Gimme Danger

Jim Jarmusch i film dokumentalny? Samo to połączenie wydaje się czymś abstrakcyjnym i musiał być naprawdę mocny powód do stworzenia czegoś takiego. Reżyser postanowił opowiedzieć o zespole The Stooges. Słyszeliście o nich? Ta kapela działała na przełomie lat 60. i 70. stanowiąc fundament pod punk rockową muzę. Po wydaniu trzech płyt grupa się rozpadła. Dlaczego? O tym opowiedzą żyjący członkowie grupy z frontmanem Iggym Popem na czele.

gimme danger1

Jarmusch nie ukrywa swojego uwielbienia oraz fascynacji grupą, tworzącą wówczas muzykę bezkompromisową. Muzykę w zasadzie trudną do sprzedania, pełną agresji i mającą wpływ na takich twórców jak Sonic Youth, Sex Pistols czy Ramones. Niby nie jest to zaskakująca forma, bo mamy klasyczny dokument. Czyli gadające głowy (z których najbardziej wybija się Iggy Pop), dużo archiwalnych materiałów oraz opowieści. O początkach, fascynacjach muzycznych, pierwszych próbach i rozpadzie. Bo grupa nie przetrwała długo, zaś przyczyn było kilka. Nie tylko narkotyki i zbyt młody wiek członków, lecz także pewne spięcia z wytwórnią, co doprowadziło do gorzkich przemyśleń nad szołbiznesem. Bo jeśli myślicie, że tworzenie talentów oraz skrojonej pod masową publikę jest nowym wynalazkiem, jesteście w wielkim błędzie. Tak samo jak nierówny podział kasy i dominacja producenta, a nawet zakaz koncertowania. Sporym ubarwieniem są animowane wstawki, opisujące pewne wydarzenia jak przygotowania do próby czy kupno przez Iggy’ego marihuany (a dokładnie całego krzewu).

gimme danger2

Najbardziej zadziwiające jest to, że mimo braku subiektywności „Gimme Danger” potrafi przekonująco pokazać koniec ery hipisowskiej i początek lat 70. Ale sami bohaterowie nie boją się opowiedzieć o swoich nałogach i słabościach, przez co film nie jest niestrawną laurką. A troszkę się tego obawiałem. Niemniej Jarmusch wiele z ekipy potrafi wyciągnąć, przez co od filmu nie można oderwać wzroku. Jedna z ciekawszych oraz zaskakujących rzeczy w dorobku tego reżysera.

7/10

Radosław Ostrowski

W odwiedzinach u pana Rogersa

O tym, że Fred Rogers jest ważną postacią dla amerykańskiej telewizji mówiłem już przy okazji filmu „Cóż za piękny dzień” z Tomem Hanksem w roli najsłynniejszego telewizyjnego sąsiada. Jednej nie jest to jedyna produkcja, która próbuje zrozumieć fenomen pana Rogersa. Otóż w 2018 roku reżyser Morgan Neville postanowił opowiedzieć o tej postaci w swoim filmie dokumentalnym.

pan rogers2

Z jednej strony wydaje się to dość dobrym wyborem, bo materiałów o Rogersie jest od zatrzęsienia. Ale z drugiej to jest postać wydawałoby się kryształowa i bardzo niewdzięczna do zaprezentowania. Ciężko uwierzyć w istnienie takich postaci pełnych dobra, empatii. Tacy ludzie wydają się zbyt dobrzy i mogą istnieć jedynie w telewizji. Że ten cały pan Rogers to był tylko medialny wizerunek. Na szczęście reżyser próbuje głębiej poznać Rogersa, a nie bawić się w stawianie pomników czy tworzenie laurki. Część rzeczy już wiedziałem z filmu fabularnego (pływanie, moment zawieszenia realizacji nowych odcinków), ale dowiedziałem się kilku nowych rzeczy. O początkach pracy w telewizji, nauce w… seminarium (tak, Rogers był pastorem) oraz powstaniu programu dla dorosłych, a także dlaczego wrócił do realizacji programu „Mister Rogers’ Neighbourhood”. I to wszystko tworzy portret człowieka, który dostrzegł w telewizji miejsce do szerzenia dobra oraz by tłumaczyć dzieciom ich świat. Jednocześnie traktował swoich rozmówców bardzo poważnie, nie bał się dotykać poważnych tematów jak rozwód, żałoba czy tolerancja.

pan rogers1

Wszystko opowiedziane jest w klasycznej formie, czyli „gadające głowy” przeplatane z materiałami archiwalnymi. Ale nie jest to w żaden sposób nudne czy nieangażujące. Pod tym względem najważniejsze były fragmenty, gdzie poznajemy Rogersa podczas pracy. Jak opowiadają o nim współpracownicy oraz przede wszystkim żona, dzięki czemu Rogers staje się człowiekiem. Ujął mnie szczególnie chwila, gdy pani Rogers czyta list męża, pełnego wątpliwości w kwestii powrotu do realizacji programów. Albo kiedy pojawiły się kontrowersje związane z przesłaniem, że każde dziecko jest wyjątkowe, co wywołuje ostre reakcje rodziców. Bo skoro każde dziecko uzna się za wyjątkowe, nie musi się już o nic starać. Ale to nie do końca o to chodziło, co zostaje wyjaśnione, choć sama kontrowersja wydawała mi się dziwna.

pan rogers3

„W odwiedzinach u pana Rogersa” będzie świetnym suplementem razem z filmem Marielle Heller dla osób chcących bliżej poznać tą postać. Osoby, której troszkę dzisiaj brakuje w czasach nienawiści, podejrzliwości i wrogości. Byłem poruszony i to jeszcze będzie u mnie siedzieć.

8/10

Radosław Ostrowski

Diego

Nie było drugiego takiego piłkarza w historii tego sportu jak Diego Maradona. Argentyński piłkarz z nizin społecznych stał się megagwiazdą, mistrzem świata. Kochany i znienawidzony. Jak każda sławna osoba, miała dwa oblicza. To bardziej prywatne oraz niejako publiczne, medialne. Jak więc możliwe, że osoba kochana i traktowana jak Bóg, zostaje potem odrzucona przez tych samych ludzi i staje się obiektem nienawiści?

diego3

Dokumentalista Asif Kapadia w „Diego” korzysta ze sprawdzonej przez siebie formuły. Innymi słowy, na ekranie widzimy tylko archiwalne materiały, a tzw. gadające głowy są tylko słyszalne. Nie spodziewajcie się klasycznej biografii, bo skupia się na okresie, gdy piłkarz grał we włoskim Napoli. Po nieudanych negocjacjach z Barceloną, tylko podrzędny klub z Neapolu był zainteresowany zakupem tej gwiazdy. A Neapol był uważany we Włoszech jako ten gorszy, brudny, śmierdzący rewie, gdzie łapę na wszystkim trzymała Kamorra. Bida, nędza i rozpacz oraz on – chłopak z nizin, co został supergwiazdą, a miał być zbawcą miasta. Ale sława to jest broń obosieczna. Z jednej strony pozwala pomóc, z drugiej może być wielkim obciążeniem. Zwłaszcza, kiedy zaczyna się być troszkę ponad. Dopóki wygrywał i prowadził klub do zwycięstw, wybaczano mu wiele: branie narkotyków, korzystanie z dziwek, znajomości z mafijną rodziną. Problem jednak w tym, że coraz więcej brudów zaczyna wychodzić, a na Mistrzostwach Świata we Włoszech dochodzi do najgorszego: mecz Włochy-Argentyna w ćwierćfinale. Po tym już nie ma odwrotu.

