie twórcy pozwalają sobie na odrobinę kpin z Hollywood), ale gdy akcja przenosi się do Iranu, napięcie jest podnoszone bardzo wysoko, zwłaszcza od scen ucieczki aż do samego finału (genialne zrobione sceny na lotnisku – montaż równoległy zasługuje na uznanie). Jednocześnie wiernie odtworzono realia i atmosferę tego okresu (przełom 79/80), za co należy się uznanie. Ale jest jedna wada: dość jednostronnie pokazano Irańczyków jako fanatyków z gnatami mordującymi wszystko, co z USA.

Także od strony aktorskiej jest to wyższa szkoła jazdy. Bardzo przyzwoicie wypadł sam Affleck w roli głównej. Agent Mendez to specjalista od organizacji ucieczek, który rozdarty między zadaniem a odpowiedzialnością wybiera to drugie, a jednocześnie samotnik utrzymujący kontakt z synem. Za to na drugim planie bryluje dwóch speców od humoru, czyli John Goodman (charakteryzator John Chambers) oraz Alan Arkin (producent Lester Siegel – serwujący najdowcipniejsze teksty) kradnący całe show. Nie sposób nie wspomnieć Bryana Cranstona. Gwiazdor „Breaking Bad” przekonująco wypadł jako przełożony Mendeza, zaś w finale wybija się na wyższy poziom.

argo_400x400

Gdyby parę lat ktoś mi powiedział, że film wyreżyserowany przez słabego aktora, będzie walczył o najważniejsze nagrody, obśmiałbym go. A jednak. „Operacja Argo” to przykład na to, jak należy serwować kino rozrywkowe z najwyższej półki. Brawo, Mr Affleck, czekam na więcej.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski