Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham

Taki dokument zdarza się bardzo rzadko. Samo założenie było szalone, bo reżyser postanowił pokazać jak przebiega psychoterapia. Tylko jak to pokazać bez naruszania zasady poufności? Pawłowi Łozińskiemu razem z terapeutą Bogdanem De Barberą udało się znaleźć pewne rozwiązanie. I dzięki temu obserwujemy rozmowy dwóch kobiet. Matka i córka idą do gabinetu, bo chcą naprawić relacje między sobą. Dziura między nimi jest tak wielka, że przestały ze sobą rozmawiać.

Całość jest obserwacją rozmów tych pań podczas terapii. Kamera cały czas skupiona jest na twarzach naszych postaci: kobiet oraz terapeuty. Ten drugi pozwala rozmawiać swoim pacjentkom, by móc wyciągnąć z nich pewne pretensje, animozje oraz niezabliźnione rany. A mają one bardzo długie cienie, których początek bardzo trudno wyciągnąć. Niby mamy tylko i wyłącznie rozmowę, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia jakbym oglądał rasowy thriller. Obie panie są zdeterminowane i zależy im na osiągnięciu celu.

Jeśli spodziewacie się scen, gdzie wszelkie emocje zostaną wykrzyczane i uderzane na wysokim C, pomyliliście adresy. Łoziński oraz De Barbero daje im na spokojnie czas do powiedzenia paru słów. Mocnych, nie pozbawionych bólu, ale zawsze szczerych. Nie sprawiają one wrażenia zaplanowanych, pretensjonalnych czy walących jakimiś banalnymi tekstami. Są niepozbawione refleksji, mądrości, zaś terapeuta prowadzi tą rozmowę niczym taniec na linie. Wie, kiedy pociągnąć dalej temat, drążyć, jak sprawić, by to było na tyle delikatnie, na ile jest to możliwe. Zupełnie jakby był w stanie przewidzieć kolejne zachowania, słowa, gesty. To jest niesamowite, a wciągało jak woda w młynie.

Jednocześnie twórcy pokazują czym tak naprawdę jest terapia. Że nie jest to coś, co powinno być tematem tabu, że taka wizyta nie jest powodem do wstydu czy poczucia porażki. Zwłaszcza, jeśli nie radzimy sobie z rolą narzuconą przez społeczeństwo. Ale jest jeden ważny warunek: szczerość i otwartość. Wtedy jest szansa na wykonanie kolejnych kroków do pracy nad sobą.

Nie spodziewałem się, że można stworzyć dokument pokazujący pracę terapeuty. Łoziński jest oszczędny w formie, za to bardzo bogaty treściowo i trafia w punkt. Poruszające, szczere, piękne, kapitalne.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niebieskie chachary

Nie jest zbyt wiele filmów o tematyce kibicowskiej, zwłaszcza w naszym podwórku. Niemniej zadanie wypełnienia tej luki podjął się bardzo uznany montażysta filmowy oraz dokumentalista Cezary Grzesiuk. Przez 10 lat obserwował kibiców, ultrasów i kibicki Ruchu Chorzów, z którym był związany w czasach młodości. Jak się zmieniło kibicowanie i na czym ono tak naprawdę polega?

Na to próbują odpowiedzieć „Niebieskie chachary”. Tytułowe chachary to określenie kibiców Ruchu Chorzów – drużyny z wielkimi tradycjami, ale kiedy widzimy mecz jest to czas spadku z Ekstraklasy. Drużyna źle zarządzana, z długami oraz finałem w postaci wielkiej burdy. Jednak jeśli spodziewacie się stereotypowego kibica-chuligana, to jesteście w wielkim błędzie. Bo kibicowanie jest czymś innym niż robieniem zadymy po rozczarowującym meczu. To jest wspieranie drużyny na dobre i na złe, jest wręcz nałogiem, miłością, poświęceniem. Jest to poczucie wspólnoty osób pochodzących z różnych środowisk, płci, wieku. A nawet dla wielu jedyna rzecz jaką mają. Grzesiuk przygląda się tym ludziom, którzy nie różnią się tak bardzo od innych. Po prostu mają taką pasję jak nikt inny, a kibicem w zasadzie jest się od dziecka. Nie ma tutaj tak wielu klasycznych gadających głów (choć są tutaj znane postacie jak pisarz Wojciech Kuczok, Jerzy Buzek czy Kazimierz Kutz), ale reżyser skupia się na tych mniej znanych postaciach. I to ostatnie dodaje autentyzmu, pokazując różne środowiska: od głównego dopingującego (z zawodu… bankier) przez szefa ultrasów i jego matkę aż po ojca z dzieckiem.

Kalejdoskop jest spory, ale nie brakuje też ciemnej strony kibicowania. Dotyczy to głównie spięć z policją – od wyzwisk po wyrywkowe kontrole i zakazy stadionowe. Nie mówię już o strzelaniu rac na murawę. Jednak jest też parę fajnych momentów jak przyjazd kibiców Ruchu na mecz Atletico czy rozmów z dziewczynami, pokazującymi co je nakręca do kibicowania. Do tego mamy zgrabnie wplecione są piosenki rapowe, dodając mocny rytm.

Nie spodziewałem się po tym dokumencie, ale trudno odmówić Grzesiukowi szczerości oraz pasji. I nawet nie trzeba być kibicem jakiejkolwiek drużyny, by to złapać, poczuć, zaangażować. Bardzo przyjemna rozmowa, pozwalająca nam kibica zrozumieć, a nie krytykować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skandal. Ewenement Molesty

Polski hip-hop to jeden ze świeższych gatunków naszego muzycznego rynku. Bo rap w zasadzie do lat 90. praktycznie nie istniał, produkcji w zasadzie robiono troszkę po macoszemu, amatorsko. Przynajmniej w Warszawie, bo w zasadzie nie było jakiegoś mocnego składu (może poza Warszawskim Deszczem). Nie było jednak czegoś, co miało wywołać wielki ferment oraz odpalić zainteresowanie muzyką w tym wielkim mieście. Aż dwóch kumpli ze szkoły zmieniło reguły gry jedną płytą – „Skandalem”.

Chyba każdy fan tej muzyki słuchał Molesty Ewenement. Reżyser Bartosz Paluch postanowił opowiedzieć o nich. Udało mu się zebrać niemal cały skład (oprócz Pelsona) oraz z nimi pogadać. Ale nie w studiu czy jakiejś innej zamkniętej przestrzeni, tylko niemal ciągle w ruchu, co jest na pewno czymś świeżym. Największymi gadułami są tutaj dwaj liderzy, czyli Vienio i Włodi, których dzieliło wiele, a połączyła muzyka. Jednocześnie mamy tutaj rzucony kontekst epoki, czyli lat 90. Czasów, kiedy doszło do zachłyśnięcia kapitalizmem oraz bardzo szerokimi możliwościami. Z drugiej jednak strony wiele osób traciło swoje pracy i te możliwości dla nich zaczynały się kurczyć. Do tego właśnie świata wchodziło nowe pokolenie, które szukało dla siebie miejsca, czasami zadzierając z policją.

I od razu przeplatając tą historię masę archiwaliów od razu wracamy do klimatu lat 90. Zaskoczyło mnie jak tego jest sporo: od kręconych amatorską kamerą skejterów przez występy w telewizji po koncerty. Nie brakuje także kilku barwnych momentów jak choćby historię nagrywania „Skandalu”, gdzie zarówno artyści i realizatorzy mieli początkowo problemy z dograniem się czy jak dochodziło do podpisania kontraktu. Jednak chyba nikt nie spodziewał się jaki to wywoła ferment, tworząc nowy gatunek – rap uliczny. Pełen brudu, bez słodzenia, wazeliny, co wywoływało poczucie pewnego autentyzmu, jakiego nie było wcześniej.

Wielu może narzekać, że film jest za krótki (nieco ponad godzinę), jednak reżyser całkowicie wykorzystuje swój czas. Bez zbędnego pieprzenia oraz z pełną pasją opowiada o początkach rapu w Warszawie i ogląda się to z wielką przyjemnością. Czy będą kolejne produkcje na ten temat? Nie obraziłbym się.

