Chleb i sól

Czy znacie taki rodzaj filmu zwany snujem? To tego typu dzieło, gdzie w zasadzie fabuła to ciąg luźno (nawet bardzo) powiązanych scen, których łączącym elementem jest główny bohater lub bohaterowie. Przez co zazwyczaj wywołują we mnie (oraz paru osobach) poczucie znużenia i monotonii, a jednocześnie takie poczucie, iż twórcy kompletnie nie mieli pomysłu na tą historię. Jest to – najczęściej, choć nie zawsze – domena debiutantów oraz reżyserów z ambicjami „artystycznymi”.

chleb i sol1

Takie miałem wrażenie podczas oglądania debiutu reżyserskiego Damiana Kocura „Chleb i sól”. Bohaterem tego snuja jest niejaki Tymek (Tymoteusz Bies) – młody chłopak, co jest cholernie uzdolnionym pianistą. Tak dobrym, że uczy się w Akademii Muzycznej w Warszawie i dostał stypendium do Dusseldorfu. Na dwa lata, więc brzmi to super. Przed wyjazdem do miasta wraca do rodzinnego miasteczka na wakacje. A tam – zapracowani rodzice, równie uzdolniony muzycznie brat (Jacek Bies), co się do szkoły muzycznej nie dostał, starzy kumple z blokowiska, była dziewczyna. No i jest nowo zbudowana knajpa, gdzie kebab sprzedają, co prowadzi go dwóch imigrantów ze Wschodu.

chleb i sol2

Więc elementy fabuły mamy wyłożone na wierzchu i tak naprawdę tylko obserwujemy ludzi dookoła. Jest spokojnie, bujamy się z ekipą podczas zwykłych młodzików, co może nie są Bóg wie jak rozmowni i wygadani, ale wydają się naturalni. Dość zaskakujący jest format obrazu w kształcie kwadratu ze sporymi czarnymi paskami po boku. To wszystko buduje pewne poczucie izolacji czy wyalienowania, pasując do głównego bohatera. Niby z tych stron, ale jednocześnie czuje się bardzo inny, obcy i nie widzi tu dla siebie miejsca. I jest to ubrane w dokumentalnym stylu, z masą bardzo statycznych kadrów, ograniczając się do bycia obserwatora. Bez żadnego osądu, komentarza i analizy.

chleb i sol3

Bo gdzieś tutaj czai się pewne napięcie oraz nerwowość, co może doprowadzić do konfrontacji. Bo nasi lokalsi nie zawsze potrafią zachować się wobec prowadzących kebabowy biznes. Gdzieś tam rzucony jakiś tekścik, wygłupy, wyzwiska. Jednak tragedia tutaj wisi w powietrzu, zaś nikt nie jest tutaj jednoznacznie zły czy dobry. Nawet nasz Tymek patrzy na wszystkich z góry i w momentach, gdzie dzieje się coś nie tak nie reaguje. Choć może powinien. A wszystko zagrane przez kompletnych naturszczyków oraz naprawdę mocnym finałem.

chleb i sol4

„Chleb i sól” to jeden z tych lepszych polskich snujów, który przynajmniej wizualnie jest interesujący. Dialogi czasem są niewyraźne, zaś paradokumentalna stylistyka pozwala oczarować. Jednak trzeba głęboko wyłuskać sens tej luźnej historii, co wymaga sporego wysiłku. Czy warto go podjąć? Na to już musicie sami odpowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski

Zielona granica

Chyba od czasu „Kleru” nie było filmu, który na naszym podwórku tak polaryzował, że swoje zdanie zaczęli wypowiadać ludzie najmniej kompetentni – politycy. Ostre i bardzo agresywne opinie wobec nowego filmu Agnieszki Holland padły jeszcze zanim tytuł trafił do kin, więc nie mieli jakiejkolwiek szansy (poza międzynarodowymi festiwalami). Co ewidentnie pokazuje jak gówno warte są ich słowa. A propos rzekomego spotu MSWiA przed seansem, to oglądałem film w kinie Helios, którzy stwierdzili (razem z siecią Multikino oraz Nowe Horyzonty), że urzędnicy mogą sobie ten materiał wsadzić i za ch***a go pokażą.

A o czym opowiada sama „Zielona granica”? O pograniczu polsko-białoruskim, gdzie Łukaszenka „podrzuca” imigrantów między innymi z pogrążonej wojną Syrii najpierw do swojego kraju, by potem podesłać pod granicę z Polską. Dlaczego? By sparaliżować Unię Europejską i zalać nią uchodźcami, których nikt nie chce przyjąć. Więc kiedy oni trafiają do naszego kraju (a to było ze 2-3 lata temu, gdy zaatakował… wirus nieznanego pochodzenia z Chin) Straż Graniczna wysyła z powrotem na Białoruś. I tak trwa ten pograniczny ping-pong do momentu, gdy uda się wymknąć pilnującym oraz się przedrzeć. Albo umrzeć od pałek, psów i kopniaków pograniczników z obu stron.

To jest jedna z części składowych tej historii, gdzie ważną rolę odgrywają jeszcze dwie postacie. Niedawno mieszkająca w okolicy psycholożka Julia (Maja Ostaszewska) oraz nowy pogranicznik Jan (Tomasz Włosok). Oboje z różnych środowisk – ona bardziej doświadczona i owdowiała, on wyczekujący dziecka i świeżo wysłany na teren. Jest jeszcze w tym miksie grupa wolontariuszy zwana Granicą, którzy pomagają tym, co się przedarli przez granicę i ukrywają w lesie (czyli strefie zamkniętej).

Holland prowadzi te różne nitki fabularne, by pokazać bezradność, obojętność i brak odpowiedzialności osób u władzy. I w to wszystko zostają wrzuceni ludzie oszukani, wiedzeni snami o lepszy życiu w bardziej „pokojowej” Europie, która ich nie chce i ma ich głęboko w dupie (pamiętacie, co się działo na włoskiej Lampeduzie?). Ale z drugiej strony są pewne oddolne inicjatywy jak Granica, którzy pomóc i upubliczniać wszystkie podłości robione przez Straż Graniczną. A ci goście nie są zbyt dobrze sportretowani, choć najbardziej pogłębionym reprezentantem jest Jan. W dość (niestety) rzadkich scenach widać jak czuje się z tym niewygodnie i jakie wywołuje to frustracje. Wszystko w czarno-białych zdjęciach, które tylko podkreślają beznadzieję tej sytuacji.

Jednak mam problem z tą polifoniczną narracją, bo przeskoki między wątkami wywoływały dezorientację. Z tego powodu nie wszystko ma aż taką siłę rażenia jak mogłoby być, bo zbyt często mamy tu syntezę oraz spore przeskoki. Co powoduje, że pewne wątki poboczne (pacjent Bogdan, pogranicznicy) wydają się zapychaczami. Problemem może też być walenie wprost pewnych kwestii o charakterze społeczno-politycznym, ale dla mnie ta „toporność” działa. Bo są takie sytuacje, gdzie trzeba coś powiedzieć otwartym tekstem i to mi nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do bardzo monotonnej muzyki, która w zasadzie jest tym samym smęceniem wiolonczeli.

A także jest to bardzo dobrze zagrane. W uchodźców wcielają się mniej znane twarze i bardzo dobrze, bo to kompletnie nie rozprasza, choć na mnie największe wrażenie zrobił Mohamad Al Rashi (dziadek) oraz Jawal Altawir (Bashir). Z naszego podwórka kolejny raz błyszczy Maja Ostaszewska, tworząc mieszankę spokoju, empatii oraz determinacji. Spokojna Julia zaczyna powoli zmieniać się w aktywistkę, co jest zasługą poznanych ludzi z Granicy (mocna Monika Frajczyk, solidny Piotr Stramowski i kradnąca ekran Jaśmina Polak) oraz obserwowanych wydarzeń. Po drugiej stronie jest także świetny Tomasz Włosok, choć chciałbym więcej czasu spędzić z tą postacią i mocniej pokazać jego doświadczenia z pracy. Nie brakuje znajomych twarzy w drobnych epizodach (Maciej Stuhr, Agata Kulesza, Magdalena Popławska, Sandra Korzeniak), a te są w najgorszym wypadku przyzwoite.

Od razu to powiem: „Zielona granica” to najlepszy film Agnieszki Holland nakręcony w tej dekadzie. Mocne, walące między oczy i pokazujące różne oblicza ludzi – od tych bardziej empatycznych po najpodlejsze instynkty oraz wszystko pomiędzy. I jeszcze jest epilog, który jest takim ironicznym komentarzem do całej sytuacji, ale o tym się przekonacie sami. Kino powstałe z wściekłości i poczucia bezsilności, które ma dotrzeć do sumień ludzi u władzy. Tylko czy kogoś z nich to obejdzie? Chciałbym powiedzieć, że tak. Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śubuk

Pamiętam jaki ogromny ferment oraz piorunujące wrażenie zrobił na mnie film „Chce się żyć”. Dzieło Macieja Pieprzycy otworzyło wrota dla innych twórców do opowiedzenia historii rodzin z niepełnosprawnymi intelektualnie dziećmi. W zeszłym roku pojawiły się dwa filmy o tej tematyce – „Sonata” oraz „Śubuk”. I z tej dwójki ciekawsze jest dzieło Jacka Lusińskiego, który ostatnio zrealizował fantastyczny serial „Minuta ciszy”.

Akcja zaczyna się gdzieś na przełomie ustrojowym w jakimś dużym mieście, ale nie w Warszawie. Tutaj mieszka Marysia (Małgorzata Gorol), która zaszła w ciążę z milicjantem Darkiem (Filip Pławiak). Problem w tym, że ona nie chce mieć dziecka, lecz ucieka przed rozpoczęciem zabiegu. Wskutek okoliczności, w czym spory wpływ ma starsza siostra Marta, rodzi chłopca. Trochę wbrew sobie, bo nie da sobie rady zająć się nim i jednocześnie studiować. Ale po nagłej śmierci Marty wszystko się komplikuje. Sąsiedzi też nie pomagają, jednak nie to jest najgorsze – w przedszkolu chłopiec (Kubuś), delikatnie mówiąc, się nie odnajduje. Jest bardzo wycofany, nierozmowny i… agresywny. A jedynym wypowiadanym przez niego słowem jest „Śubuk”. Desperacko szukając przyczyny tej sytuacji zapada brutalny wyrok: autyzm.

Na pierwszy rzut oka ten film wydaje się prosty do zrobienia, wręcz samograj. No bo jest dramatyczna sytuacja, więc łatwiej sympatyzować z bohaterką (jeszcze łatwiej stosując emocjonalny szantaż), podkręcając kolejne wyboje na drodze i zderzenie z bezdusznym systemem. Dowalić śrubę beznadziei i dać promyk światła, z patosem i WIELKIMI słowami. No i zajebiście, nie? To by było jednak zbyt łatwe i zbyt proste podejście, czego reżyser wydaje się być świadomy. Dlatego idzie w stronę kina środka, czyli próbując zachować balans między powagą a humorem, bez popadania w stany mroczno-smutno-depresyjne i nie osłabiając emocjonalnego ładunku. Dzięki temu „Śubuk” tak angażuje, bez popadania w patos, moralizatorstwo czy skręcając w publicystykę.

Lusiński opowiada historię Marysi i jej syna od narodzin aż do matury, czyli bardzo spory kawałek. Czasem czuć skrótowość tej narracji, jednak relacja tej dwójki cały czas jest w centrum uwagi. Kolejne zderzenia z systemem, który jest kompletnie nieprzygotowany na takie sytuacje (szukanie przedszkola, interwencja policji czy stworzenie klasy integracyjnej). A mimo lat niewiele się zmieniło i jakoś się kurwa nie zanosi na poprawę. Szczególnie na polu edukacji społecznej czy podejścia urzędników i polityków. Chyba że samemu zdejmie się klapki z oczu, co najbardziej pokazuje przykład sąsiada (bardzo dobry Andrzej Seweryn). Początkowo pisze donosy i nie jest w stanie wytrzymać hałasów, jednak z czasem staje się silnym wsparciem dla dziewczyny.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie trzymająca na swoich barkach całość Małgorzata Gorol. Aktorka całkowicie zwraca uwagę, tworząc bardzo złożoną postać matki mimo woli. Widzimy jak zaczyna dojrzewać do roli opiekunki, pozostawiając za sobą swoje marzenia i ambicje: od poczucia przytłoczenia (mocna scena, gdy wykrzykuje pełnemu energii synowi, żeby przestał i próbuje go… udusić poduszką) oraz bezsilności aż po desperacki upór, niezłomność. Wszystko bez próby zdobycia na siłę sympatii widowni i pójścia na łatwiznę. Gorol wspierają w/w Seweryn, a także – wcielający się w synów – Wojciech Dolatowski i Wojciech Krupiński plus drobne epizody Aleksandry Koniecznej (dyrektor) oraz Marty Malikowskiej (Marta, siostra Marysi).

Są tu pewne drobne rysy (skokowa narracja, czasem powiedzenie pewnych rzeczy DUŻYMI LITERAMI czy finał z niby-dylematem), ale to w żaden sposób nie osłabia siły „Śubuka”. Reżyser Jacek Lusiński przyznał, że nakręcił ten film z gniewu i frustracji. To czuć od początku do końca, a jednocześnie jest on pełen empatii, wrażliwości oraz czułości. Tylko pozornie wydaje się to sprzeczne.

8/10

Radosław Ostrowski

Wilk – seria 2

Ten mini-serial Canal+ okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem. Przynajmniej formalnym, gdzie pokazywane było życie młodych w quasi-alternatywnym świecie. Świecie, gdzie wskutek pandemii zostaje wprowadzony stan wyjątkowy i panuje dyktatura totalitarna. Jednak opowieść była bardzo kameralna, ograniczona do jednej przestrzeni i… bardzo krótka (najdłuższy odcinek nie przekraczał 15 minut). Więc tym większe było moje zaskoczenie, gdy Jan Dybus z Michałem Wojciechowskim zrobili w tym roku drugi sezon.

wilk2-1

Tym razem mamy zupełnie inna historię, która toczy się wokół trzech postaci: wpływowego ministra (Hubert Urbański), jego nastoletniej córki Igi (Waleria Gorobets) oraz mieszkającej z nimi Ani (Jessica Polak). Ta druga jest córką człowieka skazanego za handel bronią i – o czym reszta domowników nie wie – członkiem grupy buntowników, co są przeciw dyktatorskiej władzy. A tej nocy ma się stać coś, co może zmienić życie całej trójki.

wilk2-3

Sama historia jest w zasadzie wycinkiem większej całości, którą poznajemy dzięki narracji z offu oraz wielokrotnemu łamaniu czwartej ściany. Tutaj niemal każdy raz to robi, co wywraca percepcję, zaś zmienna perspektywa tylko uatrakcyjnia skromną i właściwie prostą opowieść. Nie brakuje tu soczystych dialogów czy świetnej pracy kamery (atak na radiowóz z perspektywy policjantów), która była już znakiem tej serii. Tak samo dobrze wypada aktorstwo, gdzie najbardziej znanymi twarzami są raper Bedoes (tatuażysta Janek) oraz Hubert Urbański. I ku zaskoczeniu wszystkich nie ma tutaj słabej roli, gdzie nawet drobne epizody wypadają dobrze. Na mnie wrażenie zrobiły młode dziewczyny, czyli Gorobets i Polak. Ta pierwsza jest niby zbuntowana i niby gardzi swoim ojcem, ale lubi swoje wygodne życie. Z kolei ta druga to idealistka, co wierzy w słuszność sprawy, lecz próbuje patrzeć szerzej.

wilk2-2

Nie mniej może wkurzyć bardzo otwarty finał, sugerujący kolejną część. Obyśmy się jej doczekali, bo ta wizja świata niebezpiecznie przypomina to, co się dzieje za oknem. Bo to zdecydowanie jedna z ciekawszych produkcji w dorobku Canal+.

7/10

Radosław Ostrowski

To wiem na pewno

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że widzicie braci bliźniaków gdzieś w knajpie jesienią 1990 roku. Thomas i Dominick – tak różni jak tylko się da. Pierwszy cierpi na schizofrenię paranoidalną, więcej czasu spędzał w szpitalu, zaś drugi próbuje nim się opiekować. Na tyle, na ile pozwala mu dorywcza praca (malarz domów). Ale dzień po wspólnym posiłku Thomas odcina sobie rękę. W publicznej bibliotece. Co wywołuje nie tylko ogromne poruszenie, lecz umieszczenie mężczyzny w… więzieniu o zaostrzonym rygorze, zamiast dotychczasowego ośrodka. Dominick podejmuje się desperackiej walki o wypuszczenie Thomasa.

Nie miałem nigdy styczności z reżyserem Derekiem Cianfrance’m, ale coś czuję, że ten mini-serial od HBO może zmienić tą sytuację. Ten krótki opis fabuły to punkt wyjścia do dużo głębszej, poważniejszej odysei. Trwająca około 40 lat historia braci bliźniaków oraz ich rodziny – matki i wychowującego ich ojczyma: przeszłość z teraźniejszością przeplatają się w przerażającym tańcu. Gdzie po drodze pada dość fundamentalne pytanie: kim jest jako człowiek i co sprawia, że jestem jaki jestem? Geny, wychowanie, przypadek, klątwa? Dlaczego w jednej rodzinie jeden syn jest „normalny” (cokolwiek to dzisiaj znaczy), a drugi psychicznie chory? To są bardzo ważkie, niejako egzystencjalne pytania, które wielu będzie sobie zadawać po obejrzeniu.

Powoli odkrywane są kolejne wydarzenia i sytuacje prowadzone przez offową narrację Dominika. Mężczyzna próbuje z jednej strony pomóc coraz bardziej paranoicznemu bratu, z drugiej jego życie to jeden wielki bajzel. Z każdym kolejnym odcinkiem dostajemy kolejne, bardzo mocne informacje i fakty, rzucające światło na bardzo trudną relację rodzinną. Zupełnie jakby los chciał za wszelką cenę dokopać, załamać i ukarać. Ale dlaczego? Czyżby pozostawiony przez zmarłego przed narodzinami braci dziadka pamiętnik (po włosku) miał dać część odpowiedzi? Wszystko się coraz bardziej gmatwa, komplikuje i dostajemy kolejne uderzenia.

To wszystko także jest zasługą świetnej realizacji technicznej. Zdjęcia w dużej części scen dialogowych skupiają się na zbliżeniach twarzy, co czyni serial jeszcze bardziej intensywnym, dramatycznym oraz… nieprzyjemnym doświadczeniem. I nie oszukujemy się: dla wielu ten serial będzie ciężkostrawną przeprawą, ale nie z powodu partactwa czy bylejakości. Po prostu to bardzo silny emocjonalnie tytuł, nie dający żadnego momentu na złapanie oddechu. A nawet jak się ten moment pojawia, to żeby przetrawić zebrane informacje. Wszystko to bardzo w klimacie „Manchester by the Sea”, tylko rozciągnięte do 6 godzin. I dopiero pod koniec serialu nie tylko dowiadujemy się wszystkiego, ale pojawia się cień nadziei. Szansy na wykorzystanie zdobytej wiedzy i doświadczeń do uporządkowania oraz stworzenia siebie niejako od nowa. Jednak co wydarzy się dalej, pozostaje kwestią otwartą.

A to, co mnie trzymało do samego końca jest wybitna (nie boję się użyć tego słowa), podwójna rola Marka Ruffalo. Dominick i Thomas są tak różni jak się da: pierwszy zdrowszy, bardziej energiczny oraz opanowany, drugi bardzo ociężały, z nadwagą, rozpędzonym wzrokiem oraz słowami pruje niczym serią z karabinu maszynowego. Nie mam kompletnie pojęcia jak te sceny zostały sfilmowane, ale każde ich wspólne pojawienie się (zbyt rzadkie) jest nieprawdopodobne. Ich młodsza inkarnacja grana przez Philipa Ettingera także wypada znakomicie. W ogóle drugi plan też jest fantastyczny, gdzie nie ma tutaj żadnych słabych punktów. Nawet pojawiający się w drobnych rolach Melissa Leo (matka) i Juliette Lewis (tłumaczka Nedra Frank) potrafią błyszczeć. Tak samo jak zaskakująca i dawno nie widziana Rosie O’Donnell (pracownica społeczna Lisa Sheffer) oraz wyciszona Kathryn Hahn (Dessa, była żona Dominicka). Każdy tutaj tworzy pełnokrwiste postacie, nawet w drobnych rólkach.

Wielu amerykańskich krytyków zarzuciło, że „To wiem na pewno” jest serialem zbyt depresyjnym do oglądania. Czy należy to jednak traktować jako wadę? Nie wszystkie produkcje MUSZĄ, a nawet powinny być pogodnymi, optymistycznymi historiami z nadzieją oraz wiarą w człowieka. Dzieło Cianrrance’a to wyprawa w mrok, pełna niepokoju, smutku i beznadziei, jednak jest w niej coś oczyszczającego. Dla mnie niesamowite doświadczenie, które należy bardzo powoli dawkować.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Osiem gór

Jest rok 1984 i do małego miasteczka nad górami przybywa z matką 12-letni Pietro – chłopak z Turynu. Tam poznaje jedynego dzieciaka w okolicy, Bruno. Powoli zaczynają się zaprzyjaźniać ze sobą i wspólnie spędzać czas w górach. To jednak tylko ma miejsce w wakacje, bo przez pozostały rok Pietro wraca do siebie. Podczas kolejnych wakacji rodzice Pietro oraz ciotka Bruno chcą, by ten drugi przeniósł się do miasta, na co Pietro reaguje wściekłością. Wskutek pewnych wydarzeń przyjaźń zostaje zerwana, a chłopcy spotykają się dopiero po ponad 20 latach. Potrzeba było do tego śmierci ojca Pietro oraz zapisanego w spadku kawałku ziemi w górach z wyniszczoną ruderą.

Belgijski reżyser Felix Van Groenighan dla wielu z nas najbardziej znany jest z filmów „W kręgu miłości” oraz „Mój piękny syn”. Tym razem wspierany przez swoją żonę Charlotte Vandermeersch wzięli na warsztat powieść Paolo Cognittiego (oczywiście, że jej nie czytałem). I jest to bardzo zaskakujący, spokojny film. Mówiąc spokojny mam na myśli, że nikt tu z niczym się nie spieszy, wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem. Zupełnie jakbyśmy trafili do innego świata, gdzie na pierwszym plan wchodzi wręcz monumentalna natura oraz zachwycające krajobrazy Alp i – w dalszej części historii – Himalajów. Z jednej strony jest to film o męskiej przyjaźni – co najważniejsze, bez żadnych podtekstów czy wątku romansowego – ze wzlotami i upadkami. Nawet jeśli pojawia się dłuższa przerwa, nie oznacza jej nieobecności czy wymazania z istnienia. Z drugiej mamy też silną miłość do natury, wręcz przywiązania do swojego miejsca. I pod względem film Belga przypominał film „Wszystko za życie” Seana Penna. Niby wydaje podążać w oczywiste tropy jak relacja ojciec-syn, przyjaciel-przyjaciel czy kontrast miasto-wieś, ale to nie jest pokazane tak szablonowo jak można się było spodziewać.

Całą historie (zza offu) opowiada już dorosły Pietro, który – jak wielu w tym wielu – przechodzi kryzys egzystencjalny. I jak wielu z nas szuka swojej życiowej drogi oraz miejsca na ziemi. Tak jak Pietro, nie mający żadnej stałej pracy, w zasadzie niejako wegetujący bez dużego celu. Niby coś tam pisze, pracuje w kuchni, ale dopiero ponownie spotkanie z Bruno oraz budowanie domku w górach staje się katalizatorem zmian. Absolutnie niespodziewanych, pozwalających także poznać bliżej tych, których odrzucił (ojciec i jego pasja do gór) oraz znaleźć niejako siebie. Ale to wszystko jest takie bez przedramatyzowania, takie zwyczajne, mimo przeskoków czasowych. Do tego mamy jeszcze zachwycające wizualnie krajobrazy, wręcz monumentalne niczym czas trwania tego filmu (niecałe dwie i pół godziny) oraz – rzadko się pojawiającą – piękną muzykę Daniela Norgrena, która z wami na dłużej.

„Osiem gór” jest bardzo specyficznym, wyciszonym, wręcz medytacyjnym filmem o życiu i całej reszcie. Nie brzmi zachęcająco, ale dajcie filmowi szansę na zanurzenie się w pozornie zwykłym, a jednak bardzo niezwykłym świecie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niezwykła wędrówka Harolda Fry

W każdym sezonie kinowym pojawiają się produkcje w dość ograniczonej dystrybucji (głównie w kinach studyjnych), czekające dla wielu kinomanów i poszukiwaczy czegoś, co nie jest blockbusterem. Czasami zyskują dość spory rozgłos, przez co sala potrafi być zapełniona po brzegi (przypadek „Powodzenia, Leo Grande”), ale na dzisiejszym seansie była garstka ludzi. Być może trzeba nieść słowo, by zachęcić widzów, a może tematyka wydaje się niezbyt zachęcająca. Spróbuję was przekonać, więc zacznijmy od początku.

Poznajcie Harolda Fry (Jim Broadbent) – starszego pana, mieszkającego z żoną (Penelope Wilton) i prowadzącego bardzo monotonne życie. Nic się już chyba nie może wydarzyć, a między nim i jego partnerką już coś zgasło. Ale pewnego dnia dostaje list od dawnej koleżanki z pracy, Queenie. Kobieta znajduje się w hospicjum w Berwick-upon-Tweed, czekając na śmierć od raka. Mężczyzna początkowo chce napisać kartkę ze słowami wsparcia. Pod wpływem impulsu dochodzi do wniosku, że sama kartka to za mało. I decyduje się do niej… iść – tak jak wyszedł. Czyli w stroju raczej do chodzenia się nie nadaje. Poza tym ma do pokonania 500 mil, więc co to za problem.

Na pierwszy rzut oka to historia prostego, szarego człowieka, który decyduje się zrobić coś wbrew sobie. „Niezwykła wędrówka…” budziła we mnie trochę skojarzenie z „Prostą historią” Lyncha, jednak to porównanie nie do końca pasuje. Jasne, obaj bohaterowie to starsi panowie i ruszają w daleką podróż, spotykając kilka postaci. Ale to tyle w kwestii podobieństw, bo „Harold Fry” ma o wiele cięższy ton i jest bardzo poważnym dramatem. W momencie wyruszenia w drogę, narracja zaczyna przebiegać dwutorowo – z jednej strony mamy Harolda i jego determinację, a z drugiej pozostawiona w domu żona, która (tak jak ja) nie rozumie jego decyzji.

I tutaj zaczyna się dziać coś dziwnego – reżyserka Hattie Macdonald powoli zaczyna dawkować okruchy historii Harolda. Robi to na dwa sposoby: albo jako retrospekcja, dziejąca się niejako w głowie bohatera podczas niezwykłej podróży, albo przy rozmowach żony z sąsiadem Rexem. Ta narracja dodaje Haroldowi zarówno głębi oraz większego ciężaru emocjonalnego, ale też pozwala mu zmierzyć się ze swoimi demonami przeszłości. Wszystko w niezwykle miejscami pięknymi krajobrazami angielskiej prowincji, grupką wyrazistych i bardzo życzliwych postaci oraz delikatną muzyką w tle (z cudownymi piosenkami Sama Lee).

Więcej wam nie zdradzę, bo ta wędrówka/pielgrzymka potrafi zaskoczyć. Przede wszystkim dzięki bardzo poruszającej, wspaniałej kreacji Jima Broadbenta – zaskakująco oszczędna i stonowana, a jednocześnie pełna empatii i ciepła. Kamera w wielu miejscach jest bardzo blisko twarzy Harolda, gdzie malują się bardzo sprzeczne emocje: od determinacji przez zwątpienie i ból. To wszystko tworzy bardzo wielowymiarową postać, niejako dominując cały ekran. Nie można też nie wspomnieć o Penelope Wilton, czyli Maureen, niejako krążącą w podobnych rejestrach co Broadbent. Nawet jak nic nie mówi, potrafi wyrazić swoją frustrację, samotność, próbując zrozumieć to dziwne postępowanie męża. Ich wspólne sceny rozmów przez telefon mają w sobie wiele angażujących chwil.

Trochę nie do końca rozumiem, czemu polski dystrybutor zmienił oryginalną pielgrzymkę na wędrówkę, jednak to jedyna poważniejsza wada dzieła Macdonald. Proste, skromne, czasami kontemplacyjne kino drogi w słodko-gorzkiej tonacji. Jeśli lubicie „Prostą historię” Lyncha, będzie wam bardzo po drodze.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

W dół kolorowym wzgórzem

Przemysław Wojcieszek to dość osobliwy twórca, choć od lat nie nakręcił żadnego filmu. Absolwent polonistyki zaczynał od napisania scenariusza do „Poniedziałku” Witolda Adamka, lecz następne scenariusze realizował sam. Czuć jeszcze było amatorską rękę, to jednak było w nich coś, co nie pozwalało odwrócić oczu. Nie inaczej jest w przypadku trzeciego filmu.

Bohaterem „W dół kolorowym wzgórzem” jest Rysiek (Dariusz Majchrzak) – młody chłopak, który właśnie wyszedł z więzienia. Był dwa lata za włam i wraca w swoje rodzinne strony, gdzie czeka na niego dziewczyna Agata (Aleksandra Popławska), brat Jarek (Rafał Maćkowiak) oraz gospodarstwo. Na miejscu okazuje się, że zmarły ojciec przepisał ziemię na Jarek, Agata hajtnęła się z Jarkiem, zaś gospodarstwo idzie na sprzedaż. Czyli nie jest zbyt kolorowo, ale Rysiu nie zamierza odpuścić. Tylko, czy może on cokolwiek zmienić?

W trakcie seansu rzucają się dwie rzeczy. Po pierwsze, film jest nakręcony na cyfrowej kamerze, co ma dać taki dokumentalny posmak. Po drugie, kamera mocno jest skupiona na zbliżeniach, detalach, gdzie krajobraz praktycznie nie istnieje. O miejscami bardzo słabo słyszalnych dialogach nie wspominam, ale to jest jedna z przypadłości naszego kina po 1989 roku (przed tą datą też). Ale sam film o czym jest? Jak wiele z młodymi ludźmi: o szukaniu swojego miejsca na ziemi, mimo niesprzyjających okoliczności. Czy zostać w miejscu, gdzie sama determinacja i wolna wola mogą nie wystarczyć na odmianę losu, czy może zostawić to wszystko i zacząć od nowa w wielkim mieście. Czy w ogóle można cokolwiek zrobić, skoro już wszystko zostało dawno ustalone?

Jest jeszcze sprawa związana z Agatą – jej zachowanie dla Ryśka jest niezrozumiałe i bohater próbuje odkryć jej tajemnicę. Dlaczego ożeniła się z jego bratem? Czemu go zostawiła w więzieniu? Tajemnicę jej reżyser bardzo powoli odkrywa, podrzucając zasłyszane informacje i w finale tworzy pełny obraz. Choć można odnieść wrażenie, że ta bohaterka jest jakaś niezdecydowana oraz motywacja jest niejasna, poznajemy kolejne warstwy tej postaci. Popławska potrafi być irytująca (kłótnia z rodzicami w jej wykonaniu zabrzmiała SŁABO), jednak ma w sobie coś pociągającego. Wyłania się z niej obraz zdesperowanej, szorstkiej i stąpającej twardo po ziemi osobie, ale jednocześnie wyrachowanej manipulantki.

No i czwarty wierzchołek tego kwadratu – lokalny gangster Tadek (zjawiskowy debiut kinowy Przemysława Bluszcza), dla którego gangu pracował Rysiek. To bardzo dziwna mieszanka męska jest: z jednej strony potrafi być bardzo do rany przyłóż. Bardziej sympatycznej twarzy nie zobaczycie, a w rozmowach z Rysiem bywa wręcz brutalnie szczery. Ale nie boi się nagle eksplodować i spuścić łomot. Bluszcz jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem całej obsady, szczególnie w finale zawłaszczając cały ekran.

Niemniej „W dół kolorowym wzgórzem” ma parę poważnych wad. Technicznie szału nie ma, choć jest kilka pomysłowych ujęć jak konfrontacja braci w stodole pokazana z góry. Miejscami dialogi brzmią dość, hmm, literacko i teatralnie, przez co uszy mogą zaboleć. No i jeszcze dość monotonna muzyka grająca w tle. Z drugiej jednak strony czuć wiele serca i szczerości w tym portrecie życia na prowincji. Bez upiększeń, ale jednocześnie bez popadania w pesymizm, co jest rzadkim osiągnięciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Aida

Coraz rzadziej zdarza mi się obejrzeć film, po którym nie wiem, co powiedzieć. Słowa i oceny sprawiają wrażenie zbędnych, niepotrzebnych dodatków, nie mogących w żaden sposób oddać sprawiedliwości. Ani wyrazić wszelkich emocji odczuwanych w trakcie seansu. Zwłaszcza jak dotyka się tak trudnego tematu jak ludobójstwo.

aida1

Akcja „Aidy” toczy się w roku 1995, kiedy od ponad 3 lat trwała wojna na terenie Bośni i Hercegowiny. Tytułowa bohaterka jest tłumaczką dla wojsk ONZ stacjonujących w bazie koło Srebrenicy. Tam zbliżają się Serbowie pod wodzą generała Radko Mladicia, którzy Bośniaków traktują jak wrogów numer jeden. Więc sytuacja staje się coraz bardziej napięta, jednak holenderskie siły ONZ wydają się bezsilne. Udaje się parę tysięcy osób umieścić do środka bazy, ale sytuacja robi się nerwowa. A sama Aida próbuje uratować nie tylko siebie (jako pracownica ONZ jest bezpieczna). Jednak co z mężem i dwoma synami, co zostali za barierą? Co zrobić, gdy zbliżą się ludzie Mladicia? Jak zareagują Holendrzy?

aida2

Jeśli znacie historię Srebrenicy, znacie odpowiedzi na te pytania. Ale reżyserka Jasmila Zbanić nie bawi się w kino batalistyczne, nie pokazuje politycznej strony konfliktu. Idziemy z tej najniższej perspektywy, czyli cywilów. Tych, co na wojnie dostają najmocniej, bezradni, bezsilni, zmuszeni do ucieczki. I idą tam, gdzie mieli być bezpieczni. Tylko czy naprawdę ktoś może pomóc. Już sam początek, czyli rozmowa burmistrza miasta z dowódcą oddziału ONZ pokazuje, że raczej nie pójdzie wszystko po myśli Bośniaków. Holendrzy ograniczają się do roli biernych obserwatorów, pozbawionych wsparcia swoich przełożonych. Bo ci (który to już raz?) woleli schować głowę w piasek i udawać debili, aby tylko nie ponieść za to odpowiedzialności. Za to bardzo pewny siebie Mladić (Boris Isaković) gra cudownie przywódcę, który jest w stanie wybaczyć Bośniakom ich winy i odstawić bezpiecznie do nowych domów. Zawsze z kamerą u boku, złotousty mówca, który wie jak wykorzystać propagandę do swoich celów. Jak mu nie wierzyć, że wszystko będzie ok?

aida4

Ale dlaczego w takim razie czuć tą fatalistyczną aurę? Że dawno w tej kwestii już wyrok zapadł i los został przypieczętowany? Zbanić pokazuje determinację jednej osoby (kapitalna Jasna Djuricić), która wbrew Historii, losowi i wszystkim okoliczności będzie starała się ocalić swoją rodzinę. Poruszy niebo i ziemię do ostatniej chwili, co widać w jej twarzy, gdzie malują się wszystkie sprzeczne emocje. Świadoma tego, co zrobią ludzie Mladicia, dla których muzułmańscy Bośniacy są zagrożeniem. Napięcie jest podnoszone z aptekarską wręcz precyzją, bez operowania okrucieństwem wprost. Samo wejście oddziału Serbów do bazy ONZ budzi strach, że w każdej chwili może dojść do jatki. Że spokój jest tylko pozorny, a czas gra przeciwko Aidzie oraz reszcie mieszkańców.

aida3

Nie będę się rozpisywał nad technikaliami, dokumentalnymi w formie zdjęciami czy bardzo rzadko pojawiającą się muzyką. „Aida” jest jednym z tych filmów, gdzie Zbanić namacalnie pokazuje jakie piekło i okrucieństwo wobec innych ludzi. Kiedy świat postanowił odwrócić oczy i nie stanąć w obronie słabszych, oddając ich prosto w ręce oprawców. Zaś rozpoczęta w zeszłym roku wojna budzi niebezpieczne skojarzenia z wojną na Bałkanach w latach 90., co wzmocniło siłę tego tytułu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Z odzysku

Nazwisko Sławomira Fabickiego na początku XXI wieku elektryzowało. Wszystko dzięki nominowanej do Oscara krótkometrażówki „Męska sprawa”. Dlatego w 2006 roku tak wyczekiwano jego pełnometrażowego debiutu. Film nagrodzonego w Cannes i wystawionego jako nasz kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. „Z odzysku” chyba jednak trafiła do zapomnienia, ale czy zasługuje na to?

Głównym bohaterem jest Wojtek (Antoni Pawlicki) – 19-latek, mieszkający na Śląsku. Żyje ze starszą od siebie Katją (Natalia Wdowina), czyli ukraińską imigrantką, co mieszka nielegalnie w Polsce z synkiem. Chłopak próbuje znaleźć stałą pracę, jednak łatwo nie jest. Walczy w nielegalnych walkach bokserskich, gdzie zostaje zauważony przez niejakiego Dariusza Gazdę (Jacek Braciak) – szefa firmy ochroniarskiej. Przynajmniej tak się przedstawia, bo w rzeczywistości jest egzekutorem długów. Alternatywą jest załatwiona przez dziadka (Jerzy Trela) praca w chlewni. Jednak szybkie pieniądze są zbyt kuszące, żeby zrezygnować.

z odzysku1

Jak widać debiut Fabickiego gdzieś krąży w duchu kina moralnego niepokoju, czyli ma dylemat między dobrym a złem. Czyli prosta opowieść o trudnym życiu i wyrwaniu się z biedy, nizin. Tylko jak zawsze jest pytanie: za jaką cenę? Jak bardzo to wpływa na jego psychikę? I czy taki układ nie jest zaprzedaniem duszy diabłu? Krajobraz jest dość znajomy, niczym wyrwany z lat 90. oraz początków XXI wieku: czyli ubóstwo, nędza, podniszczone domostwa i bloki. A nawet by dotrzeć do chlewni trzeba przejść promem, bo nie ma mostu. Jeszcze nielegalne walki w jakich opuszczonych halach. Więc Fabicki nie tworzy niczego oryginalnego, ale… to wszystko wydaje się wiarygodne.

z odzysku2

O ile sama historia jest dość przewidywalna, „Z odzysku” potrafi porwać realizacją. Niemal dokumentalne, ziarniste zdjęcia tworzą dziwnie niepokojący klimat. Choć nie brakuje scen mocnych i brutalnych, Fabicki wiele pokazuje albo poza kadrem, albo gdzieś niewyraźnie w tle. Lub, co jeszcze ciekawsze, urywa scenę. Przemiana Wojtka, czyli wrażliwego chłopaka w bandytę, coraz bardziej odsuwającego granice moralne jest przekonująca, nawet jeśli znamy finał tej drogi. A ten potrafi uderzyć, rozegrany niemal bez słów i chyba symboliczną sceną.

z odzysku3

Tutaj to wszystko trzyma na barkach są dwie fantastyczne role. Debiutujący wówczas na ekranie Antoni Pawlicki zaskakuje w roli Wojtka, mieszając swoją bardziej wrażliwą stronę, która walczy z tą brutalniejszą stroną. Nie bez oporów zaczyna przesiąkać tym złem z jakim ma styczność i zapada mocno w pamięć. Drugą fantastyczną postacią jest Gazda w wykonaniu rewelacyjnego Jacka Braciaka. Zawsze elegancko ubrany, spokojny i opanowany może sprawiać wrażenie nawet porządnego gościa. To wszystko jednak pozory, gdzie skrywa się bezwzględny gangster, który tylko w ostateczności brudzi sobie ręce. Takiego Braciaka nie widziałem ani wcześniej, ani później i to zadziwia. Drugi plan też potrafi zabłysnąć, gdzie przewija się m. in. Natalia Wdowina (Katja), Wojciech Zieliński („Kalafior”) czy Jerzy Trela (dziadek).

„Z odzysku” z jednej strony krąży wokół ogranych i znanych elementów polskiego kina po transformacji, ale z drugiej jest w tym dużo szczerości, emocji. Fabicki opowiada z ciekawością, w czym pomaga dobry scenariusz oraz niemal paradokumentalna realizacja (poza miejscami skopanym dźwiękiem).

7/10

Radosław Ostrowski