Klub dla wybrańców

Elity, ach te elity. Ludzie światli, inteligentni i mający spore wpływy – znajomości i finanse. Gdzie można spotkać takich ludzi, poza środowiskiem politycznym, ekonomicznym i społecznym? Oczywiście, na wyższych uczelniach takich jak Cambridge, Oxford czy Uniwersytet Warszawski 😉 Z tym ostatnim może przesadziłem, ale jaki kraj taka elita. Wróćmy do Oksfordu – właśnie tam spotykamy dwóch chłopaków, Alistaira Ryle’a oraz Milesa Richardsa. Obydwaj panowie zostają członkami elitarnego The Riot Club, który skupia najmądrzejszych i najodważniejszych studentów, a imprezy inicjacyjne przechodziły do legend.

riot_club1

Luźna historię tego klubu (naprawdę nie nazywał się Riot Club, tylko Bullington Club) postanowiła opowiedzieć duńska reżyserka Lone Scherfig, która po sukcesach w swoim kraju („Włoski dla początkujących”, „Wilbur chce się zabić”) przeniosła się do Wielkiej Brytanii. Na początku film możemy traktować jako historię hedonistycznych studentów, który postanawiają po raz ostatni zaszaleć. Wydaje się to całkiem niezłą komedię – etapy inicjacji mają w sobie coś z wygłupu (polanie się winem, odpowiadanie na pytania i popijanie alkoholu z… prezerwatywy), a humor jest dość rubaszny. Jednak niewinne zabawy i wygłupy mijają, gdy dochodzimy do punktu kulminacyjnego – kolacji w knajpie na obrzeżach miasta. Zazwyczaj takie imprezy kończyły się ostrą popijawą, demolką miejsca oraz seksem. Wtedy widzimy prawdziwą twarz chłopaków – ludzi uważających się za bezkarnych i myślących, że za pieniądze można wszystko załatwić (nieudana próba zamówienia prostytutki) oraz gardzący ludźmi z niższej pozycji społecznej. Alkohol się leje, hamulce puszczają i wtedy zdaje się poważny test dojrzałości. Problem w tym, ze wnioski serwowane przez panią reżyser (elita jest moralnie zdegenerowana, wszystko można załatwić za forsę) nie jest dla mnie niczym nowym, jednak w kulminacji emocje są tak mocne, że nie da się przejść obojętnie.

riot_club2

Ale „Klub…” potrafi skupić uwagę dzięki świetnym, młodym aktorom. Najbardziej błyszczą grający na kontraście Sam Claflin (Alistair) oraz Max Irons (Miles). Obydwaj są zafascynowani klubem Riota, jednak mocno się różnią. Ten pierwszy niemal całkowicie się angażuje, idąc po bandzie, o tyle ten drugi ma dość silny kręgosłup moralny, poddany testowi. Obydwaj płacą za to swoją cenę. Właściwie każdy członek klubu stanowi barwną postać (z wybornym Freddie Foxem jako prezesem), z którą na początku możemy sympatyzować, ale ta sympatia trwa do czasu. Kontrastem dla nich są panie, które jako jedyne stają się postaciami z wyraźnymi zasadami (tu błyszczy Holliday Granger jako Lauren, dziewczyna Milesa).

riot_club3

Nie brakuje tutaj cierpkiego oraz ironicznego humoru, jednak „Klub…” to mocny dramat z dość przewrotnym finałem. Udana obserwacja współczesnych elit, chociaż tylko brytyjskich. A może się mylę?

7/10

Radosław Ostrowski

Serce, serduszko

Jesteśmy na Bieszczadach w bidulu, gdzie trafia wyglądająca jak kosmitka Kordula, by podjąć tam pracę. I to właśnie tam poznaje Maszeńkę – młoda dziewczynkę, która marzy o zostaniu baletnicą. Wskutek dość niefortunnego zbiegu okoliczności, obie panie uciekają i wyruszają na egzamin do Gdyni. W ślad za nimi rusza policja oraz ojciec dziewczynki, który jest nałogowym alkoholikiem.

serce_serduszko2

Jan Jakub Kolski ostatnio próbował pójść w kino gatunkowe, jednak „Zabić bobra” było porażką. Jego nowe kino jest produkcją familijną oraz kinem drogi, w którym zdarzy się wszystko, z czego znamy tego typu produkcje – podróż staje się okazją do weryfikacji swojego życia, relacja ulega dynamice i dojdzie po poważnych zmian. Wydaje się to tak kliszowe, że już bardziej się nie da? Jednak reżyser nie unika schematów, jednak stara się je ubarwić i unika jak ognia jednoznaczności oraz prostych odpowiedzi. W dodatku łagodzi to bardzo ciepłym humorem (rysowane wstawki Maszeńki – proste i kolorowe, ale rozbrajające), barwnymi ujęciami okolicy oraz barwnymi postaciami drugoplanowymi, dzięki czemu film ogląda się całkiem nieźle. Może zakończenie wielu może odstraszyć (piosenka finałowa), jednak to jest jedyna poważna wada, a kilka pomysłów pozytywnie zaskakuje (taneczny pojedynek Maszeńki z chłopakiem breakdancerem – nieźle zmontowane).

serce_serduszko1

Kolski nie tylko zgrabnie bawi się konwencją, ale tez aktorzy wczuli się w swoje postacie. Świetnie wypadła Julia Kijowska – Kordula w jej wykonaniu to buntowniczka, nie potrafiąca nigdzie zagrać miejsca na dłużej. W dodatku lubi tatuaże i słucha metalu, ale o wszystko jest maską, pod którą ukrywa się wrażliwa i samotna kobieta. Swój wizerunek przełamuje też Marcin Dorociński w roli ojca Maszeńki, alkoholika i jest wiarygodny. Podobną niespodzianka jest Borys Szyc, który przypomina się z dobrej strony jako… ksiądz, który jest otwarty wobec swoich parafian wykorzystując nowoczesne wynalazki (jego nawijka na videoblogu – perełka) i jest obdziergany Matkami Boskimi na swoim ciele. Jednak wszyscy oni bledną wobec debiutującej Marysi Blendzi grającej typową postać dla Kolskiego – nadwrażliwą istotę, która widzi więcej niż reszta i jest dojrzalsza od wszystkich. Naturalna, szczera i urocza, kradnie ten film. Jeśli będzie chciała iść dalej ta drogą, to będę czekał na jej następne role.

serce_serduszko3

Jan Jakub Kolski powoli wraca do dobrej formy i mam nadzieję, że następny film będzie lepszy od „Serca, serduszka”. To pogodne, łagodne i ciepłe kino – może i nie zaskakuje, ale po nim poczułem się lepiej. A to i tak sporo.

serce_serduszko4

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ugryź mnie!

Poznajcie Linę i Lazara – jak można domyślić się po imionach, to chłopak i dziewczyna. Kiedyś byli ze sobą, ale trzy lata temu chłopak wyjechał z kraju. Kiedy umiera jego ojciec, wraca do domu i powoli zaczyna odradzać się uczucie między nimi.

Kino europejskie pozostaje dla mnie w sporej części łamigłówką. Głównie obracałem się w Polsce, Francji (czasami) i Wielkiej Brytanii. Tym razem trafiłem na film z Serbii, niejakiej Miny Djukić. Sam film ma być opowieścią o odradzającej się miłości młodych ludzi, którzy wchodzą w dorosłość. Tylko, że tego po prostu nie widać. Bohaterowie są strasznie małomówni, a jak już rozmawiają to – za przeproszeniem – o husarze i dupie Maryni („-Czy masz z kim jeść… – Arbuza? Tak.”). Nie wiem, czy to było tak planowane, czy po prostu na planie panowała improwizacja, ale efekt jest zwyczajnie tragiczny. Sceny wspólnej wycieczki też jakoś nie kleją się ze sobą – jadą oni na swoich rowerkach kompletnie bez celu, bez planu. Celu możemy się tylko domyślać, w czym pomaga nam pojawiający się kilka razy narrator, którego wypowiedzi czynią film jeszcze bardziej pretensjonalnym i banalnym. Sama aura (pojawiająca się w kilku ładnych ujęciach) oraz interesująca ścieżka dźwiękowa to mało.

ugryz_mnie1

O aktorstwie mógłbym powiedzieć, gdyby w ogóle ono było. Bohaterowie są nieciekawi, dziecinni i irytujący (włam na wesel jeszcze przełknę, ale gra w łapki w aptece, po której ona decyduje się pojechać z nim?), a ich zachowanie jest irracjonalne. Aż zastanawiam się, co oni takiego w sobie widzieli 3 lata wcześniej? Nie mam pojęcia. Może to miało być ciekawe i nieszablonowe kino, tylko wywołało we mnie znużenie i irytację. Nieznośny film, który jest pusty w środku.

3/10

Radosław Osteowski

Klub Jimmy’ego

Na samym początku widzimy czarno-białe obrazki z Nowego Jorku. Ale to zmyłka, gdyż zaraz potem pojawiają się zielone pola Irlandii. Tam powraca Jimmy Gralton – czołowy komunista, który musiał uciec do USA. Wtedy działał jego klub, gdzie była potańcówka, uczono dzieci i prowadzono dyskusje. Jednak klub był solą w oku miejscowego proboszcza – ojca Sheridana, próbującego zwalczyć klub. A jak Jimmy wrócił, to klub też zostaje reaktywowany.

klub_jimmyego1

Jeśli mamy Irlandię i poruszane są kwestie społeczne, to reżyserem może być tylko jedna osoba – Ken Loach. Spór ideologiczny między lewicowym społecznikiem (bo tak należy nazwać Graltona) z konserwatywnym księdzem jest nieunikniony oraz pasuje do sytuacji społecznej w Irlandii. Kler walczy o władzę i kontrolę nad ludźmi (mają monopol na nauczanie oraz silne wpływy w rządzie), a Gralton staje po stronie ludzi słabszych, biednych, pozbawionych wykształcenia. Rozmowy obu antagonistów mają silny ładunek emocjonalny, ale co najważniejsze – obie strony są równoprawnymi antagonistami, bez popadania w karykaturę (najmocniej to widać w przeplatających się scen tańca w klubie z ostrym atakiem z ambony). Wielu może zrazić dość spokojny rytm opowieści oraz troszkę brak klasycznie rozumianej fabuły, jednak trafna obyczajowa obserwacja realiów epoki z silną pozycją kleru oraz podzieloną IRA czyni całość interesującą. Loach wie jak prowadzić opowieść i zaangażować do dyskusji.

klub_jimmyego2

Dodatkowo ma świetnych aktorów w głównych rolach, którzy tworzą pełnokrwiste postacie. Zarówno Barry Ward (twardo stąpający po ziemi Gralton) jak i Jim Norton (strasznie konserwatywny ojciec Sheridan – brakowało mu tylko wideł i wody święconej do wypędzenia diabła 😉 ) idealnie pasują do swoich postaci, których spór jest nie do uniknięcia. Zwycięzca tego starcia, niestety też.

klub_jimmyego3

Loach zapowiada, że „Klub Jimmy’ego” to jego ostatni film w karierze. Jeśli tak, to Anglik godnie zamyka swój dorobek. Mam wrażenie, że warto odwiedzić ten klub.

7/10

Radosław Ostrowski

Motywacja

Cała opowieść toczy się wokół poradnika „Reach Me”, którego autor ukrywa się przed ludźmi. Dzieło to osiągnęło status bestsellera oraz odmieniło życie paru osób. A kogo tutaj nie mamy: policjanta dość łatwo i chętnie sięgającego za broń, dwóch gangsterów, dziennikarza mającego wytropić autora, kobietę wychodząca z wiezienia marzącą o pracy projektantki mody. Ich losy będą się przycinać i przeplatać.

motywacja1

O filmie John Herzfelda usłyszałem, gdy twórca zbierał fundusze na Kickstarterze. Muszę przyznać, że efekt jest całkiem przyzwoity jak na dość krótki (półtorej godziny) filmik. Twórcy próbują opowiedzieć dość prostą prawdę, że nigdy nie jest za późno na przewartościowanie i zweryfikowanie swojego życia. Brzmi jak banał z powieści Paolo Coehlo? Po części tak jest, a pewne wątki i postacie są zaledwie zarysowane (raper E-Ruption) i czas trwania działa mocno na niekorzyść. W dodatku przewija się konwencja zarówno dramatu obyczajowego, filmu sensacyjnego i przez krótką chwilę – komedii. Ogląda się to bez bólu, jednak angażują tylko pewne fragmenty i momenty, jak postać Teddy’ego – autora „Reach Me” walczącego ze swoimi demonami.

motywacja2

Sytuację próbuje broić gwiazdorska obsada i rzeczywiście – nie brakuje tutaj znanych twarzy: od Sylvestra Stallone’a (Gerald – szef portalu internetowego), Kyry Sedgwick (Colette) i Kelseya Grammara (Angelo) po Toma Sizemora (gangster Frank), Danny’ego Aiello (ksiądz Paul) oraz – chyba najlepszego w zestawie – Thomasa Jane’a (policjant Wolfie) oraz Toma Berengera (Teddy). Ale nawet aktorzy nie są w stanie zrobić wiele, jeśli scenariusz nie pozwala rozwinąć skrzydeł, a lista jest oczywiście o wiele dłuższa.

motywacja3

W zasadzie film można obejrzeć, jeśli nie mamy co wybrać w popołudnie. To ciepłe i dość letnie kino, a można było więcej wycisnąć.

6/10

Radosław Ostrowski

Biutiful

Hiszpania wydaje się być pięknym krajem, ale ulice i slumsy wszędzie wyglądają tak samo. Na jednym z takich ulic mieszka Uxbal – samotny ojciec, który mieszka z dwójką dzieci. Z czego się utrzymuje? Zarabia na imigrantach, którym stara się zapewnić pracę. I sam przy okazji troszkę zarabia, starając się zapewnić byt. Jednak jego dość stabilne życie zmienia się z powodu jednej diagnozy – nowotwór. I jak tu pomoc przetrwać dalszą walkę o byt?

biutiful1

O Alejandro Gonzalesie Inarritu mówiłem już przy okazji „Birdmana”, a „Biutiful” to jego wcześniejszy film sprzed 5 lat. Historia w zasadzie wydaje się prosta i widzimy bohatera, który powoli odchodzi ze świata. Otoczenie jest bardzo brudne, szare i parszywe – praktycznie pozbawione jakiejkolwiek nadziei, jak i jakiejkolwiek jasnych kolorów. Widać to zarówno w paradokumentalnej formie (ujęcia głównie w ręki, brak mocnych kolorów), jak i dość powolnym tempie. Jest codzienna walka o byt, toczona zarówno przez imigrantów (głównie z Chin i Afryki), jak i naszego bohatera. Problem jednak w tym, ze Inarritu troszkę skręca w stronę moralizatorstwa (etyczne rozterki) oraz pretensjonalności (zakończenie), jednak miejscami tworzony jest oniryczny klimat (wizyta w dyskotece z pulsującym montażem), ale zdarzają się pewne dłużyzny jak relacja z była żoną chorującą na dwubiegunowość czy szef chińskich imigrantów, ale klimat beznadziei oraz depresji potrafi mocno się udzielić.

biutiful2

Ale tak naprawdę ten film jest popisem jednego człowieka – Javiera Bardema. Uxbal przez niego grany to człowiek dźwigający na sobie sporo nieszczęść i cierpień, mocno ukrywający swoją chorobę. Ale jest to też facet wywołujący empatie oraz naprawdę chcący pomóc innym ludziom, co widać w rozmowach z szefami imigrantów jak i żona jednego z aresztowanych. Pozornie zmęczona i zgaszona twarz potrafi pokazać wiele emocji – nic dziwnego, że aktor otrzymał nominację do Oscara.

biutiful3

Piękno w „Biutiful” jest ulotne, zgaszona i pełne brzydoty. Inarritu jest brutalny i bezwzględny wobec otaczającego go świata. Dla tej wizji oraz znakomitego Bardema absolutnie warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Lewiatan

Współczesne rosyjskie miasteczko. Tutaj mieszka Kola razem z żoną Lilą oraz synem Romą. Ale nie na długo, gdyż jego dom zostaje przejęty przez mera miasta pod budowę marketu. Mężczyzna z pomocą swojego dawnego towarzysza broni, Dimitra, próbuje odwołać się od decyzji oraz nacisnąć na mera.

lewiatan1

W rosyjskich filmach bardzo krytycznie i negatywnie przedstawiana jest rzeczywistość, gdzie człowiek jest tak naprawdę zdany tylko na siebie. Do tego grona gorzkich obserwatorów dołącza Andriej Zwiagincew ze swoim „Lewiatanem” – filmem długim, złożonym i… nudnym, gdzie kino mocno artystyczne próbuje połączyć się z kryminałem. Jest tutaj kilka interesujących obserwacji współczesnych Rosjan, próbujących poradzić sobie z przemianami po 1991 roku. Korupcja, chciwość, bezradność i nieczyste intencje – a wszystko to mocno popijane wódką. Portret jest wyjątkowo gorzki i przygnębiający, wszelkie wartości rozpadły, rodzina przestaje być siła i wsparciem (Lila rozdarta między mężem a kochankiem), a Cerkiew wspiera skorumpowanych polityków swoimi prostymi słowami o boskim pochodzeniu władzy. Nawet pewne elementy biblijne (inspiracja Księga Hioba czy wspomnienie Lewiatana) okazują się być fałszywymi tropami interpretacyjnymi. Problem w tym, że mimo ambicji oraz powagi tematu, „Lewiatan” okazuje się przerostem intencji nad realizacją. Mimo świetnego aktorstwa pozostaje kolejnym, gorzkim portretem Rosji, który znamy już od wielu lat i nic tak naprawdę nowego nie dowiadujemy się, a nawet przypomina on troszkę swoim ciężarem „Dom zły” Smarzowskiego.

lewiatan2

Powiem krótko – nowy film Andrieja Zwiagincewa jest zaledwie przyzwoite kino, które zdobywa nagrody za swoją „antyputinowskość”. Ja się przy seansie znużyłem nadmiarem wątków i interpretacji, co wywołało chaos. Ale i tak jest to film lepszy od „Idy”.

6/10

Radosław Ostrowski

Medium

Wierzycie w zaświaty czy życie pozagrobowe? Ta historia bazuje na trójce bohaterów, którzy bardziej lub mniej zetknęli się ze śmiercią. Francuzka dziennikarka Marie podczas urlopu przeżywa atak tsunami i przez chwilę znajduje się w stanie chwilowego zgonu. George wydaje się zwykłym robotnikiem, ale naznaczony jest darem widzenia zmarłych, wcześniej działał jako medium. Wreszcie jest dwóch braci bliźniaków – Jason i Marcus, opiekujący się matką-alkoholiczką. Podczas pójścia po leki, starszy zostaje zaatakowany przez gnojków i uciekając przed nimi wpada pod auto.

medium1

Clint Eastwood mięknie z wiekiem i stara się poruszać ważkie tematy. Razem z uznanym scenarzystą Peterem Morganem („Królowa”, „Ostatni król Szkocji”, „Frost/Nixon”) próbuje opowiedzieć o życiu po śmierci. Nie jest to jednak żaden horror, ale pełnokrwisty dramat obyczajowy, gdzie losy całej trójki przeplatają się ze sobą. O ile początek jest intrygujący (scena tsunami jest naprawdę świetna), o tyle dalej cała historia zwyczajnie nuży. Szukanie kontaktu ze zmarłymi jest tutaj próba pogodzenia się i pożegnania się z innymi. Ale tez przy okazji widzimy jak żyją osoby, które mają „kontakt” z zaświatami.

medium2

Ciekawszy był dla mnie watek George’a (Matt Damon pozytywnie zaskoczył) –  medium, który traktuje swój dar bardziej jako klątwę, nie pozwalającą mu prowadzić normalnego życia. Dlatego chce się od tego odciąć, niemal desperacko. Podobnie Marie (świetna Cecile De France), która o mało nie umarła i próbuje przetrawić to. Szuka informacji i chce napisać o tym książkę, a bracia bliźniacy (George i Frankie McLaren) byli po prostu świetni. Więc aktorsko nie mam żadnych zastrzeżeń, także kameralna forma nie przeszkadzała – to był zawsze znak rozpoznawczy Clinta.

medium3

Ale dla mnie to wszystko trochę za łagodne, za bajkowe i tylko ślizgające się po problemie. Zaświaty i życie po śmierci to jedna ze spraw prześladująca każdego człowieka. Ale tutaj jest to takie naiwne i bajkowe, że głowa mała. A zakończenie to dla mnie czysty kicz (więcej nie powiem). „Medium” może śmiało rywalizować o miano jednego z najgorszych filmów Eastwood. Nudny, powolny i poruszający tylko momentami. A mogło być tak fajnie.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda


Dwa dni, jedna noc

Sandra jest pracownica sklepu w belgijskim miasteczku. Po ciężkiej chorobie chce wrócić do pracy, ale zostaje zwolniona w skutek tajnego głosowania. Jednak udaje się przekonać dyrektora, by zagłosować jeszcze raz: Sandra ma weekend, by przekonać swoich kolegów, by zgodzili się na powrót do jej pracy. Jednak jest jeden haczyk – jeśli zostanie, jej pensja zostanie wypłacona z premii zaplanowanej wcześniej.

2_dni_1_noc1

Po opisie można stwierdzić, że jest to film europejski. Zwłaszcza, że twórcami są bracia Jean-Pierre i Luc Dardenne, którzy przyglądają się tutaj człowiekowi postawionemu pod finansową ścianą. Ale nie bawią się w publicystykę, nie wrzucają żadnych ozdobników, są po prostu dokumentalistami i obserwatorami rzeczywistości. Sama opowieść jest bardzo prosta i nieskomplikowana, ale kibicowałem bohaterce do samego końca. Jej walka nie należy do łatwych, bo niektórzy po prostu potrzebują tych pieniędzy. dylemat moralny jest tutaj iście poważny i każdy ma swoje racje. Ale Dardenne’owie potrafią trzymać w napięciu jak w niejednym thrillerze. A próba wywarcia wpływu i przekonywanie do siebie, będzie także dla bohaterki wewnętrzną wędrówką – trudną i niełatwą, ale dającą odrobinę nadziei, która nie brzmi fałszywie ani sztucznie. A jak się skończy ta walka o godność – to sami oceńcie.

2_dni_1_noc2

Aktorsko jest tutaj bardzo dobrze, choć większość postaci pojawia się tu przez kilka minut. Ale i tak całość kradnie grająca główną role znakomita Marion Cotillard. Sandra jest mieszanką niepewności, strachu i determinacji troszkę wbrew sobie. Nie wiemy co jej dolega, początkowo sprawia wrażenie biernej, niemal obojętnej na swój los (za dużo bierze leków). To dzięki swojemu mężowi (Fabrizio Rognione) nakręca się i zmusza do działania. Ten duet staje się siłą napędową tego małego filmiku.

2_dni_1_noc3

Dardenne, dzięki swojemu ascetycznemu stylowi, może wielu zniechęcić czy odstraszyć. Jednak „Dwa dni, jedna noc” pokazuje, że można zrobić kino zaangażowane społecznie, które nie trąci publicystyką czy tendencyjnością. Taką uczciwość należy docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sędzia

Henry Palmer jest piekielnie zdolnym i skutecznym adwokatem w Waszyngtonie. Jednak jego życie prywatne nie układa się – rozstaje się z żoną, z córką ma dość dobre układy. I wtedy dostaje wiadomość, że jego matka zmarła. Przyjeżdża do rodzinnego miasteczka na pogrzeb i chce jak najszybciej wyjechać z powodu niezbyt dobrych relacji z ojcem – miejscowym sędzią o nieposzlakowanej reputacji. Jednak w nocy sędzia wraca z uszkodzonym autem, a następnego dnia zostaje oskarżony o morderstwo. Henry chcąc nie chcąc zostaje jego obrońcą.

sedzia1

Dramat sądowy to gatunek niemal na wyginięciu – rozprawy przed sądem obecnie jakoś mało chętnie są kręcone w ostatnich latach, jednak to nie zraziło Davida Dobkina, dotychczas reżysera komedii, by się zmierzyć z tym gatunkiem. Ale tak naprawdę jest to dramat obyczajowy, gdzie proces służy rozwiązaniu relacji Hanka (Henry’ego) ze swoim ojcem. W dodatku twórcy sięgają po wszelkie możliwe klisze – dawno niewidziane miasteczko, spotkanie z dawną dziewczyną, braćmi mającymi problemy (jeden był obiecującym sportowcem, drugi jest upośledzony umysłowo), zaś wynik rozprawy jest łatwy do przewidzenia. Jednak mimo tej schematyczności i przewidywalności jest w stanie mnie przekonać do siebie. I to na wiele sposobów – humorem (bójka z redneckami), odrobiną sentymentalizmu (muzyka Thomasa Newmana), ale też szczerymi dialogami oraz naprawdę porządnym aktorstwem. Rozprawy ogląda się wnikliwie, a próba zabliźnienia starych ran, pretensji i rozczarowań przebiega uczciwie.

sedzia2

Jak mówiłem, aktorzy robią swoje. Robert Downey Jr. początkowo może wydawać się kopią Ajron Mena (to samo poczucie humoru, elegancki gajerek – brakuje tylko zbroi), ale radzi sobie dobrze o roli faceta, starającego się zyskać aprobatę swojego ojca. Jednak tak naprawdę szoł ukradł mu Robert Duvall w roli tatusia. Udaje się mu pokazać jego twardy charakter, przyzwoitość i szorstkość, a jednocześnie jak ważne są dla niego respekt, autorytet i reputacja. Jest to bardziej złożona postać niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Także drugi plan jest tutaj porządny (Vera Farmiga jako dawna dziewczyna, Vincent D’Onofrio i Jeremy Strong – bracia), może tylko Billy Bob Thornton jest zaledwie solidny w roli prokuratora (wydawałoby się, że powinien być bardziej upierdliwy i złowrogi). Ale i tak udaje się tym postaciom nadać życia, choć wydaja się dość schematyczne.

sedzia3

Dobkin wydaje się być typowym rzemieślnikiem, ale efekt okazał się zaskakująco solidny. Niby takich opowieści było tysiące, jednak duet dwóch Robertów (i nie tylko oni) uwiarygodniają całą fabułę, a reżyser pilnuje, by nic się nie zepsuło. Dla mnie niespodzianka.

7/10

Radosław Ostrowski