UWAGA!
Recenzja zawiera drobne ilości spojlerów, których starałem się ograniczyć do minimum.
Ta pobudka była ciężka niczym po ostrym kacu. Jakieś światła i dźwięk atakują wszystkie zmysły, a po otwarciu oczu nie jest lepiej. Okazuje się, że znajdujesz się w jakimś worku z tubą przypiętą do twarzy. Jakiś komputer przeprowadza badania, a po niezbyt łatwych próbach poruszania odkrywasz trzy rzeczy. Raz – jesteś na jakimś kosmicznym statku, dwa – jesteś jedynym żywym członkiem załogi, trzy – kompletnie nie pamiętasz kim jesteś, jak się nazywasz i… „co ty tutaj robisz?”. Tak się zaczyna „Projekt Hail Mary”, czyli na pierwszy rzut oka znajomy kolaż motyw kina SF, a jednocześnie jeden z najbardziej wciągających i oszałamiających filmów ostatnich lat.

Akcja filmu rozwija się dwutorowo: z jednej strony jesteśmy na statku razem z Raylandem Grace’m (Ryan Gosling), który próbuje odnaleźć i się nawigować w bardzo odległej przestrzeni kosmicznej. Z drugiej mamy retrospekcje, które próbują odkryć jakim cudem facet (biolog molekularny, który pracuje jako nauczyciel w liceum) trafił na statek kosmiczny. A w tle mamy wyścig z czasem, gdzie stawką jest los Ziemi, która za 30 lat może umrzeć. Wszystko z powodu mikroorganizmów zwanych astrofagami, które zjadają napotykane gwiazdy (w tym Słońce). To doprowadza do stworzenia projektu Hail Mary (czyli po naszemu: Zdrowaś Mario) oraz misji kosmicznej.

Film oparto na powieści SF Andy’ego Weira (autora „Marsjanina”), scenariusz stworzył Drew Goddard (odpowiedzialny za adaptację „Marsjanina”), zaś całość wyreżyserował duet Phil Lord/Christopher Miller. Panowie znani głównie z komedii („22 Jump Street”) oraz animacji („Lego Przygoda”, „Spider-Man: Uniwersum” czy „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”) na pierwszy rzut oka wydają się dziwnym wyborem. Ale ich najnowsze dzieło oraz ręka dziwnie pasuje do tej historii. Z jednej strony epickiej w skali, gdzie zaczynamy odkrywać tajemnicę Grace’a i użycie inteligencji do rozgryzienia zagadki, ale z drugiej jest to zadziwiająco kameralna historia o samotności, nieoczekiwanej odwadze oraz… nietypowej przyjaźni. Bo nie jest jedyną istotą, która ma ten sam problem do rozwiązania.

Więcej zdradzić nie zamierzam (zwiastuny już to zrobiły), ale reżyserski duet bardzo płynnie przechodzi od dramatu do komedii, pozostając kosmicznym kinem przygodowym. Scen akcji jest tu niewiele, ale jak się pojawiają (jak zdobywanie próbek z planety), trzymają za gardło. Tym większe wrażenie robi tutaj bardzo namacalna scenografia statku kosmicznego oraz – co zważywszy na ogromny budżet – praktyczne efekty specjalne, gdzie efekty komputerowe wydają się być nieobecne albo ograniczone do minimum. A mimo to „Hail Mary” wygląda zjawiskowo – sam wygląd kosmosu, planety czy eksperymenty z astrofagami chłonąłem niczym spirytus gąbkę, a w tle gra fenomenalna, elektroniczno-orkiestrowo-chóralna muzyka Daniela Pembertona.

A to wszystko na swoich barkach dźwiga Ryan Gosling, który jest rewelacyjny w roli doktora Grace’a. To nie jest heros, lecz bardzo wycofany i zamknięty w sobie inteligent, który „sparzył się” w relacjach z innymi ludźmi. Aktor bardzo sugestywnie pokazuje jego samotność i wycofanie, ale kiedy poznaje kosmitę zaczyna się powoli otwierać, dokonując rzeczy o jakich by się nie podejrzewał. Cudowna chemia jest między nim a ufokiem o głosie Jamesa Ortiza i będącym… animatroniczną kukiełką, co dodaje o wiele większej lekkości niż można się było tego spodziewać. Jeszcze muszę wspomnieć o Sandrze Huller, która wciela się w szefową projektu, Evę Stratt. I jako jedyna wydaje się traktować bardzo poważnie, że aż ociera się o żart opowiadany z kamienną twarzą.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz wyszedłem z kina z uśmiechem na twarzy oraz nadzieją, o którą coraz trudniej w naszej rzeczywistości. „Projekt Hail Mary” jest niczym kompilacja znajomych motywów kina SF (od spielbergowskiego „E.T.” po nolanowski „Interstellar”), która brzmi świeżo, ma masę uroku oraz staroświeckiego sznytu kina lat 70 i 80., pozostając inteligentną rozrywką. Może i niezbyt oryginalne, ale pierwszorzędnie wykonane oraz nie wychodzące z głowy od razu po seansie. Kapitalne kino po prostu.
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski






