8/10

Radosław Ostrowski

Kult. Film

Nie ma chyba w Polsce bardziej kultowego zespołu niż – nomen omen – Kult. Od 1982 roku formacja Kazika Staszewskiego zebrała masę fanów, 9 członków zespołu, masę przebojów oraz miliony sprzedanych albumów. Tym bardziej zadziwia fakt, ze film o sobie powstał dopiero w zeszłym roku. ale jeszcze bardziej nieoczywisty jest, iż nie jest to konwencjonalny dokument.

Bo jeśli spodziewacie się, że „Kult. Film” będzie historią o samym zespole od początków do dnia dzisiejszego, a wokół tego będą krążyć opowieści, anegdoty czy historii o fenomenie formacji, to tutaj tego nie znajdziecie. Reżyserka Olga Bieniek obserwuje zespół w trakcie trasy koncertowej, pokazując grupę niejako od kuchni. Z bardziej prywatnej perspektywy, co samo w sobie jest niezłym pomysłem. Skupiamy się na drobiazgach pokazujących jak funkcjonuje ten kolektyw, ich rodziny oraz relacje między członkami. Przeplatane to wszystko jest fragmentami koncertów oraz rozmowami z członkami zespołu. I te momenty mogą się nawet podobać, bo dzięki nim troszkę bliżej poznajemy tych ludzi. Jednak to są tylko momenty niepozbawione kilku anegdot (m.in. sprawy wchodzenia i wychodzenia na scenę pod wpływem), jednak to za mało, by zrealizować ten film.

I wtedy pojawia się pewna postać, która dodaje troszkę kolorytu. Didi – przyjaciel Kazika, którego obecność na jednym z koncertów wokaliście Kultu zatkało. Sam bohater, czyli lekko sepleniący facet oraz jego relacja z Kazikiem jest dla mnie powiewem świeżości. Jak doszło do znajomości oraz siła tej więzi mnie interesowała najbardziej. Tam było troszkę życia i było bardziej poważnie, przez co nie czułem takiego znudzenia jak przez większość seansu. Mimo dość krótkiego czasu trwania, nie wszedłem w to tak bardzo.

Czy bardziej fanatyczni wielbiciele Kultu polubią ten film? Nie wiem, nawet nie próbuje odpowiadać na to pytanie. „Kult. Film” próbuje iść w innym kierunku, za co szanuję, ale nie polubiłem się z filmem. Rozczarowanie spore.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Książę i dybuk

Michał Waszyński to jedna z barwniejszych postaci polskiego kina, które swoje największe sukcesy osiągnął w okresie przedwojennym. Urodzony na Ukrainie w rodzinie żydowskiej, zmarł w Rzymie jako arystokrata katolik. Jakim cudem doszło do takiej przemiany? O tym próbuje opowiedzieć dokument duetu Niewiera/Rosołowski.

„Książę i dybuk” zaczyna się od… pogrzebu Waszyńskiego w 1965 roku. Twórcy podążają śladami reżysera, którego życiorysem można obdzielić kilku bohaterów. Żydowski chłopak, który zmienia nazwisko, by zrobić karierę w branży filmowej, ekspresowa praca (kilka, a nawet kilkanaście filmów rocznie), śmierć rodziny, wywóz na Syberię, służba w armii generała Andersa, ślub z bogatą wdową, wreszcie działalność producencka we Włoszech. Działo się dużo, a jednocześnie nie można odnieść wrażenia, że filmowiec zakładał kolejne maski, tworzył kolejne tożsamości, ukrywając swoją prawdziwą twarz. Nie brakuje tutaj bardzo bogatego materiału: od bardzo dużej ilości archiwaliów przez wielu odnalezionych rozmówców. I tutaj robi się jeszcze ciekawiej, bo są zarówno krewni z Izraela, dawni mieszkańcy Kowla, a nawet osoby pracujące na planie ostatniego filmu, przy którym maczał palce Waszyński – „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” w reżyserii Anthony’ego Manna. Każdy z nich pokazuje inne oblicze filmowca: eleganckiego arystokraty, ukrytego homoseksualisty, wędrowca, męża bogatej wdowy czy obrotnego producenta.

Podczas rozmów z każdą osób powstaje bardzo trudny i niejednoznaczny portret. Portret człowieka niejako pozbawionego korzeni, tworzącego swoją własną tożsamość. Ale jednocześnie mocno skrywającego swoje demony, obsesje i pragnienia. Wszystkie one znalazły swoje ujście w nakręconym filmie z 1937 roku – „Dybuku”. To była historia miłosna z opętaniem w tle, przez co można uznać całość za horror w języku jidysz. Ale czy tam należy szukać odpowiedzi? I czy w ogóle można poznać duszę Waszyńskiego? Wszystko to ogląda się jak kryminał, gdzie rozwiązanie trzeba samemu wyłuskać. Zaś podążanie za tajemnicą bywa znacznie ciekawsze niż samo wyjaśnienie. Pociągający, intrygujący, barwny film tak jak jego bohater. Jesteście gotowi go poznać?

8/10

Radosław Ostrowski

Gimme Danger

Jim Jarmusch i film dokumentalny? Samo to połączenie wydaje się czymś abstrakcyjnym i musiał być naprawdę mocny powód do stworzenia czegoś takiego. Reżyser postanowił opowiedzieć o zespole The Stooges. Słyszeliście o nich? Ta kapela działała na przełomie lat 60. i 70. stanowiąc fundament pod punk rockową muzę. Po wydaniu trzech płyt grupa się rozpadła. Dlaczego? O tym opowiedzą żyjący członkowie grupy z frontmanem Iggym Popem na czele.

gimme danger1

Jarmusch nie ukrywa swojego uwielbienia oraz fascynacji grupą, tworzącą wówczas muzykę bezkompromisową. Muzykę w zasadzie trudną do sprzedania, pełną agresji i mającą wpływ na takich twórców jak Sonic Youth, Sex Pistols czy Ramones. Niby nie jest to zaskakująca forma, bo mamy klasyczny dokument. Czyli gadające głowy (z których najbardziej wybija się Iggy Pop), dużo archiwalnych materiałów oraz opowieści. O początkach, fascynacjach muzycznych, pierwszych próbach i rozpadzie. Bo grupa nie przetrwała długo, zaś przyczyn było kilka. Nie tylko narkotyki i zbyt młody wiek członków, lecz także pewne spięcia z wytwórnią, co doprowadziło do gorzkich przemyśleń nad szołbiznesem. Bo jeśli myślicie, że tworzenie talentów oraz skrojonej pod masową publikę jest nowym wynalazkiem, jesteście w wielkim błędzie. Tak samo jak nierówny podział kasy i dominacja producenta, a nawet zakaz koncertowania. Sporym ubarwieniem są animowane wstawki, opisujące pewne wydarzenia jak przygotowania do próby czy kupno przez Iggy’ego marihuany (a dokładnie całego krzewu).

gimme danger2

Najbardziej zadziwiające jest to, że mimo braku subiektywności „Gimme Danger” potrafi przekonująco pokazać koniec ery hipisowskiej i początek lat 70. Ale sami bohaterowie nie boją się opowiedzieć o swoich nałogach i słabościach, przez co film nie jest niestrawną laurką. A troszkę się tego obawiałem. Niemniej Jarmusch wiele z ekipy potrafi wyciągnąć, przez co od filmu nie można oderwać wzroku. Jedna z ciekawszych oraz zaskakujących rzeczy w dorobku tego reżysera.

7/10

Radosław Ostrowski

W odwiedzinach u pana Rogersa

O tym, że Fred Rogers jest ważną postacią dla amerykańskiej telewizji mówiłem już przy okazji filmu „Cóż za piękny dzień” z Tomem Hanksem w roli najsłynniejszego telewizyjnego sąsiada. Jednej nie jest to jedyna produkcja, która próbuje zrozumieć fenomen pana Rogersa. Otóż w 2018 roku reżyser Morgan Neville postanowił opowiedzieć o tej postaci w swoim filmie dokumentalnym.

pan rogers2

Z jednej strony wydaje się to dość dobrym wyborem, bo materiałów o Rogersie jest od zatrzęsienia. Ale z drugiej to jest postać wydawałoby się kryształowa i bardzo niewdzięczna do zaprezentowania. Ciężko uwierzyć w istnienie takich postaci pełnych dobra, empatii. Tacy ludzie wydają się zbyt dobrzy i mogą istnieć jedynie w telewizji. Że ten cały pan Rogers to był tylko medialny wizerunek. Na szczęście reżyser próbuje głębiej poznać Rogersa, a nie bawić się w stawianie pomników czy tworzenie laurki. Część rzeczy już wiedziałem z filmu fabularnego (pływanie, moment zawieszenia realizacji nowych odcinków), ale dowiedziałem się kilku nowych rzeczy. O początkach pracy w telewizji, nauce w… seminarium (tak, Rogers był pastorem) oraz powstaniu programu dla dorosłych, a także dlaczego wrócił do realizacji programu „Mister Rogers’ Neighbourhood”. I to wszystko tworzy portret człowieka, który dostrzegł w telewizji miejsce do szerzenia dobra oraz by tłumaczyć dzieciom ich świat. Jednocześnie traktował swoich rozmówców bardzo poważnie, nie bał się dotykać poważnych tematów jak rozwód, żałoba czy tolerancja.

pan rogers1

Wszystko opowiedziane jest w klasycznej formie, czyli „gadające głowy” przeplatane z materiałami archiwalnymi. Ale nie jest to w żaden sposób nudne czy nieangażujące. Pod tym względem najważniejsze były fragmenty, gdzie poznajemy Rogersa podczas pracy. Jak opowiadają o nim współpracownicy oraz przede wszystkim żona, dzięki czemu Rogers staje się człowiekiem. Ujął mnie szczególnie chwila, gdy pani Rogers czyta list męża, pełnego wątpliwości w kwestii powrotu do realizacji programów. Albo kiedy pojawiły się kontrowersje związane z przesłaniem, że każde dziecko jest wyjątkowe, co wywołuje ostre reakcje rodziców. Bo skoro każde dziecko uzna się za wyjątkowe, nie musi się już o nic starać. Ale to nie do końca o to chodziło, co zostaje wyjaśnione, choć sama kontrowersja wydawała mi się dziwna.

pan rogers3

„W odwiedzinach u pana Rogersa” będzie świetnym suplementem razem z filmem Marielle Heller dla osób chcących bliżej poznać tą postać. Osoby, której troszkę dzisiaj brakuje w czasach nienawiści, podejrzliwości i wrogości. Byłem poruszony i to jeszcze będzie u mnie siedzieć.

8/10

Radosław Ostrowski

Diego

Nie było drugiego takiego piłkarza w historii tego sportu jak Diego Maradona. Argentyński piłkarz z nizin społecznych stał się megagwiazdą, mistrzem świata. Kochany i znienawidzony. Jak każda sławna osoba, miała dwa oblicza. To bardziej prywatne oraz niejako publiczne, medialne. Jak więc możliwe, że osoba kochana i traktowana jak Bóg, zostaje potem odrzucona przez tych samych ludzi i staje się obiektem nienawiści?

diego3

Dokumentalista Asif Kapadia w „Diego” korzysta ze sprawdzonej przez siebie formuły. Innymi słowy, na ekranie widzimy tylko archiwalne materiały, a tzw. gadające głowy są tylko słyszalne. Nie spodziewajcie się klasycznej biografii, bo skupia się na okresie, gdy piłkarz grał we włoskim Napoli. Po nieudanych negocjacjach z Barceloną, tylko podrzędny klub z Neapolu był zainteresowany zakupem tej gwiazdy. A Neapol był uważany we Włoszech jako ten gorszy, brudny, śmierdzący rewie, gdzie łapę na wszystkim trzymała Kamorra. Bida, nędza i rozpacz oraz on – chłopak z nizin, co został supergwiazdą, a miał być zbawcą miasta. Ale sława to jest broń obosieczna. Z jednej strony pozwala pomóc, z drugiej może być wielkim obciążeniem. Zwłaszcza, kiedy zaczyna się być troszkę ponad. Dopóki wygrywał i prowadził klub do zwycięstw, wybaczano mu wiele: branie narkotyków, korzystanie z dziwek, znajomości z mafijną rodziną. Problem jednak w tym, że coraz więcej brudów zaczyna wychodzić, a na Mistrzostwach Świata we Włoszech dochodzi do najgorszego: mecz Włochy-Argentyna w ćwierćfinale. Po tym już nie ma odwrotu.

diego2

Reżyser dostał do dyspozycję pewne archiwaliów: zarówno ze zbioru rodziny Maradony, zrekonstruowane fragmenty meczy, rozmowy z dziennikarzami, trenerami i jeszcze nie wiadomo kim. Wygląda to imponująco, a z tego zaczynają się wyłaniać kolejne oblicza piłkarza: wielbionego przez tłum gwiazdora, zmęczonego sławą sportowca, człowieka czerpiącego z nocnego życia, jak i zależnego od potężniejszych słabeusza. Bóg, geniusz czy oszust? Mit naszego bohatera zostaje naznaczony podczas meczu z Anglią, gdzie jedna bramka została wbita… ręką. Boską ręką, można by rzec. Wszystko się zmienia niczym w rollercoasterze, zwłaszcza dla osób niezainteresowanych piłką nożną. Zdarzają się pewne retrospekcje, dodając pewne detale do życiorysu Argentyńczyka.

diego1

Jak to możliwe, że znajoma formuła (wcześniej użyta w „Sennie” i „Amy”) nie wywołuje jeszcze znużenia? Kapadia znowu tworzy fascynujący i złożony portret człowieka, który stał się mitem. Bez osądzania, bez stawiania tez, a wciągający niczym rasowe kino gatunkowe. Tylko, że mówimy o dokumencie, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Serce Jamajki

Jamajka – wyspa, która zawsze kojarzy się z muzyką reggae. Tyko, że to jedno z oblicz muzycznych tego kraju, które poznajemy dzięki temu filmowi dokumentalnemu. Pretekstem tej historii jest koncert, w którym zagrali ze sobą weterani nurtu, co zaczęli swoją drogę w latach 70. razem z młodszym pokoleniem. Zagrają na nim swoje największe przeboje w wersjach akustycznych, najpierw nagrywając płytę, by następnie ruszyć w trasę koncertową (tutaj twórcy skupiają się na występie w Paryżu, co pewnie wynika z faktu, że Francuzi wyłożyli pieniądze na film).

serce jamajki16

Reżyser Peter Webber nakręcił ten film w niemal klasyczny sposób, czyli mamy gadające głowy, archiwalne nagrania, zdjęcia oraz ilustracje. Brakuje tylko narracji z offu, ale uznano ją chyba za zbędną. Rozmowy są przeplatane zarówno fragmentami koncertu, jak i nagrywaniem materiału. Co ciekawe, muzycy są na werandzie, zaś wokaliści w środku domu. I jest to dość ciekawie wytłumaczone, o czym się sami przekonacie. A całe to spotkanie muzyków jest pretekstem do pokazania historii muzyki na Jamajce. Bo cała odmiana reggae – jak blues w Ameryce – wziął się z pieśni niewolników na tamtejszych plantacjach. Ale jak każda muzyka, przechodziła ewolucję: od piosenek miłosnych i tanecznych do zaangażowanych społeczno-politycznie. Przy okazji poznajemy historię Jamajki, która obecnie jest krajem biedoty, strzelanin oraz ludzi, którzy za pomocą muzyki opisują swój świat. A jednocześnie chcą nieść światło, pokazać tą jasną stronę.

serce jamajki7

Każdy tutaj z muzyków ma tutaj swoją szansę na opowiedzenie o sobie, swojej karierze oraz tego, czym ta muzyka dla nich była i jest. Formą bardzo przypomina kultowe „Buena Vista Social Club”, co akurat jest sporą zaletą. Żaden z tych artystów nie mieszka w żadnych pałacach, nie jest materialnie bogaty, lecz nie oznacza to, że nie są ważnymi osobami w swojej kulturze. Różnie im się układało: jednemu karierę złamały narkotyki (Ken Boothe, który miał wielką szansę na międzynarodową karierę), drugi ma czasami niewyparzoną gębę oraz czasem cięty charakter (Kiddus I i rozbrajająca opowieść o rzucaniu płyt oraz ojcem z batem), a czasem w ich życiu pojawia się śmierć (Winston McAffie, który stracił nastoletniego syna wskutek bójki czy młody Derajah po utracie siostry). Nie ma tutaj żadnego pozerstwa, gwiazdorstwa, pachnie szczerością oraz pasją. Tego nie da się udawać.

serce jamajki9

No i najważniejszy, największy plus, czyli fenomenalna muzyka. A ponieważ jeśli chodzi o jamajskie brzmienia jestem chwilowym ignorantem, więc oczarowały mnie te dźwięki oraz głowy naszych bohaterów. „Everything I Own”, „Row Fisherman”, „Black Woman” czy „Malcolm X” brzmią fenomenalnie, budując klimat całej historii, tak jak miejscami pięknie pokazana przyroda w tym kraju.

Jeśli będziecie mieli szansę obejrzeć „Inna de Yard”, nie wahajcie się. To piękna historia kraju, opowiedziana za pomocą jej największego skarbu – muzyki. Nawet jeśli nie jesteście fanami reggae i jej podobnych, jest spora szansa, że po spotkaniu z tymi gośćmi zakochacie się.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Chcę podziękować pani Dagmarze Moldze z filmy 9th Plan za możliwość obejrzenia tego tytułu.

Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego

Netflix coraz bardziej robi w dokumentach, pokazując naprawdę intrygujące opowieści o ludziach, którzy zostali zapomniani. Jednym z nich jest polski rzeźbiarz Stanisław Szukalski. Słyszeliście o nim? Ja też nie, bo przez długie lata jego dorobek został zapomniany. Ale pojawił się dokument „Walka”.

Tutaj narracja niejako tworzy się dwutorowo. Punktem wyjścia są rozmowy z artystami sceny alternatywnej lat 70., którzy przypadkiem poznali dorobek polskiego artysty. Jeszcze większy szok ich spotkał, gdy odkryli, iż Szukalski żyje i mieszka w Los Angeles. Jeden z nich, Glenn Bray, decyduje się także filmować opowieści artysty na temat sztuki oraz jego dość pokręconego życiorysu. Niby jest tu jak w klasycznym dokumencie, czyli gadające głowy przeplatane ze sporymi ilościami archiwaliów. Sfilmowane wypowiedzi Szukalskiego, zdjęcia pokazujące rzeźby oraz wspomnienia spotkań. Jednocześnie twórcy próbują pokazać dokonania artysty, jego młodość, samodzielnie zdobywaną wiedzę, krótki flirt z Hollywood (pomogła mu przyjaźń ze scenarzystą Benem Hechtem).

walka1

Ale żeby nie było tak słodko, nie bano się pokazać troszkę mroczniejszej strony twórczości, która była monumentalna, pełna bogatych ozdobników. I te dzieła nawet dzisiaj robią imponujące wrażenie (niektóre zostały pokazane przez twórców jak trójwymiarowe bryły. Jednak sam twórca (w okresie przedwojennym) nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów, co widać w publikowanym magazynie „Krak” oraz miał bardzo duże mniemanie o sobie. Ale podobno tzw. geniuszom wypada się wywyższać, co czyni Szukalskiego człowiekiem. Sporo tutaj miejsca poświęcono nacjonalistycznym zapędom w II RP (i to niestety jest prawdą) oraz temu, jak symbole z dzieł artysty zostały przejęte przez współczesnych nacjonalistów. Ale te poglądy zostały poddane weryfikacji przez historię, co pokazały dwie rzeźby („Potop XX wieku” oraz „Katyń – ostatnie tchnienie”). I to czyni tą postać bardzo złożoną, fascynującą osobowością. Nawet jeśli się nie zgadzamy z jego przekonaniami.

walka2

Jestem oczarowany tym filmem, które w dość krótkim czasie udaje się pokazać zapomnianą, ale nietuzinkową postać polskiej sztuki. Niby klasyczna forma, ale oglądałem ten film z zapartym tchem i porażony wielką pewnością siebie oraz bardzo przewrotnymi losami artysty. Zobaczcie to koniecznie.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski