Oliver i spółka

Teraz coś ze starszych dzieł studia z Myszką Miki, będący wariacją na temat „Olivera Twista”. Ale zamiast slumsów XIX-wiecznego Londynu, jesteśmy we współczesnym Nowym Jorku. A kim jest Oliver? Bezdomnym kotem, próbującym jakoś żyć po tym mieście. I wtedy poznaje niejakiego Bajera, psiego cwaniaka należącego do gangu, mającego jeden cel: pomóc spłacić dług swojego pana.

oliver_i_ferajna1

Od razu ostrzegam: „Oliver i spółka” jest animacją zrobioną w bardziej staroświecki sposób, jaki znany jest z produkcji lat 70. oraz 80., czyli bardzo prosta kreska, z bardzo niewielkimi szczegółami, jeśli chodzi o tło. Dzisiaj coś takiego może wydawać się bardzo archaiczne, ale to raczej z powodu rozleniwienia dzisiejszymi popisami speców od grafiki komputerowej. Niemniej film George’a Scribnera ma w sobie wiele uroku, a zwierzaki wyglądają bardzo uroczo. O dziwo scen śpiewanych jest bardzo mało i nie są w żaden sposób musicalowe (może poza popisem Bajera), co jest pewnym zaskoczeniem. Ale od razu ostrzegam: to bardzo mroczny film, gdzie nie brakuje przemocy, chociaż krwi oszczędzono nam. Bo mamy szantaż, gangstera z bezwzględnymi dobermanami (ksywy Landryn i Karmel wydają się złośliwym żartem), doki czy podniszczone doki – to nie jest świat, z jakim dzieci zazwyczaj mają do czynienia. I to zderzenie bezwzględnego świata z siła przyjaźni jest najmocniejszą rzeczą tego filmu.

oliver_i_ferajna2

Film jest bardzo króciutki (niecała 80 minut), a intryga nie należy do skomplikowanych. Niby wszystko jest na miejscu, ale poza zakończeniem i odbiciem pewnej dziewczynki, sama historia mnie nie zaangażowała za bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że już z takich filmów jak „Oliver i spółka” zwyczajnie wyrosłem, chociaż doceniam mroczniejszą tonację oraz poważniejsze motywy. Tak samo warto pochwalić polski dubbing, w którym najbardziej bryluje wyluzowany Robert Czebotar (Bajer) i urocza Edyta Jungowska w roli głównej. Nie można też nie wspomnieć kradnących każdą scenę Jana Prochyrę (Frankie) oraz Jacka Kawalca (Tino), dodających lekkości.

oliver_i_ferajna3

Gdybym obejrzał ten film w wieku 6-7 lat, byłoby OGROMNE prawdopodobieństwo, że spodobałby mi się o wiele, wiele bardziej niż teraz. Z dzisiejszej perspektywy to prosta historia, gdzie sporo problemów i komplikacji rozwiązywanych jest dość szybko, kreska jest dość skromniutka, muzyka popowa (a piosenki chwytliwe), niemniej jest to na swój sposób urocze. Dla najmłodszych, którzy chcą zacząć przygodę z kinem.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Hercules

Disney przez bardzo długie lata był potęgą nie do zniszczenia, a każdy film spotykał się z bardzo dobrym odbiorem u wszystkich, realizując czasami dość karkołomne przedsięwzięcia jak „Dzwonnik z Notre Dame”. Ale w 1997 roku zdecydowali się zmierzyć z grecką mitologią, a dokładniej z losami niejakiego Herculesa, będącego wariacjami na ten temat. A wszystko tak naprawdę zaczyna się, gdy w dzień narodzin naszego herosa przybywa Hades – bóg zaświatów, który z Zeusem ma na pieńku i planuje przejęcie władzy nad Olimpem. Ale żeby zrealizować plan musi usunąć (w sposób ostateczny i nieodwołalny) Herculesa, tylko najpierw trzeba pozbawić go nieśmiertelności. Jednak wskutek zbiegu okoliczności bobas trafia do rodziny śmiertelników, nie znając swojego prawdziwego pochodzenia. A kiedy je odkrywa, by wrócić na Olimp musi stać się bohaterem.

herkules1

Reszta jest klasyczna, czyli jest śpiewanie (tutaj jednak głównie robią to opowiadające historię Muzy, sztuk 5 w bardzo popularnym w starożytności stylu soulowo-gospelowym), sporo akcji, komplikacji oraz humoru. Twórcy wykorzystują mit do sięgnięcia po bardziej ponadczasowe motywy: poszukiwanie swojego miejsca na ziemi, swojego ja oraz odkrywania świata niczym dziecko. Jest też próba radzenia sobie ze sławą, co jest dość ciekawym i przyjemnym detalem. Ale tak naprawdę to stary schemat w nowych fatałaszkach. Zaskoczeniem jest „uwspółcześniona” wizja świata. I nie chodzi tylko w wplecenie billboardów, miejskiej komunikacji, ale sposobu marketingu (sklep z gadżetami), uwieczniania portretów (nasz heros ze skórą lwa, wyglądającego jak… Skaza), dodając lekko postmodernistycznego zacięcia.

herkules2

Sama animacja wygląda bardzo ładnie i jest to jeszcze ręcznie wykonana kreska (aczkolwiek Hydra jest troszkę trójwymiarowa), imitująca malunki z greckim waz oraz malunków. Ale jednocześnie twórcy potrafią zaszaleć z wizerunkami bogów (Hermes wyglądający niczym podchmielony gwiazdor w okularach, Hades z „płonącą” głową) czy mitycznymi bestiami. A historia potrafi wciągnąć i zaangażować (bardzo dramatyczny finał w zaświatach), dostarczając także mnóstwo zabawy, mimo wykorzystania znajomych szablonów.

herkules3

A całość na wyższy pułap wznosi polska wersja językowa, nie tylko dzięki bardzo zgrabnemu tłumaczeniu (nawet potoczny język ładnie został wpleciony), świetnie wykonanym piosenkom oraz fantastycznej obsadzie. Herkiem przemawia najpierw Paweł Iwanicki oraz Jacek Kopczyński, którzy trzymają fason (chociaż ten drugi wypada lepiej), tworząc przekonująco rolę młodego herosa. Jednak całość kradną rewelacyjni Witold Pyrkosz oraz Paweł Szczesny. Pierwszy to lekko nabuzowany satyr, będący dla naszego protagonistę mentorem, z kolei drugi jest mściwym bogiem, bywającym bardzo, BARDZO impulsywnym czarnym charakterem. Inteligentny, przebiegły, rozgadany, ale mający dość kiepskich pomagierów, przez co staje się komediową petardą.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, „Hercules” bardzo dobrze się broni i nawet te piosenki nie doprowadzają do bólu uszu. Animacja nadal wygląda ładnie, postacie są bardzo wyraziste, dowcip ciągle bawi, doprowadzając do łez… ze śmiechu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dinozaur

Era prehistoryczna zawsze pociągała filmowców, także odpowiedzialnych za kino animowane. Wszyscy pamiętamy „Epokę lodowcową” z triem mamut/leniwiec/tygrys. Ale rok wcześniej Disney też postanowił opowiedzieć historię z dinożarłami w rolach głównych pod wielce mówiącym tytułem „Dinozaur” zrealizowaną przez młodych filmowców – Ralpha Zondaga i Erica Leightona.

Punkt wejścia jest prosty – poznajcie Aladara. Jego los bardzo przypomina Mowgliego, bo jego rodzina zginęła, a jak był jajkiem znalazł się pod opieką lemurów, Yara i Pino. Chłopak dobrze sobie radzi, mimo bycia innym. Ale spokojna egzystencja na wysepce nie trwa długo, bo pojawia się deszcz meteorytów, niszczący wszystko dookoła. Poza Aladarem przeżyły tylko cztery lemury i pozbawione domu muszą znaleźć nowe miejsce dla siebie. I tak trafia na stado dinozaurów kierowane przez Krona, rządzącego twardą ręką, co doprowadza do spięć.

dinozaur1

Ten film z 2000 roku jest jednym z najbardziej nieoczywistych filmów Disneya, który wybija się z kilku powodów. Po pierwsze, jest tutaj dość zaskakująca realizacja, gdzie animacja jest komputerowa i były poddane jej wszelkie stwory. Cała reszta, czyli natura wygląda jakby żywcem wzięta z filmu przyrodniczego, do którego animacja została „doklejona”. Z czymś takim jeszcze nie miałem do czynienia, tylko że sama animacja mocno pachnie naftaliną i wygląda troszkę brzydko oraz mało szczegółowo z dzisiejszej perspektywy. Historia też nie należy do skomplikowanych, podział na dobrych i złych jest czytelny, a racje pozornie wydają się równoważne (słabsi odpadają ze zmęczenia, a silniejsi bardziej znoszą to, co się dzieje). Więc kiedy Aladar ma wybór czekać na resztę już dość zmęczonych towarzyszy czy przeć dalej, wtedy film staje się głębszy i ciekawszy, a konsekwencje tej decyzji stają się niezłym morałem.

dinozaur2

Sami twórcy nie boją się pokazywać scen brutalnych, bo przemoc jest częścią naszego życia, ale nie uważają, że jest to jedyny sposób na rozwiązywanie konfliktów. I to jest na pewno zaleta. Tak samo jak przepiękna muzyka Jamesa Newtona Howarda, dodającego wręcz epickiego rozmachu. Podobnie całe tło wygląda przyjemnie, choć dość monotonnie. Z kolei dubbing prezentuje się całkiem nieźle, a najbardziej wybija się mocarny Tadeusz Huk (Kron), rozbrajający Jacek Kawalec (podrywacz Zini) oraz duet dinozaurów staruszek w interpretacji Wiesławy Mazurkiewicz i Zofii Rysiówny (Eema i Baylene).

dinozaur3

Disney w „Dinozaurze” bardzo mocno postanowił odejść od swojej bezpiecznej strefy, co należy pochwalić. Jednak komputerowa animacja nie do końca zniosła próbę czasu, bohaterowie są ledwo zarysowani, a obecność lemurów w tych realiach jest co najmniej zastanawiające. Ale ogląda się to nieźle, postacie potrafią wzbudzić sympatię, zaś dubbing jest wartością dodaną. I są dinozaury, a to może wystarczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Atlantyda – zaginiony ląd

Ta mityczna kraina miała być miejscem potężnego rozwoju technologicznego, która zatonęła wskutek naturalnego kataklizmu. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie dokładnie miała się znajdować i co się dokładnie na niej znajdowało, w zamian dając mnóstwo inspiracji dla filmowców. Tak też postanowił zrobić na przełomie wieków Disney. Poznajcie Milo – pracuje w waszyngtońskiej uczelni AD 1914 w kotłowni, chociaż ma znacznie większe ambicje. Wychowywany przez dziadka, marzy o odkryciu Atlantydy, chociaż dla środowiska pozostaje ona mityczną krainą. Ale znajduje się ktoś, kto chciałby zorganizować ekspedycję – Preston Whitmore, który był przyjacielem dziadka Milo. Zebrano sprzęt oraz zebrano ekipę specjalistów pod wodzą kapitana Rourke’a.

atlantyda1

„Atlantyda” to ostatnia animacja zrobiona przez Gary’ego Trousdale’a i Kirka Wise’a, pracujących dla studia od 1991 roku, ale nie tylko dlatego jest taka nietypowa. I to czuć od samego początku, gdzie widzimy upadek Atlantydy. Tutaj trójwymiarowe modele statków nakładają się na ręcznie rysowaną grafikę. Pewnie w dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie, ale dziś bardzo zdradza wiek produkcji (zwłaszcza w scenie konfrontacji ze zmechanizowaną bestią). Po drugie (poza napisami końcowymi) nie ma żadnej piosenki, a bohaterowie nie śpiewają, co wtedy było rzadko spotykane. Film ma w sobie ducha kina przygodowego spod znaku Stevena Spielberga, ale wykorzystuje elementy świata znanego z książek Juliusza Verne’a, tworząc bardzo unikatową hybrydę.

atlantyda2

Sama historia może wydawać się prosta, bo mamy młodego naukowca-idealistę, chcącego badać nieznany, zapomniany świat oraz grupę najemników pomagających mu. Tylko, ze kapitan Rourke ma inne plany, związane z kradzieżą oraz sprzedażą potężnego „serca Atlantydy”. Jak na animację Disneya, to kino bardzo mroczne, niepozbawione przemocy i śmierci, co też nie jest oczywiste. Świat Atlantydy też potrafi wciągnąć swoim wyglądem (za animacje odpowiadał m.in. twórca „Hellboya” Mike Magnola), mimo dość silnego ugryzienia przez ząb czasu. Szkoda tylko, że nie poznajemy tej cywilizacji głębiej, bo jest w niej coś tajemniczego i fascynującego. Animacja wygląda nadal ładnie, historia wciąga (mimo pewnych uproszczeń, zwłaszcza w trzecim akcie), za to jest wiele scen akcji – bardzo dynamicznych, pełnych wybuchów oraz podnoszących adrenalinę, w szczególności finałowa potyczka powietrzna. Do tego nadal mamy galerię ciekawych postaci oraz rewelacyjną muzykę Jamesa Newtona Howarda, godną wysokobudżetowej superprodukcji.

atlantyda3

A jak sobie radzi polski dubbing? Reżysersko-dialogowy duet Joanna Wizmur/Bartosz Wierzbięta wstydu nie przynosi, a drobne smaczki (wypowiedzi pani Packard) dodają nutkę humoru. Świetnie wypada Kacper Kuszewski w roli sympatycznego, naiwnego protagonisty, który w decydującym momencie ma więcej charakteru niż ktokolwiek. Solidnie wypada Marek Barbasiewicz (kapitan Rourke) oraz Małgorzata Masalska (Helga Sinclair), ale całość kradnie ciągnący rosyjskim akcentem oraz słownictwem Arkadiusz Jakubik (Vincenzo Santorini ps. Wołodia), czyniąc tę troszkę mroczną postać odrobinę sympatyczniejszą, podobnie jak Monika Kwiatkowska (Audrey Marinez) czy Tadeusz Kwinta (ekscentryczny „Mol” Moliere).

Choć „Atlantyda” poległa w kinach i ma swoje minusy, to pozostaje jedną z bardziej nietypowych produkcji Disneya, który eksperymentował oraz próbował przełamywać swoje standardowe szablony. Nawet zakończenie, w którym bohater decyduje się zostać na Atlantydzie, jest dość nieoczywiste. Aż chciałoby się głębiej eksplorować tą krainę.

8/10

Radosław Ostrowski

Zwierzogród

Czym jest Zwierzogród? To takie miasto, gdzie zwierzęta (wszelkiej maści) żyją ze sobą w zgodzie, a każdy może być kimkolwiek się to żywnie podoba. Właśnie tam trafia młoda króliczka, czyli Judy Hobs. Króliczek, bardzo chce zostać policjantką i marzy, by prowadzić bardzo poważne i ważne sprawy. Ale na miejscu wszystko zostaje bardzo mocno zderzone z rzeczywistością. Zamiast wielkiej sprawy: mandaty. I tak przypadkowo poznaje pewnego cwanego lisa, Nicka Bajera – gościu robi troszkę na lewo i zostaje zaszantażowany. Niejako wskutek okoliczności nasz króliczek prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia kilkunastu zwierząt, ale skupia się na wydrze, w czym pomaga (niejako wbrew sobie) lisiur Bajer.

zwierzogrd1

Disney postanowił przypomnieć sobie, za co kochaliśmy te studio, gdy tacy ludzie jak ja byli bardzo małymi szkrabami, oglądającymi „Króla Lwa” czy „Piękną i Bestię”. Tutaj twórcy w konwencji kryminalnej komedii, próbują opowiedzieć o inności oraz przełamywaniu stereotypowego spojrzenia na innych. A co może pomóc przełamać bariery jak pokazanie bohaterów jako zwierzęta? I jest tutaj bardzo bogata galeria: komendantem jest byk, ochroniarzami gangstera syberyjskie misie, burmistrzem jest lew, a w urzędach pracują wolne jak nigdy leniwce. No i kontrastowy duet królik/lis, który musi też przełamać swoje lęki i nieufność.

zwierzogrd3

Sama intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, serwując w odpowiedniej ilości powagę i humor. Wystarczy wspomnieć brawurowy pościg za bandytą w Chomiczówce (miastu małych zwierzątek) czy ucieczkę przed tygrysem. Do tego twórcy zgrabnie rzucają okiem dla sprawniejszych kinomanów, bo jak inaczej nazwać spotkanie z panem B., który jest… krecim ojcem chrzestnym (i głos ma niski niczym don Corleone). Więc jest wiele dla każdego: i do śmiechu, do płaczu, ale i do refleksji. Wszystko w odpowiednich proporcjach, ale bardziej skierowane jest to dla dzieci. Sama animacja jest po prostu cudowna, kreska przyjemna dla oka, a muzyka odpowiednio buduje napięcie, mieszając stylami.

zwierzogrd2

I jeszcze polski dubbing, który jest wartością dodaną, co w przypadku animacji jest pewnym standardem. Nie inaczej jest w „Zwierzogrodzie”, gdzie nakręca całość świetny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała. Idealnie połączenie wrażliwości, cwaniactwa, słodkości oraz umiejętnego wychodzenia z każdych tarapatów, ale tak naprawdę oboje łączy pewna nieufność, zmieniająca się w zaufanie oraz wzajemne wsparcie w najtrudniejszych momentach. Na drugim planie jest wiele ciekawych postaci, z których najbardziej zapada w pamięć delikatny Pazurian (Sebastian Perdek), groźny pan B. (kompletnie nie do poznania Wojciech Paszkowski), leniwiec Flash (tak wolno Grzegorz Pawlak nigdy nie mówił) czy bardzo surowy komendant Pogo (Krzysztof Stelmaszyk).

zwierzogrd4

„Zwierzogród” to jedna z ciekawszych i sympatyczniejszych animacji jakie powstały w ostatnim czasie. Świetna gatunkowa rozrywka, jak i trafny portret współczesnego świata, gdzie może dojść do różnych konfliktów oraz zwarć. Jednak w tym bogatym i różnym świecie da się znaleźć nic porozumienia, a to naprawdę dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kraina jutra

Wyobraźcie sobie świat niezwykły, pełen magii oraz tak rozwiniętej technologii, w której wszystko jest możliwe. Zamieszkują go wynalazcy, naukowcy, wizjonerzy, a dobro człowieka jest najcenniejszą wartością. Taka jest Kraina Jutra, gdzie mieszkał niejaki Frank Walker. Mieszkał, bo został wygnany przez rządzącego okolicą Davida Nixa. Ale Frank musi wrócić, a to z powodu pewnej młodej dziewczyny – Casey Newton, które może odmienić świat.

kraina_jutra1

Brad Bird był mistrzem animacji, na czym poznał się Pixar. Jednak reżyser doszedł do wniosku, że animacja to za mało i 4 lata temu zadebiutował w fabule. „Mission: Impossible 4” było wielką niespodzianką i najlepszą częścią serii. Tutaj nie jest aż tak fajnie. Sama historia jest bardzo pogmatwana (zwłaszcza początek, gdzie mamy retrospekcję z życia Franka, by trafić do zbuntowanej Casey. Dziewczyna przypadkowo dostaje znaczek, pozwalający zobaczyć tytułową Krainę Jutra. Widzi ja tylko ona i znajduje się ona w świecie równoległym do naszego. Ale im dalej w las, tym bardziej logika szwankuje. Dlaczego tak działa ten znaczek? Czemu Casey została zwerbowana? I o co tak naprawdę tu chodzi? No i gdzie te 200 milionów baksów, które wydano? Nie wiadomo. Jest kilka widowiskowych ujęć (ucieczka z domu Franka czy lot z rakiety znajdującej się w… wieży Eiffla – wtf?), porywająca muzyka Michaela Giacchino, wyrastającego na następcę Johna Williamsa i nie brakuje akcji, jednak to wszystko zamotane, zaplątane i większość rzeczy trzeba przyjmować na wiarę. Sam wygład Krainy (przynajmniej na początku) jest imponujący, jednak pod koniec to jest zaledwie hangar podniszczony, a finał rozczarowuje.

kraina_jutra2

Bird próbował tak bardzo zaspokoić młodszych i starszych odbiorców, że wyszedł z tego misz masz. I ani George Clooney (dobry jak zwykle) ani Hugh Laurie (zmarnowano charyzmę tego aktora) nie są w stanie tego uratować. Dodatkowo jeszcze dostajemy koszmarny polski dubbing (pomysł, by Clooney i Laurie mówili głosami Żmijewskiego i Frycza jest słaby).

kraina_jutra3

Gdyby nie to mógłby być nawet dobry film, a wyszło zaledwie niezłe widowisko.

6/10

Radosław Ostrowski

Kopciuszek

Każdy z nas zna bajkę o Kopciuszku. Dziewczyna traktowana jako służąca przez macochę i jej dwie córki, potem trafia na bal w czym pomaga jej matka chrzestna, która jest dobrą wróżką (takie dwa w jednym), zakochuje się w niej książę i dalej wiadomo. To tak w maksymalnym skrócie, bo wersje Charlesa Perraulta jak i braci Grimm są powszechnie znane. Filmowcy też opowiadali tą historię parę razy (najbardziej znana wersja pochodzi od Walta Disneya z 1950 roku). Teraz własną wersje postanowił przedstawić nie byle kto, bo sam Kenneth Branagh.

kopciuszek1

Dzisiaj baśnie przedstawia się w postmodernistycznym stylu, wyznaczonym 15 lat temu przez legendarnego „Shreka”, gdzie klasyczne elementy wywrócono do góry nogami mieszając z popkulturą. Tym większą niespodzianką było to, że reżyser opowiada tą znaną historię z szacunkiem do pierwowzoru i bez żadnych udziwnień. Czy należy stwierdzić, ze „Kopciuszek” to porażka? Absolutnie nie – to czysta magia na ekranie, pełna barw, ale i emocji. Albowiem bez nich żaden film nie jest w stanie odnieść sukcesu. Obowiązkowo jest Kopciuszek – tym razem mający imię Ella – jest i książę, oboje piękni oraz młodzi, jest też macocha z córkami-jędzami, czarowanie karocą, bal, zgubienie pantofelka i cała ta reszta. Branagh czaruje tutaj stroną plastyczną i to jest na razie najładniejszy film tego roku. Scenografia jest imponująca (zamek króla przypominał mi z wyglądu… Wersal), kostiumy eleganckie, pełne barw, idealnie pasujące do charakterów oraz śliczną muzyką Patricka Doyle’a.

kopciuszek2

Ale jak to możliwe, że reżyser nie przesłodził i ogląda się to z takim zaangażowaniem? Ponieważ postanowił troszeczkę ożywić swoich bohaterów oraz uwiarygodnić ich zachowanie. Ella (prześliczna Lily James – jestem pewny, że jeszcze o niej usłyszymy) jest nie tylko piękna oraz młoda, a naturalności mogliby jej pozazdrościć wszyscy. To bardzo rezolutna, zaradna dziewczyna, której wręcz nieznośna dobroć nie wzięła się z nieba, ale od nauk swojej matki o byciu odważnym oraz dobrym, mimo wszystko. Podobnie jest z księciem Kitem (znany z „Gry o tron” Richard Madden, który bardzo dobrze sobie radzi), który musi wybrać – miłość jako „kontrakt” mający zagwarantować stabilność ekonomiczną królestwa czy pójść za głosem serca? Lojalność wobec ojca czy nieposłuszeństwo?

kopciuszek3

Podobną taktykę reżyser stosuje wobec postaci złych, którym zależy na zabezpieczeniu przyszłości swoich dzieci (świetna Cate Blanchett w roli Macochy) oraz całego państwa (niezawodny Stellan Skarsgaard) – są zbyt zgorzkniali i przeżyli zbyt wiele, by pozwolić sobie na radość. Z kolei od strony dowcipu błyszczy Helena Bohnam Carter i powiem wam – takie wróżki chrzestnej jeszcze nie było. Dodatkowo jest narratorką całej opowieści.

kopciuszek4

Kenneth Branagh opowiada klasyczną bajkę w klasycznym stylu. Brzmiało to jak kolejna część „Mission: Impossible”, ale reżyser z taką klasą, stylem i wyczuciem nie mógł polec. Piękno w najczystszym wydaniu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wielka Szóstka

W niedalekiej przyszłości San Francisco zmiesza się z Tokyo, co chyba wynika z nadmiaru azjatyckich imigrantów. A może po prostu z połączenia obydwu miast ze sobą. Tutaj mieszka młody i cwany Hiro, który walczy w nielegalnych walkach robotów. Jednak dzięki swojemu bratu, trafia do politechniki, gdzie poznaje jego piątkę postrzelonych kolegów oraz dzieło Tadashiego, czyli Baymaxa – robota medycznego. Kiedy brat ginie w pożarze, robot opiekuje się nim.

wielka_szostka1

Nowy film Disneya to z jednej strony mieszanka opowieści o superbohaterach, z drugiej mocno skręcają w stronę animacji japońskich. I o dziwo, ten koktajl smakuje całkiem nieźle. Nie brakuje sztandarowych sztuczek Disneya, czyli bohater po ciężkich przejściach musi się odnaleźć i pogodzić ze stratą, jest pochwała wielkiej przyjaźni i pozytywna energia. Tło jest mocno azjatyckie, czyli wielkie budynki, technologiczne wynalazki, roboty oraz masa nerdów. Intryga jest jak z filmu SF – nieudany eksperyment, żądza zemsty i umiejętności naukowe służące do zdobycia megamocy. Znacie to? Było to już przerabiane wielokrotnie, ale ogląda się to całkiem nieźle. Animacja inspirowana jest dziełami ze studia Ghibli, ale zrobiona w disneyowskim stylu i z jego sznytem. Więc w czym problem?

wielka_szostka4

Ano w tym, że jest to kino bardziej przeznaczone dla młodszego odbiorcy. Poza tym same sceny walki i rozwałki wyglądają dość konwencjonalnie, bez ikry oraz energii. Intryga w połowie zmierzała w kierunku, jakim się spodziewałem. Tak naprawdę z postaci bronił się Baymax – uroczy, ciepły robocik (w polskiej wersji mówiący głosem świetnego Zbigniewa Zamachowskiego), który jest do rany przyłóż, a przemiana w maszynkę do rozwałki jest autentycznie zabawna.

wielka_szostka2

Polski dubbing jest zrobiony bez zarzutu, a z aktorów (poza Zamachowskim) najlepszy jest prześmieszny Eryk Lubos podkładający głos pod postać postrzelonego Freda, który jest geekiem do kwadratu, mającym obsesję na punkcie monstrów pokroju Godzilli oraz komiksów.

wielka_szostka3

Tylko nie jest w stanie to zakryć przewidywalności, a sceny walki wywoływały we mnie znużenie. Albo ja już z tego wyrosłem, albo obejrzałem tego tak dużo, że przestało to robić na mnie wrażenie. Jest jeszcze trzecia opcja: to nie był film skierowany dla mnie. Jeśli macie jakieś młodsze rodzeństwo do lat 10-12, seans powinien być świetną zabawą.

6/10

Radosław Ostrowski

Kraina lodu

Wiem – zima już minęła (ostatnio mocno daje ciała), ale na chwilkę ochłodźmy się. Pewnie pamiętacie bajkę o „Królowej śniegu”? Wytwórnia Walta Disneya, która lubi słodzić aż za bardzo postanowiła opowiedzieć podobną historię, tylko ją zmodyfikowało. A było to tak:

Dawno, dawno temu w królestwie Arendelle były sobie dwie siostry – Elsa i Anna. Pierwsza posiadała moc zamrażania, nad którą nie była w stanie zapanować. Druga, o mały włos przez nią nie zginęła. Dlatego obie siostry były od siebie izolowane. Kiedy oboje rodzice zginęli, a Elsa miała objąć tron, dochodzi do strasznej sytuacji. Anna chce wziąć ślub z ledwo poznanym księciem Hansem, co doprowadza starszą siostrę do szału i całe królestwo zamarzło, zmuszając Elsę do ucieczki. Jednak Anna wyrusza za nią w pościg, w którym pomaga jej (trochę wbrew swojej woli) łamacz lodu Kristoff ze swoim reniferem Svenem.

lod1

I jedno trzeba przyznać Disney’owi, że wie jak opowiadać historię. Niby jest to prosta historia opowiedziana bez zbędnych ozdobników i dłużyzn, potrafi trzymać w napięciu (finał), nie brakuje różnych scen akcji (pościg przed wilkami czy walka z lodowym gigantem), zaś całość jest okraszona humorem. Ale jedno udało się bez cienia wątpliwości twórcom: animacja. I nie chodzi tu o ruchy postaci czy ich wygląd (bałwanek Olaf jest akurat wyjątkiem od reguły), ale przede wszystkim o wygląd krainy i śnieg. Jest on po prostu piękny i czarujący. I nie jest to czcza gadanina – dawno nie widziałem tak pięknego śniegu (dokładnie, od czasu „Happy Feet”).

lod2

Jeśli zaś chodzi o dubbing (film widziałem w oryginale), to brzmi on naprawdę dobrze, zaś postacie naprawdę brzmią bardzo dobrze. Zdecydowanie należy pochwalić grające obie siostry Kristen Bell (trochę „postrzelona” Anna) i Idinę Hanzel (chłodna Elza), zaś obie postacie kobiece nie są takimi zagubionymi dziewuszkami, które czekają aż pomoże im jakiś facet, nie dają sobie w kaszę dmuchać. Jeśli chodzi o panów, to zdecydowanie należy zwrócić uwagę na Kristoffa (Jonathan Groff) – żyjącego z lodu faceta, który czasami „gada” z reniferem oraz księcia Hansa (Santino Fontana) – elegancki, uroczy gościu, na początku. Złodziejem drugiego planu jest Olaf (świetny Josh Gad) – sympatyczny, choć trochę zabawny towarzysz przygód, na którym można polegać i to on ma najzabawniejsze teksty.

lod3

„Kraina lodu” potwierdza tylko, że wytwórnia Disneya wraca do gry i powoli zaczyna dominować na polu animacji, pokonując wówczas niepokonanego Pixara. Kto wie, czym jeszcze będą mogli nas zaskoczyć.

8/10

Radosław Ostrowski

Samoloty

Dusty Spryskiwacz jest samolotem, który opryskuje pola rolnicze, choć jego marzeniem jest udział w wyścigu dookoła globu. Ale brakuje mu po pierwsze wprawy, po drugie jest małym samolotem, który nie posiada żadnych wielkich mocy czy siły. A jakby było tego mało, ma lęk wysokości. Jednak pod okiem doświadczonego Kapitana chłopak się szkoli i fartem wygrywa eliminacje. Potem wystarczy tylko wygrać, tak?

samoloty1

Akcja toczy się mniej więcej w czasach „Aut”, jednak odpowiedzialna za fabułę „Samolotów” ekipa z DisneyToon nie ma aż takiej iskry geniuszu jak chłopaki z Pixara. Ich bajka skierowana jest przede wszystkim dla młodszego widza i opowiada dość prosta historię o walce ze swoimi słabościami i woli walki. Starsi (czytaj: dorośli) raczej poczują się znużeni i niewiele znajdą tu dla siebie. Animacja sama w sobie jest naprawdę ładna i jest na czym oko zawiesić, zaś bohaterowie budowani są na prostych cechach (poza Kapitanem, który skrywa pewną tajemnicę). A konkurenci Dusty’ego w wyścigu są malowani z wykorzystaniem elementów charakterystycznych dla ich nacji (Kanadyjka z francuskim akcentem i sporą ilością różu, Meksykanin w stroju zapaśnika). Nie ma tutaj niczego, co już bym nie widział, ale oglądało się to całkiem przyzwoicie.

Swoje robi też polski dubbing pod wodzą reżyserującego Wojciecha Paszkowskiego oraz kilku zabawnym dialogom tłumaczenia Kuby Wecsile. Aktorzy naprawdę dobrze sobie sobie poradzili, ze wskazaniem na Macieja Musiała, czyli marzącego Dusty’ego oraz Cezarego Morawskiego jako charyzmatycznego Kapitana. Ale cały szoł kradnie wiele postaci drugoplanowych jak kumpel Dusty’ego Beka (Olaf Lubaszenko), rubaszny El Chupacabra (Jakub Szydłowski i ten jego akcent!) oraz komentującego zawody Tomasza Zimocha (który robi to, co umie najlepiej).

samoloty2

Niby nie jest to nic odkrywczego, ale „Samoloty” są całkiem przyzwoitą zabawą. Ale tylko pod warunkiem jeśli macie dzieciaka w wieku 6-7 lat lub odrobinkę starszego.

5/10

Radosław Ostrowski