diego2

Reżyser dostał do dyspozycję pewne archiwaliów: zarówno ze zbioru rodziny Maradony, zrekonstruowane fragmenty meczy, rozmowy z dziennikarzami, trenerami i jeszcze nie wiadomo kim. Wygląda to imponująco, a z tego zaczynają się wyłaniać kolejne oblicza piłkarza: wielbionego przez tłum gwiazdora, zmęczonego sławą sportowca, człowieka czerpiącego z nocnego życia, jak i zależnego od potężniejszych słabeusza. Bóg, geniusz czy oszust? Mit naszego bohatera zostaje naznaczony podczas meczu z Anglią, gdzie jedna bramka została wbita… ręką. Boską ręką, można by rzec. Wszystko się zmienia niczym w rollercoasterze, zwłaszcza dla osób niezainteresowanych piłką nożną. Zdarzają się pewne retrospekcje, dodając pewne detale do życiorysu Argentyńczyka.

diego1

Jak to możliwe, że znajoma formuła (wcześniej użyta w „Sennie” i „Amy”) nie wywołuje jeszcze znużenia? Kapadia znowu tworzy fascynujący i złożony portret człowieka, który stał się mitem. Bez osądzania, bez stawiania tez, a wciągający niczym rasowe kino gatunkowe. Tylko, że mówimy o dokumencie, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Serce Jamajki

Jamajka – wyspa, która zawsze kojarzy się z muzyką reggae. Tyko, że to jedno z oblicz muzycznych tego kraju, które poznajemy dzięki temu filmowi dokumentalnemu. Pretekstem tej historii jest koncert, w którym zagrali ze sobą weterani nurtu, co zaczęli swoją drogę w latach 70. razem z młodszym pokoleniem. Zagrają na nim swoje największe przeboje w wersjach akustycznych, najpierw nagrywając płytę, by następnie ruszyć w trasę koncertową (tutaj twórcy skupiają się na występie w Paryżu, co pewnie wynika z faktu, że Francuzi wyłożyli pieniądze na film).

serce jamajki16

Reżyser Peter Webber nakręcił ten film w niemal klasyczny sposób, czyli mamy gadające głowy, archiwalne nagrania, zdjęcia oraz ilustracje. Brakuje tylko narracji z offu, ale uznano ją chyba za zbędną. Rozmowy są przeplatane zarówno fragmentami koncertu, jak i nagrywaniem materiału. Co ciekawe, muzycy są na werandzie, zaś wokaliści w środku domu. I jest to dość ciekawie wytłumaczone, o czym się sami przekonacie. A całe to spotkanie muzyków jest pretekstem do pokazania historii muzyki na Jamajce. Bo cała odmiana reggae – jak blues w Ameryce – wziął się z pieśni niewolników na tamtejszych plantacjach. Ale jak każda muzyka, przechodziła ewolucję: od piosenek miłosnych i tanecznych do zaangażowanych społeczno-politycznie. Przy okazji poznajemy historię Jamajki, która obecnie jest krajem biedoty, strzelanin oraz ludzi, którzy za pomocą muzyki opisują swój świat. A jednocześnie chcą nieść światło, pokazać tą jasną stronę.

serce jamajki7

Każdy tutaj z muzyków ma tutaj swoją szansę na opowiedzenie o sobie, swojej karierze oraz tego, czym ta muzyka dla nich była i jest. Formą bardzo przypomina kultowe „Buena Vista Social Club”, co akurat jest sporą zaletą. Żaden z tych artystów nie mieszka w żadnych pałacach, nie jest materialnie bogaty, lecz nie oznacza to, że nie są ważnymi osobami w swojej kulturze. Różnie im się układało: jednemu karierę złamały narkotyki (Ken Boothe, który miał wielką szansę na międzynarodową karierę), drugi ma czasami niewyparzoną gębę oraz czasem cięty charakter (Kiddus I i rozbrajająca opowieść o rzucaniu płyt oraz ojcem z batem), a czasem w ich życiu pojawia się śmierć (Winston McAffie, który stracił nastoletniego syna wskutek bójki czy młody Derajah po utracie siostry). Nie ma tutaj żadnego pozerstwa, gwiazdorstwa, pachnie szczerością oraz pasją. Tego nie da się udawać.

serce jamajki9

No i najważniejszy, największy plus, czyli fenomenalna muzyka. A ponieważ jeśli chodzi o jamajskie brzmienia jestem chwilowym ignorantem, więc oczarowały mnie te dźwięki oraz głowy naszych bohaterów. „Everything I Own”, „Row Fisherman”, „Black Woman” czy „Malcolm X” brzmią fenomenalnie, budując klimat całej historii, tak jak miejscami pięknie pokazana przyroda w tym kraju.

Jeśli będziecie mieli szansę obejrzeć „Inna de Yard”, nie wahajcie się. To piękna historia kraju, opowiedziana za pomocą jej największego skarbu – muzyki. Nawet jeśli nie jesteście fanami reggae i jej podobnych, jest spora szansa, że po spotkaniu z tymi gośćmi zakochacie się.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Chcę podziękować pani Dagmarze Moldze z filmy 9th Plan za możliwość obejrzenia tego tytułu.

Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego

Netflix coraz bardziej robi w dokumentach, pokazując naprawdę intrygujące opowieści o ludziach, którzy zostali zapomniani. Jednym z nich jest polski rzeźbiarz Stanisław Szukalski. Słyszeliście o nim? Ja też nie, bo przez długie lata jego dorobek został zapomniany. Ale pojawił się dokument „Walka”.

Tutaj narracja niejako tworzy się dwutorowo. Punktem wyjścia są rozmowy z artystami sceny alternatywnej lat 70., którzy przypadkiem poznali dorobek polskiego artysty. Jeszcze większy szok ich spotkał, gdy odkryli, iż Szukalski żyje i mieszka w Los Angeles. Jeden z nich, Glenn Bray, decyduje się także filmować opowieści artysty na temat sztuki oraz jego dość pokręconego życiorysu. Niby jest tu jak w klasycznym dokumencie, czyli gadające głowy przeplatane ze sporymi ilościami archiwaliów. Sfilmowane wypowiedzi Szukalskiego, zdjęcia pokazujące rzeźby oraz wspomnienia spotkań. Jednocześnie twórcy próbują pokazać dokonania artysty, jego młodość, samodzielnie zdobywaną wiedzę, krótki flirt z Hollywood (pomogła mu przyjaźń ze scenarzystą Benem Hechtem).

walka1

Ale żeby nie było tak słodko, nie bano się pokazać troszkę mroczniejszej strony twórczości, która była monumentalna, pełna bogatych ozdobników. I te dzieła nawet dzisiaj robią imponujące wrażenie (niektóre zostały pokazane przez twórców jak trójwymiarowe bryły. Jednak sam twórca (w okresie przedwojennym) nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów, co widać w publikowanym magazynie „Krak” oraz miał bardzo duże mniemanie o sobie. Ale podobno tzw. geniuszom wypada się wywyższać, co czyni Szukalskiego człowiekiem. Sporo tutaj miejsca poświęcono nacjonalistycznym zapędom w II RP (i to niestety jest prawdą) oraz temu, jak symbole z dzieł artysty zostały przejęte przez współczesnych nacjonalistów. Ale te poglądy zostały poddane weryfikacji przez historię, co pokazały dwie rzeźby („Potop XX wieku” oraz „Katyń – ostatnie tchnienie”). I to czyni tą postać bardzo złożoną, fascynującą osobowością. Nawet jeśli się nie zgadzamy z jego przekonaniami.

walka2

Jestem oczarowany tym filmem, które w dość krótkim czasie udaje się pokazać zapomnianą, ale nietuzinkową postać polskiej sztuki. Niby klasyczna forma, ale oglądałem ten film z zapartym tchem i porażony wielką pewnością siebie oraz bardzo przewrotnymi losami artysty. Zobaczcie to koniecznie.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Życie animowane

Kiedy usłyszałem o tej historii wydawała mi się zwyczajnie nieprawdopodobna. A jednak. Poznajcie Owena – powoli wchodzącego w dorosłe życie faceta z autyzmem. Gdy go poznajemy, kończy studia, ma dziewczynę (Emily) i chce się usamodzielnić. Jednak najbardziej zaskakują jest jego przeszłość, bo w wieku 3 lat zdiagnozowano autyzm po tym, jak chłopiec przestał mówić i zaczął tylko bełkotać.  Po jakimś czasie rodzice odkryli, że kluczem do komunikacji są… bajki Walta Disneya, które – jak się później okazało – znał na pamięć. I zaczęła się próba wyciągnięcia chłopaka do życia.

zycie_animowane2

Film jest oparty na książce ojca Owena, dziennikarza Rona Suskinda. W zasadzie całość można podzielić na dwie części. Pierwsza to momenty z przeszłości, gdzie życie rodziny wywraca się do góry nogami oraz pojawia się choroba. Choroba, która dokonuje regresu (wtedy autyzm był stygmatyzowany), a jednocześnie – co jest pewnym paradoksem – troszkę bardziej zaczyna rodzinę scalać. Drugi wątek to współczesne życie Owena, kiedy kończy studia, chce samodzielnie mieszkać, żyć z dziewczyną oraz znaleźć pracę. Obydwie te historie niejako przeplatają się ze sobą, przez co cały czas trzyma w zainteresowaniu.

zycie_animowane1

Najbardziej w tej całej opowieści jest to, jak pokazany jest wpływ tych bajek na tego chłopca. Że dzięki nim zaczyna poznawać świat, ale też zaczynają go kształtować i uczą go przyjaźni, że nie należy się poddawać i tym podobne. Ale problem w tym, że te opowieści są bardzo czarno-białe, a życie prawdziwe takie nie jest, co może wywołać jeszcze większe zamieszanie (rozstanie z dziewczyną). I co wtedy? A to już możecie się sami przekonać. Same retrospekcje są pokazane w formie… ręcznie rysowanej animacji oraz rysunków, jakby ołówkiem wykonanych na kartce papieru. Te fragmenty nie tylko poruszają, ale pozwalają wejść niejako w skórę samego Owena, gdy poznajemy stworzoną przez niego opowieść. Nie spodziewałem się, że kiedyś się rozkleję, ale tak było.

Nie chcę zdradzać już więcej, ale powiem tylko jedno: „Życie animowane” to niezwykły, pełen empatii oraz ciepła film. Delikatny jak nasz bohater, a jednocześnie pokazujący troszkę perspektywę osoby, nazywaną czasami „inną”, ale nie oznacza to „gorszego”.

8/10 

Radosław Ostrowski

Amy

Film dokumentalny zawsze jest traktowany inaczej, bo wydaje się pokazywać „prawdę”. Problem w tym, że prawdę i fakty można interpretować na dowolne sposoby, przez co trudno dojść do obiektywnej prawdy, bo ona zwyczajnie nie istnieje. Nie oznacza to jednak, że filmy dokumentalne musza być nudne czy nieangażujące. Zwłaszcza kiedy opowiadają o wyrazistych, czasami kontrowersyjnych postaciach. Nie inaczej jest z nowym dziełem Asifa Kapadii „Amy”.

amy1

Realizacyjnie mamy dokładnie to samo, co w przypadku „Senny”, czyli widzimy same materiały archiwalne, bez „gadających głów”, lecz z wypowiedziami z offu. I to wszystko ma zbudować portret Amy Winehouse. Ta wokalistka z jednej strony była pamiętana za dwie dobrze odebrane płyty, z drugiej było bardzo dużo zamieszania w jej życiu prywatnym. Media po sukcesie drugiego albumu „Back to Black”, zaczęły się nią coraz bardziej interesować i obserwowały ten rajd ku autodestrukcji, który się zakończył w 2011 roku.

amy2

Muszę przyznać, że sam zbiór archiwaliów, jakie zostały wykorzystane do filmu, jest bardzo imponujący. Mamy zarówno prywatne zdjęcia, dużo sfilmowanych materiałów – nie tylko fragmenty koncertów czy materiały z telewizji, ale też sceny z backstage’u, prywatne filmy nagrywane przez najbliższych, sceny z wakacji, momenty podczas nagrywania utworów. Wszystko ułożone w kolejności chronologicznej, bez jakiegoś specjalnego kombinowania. Z jednej strony budzi to wielkie wrażenie, ale z drugiej czułem się jak podglądacz, co wywołało we mnie dyskomfort. Wiele razy chciałem przerwać i przestać oglądać, ale jednocześnie chciałem poznać jedną z możliwych odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dlaczego to wszystko się tak nagle skończyło? Zbyt duża presja medialna, toksyczna relacja z mężem/byłym mężem, ojciec chcący żyć w blasku córki? Są poszlaki wskazujące na każdą z tych możliwości, choć może sama Amy okazała się zbyt krucha i po prostu uderzyła ją woda sodowa? Może nie wytrzymała swojego sukcesu oraz zainteresowania własną osobą? Ten wariant wydaje mi się bardziej prawdopodobny, ale reżyser nie zwraca na to uwagi. Albo nie wali tego wprost (mogłem tego nie zauważyć).

Sama forma – po „Sennie” – już nie robi takiego wrażenia, niemniej „Amy” pozostaje interesującym dokumentem od strony realizacyjnym. Kapadia znowu pokazuje swój warsztat oraz biegłość w klejeniu różnych elementów, potrafi łączyć narrację w intrygujący sposób, a brak komentarza twórcy wydaje się dużą zaletą. Ale nie próbujcie tu szukać prostej odpowiedzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Feministki: Co sobie myślały?

Wiele osób zna takie słowo na F, które w połowie populacji wywołuje przerażenie. Feminizm u większości mężczyzn wywołuje pewien popłoch, nawet staje się stygmatem z narzuconymi kliszami, stereotypami, wynikającymi z poczucia strachu. Ale czym tak naprawdę jest feminizm? O tym opowiada ten dokument od Netflixa z roku 2018.

Punktem wyjścia dla całej opowieści jest… wystawa fotografii zrobionych przez Cynthię MacAdams w latach 70. Wtedy też zaczęła działać druga fala feminizmu, dotyczący tym razem kwestii bardzo poważnych: równouprawnienie na rynku pracy, kobieca seksualność i prawo do aborcji. A o tym wszystkim opowiadają panie, które na tych zdjęciach zostały uwiecznione. Cel tej opowieści wydaje się bardzo prosty: pokazać, co to znaczy feminizm oraz jakie były przyczyny tego ruchu. Pozornie może się wydawać klasycznym zbiorem gadających głów, jednak to wszystko potrafi złapać. Zwłaszcza, gdy zderzymy archiwalne obrazki z manifestacji oraz tymi samymi marszami po objęciu prezydentury przez Trumpa. I w głowie zadawałem sobie jedno pytanie: czy coś się tak naprawdę zmieniło?

feministki1

Odpowiedź może wydawać się zaskakująca, ale tak. Tylko, że to wszystko jest pokazane z perspektywy Amerykanów, gdzie wiele rzeczy trzeba było wykorzenić. Bo twórcy filmu bardzo szeroko patrzą na ten ruch oraz przypominają, jak do tego czasu patrzono na kobietę. Jakie miała być jej miejsce na świecie (bycie tą „grzeczną, dobrą kobietą – czytaj: żoną, matką, kurą domową), jakie jej miejsce wciskali inni mężczyźni, religia (wspomnienie spowiedzi, gdzie nie doszło do rozgrzeszenie z powodu… stosowania antykoncepcji), wreszcie społeczeństwo, stosując bardzo wielką presję („pozwalaj chłopakowi wygrać”). A jeśli dojdą do tego kwestie rasowe, wtedy dochodzi do prawdziwej iskry.

feministki2

Jednocześnie nie brakuje tutaj wpływu feminizmu na sztukę, gdzie można było przełamywać pewne bariery. Nie ważne, czy mówimy o kwestiach performance’u (historia kobiet za pomocą haftu i porcelany, którą politycy oskarżali o pornografię), tworzeniu filmów, sztuk teatralnych. Dzięki temu można było dotrzeć do szerszego grona odbiorców, pokazując jedno: ŚWIADOMOŚĆ.

Dla mnie ten film miał przede wszystkim wartość edukacyjną, bo zbiera cała wiedzę na temat ruchów feministycznych oraz jego wpływu na całą ludzkość. Ale jednocześnie pokazuje, ile jeszcze zostało do zrobienia. Szczególnie w krajach zdominowanych przez religijny fundamentalizm czy mocno zakorzeniony patriarchat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Whitney

To jeden z trudniejszych filmów do oceny. Nie tylko dlatego, że jest to film dokumentalny, ale z powodu samej bohaterki. Nie ma chyba osoby, która interesuje się muzyką i nie słyszała przynajmniej jednego utworu Whitney Houston (ale może się mylę). Jednocześnie film powstał w zgodzie z rodziną zmarłej, co budziło we mnie mieszane odczucia. Bo z jednej strony daje dostęp do sporej części materiałów, ale rodziło obawy, że będzie z tego laurka.

whitney1

Ale reżyser Kevin Macdonald, który z dokumentem jest za Pan brat („Czekając na Joe” czy „Marley”) podjął rękawicę i udaje mu się uniknąć jednoznacznych tez oraz serwowania aktu oskarżenia. Bardziej przygląda się świadkom (głównie członkom rodziny, ale też współpracownikom, przyjaciołom rodziny), słucha ich, a wnioski niech każdy wyciągnie sam. Sami zdecydujcie komu uwierzycie, kto kłamie, bo każdy inaczej ocenia pewne osoby, inaczej patrzy na kwestie narkotyków, wychowania, wpływu rodziny na jej życie. Pojawia się wiele pytań, a odpowiedź nie pada tutaj wprost, schowania między spojrzeniami, słowami oraz montażowymi zbitkami, gdzie Whitney przeplata się z archiwalnymi materiałami z epoki, jak choćby na początku, gdzie jej śpiew przeplata się ze scenami zamieszek w latach 60.

whitney2

Reżyser zestawia te fragmenty i rozmowy ze sobą, ale też stara się spojrzeć szerzej na samą bohaterkę i próbuje wejść do jej umysłu. Oglądając ciągle się zastanawiałem: dlaczego? Dlaczego jej historia się skończyła tak, a nie inaczej? Co doprowadziło do jej upadku? I czy można było tego wszystkiego uniknąć? Powoli zaczynamy odkrywać kolejne tajemnice rodziny, pewne niespełnione ambicje (matka – wokalistka oraz jej pierwsza nauczycielka), pretensje oraz brudy całej familii. A jest tego bardzo dużo: próbujący finansowo kontrolować ojciec, który pozywa córkę na… 100 milionów dolców; toksyczna relacja z mężem, nie mogącym odnaleźć się w sytuacji, że nie jest w centrum uwagi; bracia, którzy zasmakowali w narkotykach (i poczęstowali nimi siostrę); wreszcie córka Whitney idąca tą samą ścieżką, co matka. Jej talent oraz umiejętności wokalne nie podlegają jakiejkolwiek dyskusji i nie jest to tylko babranie się w bagnie.

whitney3

Brakowało mi w tym filmie jednego głosu, który byłby bardzo istotny: chodzi o Robyn, która bardzo często jest wspomina i jej wpływ na karierę Houston jest bardzo duży. Brak jej perspektywy wydaje się dość istotny i na pewno rzuciłby spore światło na jej historię. Ale reżyserowi nie udało się jej przekonać, co dla mnie jest pewnym sygnałem.

„Whitney” jest porządnym dokumentem, chociaż pozostawia spory niedosyt. Zachowuje obiektywny dystans, jednak nie daje odpowiedzi na pytania (przynajmniej wprost). Niemniej jest to dobry kierunek, który może zachęcić do dalszych poszukiwań.

7/10 

Radosław Ostrowski

Nie jestem twoim murzynem

Rasizm nie jest nowoczesnym wynalazkiem w historii pięknego i tolerancyjnego kraju zwanego potoczne Ju Es Ej. Nie jest to rzecz od czasów Trumpa, od lat 90. czy nawet 50. Twórcy kultury wszelkiej próbowali zmierzyć się z tym problemem, a jednym z nich był James Baldwin. Nie słyszeliście o nim? To amerykański, czarnoskóry filozof, eseista oraz pisarz, planujący bardzo ambitną książkę. Miała być historią amerykańskiego rasizmu, zaś punktem wyjścia miały być zabójstwa trzech aktywistów: Medgara Eversa, Malcolma X oraz Martina Luthera Kinga. Utwór nie został skończony (zostało ledwie 30 stron), ale rękopis został powierzony przez spadkobierców autora reżyserowi Raoulowi Peckowi. I ta powstał ten dokument.

nie_jestem_twoim_murzynem1

Uprzedzę od razu wszelkie fakty: to nie jest do końca typowy film dokumentalny. Nie ma tu gadających głów, choć jest tutaj masa zdjęć, fragmenty listów do agenta literackiego, notatka FBI na temat Baldwina (ze stanowi on poważne zagrożenie) oraz masa archiwaliów. Jedyny komentarz jaki słyszymy to tekst Baldwina czytany przez Samuela L. Jacksona, próbującego podejść do kwestii rasizmu z pewnym dystansem, pośrednio samemu stając się bohaterem tej historii. Nie tylko z powodu tekstu, będącego podstawą scenariusza, ale też wykorzystanymi fragmentami wypowiedzi autora, czy to w telewizyjnym show, podczas dyskusji na uniwersytecie czy różnych zdań na taśmie. On, który wyjechał do Paryża, w 1948 roku (pozbawiony przywiązania do amerykańskich symboli) wrócił do kraju, by przyjrzeć się problemom rasowym.

nie_jestem_twoim_murzynem2

Reżyser idąc z tekstem Baldwina zaskakuje aktualnością wypowiadanych przez niego słów. Próbuje rozgryźć kwestię rasizmu, pokazując dwie bardzo sprzeczne postawy obywateli: gniewu czarnoskórych, którzy chcą żyć w świętym spokoju (byleby żaden biały nie wchodził w drogę) oraz strachu białych przed innym. I ten strach symbolizuje słowo „murzyn”, wykorzystywane z wrogością, pogardą, niechęcią. Peck jednocześnie na potwierdzenie słów wplata zaskakujące archiwalia: zdjęcia reklam, fragmenty filmów i programów tv, pokazujących jak popkultura kreśliła (często zafałszowany) portret czarnoskórego społeczeństwa. A sami występujący w nich aktorzy bywali traktowani jako zdrajcy, wykorzystywani przez białych do fałszowania rzeczywistości. Jednocześnie nie brakuje bliższego portretu każdego z trzech działaczy, ale to jest tylko pretekst.

nie_jestem_twoim_murzynem3

By jeszcze bardziej podkreślić uderzającą aktualność, pojawiają się zdarzenia pokazane już po śmierci Baldwina (pobicie oraz śmierć czarnoskórego chłopaka przez białych policjantów w 1991 roku, wybór Obamy na prezydenta, kolejne zamieszki, aresztowania, pobicia), co robi potężną mieszankę wybuchową w połączeniu ze słowami autora. Że nie doszło do prawdziwego zbliżenia obydwu nacji i że od wszystkich zależy jak problem zostanie rozwiązany, co bardzo pokazują ostatnie słowa w tym filmie.

Jestem kompletnie porażony realizacją tego filmu, gdzie nie padają wielkie, podniosłe słowa (co jest ogromną niespodzianką), stanowiąc poważną dyskusję na poziomie intelektualnym i emocjonalnym jednocześnie. Sami się przekonajcie, jak można głęboko sięgnąć po ograny już temat z zupełnie innej perspektywy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski