Młodzi Tytani: Akcja! Film

Słyszeliście kiedyś o Młodych Tytanach? To tacy bardzo młodzi, wręcz dziecięcy superbohaterowie, którzy nie do końca zachowują i traktują się poważnie. Frontmanem grupy jest Robin – podopieczny niejakiego Batmana, zaś wszyscy żyją w Tinsel Town. Tam nawet niepoważni złoczyńcy jak Balonowy Człowiek uważają tą grupę za pajaców. Żeby to zmienić kumple postanawiają… zrobić swój własny film. Tylko, że specjalistka od tego kina nie jest nimi zainteresowana. Do czasu, gdy pojawia się tajemniczy Slade i planuje stworzyć maszynę do manipulowania umysłami.

mlodzi tytani1

Kolejna animacja ze świata DC, ale nie powiązana z kinowym uniwersum, które o mały włos by skończyło żywot. „Młodzi Tytani” zaczynali jako serialowa kreskówka Cartoon Network w latach 2003-07 oraz od 2013, czyli czasów, kiedy już nie odbierałem tego kanału. Kinowa wersja jest tak naprawdę pretekstem do zaserwowania kolejnych żartów i gagów, niczym w „Deadpoolu”. Czyli jeśli spodziewacie się mrocznego, poważnego kina, to pomyliliście adres. Choć animacja i kreska wydaje się niezbyt skomplikowana, mało szczegółowa i bardziej przypominająca produkcję dla telewizji, to jednak ogląda się naprawdę nieźle. Sama historia wydaje się poprowadzona prościutko i skupiona przede wszystkim na Robinie – chłopaku pragnącym być szanowanym przez środowisko superherosów, przez co jego przyjaźń z resztą ekipy (Cyborg, Bestia, Raven, Starfire) zostaje wystawiona na ciężką próbę. Nie oznacza to jednak nudy, bo akcja potrafi przyspieszyć i wciągnąć, intryga całkiem nieźle puentuje współczesne trendy oraz schematy kina, nawet jeśli to wszystko wydaje się znajomo. Balans między powagą a zgrywą nie zostaje zachwiany w żaden sposób.

mlodzi tytani2

Jeśli chodzi o poziom żartów, to jest on bardzo różnorodny: od ironicznego (głównie na dalszym planie) przez postmodernistyczne aluzje (opowieści o filmach, wątek podróży w czasie) aż po taki skierowany do zdecydowanie młodego odbiorcy. Na szczęście tego drugiego nie ma aż tak dużo jak się obawiałem. No i jeszcze wielkie litery niczym w komiksowym stylu. Dla mnie pewnym problemem jest jedna rzecz: z Tytanów najbardziej wybija się Robin, jego dylematy i wątpliwości. Reszta ekipy jest tylko i wyłącznie tłem, bardzo skromnie zarysowanym w jednej piosence, co troszkę boli.

mlodzi tytani3

Jeżeli chcecie obejrzeć „Młodych Tytanów”, to tylko w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, bo polska – delikatnie mówiąc – kłuje po uszach i same głosy wypadają tak sobie (zwłaszcza, że są strasznie zdesynchronizowane z kłapami). W oryginale najbardziej błyszczy wcielający się w głównego antagonistę Slade’a – a tak naprawdę Deathstroke’a – Will Arnett (świetnie się bawi tą rolą) oraz Scott Menville jako Robin. Po drodze jest parę ciekawych i wyrazistych ról (cudna Kristen Bell jako reżyserka Jade Wilson, prawy Superman w wykonaniu… Nicolasa Cage’a czy śpiewający Michael Bolton w piosence motywującej jako Tygrys), dodając odrobiny koloru oraz błysku.

Ku mojemu zdumieniu „Młodzi Tytani” okazali się zaskakująco fajnym, sympatycznym kinem postmodernistycznym i przyjemną zgrywą z tego gatunku. Może troszkę ugrzecznioną i bardziej skierowaną dla młodego widza, to jednak dorośli też znajdą sporo dla siebie. I jest też furtka na kontynuację, która – mam nadzieję – powstanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Hotel Transylwania 3

Pamiętacie jeszcze ten hotel prowadzony przez legendarnego hrabiego Draculę? Dwie części animacji od studia Sony oraz reżysera Genndy’ego Tartakovsky’ego były świetną zabawą, stanowiącą dekonstrukcję kina grozy, zmieszana z komedią. Teraz jednak Drakul troszkę męczy się z samotnością – w sensie brakiem partnerki, bo córeczka ma własną rodzinę, hotel też dobrze się trzyma i prowadzi, lecz smutek mu widać na twarzy. Dlatego cała ekipa postanawia wyruszyć na upiorną wycieczkę do… Trójkąta Bermudzkiego. Jednak cały myk polega na tym, że kapitanem całej wyprawy jest prawnuczka Abrahama Van Helsinga, chcącego zatłuc wszystkie monstra.

hotel transylvania3-1

Są pewne serie, które z każdą częścią tracą na jakości i niestety, to tego grona dołącza nowa część „Hotelu Transylwania”. To nadal opowieść o tolerancji wobec inności i przełamywaniu barier, tylko że tutaj brakuje czegoś, co mogłoby utrzymać moją uwagę na dłużej. „Trójka” coraz bardziej próbuje trafić do młodego widza, nie dając starszym zbyt wiele. Slapstickowy humor oparty na prostych i oczywistych gagach typu kamuflowanie zwierzątka, horda siejących spustoszenie dzieci czy – to akurat trafne – hrabia mijający wszystkie świszczące pociski, topory i tym podobne narzędzia zagłady. Cały czas postacie stoją w miejscu: Dracula skrywa i nie mówi niczego wprost, Mavis (córka) martwi się o ojca, zaś jej chłopak wydaje się traktować wszystko na luzie. Pewną świeżością jest nowa lokalizacja, czyli statek oraz Atlantyda czy bardzo pomysłowy pojedynek finałowy z wykorzystaniem broni ostatecznej zagłady. Także linie lotnicze prowadzone przez gremliny potrafią rozbawić, tylko że to wszystko są to bardzo małe drobiażdżki. Dla mnie nie było zbyt wiele, zaś cała historia była strasznie przewidywalna i nudna. Nie bójmy się tego słowa, mimo jakości animacji w stylu znanego dla tego reżysera (ładnie to wygląda) oraz świetnej muzyki troszkę w stylu Danny’ego Elfmana. Czuć tutaj bardzo duże zmęczenie materiału oraz poczucie deja vu, mimo udziału rodziny Van Helsing (nieudane próby neutralizacji to perełki humoru).

hotel transylvania3-2

Sytuację częściowo ratuje polski dubbing kierowany przez Bartka Wierzbiętę. Starzy znajomi nadal trzymają poziom, zwłaszcza Tomasz Borkowski (Dracula) oraz Agnieszka Mrozińska (Mavis), dodając lekkości oraz masę charakteru. Drugi plan wydaje się tutaj bardziej oddalony i zepchnięty do roli tła. Wyjątkiem od tej reguły są nowi bohaterowie, czyli kapitan Ericka (świetna Izabella Bukowska), starszy Van Helsing (niezawodny Jakub Szydłowski) oraz pełniący rolę służącego Śledź (bardzo chłodny Szymon Majewski).

hotel transylvania3-3

Nie wiem jak wam, ale dla mnie „Hotel Transylvania” powinien zakończyć działalność, zanim ostatecznie stanie się nieoglądalny. Ja nie miałem dla siebie zbyt wielu ciekawych rzeczy, poza śladowym absurdem, bo już nie jestem targetem tego dzieła (8-10-latek już we mnie nie siedzi i potrzebuję czegoś więcej od slapsticku), zaś dubbing nie jest w stanie ukryć mielizn fabuły.

5,5/10

Radosław Ostrowski

LEGO Przygoda 2

Pierwsze spotkanie z Emmetem Klockowskim było dla mnie jedną z najlepszych animacji ostatnich lat. Mega optymistyczny, ciepły i fajny korpoludek uratował swoich kolegów z Klockoburga, ratując przed Lordem Biznesem. Tylko, że czas spokoju zniknął wraz z pojawieniem się Duplo, co doprowadza miasto do wręcz postapokaliptycznego klimatu. Tym razem jednak zabawki Duplo z układu Siostar decydują się porwać liderów grupy: Żyletę, Batmana, Stalowobrody’ego oraz Kicię Rożek, zas Emmet wyrusza odbić grupę.

lego przygoda2-1

Pierwsza część rozpoczęła bum na animacje z klocków LEGO od Warner Bros., gdzie w zasadzie oprócz zmiany reżysera w zasadzie mamy to, co zawsze. Czyli zderzenie dwóch światów (świata klocków oraz świata… ludzkiego, a także świata Lego i Duplo), gdzie dochodzi do poważnego spięcia. Fabuła – niczym w „Deadpoolu” – jest pretekstem do wrzucania masy żartów oraz popkulturowych odniesień z „Mad Maxem” czy „Jurassic World” na czele. Ale tak naprawdę to kolejna opowieść o chwale kreatywności oraz dojrzewaniu, a także jakie mogą być tego konsekwencje. Czy dojrzewanie musi oznaczać rezygnację z dawnego wcielenia, przyjaźni oraz bycia tylko poważnym? Te pytania przewijają się przy okazji fabuły, chociaż to wszystko wydaje się być skierowane dla młodego (tak do 10+) odbiorcy. Aczkolwiek na drugim i trzecim planie jest masa miejscami absurdalnych żartów, godnych tria ZAZ (obecność Marii Skłodowskiej-Curie, przeskok do innego świata niczym w „2001: Odysei kosmicznej” czy piosenka królowej Wisimi o niej samej).

lego przygoda2-2

Ale jednocześnie nie mogłem pozbyć się pewnego wrażenia deja vu. Nie chodzi tylko o powtarzalność gagów, lecz także o przewidywalność, masę schematów (tajemniczy Rex, mający być nowym przyjacielem oraz kumplem) i brak czegoś dającego kopa. Do tego środek zwyczajnie rozsypuje się, co jest spowodowane rozdzieleniem postaci, doprowadzając do chaosu i znużenia.

lego przygoda2-3

Sama animacja wygląda tak jak w poprzednich częściach, czyli niemal imitacja poklatkowego stylu, wszystko jest bardzo klockowate i to dodaje masę uroku. Kolorami wali to po oczach (zwłaszcza w układzie Siostar), muzyka miesza orkiestrę z popem, retro elektroniką oraz bardzo chwytliwymi piosenkami. Nadal lubię tych bohaterów (zwłaszcza narcystycznego Batmana – jego nie da się nie lubić), ogląda się to z przyjemnością, a sceny akcji i sama wizja świata pozostaje kreatywna.

lego przygoda2-4

A jak sobie radzi polski dubbing? Więcej niż nieźle. Nadal nie zawodzi Piotr Bajtlik w roli ciepłego, zaczynającego dojrzewać Emmeta oraz tajemniczego, twardego Rexa, mającego statek kosmiczny z… dinozaurami. Równie cudnie się sprawdza Ewa Andruszkiewicz (twardo stąpająca przy ziemi Żyleta), Adam Bauman (pirat Stalowobrody) oraz Marta Dobecka (Kicia Rożek). Dla mnie jednak film kradł fantastyczny Krzysztof Banaszyk (Batman) i absolutnie zaskakująca… Natalia Sikora w roli absolutnie uroczej, chociaż budzącej nieufność królowej Wisimi, potrafiącej zmienić się w cokolwiek. I to jest prawdziwa petarda.

Druga część już nie ma tej świeżości i w zasadzie powtarza błędy poprzedników (chaotyczny środek, lekkie przeładowanie żartów, schematy, przewidywalność), ale nadal potrafi dostarczyć odrobiny frajdy. Animacja też wygląda ładnie, jednak bardziej skierowana jest dla młodszego widza. Starszy troszkę może się wynudzić. Może nie jest cudownie, ale nadal fajnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix. Tajemnica magicznego wywaru

Czy ja muszę mówić, jak bardzo uwielbiam dwóch Galów, którzy notorycznie spuszczają łomot Rzymianom? Niski Asterix oraz troszkę przypakowany Obelix to dla mnie najbardziej ikoniczny duet superherosów, ale tym razem mają bardzo poważne zadanie: otóż specjalista od magicznego napoju Panoramix… spada z drzewa i uważa, że powinien znaleźć swojego następcę. Trzeba wyruszyć przez całą Galię i jest też niejaki Sulfurix – stosujący czarną magię druid, pragnący zemsty oraz idący na układ z Cezarem.

magiczny napoj1

Parę lat temu pojawiło się „Osiedle Bogów”, czyli pierwsza animacja o Asterixie i Obelixie zrobiona w trójwymiarze. Twórcy tego dzieła, scenarzysta Alexandre Aster oraz reżyser Louis Clichy tym razem postanowili zrobić oryginalną opowieść, bez korzystania z komiksowego tekstu. Czy oznacza to, że nie ma tego klimatu? To nadal starzy znajomi i sprawdzone elementy wracają. Spuszczanie łomotu Rzymianom przy pomocy magicznego napoju? Jest. Kłótnia między kowalem (Automatix) a handlarzem ryb (Ihigienix) o jakość ryb? Jest. Julek Cezar i legioniści dostający wpierdziel? W poprzedniej części było ich o wiele więcej, ale ten fragment nadal bawi. Piraci, których łajba zawsze tonie? Są. Czyli wszystko gra? No, nie do końca.

magiczny napoj2

Sama intryga wydaje się dość niespiesznie poprowadzona, ale w drugim akcie troszkę brakowało mi kopa, zaś nadmiar potencjalnych wątków nie zostanie rozwinięty. Bo jest bardzo młody i uzdolniony druid, który jest troszkę za bardzo skupiony na sobie, bardzo uzdolniona dziewczynka z wioski, co ma potencjał na druida, wreszcie Sulfurix, pragnący zemsty na druidach oraz Panoramixie (swoim dawnym przyjacielu). Tu wszystko w tym metrażu wydaje się dorzucone i takie wręcz ciasne w ciągu tej półtorej godziny, zaś parę wydarzeń sprawia wrażenie niezrozumiałych (odłączenie się Asterixa od grupy, dość szybkie eliminowanie Obelixa z gry czy pozostawienie wioski pod opieką Kakofonixa). Sytuację ratuje za to bardzo satysfakcjonujący oraz widowiskowy finał, dzięki któremu „You Spin Me Round” zespołu Dead or Alive nie będzie już brzmieć tak samo. Plus jeszcze humor, co jest także zasługą polskiego tłumaczenia oraz spotykanych druidów (Selfix, Netflix, nawet Jezus zwany tu Człowiekiem-Piekarnią).

magiczny napoj3

By jeszcze uatrakcyjnić całość wiele scen jest zrobionych w innej formie (ręcznie rysowana kreska podczas historii o Panoramixie oraz Sulferixie czy mapa Galii niczym z Indiany Jonesa), zaś animacja trzyma poziom poprzednika, a nawet miejscami jest lepsza, bardzo szczegółowa. To bardzo ładnie wygląda, a w tle jest bardzo klimatyczna muzyka oraz parę szalonych pomysłów.

magiczny napoj4

Zdecydowanie mocną zaletą jest polski dubbing, choć nie powracają wszyscy aktorzy z „Osiedla bogów” (m.in. nie ma Piotra Fronczewskiego i Arkadiusza Jakubika). Asterixem znowu jest Wojciech Mecwaldowski i coraz lepiej sobie radzi z tą rolą. Nadal jest dość rozsądnym gościem, chociaż łatwo puszczają mu nerwy. Za to do roli Obelixa powrócił Wiktor Zborowski, potwierdzając wielką klasę, tak samo Miłogost Reczek jako Panoramix, choć na początku troszkę gryzł mi się ten głos. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie… Kuba Wojewódzki w roli głównego antagonisty. Sulfurix z jego niskim, głębokim głosem budzi respekt, bez popadania w karykaturę. Zaś drugi plan zdominował duet Automatix/Ihigienix (Piotr Bąk i Jarosław Boberek), docinając sobie i nawet próbując stworzyć własny magiczny napój – szczególnie ten drugi.

„Tajemnica magicznego wywaru” nie zrobiły tak mocnego wrażenia jak „Osiedle bogów” (dzisiaj oceniłbym wyżej niż teraz), ale to nadal ten fajny, zabawny, a jednocześnie mądry film dla młodego widza. Pod płaszczykiem bijatyki i żartów dotyka kwestii dość poważnych (zderzenia tradycji z nowoczesnością, wierności zasadom czy wyrywania się ze schematów), o jakich by się nie podejrzewano dzielnych Galów.

7/10

Radosław Ostrowski

Mary i kwiat czarownicy

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się dość roztrzepaną, rudowłosą dziewczyną prowadzą dość spokojne, monotonne życie. Przyjechała do swojej ciotki przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale nie ma zbyt wiele do roboty, zaś wszelka próba zaangażowania się w cokolwiek kończy się dość nie najlepiej. Wszystko jednak zmienia się z powodu pewnych kotów, dzięki którym dziewczyna trafia do lasu. Tam znajduje pewien tajemniczy kwiat oraz zaplątaną wśród pnączy miotłę. Połączenie tych dwóch rzeczy sprawia, że Mary trafia do… szkoły czarownic Endor, co pakuje ją w poważne tarapaty.

mary_i_kwiat1

Kolejna japońska animacja, ale tym razem nie zrealizowana przez studio Ghibli, lecz dopiero raczkujące Ponic. Reżyser Hirosama Yonebayashi wcześniej pracował w studiu Miyazakiego i czuć tutaj wizualny styl legendarnego studia japońskiego. Sama opowieść już od początku przykuwa swoją uwagę od tajemniczego początku z jakąś eksplozją w tle oraz ucieczką z magicznymi kwiatami. Im dalej w las, tym bardziej historia zaczyna odkrywać kolejne tajemnice. Niby znamy te opowieści o dojrzewaniu do odpowiedzialności, osadzonej w estetyce baśni, wręcz fantasy.

mary_i_kwiat2

Ale tutaj magia jest nie tylko kwestią nadprzyrodzonych umiejętności, lecz także wykorzystania naukowych dokonań. I prawdziwa magia to kwestia wypadkowej obydwu umiejętności. Tylko, że jednocześnie trzeba tutaj uważać, bo pewnych mocy nie da się do końca kontrolować. Może i historia czasami kuleje (cała tajemnica wokół uczelni jest dość przewidywalna), jednak realizacja jest wręcz imponująca. Jest tu wiele wykorzystanych rodzajów animacji: od ręcznej kreski tak „japońskiej”, że już się nie da aż po kilka popisów grafiki komputerowej (niektóre „magiczne” efekty) i to się po prostu wchłania. Cieszy to oko, tak jak przywiązanie do wielu szczegółów, a sama szkoła wygląda wręcz rewelacyjnie, osadzona w lekko steampunkowym stylu.

mary_i_kwiat3

Mary jest na tyle sympatyczną postacią, że zwyczajnie chce się jej kibicować. Jej powolna przemiana w dojrzałą, odpowiedzialną dziewczyną, pokazana jest tutaj bez jakiegokolwiek fałszu. Nawet postacie pozornie negatywne jak dyrektorka szkoły oraz genialnego naukowca, dr Dee są pokazani z pewnym zrozumieniem, ale są też ostrzeżeniem przed igraniem z ogniem i próbami opanowania czegoś, co powinno zostać pozostawione naturze. I to ostrzeżenie pozostaje bardzo aktualne na każdej szerokości geograficznej.

„Mary i kwiat czarownicy” to kolejny przykład pięknej (nie tylko wizualnie) japońskiej animacji od studia, które może spokojnie konkurować ze studiem Ghibli. Może czasem fabuła dla bardziej wyrobionego widza wydaje się dość przewidywalna, ale mamy kapitalną wizję świata, sympatycznych bohaterów oraz coś w formie magii.

8/10

Radosław Ostrowski

Życie animowane

Kiedy usłyszałem o tej historii wydawała mi się zwyczajnie nieprawdopodobna. A jednak. Poznajcie Owena – powoli wchodzącego w dorosłe życie faceta z autyzmem. Gdy go poznajemy, kończy studia, ma dziewczynę (Emily) i chce się usamodzielnić. Jednak najbardziej zaskakują jest jego przeszłość, bo w wieku 3 lat zdiagnozowano autyzm po tym, jak chłopiec przestał mówić i zaczął tylko bełkotać.  Po jakimś czasie rodzice odkryli, że kluczem do komunikacji są… bajki Walta Disneya, które – jak się później okazało – znał na pamięć. I zaczęła się próba wyciągnięcia chłopaka do życia.

zycie_animowane2

Film jest oparty na książce ojca Owena, dziennikarza Rona Suskinda. W zasadzie całość można podzielić na dwie części. Pierwsza to momenty z przeszłości, gdzie życie rodziny wywraca się do góry nogami oraz pojawia się choroba. Choroba, która dokonuje regresu (wtedy autyzm był stygmatyzowany), a jednocześnie – co jest pewnym paradoksem – troszkę bardziej zaczyna rodzinę scalać. Drugi wątek to współczesne życie Owena, kiedy kończy studia, chce samodzielnie mieszkać, żyć z dziewczyną oraz znaleźć pracę. Obydwie te historie niejako przeplatają się ze sobą, przez co cały czas trzyma w zainteresowaniu.

zycie_animowane1

Najbardziej w tej całej opowieści jest to, jak pokazany jest wpływ tych bajek na tego chłopca. Że dzięki nim zaczyna poznawać świat, ale też zaczynają go kształtować i uczą go przyjaźni, że nie należy się poddawać i tym podobne. Ale problem w tym, że te opowieści są bardzo czarno-białe, a życie prawdziwe takie nie jest, co może wywołać jeszcze większe zamieszanie (rozstanie z dziewczyną). I co wtedy? A to już możecie się sami przekonać. Same retrospekcje są pokazane w formie… ręcznie rysowanej animacji oraz rysunków, jakby ołówkiem wykonanych na kartce papieru. Te fragmenty nie tylko poruszają, ale pozwalają wejść niejako w skórę samego Owena, gdy poznajemy stworzoną przez niego opowieść. Nie spodziewałem się, że kiedyś się rozkleję, ale tak było.

Nie chcę zdradzać już więcej, ale powiem tylko jedno: „Życie animowane” to niezwykły, pełen empatii oraz ciepła film. Delikatny jak nasz bohater, a jednocześnie pokazujący troszkę perspektywę osoby, nazywaną czasami „inną”, ale nie oznacza to „gorszego”.

8/10 

Radosław Ostrowski

Mała Stopa

Czym jest Yeti – duża, włochata istota mieszkająca gdzieś w Himalajach. Podobno, bo nikt jej na oczy nie widział. Mieszkają w dużej wiosce otoczonej wielką mgłą na samym szczycie góry. Jednym z mieszkańców osady, kierowanej przez wszechwiedzącego Omnigłaza, jest Migo, który chce – tak jak ojciec – walić w dzwon (swoją głową podczas lotu). Problem w tym, że podczas pierwszego lotu, wypadł poza wioskę, a tam trafił na małą stopę, czyli człowieka. A podobno małych stóp nie ma i to może zburzyć pewien porządek. W tym samym czasie pewien podupadający autor programów przyrodniczych słyszy o Yeti i postanawia zorganizować mistyfikację, by wrócić na szczyt. Ale co się stanie, gdy człowiek spotka Yeti?

wielka_stopa1

Nowa animacja od Warner Bros. technicznie i wizualnie przypomina dylogię o „Klopsikach”, zwłaszcza pod względem sylwetek postaci ludzkich (nasz ludzki bohater, Percy nawet troszkę przypomina Flinta Lockwooda) oraz płynnej, choć może nie aż tak szczegółowej jak u konkurencji animacji. Jednak sama historia mocno przypomina klasyczne opowieści o (anty)utopiach, gdzie z góry zostaje narzucony porządek, przyjmowany bezkrytycznie przez całą społeczność. Ale musi się pojawić osobnik, który pod wpływem pewnych wydarzeń zaczyna stawiać pytania. A pytania zmuszają do myślenia, przez co porządek jest mocno zagrożony. Ale nie spodziewajcie się terroru czy groźby permanentnej inwigilacji, lecz motywacje stojące za tymi działaniami są dość zrozumiałe (świetnie wykonana i zaśpiewana scena w pałacu Omnigłaza). Bo czasem wiedza nie zawsze jest bezpieczna.

wielka_stopa3

Ale jednocześnie twórcy nie są pesymistami i serwują dość proste, ale mądre przesłanie. Obcemu może nie zaufamy od razu, jednak przy bliższym poznaniu wróg przestaje być wrogiem. Tylko czy obydwie strony będą w stanie przełamać lęk oraz chęć ślepego zabijania i przełamać mur wrogości? Po drodze dostajemy może troszkę przewidywalną, ale bardzo zgrabnie poprowadzoną opowieść pełną humoru (postać złośliwego Fleema czy scena ucieczki wyglądająca niczym sekwencja z Pac-Mana), ślicznie wyglądającej przyrody oraz postaci. Przyjemnie się to ogląda, zaś zakończenie daję nadzieję, że da się przełamać wrogość wobec innych.

wielka_stopa2

No i jest polski dubbing, do którego przyczepić się zwyczajnie nie potrafię, a co najbardziej mnie zaskoczyło, jest kilka mniej znanych i ogranych głosów. Te dotyczą głównych bohaterów, czyli Migo (Stefan Pawłowski) oraz córki Omnigłaza, Meechee (Małgorzata Kozłowska). Oboje sprawdzają się naprawdę dobrze, brzmią naturalnie i nie wywołują znużenia. Ze starej ekipy najlepiej wypada Jacek Król w roli Omnigłaza, czyniąc tą postać bardziej złożoną niż się to wydaje na pierwszy rzut oraz Sebastian Stankiewicz jako Percy, u którego dokonuje się przemiana z prawdziwego egoisty do sympatycznego, fajnego gościa. Humor jeszcze wnosi zabójcze trio Anna Smołowik/Jakub Wieczorek/Wojciech Mecwaldowski jako pokręceni członkowie grupy zwanej ZUS (nie, składek nie biorą).

O takich filmach kiedyś mówiło się, że uczą bycia tolerancyjnym oraz tego, że czasem trzeba podważyć autorytety. Teraz nazywa się to lewacką propagandą, co w kwestii tolerancji pokazuje, iż jeszcze wiele pozostaje do zrobienia. Dla mnie to ładnie wyglądająca, mądra bajka nie tylko dla dzieci.

7/10 

Radosław Ostrowski

Duża ryba i begonia

Czy zdarzało wam się obejrzeć animację z Dalekiego Wschodu, ale nie było to dzieło studia Ghibli? Tak mi się zdarzyło, bo film „Duża ryba i begonia” to produkcja z potężnych Chin i opiera się na ich mitologii. Dlatego dla takich osób jak ja, seans mógł być nieczytelny, co jednak nie stało się.

Wszystko toczy się w dwóch światach. Pierwszy świat to świat tzw. Innych – istot humanoidalnych, którzy posiadają moc od Matki Natury i jako dzieci przez siedem dni odwiedzają świat ludzi. Problem w tym, że nie można pozwolić sobie na bliższy kontakt ze światem ludzi, bo już się z niego nie wraca. Osobniki te są zamieniane w delfiny. Jedną z takich osób jest Chen – młoda dziewczyna, która wchodzi w ten nowy świat. Ale siódmego dnia nasza delfinica wpada z siatkę, a podczas ratunku mężczyzna wpada w wir. Po powrocie Chen czuje się bardzo winna, więc decyduje się zawrzeć targ ze strażnikiem dusz – dusza chłopaka (pod postacią ryby) w zamian za połowę jej życia. Konsekwencje tego interesu mogą mieć poważne perturbacje.

duza_ryba11

Muszę przyznać, że sama ta historia wydaje się bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Mamy tutaj miłość, odpowiedzialność za innych oraz poważne zaburzenie dwóch światów. Magia tutaj ma swoją istotną rolę. W ogóle nasi główni bohaterowie (Chin oraz chłopiec Qiu) wydają się zaledwie pionkami, próbującymi zawalczyć o swoje szczęście. Pojawiają się kolejne elementy układanki oraz komplikacje związane z naszą rybką. Natura zaczyna świrować (opady śniegu podczas lata czy bardzo gwałtowne ulewy), kolejne próby ukrywania ryby coraz bardziej wywołują się pętlę na jej szyi. Napięcie coraz bardziej ulega intensywności aż do bardzo smutnego finału.

duza_ryba31

Sama animacja to połączenie klasycznej kreski z komputerowymi efektami, przy różnych niesamowitych obrazach. Wiele z tych scen wygląda zwyczajnie imponująco: żółwie płynące z chmur, gwałtowna ulewa czy wszelkie „efekty specjalne”. I co najciekawsze, to połączenie tworzy bardzo spójną wizję. Zwykła kreska, kojarzona z japońskich animacji, też wygląda pięknie, pełna kolorów oraz pomysłowo wyglądających postaci nadprzyrodzonych (tajemniczy handlarz dusz) i czarów. Niektóre z tych kadrów w pamięci zostaną na bardzo długo.

duza_ryba21

„Duża ryba i begonia” dla fanów animacji azjatyckich jest pozycją obowiązkową. Choć może samo funkcjonowanie tego świata wydaje się dość uproszczone i nie zawsze jasne. Nie mniej bardzo silne wrażenia wizualne, całkiem niezły polski dubbing (z mniej znanymi aktorami) oraz klimatyczna muzyka tworzy bardzo intrygujące doświadczenie. Raczej dla bardziej dojrzałych kinomanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 1

Filmów opartych na grach komputerowych było wiele, ale żadna nie była do końca udana. Nie odstraszało to jednak filmowców, by w końcu przynajmniej zbliżyć się do zadowalającego efektu („Warcraft: Początek”, pierwszy „Mortal Kombat”) zarówno dla graczy, jak i dla kinomanów. Tym razem jednak do gry postanowił się włączyć Netflix, sięgając po klasykę gier konsolowych, czyli serię „Castlevania”. Cykl opowiadał o rodzie Belmontów, który walczy z Draculą oraz jego armią z zaświatów.

Pierwsza seria to właściwie geneza całego konfliktu. Jest XV wiek i jesteśmy w krainie zwanej Wołoszczyzna, gdzie przebywa Vlad Dracula Tepesz – wampir, posiadający bardzo zaawansowaną wiedzę oraz technologię, jakiej spodziewalibyśmy się w XIX czy początku XX wieku. Wtedy w jego życiu pojawiła się kobieta – Lisa, która chciała leczyć oraz pomagać innym ludziom. Ale 30 lat później pewien duchowny dostrzegł w niej zagrożenie i spalono ją na stosie. Reakcja hrabiego mogła być tylko jedna: dał mieszkańcom rok na pogodzenie się z Bogiem, by potem zebrać armię i wyplenić wszystkich mieszkańców kraju. Jedyną osobą, która może go powstrzymać jest ostatni potomek rodu Belmontów, którzy zostali przeklęci przez Kościół.

castlevania_11

Odpowiedzialny za serial Warren Ellis (scenarzysta) oraz reżyser Sam Deetz ubrali tą historię w konwencji animacji stylizowanej na anime. Kreska jest bardzo charakterystyczna (te oczy), ale tylko w ten sposób można było pokazać brutalność oraz okrucieństwo wielu scen. Twórcy bardzo sugestywnie oddają realia epoki, gdzie Kościół miał wielką pozycję społeczną, lecz zamiast oświecenia oraz miłosierdzia jest terror, indoktrynacja oraz ślepe posłuszeństwo połączone z żądzą władzy. I to doprowadza do rozpanoszenia się zła, które wszystkich potraktuje jednakowo. A Bóg tylko milczy, opuszczając swoich „wyznawców”.

castlevania_12

Pierwsza seria to w zasadzie początek, wprowadzenie do większej opowieści, co sugeruje czas trwania (cztery odcinki po ok. 25 minut), przez co zostawia duży niedosyt. Jednak samo wykonanie robi wielkie wrażenie, ale ostrzegam: to nie jest film dla dzieci, a sceny przemocy są bardzo krwawe i brutalne, co w tego typu stylistyce jest absolutnie naturalne. Same sceny akcji, których nie ma zbyt wiele, wyglądają po prostu świetnie: kamera płynnie pokazuje każdy ruch, cios, uderzenie. I to się bardzo przyjemnie ogląda, zachowując pewien niepokojący klimat.

castlevania_13

Także aktorstwo oraz postacie są bardzo wyraziste. Sam Trevor Belomont (świetny Richard Armitage) ma wszelkie cechy antybohaterów: cynizm, zmęczenie życiem, jednak pod tą maską obojętnego człowieka, mającego w dupie wszystkich dookoła kryje się doświadczony, troszkę arogancki, ale niepozbawiony sprytu i wiedzy wojownik. Może troszkę wyszedł z wprawy, ale nie odpuszcza. Równie wyrazisty jest Dracula (Graham McTavish), chociaż pojawia się stosunkowo rzadko, niemniej budzi majestat swoją posturą oraz fizyczną transformacją. Mocna, wyrazista kreacja, podobnie jak ogarniętego żądzą władzy biskupa (opanowany Matt Flewer) czy tajemniczego Alucarda (James Callis) obecnego w finale.

Jak napisałem, pierwsza seria jest wprawką do mrocznej opowieści o walce dobra ze złem. Czy Belmontowi i jego drobnej ekipie uda się pokonać mrocznego Draculę? Czy może jednak polegną? Jestem strasznie ciekawy ciągu dalszego.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Wyspa Psów

Japonia z perspektywy cudzoziemca może się wydawać dziwacznym krajem, z niesamowicie postępującą technologią, silnie zakorzenioną tradycją (sumo, haiku, sushi) oraz uwielbieniem do wszystkiego, co małe. Ale tym razem Japonii przyjrzy się pewien amerykański ekscentryk o imieniu Wes Anderson, postanowił przyjrzeć się Krajowi Kwitnącej Wiśni.

Idziemy 20 lat w przyszłość, gdzie w mieście Megasaki władzę trzyma rodzina Kobayashi, który nienawidzi psów, wielbiąc za to puszyste czworonogi zwane kotami. W tym samym czasie wybucha wielka epidemia choroby psów. Zwierzęta zarażają, są bardzo agresywne i bardzo niebezpiecznie. Dlatego zostaje wydany dekret, gdzie czworonogi zostają wysłane na Wyspę Śmieci, która jest jednym wielkim wysypiskiem. Tam zwierzaki są zdane na siebie, jednak pewnego dnia dochodzi do dość dziwnej sytuacji, bo na wyspę przylatuje samolot z 12-letnim chłopcem. To adoptowany syn burmistrza, Atari Kobayashi, który wyrusza na poszukiwanie swojego psa-ochroniarza Ciapka – pierwszego psa zesłanego na wyspę. A w wyprawie pomaga mu psia banda: Wódz, Rex, Książę, Król i Szef.

wyspa_psow1

Anderson drugi raz (wcześniej był „Fantastyczny pan Lis”) sięga po animację poklatkową, czyli wykorzystująca pracę kukiełek, które są ręcznie sterowane przez każdą klatkę fabuły. Sama forma jest bardzo typowa dla stylu Andersona – symetryczność kadrów, narrator wiedzący wszystko, zabawa chronologią, skupienie na detalach (nowością jest znany choćby z filmów De Palmy podzielony ekran) oraz bardzo specyficzne poczucie humoru. Sama historia toczy się dwutorowo: z jednej strony mamy poszukiwania psa oraz historia powolnej ewolucji Wodza, z drugiej mamy polityczną intrygę pokazującej drugie dno całej epidemii, którą rozgryza amerykańska studentka. I obydwa te wątki łączą się w mocną historię pokazującą manipulację ludźmi oraz jak bardzo łatwo wywołać psychozę strachu. Tylko, że dla mnie te gierki na szczycie władzy, które mocno przypominają reguły znane z systemów totalitarnych, była nie tyle przewidywalna oraz bardzo czytelna, ale kompletnie nieangażująca i wtórna. Nadal imponuje strona plastyczna, z nasyconymi kolorami oraz bardzo płynnej pracy kamery.

wyspa_psow2

Ale najbardziej świeże – poza miejscem akcji – jest sposób komunikacji, ponieważ Anderson stosuje bardzo sprytny trick. Otóż, ludzie mówią w swoim języku, a wszystko jest po angielsku tłumaczone: czy to za pomocą maszyn, tłumacza czy właśnie studentki. Za to wszystkie psy mówią po angielsku, co tylko wywołuje poczucie obcości, alienacji. To tylko pokazuje, że mimo pewnych komunikacyjnych problemów da się stworzyć silną więź między człowiekiem a zwierzęciem. I jest też źródłem kilku niezłych żartów. Ale duch Japonii jest tutaj mocno obecny: nie tylko z powodu japońskich napisów czy elementów kultury w postaci wierszy haiku (pięknych), walki sumo, teatru czy warstwy muzycznej, ale też niejako estetyki oraz pewnego – nie wiem jak to nazwać – nastroju, co widać w rozmowach Wodza z Nutmeg.

wyspa_psow3

Do tego jest fantastycznie dobrana obsada głosowa. Poza stałą ekipą Andersona – Bill Murray (ciepły Boss), Edward Norton (rozgadany Rex), Jeff Goldblum (zbierający plotki Książę), Harvey Keitel (szef wygnanych Gondo), Tilda Swinton (Wyrocznia) czy Frances McDormand (świetna jako tłumaczka) – pojawia się kilka nowych twarzy, a właściwie głosów. Najbardziej błyszczy kapitalny Bryan Cranston w roli bardzo szorstkiego, wręcz agresywnego Wodza. Pozornie to bardzo silny, twardy pies, naznaczony dość nieprzyjemną przeszłością oraz z uporczywą tendencją do gryzienia innych. Jednak zdarzenia powoli zaczynają go zmieniać i dostrzega, że posiadanie potencjalnego pana wcale nie musi być niczym złym. Równie świetny jest Liev Schreiber w roli poszukiwanego Ciapka, którego lojalność oraz wielka sympatia dla Atariego są wręcz namacalne i wyczuwalne w sposobie wypowiadania się. Troszkę odstaje od reszty Greta Gerwig (Tracy Walker), ale to raczej wynika z niezbyt interesującego wątku tej postaci.

Po raz pierwszy, odkąd oglądam filmy Wesa Andersona, mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony „Wyspa Psów” jest świetną technicznie oraz wizualnie bajką w niemal klasycznym stylu, przefiltrowanym przez zwariowany styl reżysera. Z drugiej nie zaangażowało mnie to aż tak bardzo jak powiedzmy „Fantastyczny pan Lis” (ale to była cudowna animacja) czy „Moonrise Kingdom”. Nadal potrafi zachwycić i ogląda się z dużą przyjemnością, jednak po Andersonie liczyłem na coś więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski