Halloween

Czy pamiętacie Michaela Myersa? Pierwszy zabójca, który rozpoczął trend filmów z mordercą zarzynających napalonych (na siebie, nie po ziole) nastolatków stał się protoplastą dla tego typu postaci w podgatunku horroru zwanym slasherem. A wszystko w 1978 roku wykonał John Carpenter. I nawet on nie był w stanie przewidzieć sukcesu swojego dzieła. Potem powstała masa sequeli, remake mordując niejako całą markę. I wydawałoby się, że już więcej o Myersie nie usłyszę, a seria zostanie ostatecznie pogrzebana. Aż tu postanowił interweniować sam Carpenter jako producent i postanowił zrealizować film, który będzie bezpośrednią kontynuacją części pierwszej. Cała reszta jest uznana za nieważną. Tylko, czy w ogóle taki film jest nam w ogóle potrzebny?

halloween(2018)3

40 lat minęło jak jeden dzień i Haddonfield wydaje się być o wiele spokojniejszym miasteczkiem. Zaś nasza Laurie Strode (świetna Jamie Lee Curtis) w niczym nie przypomina swojej młodszej wersji. Spotkanie z Michaelem mocno odbiło się na jej psychice, zmieniając ją w paranoiczkę trenującą strzelanie, zaś jej dom to prawdziwa forteca. Myers od lat przebywa w szpitalu psychiatrycznym, zaś władze decydują się go… przenieść. No co może pójść nie tak? Choćby próba ucieczki i wypadek autobusu. Polowanie czas zacząć na nowo, więc fani slasherów, przybywajcie!

halloween(2018)1

Reżyser David Gordon Green do spółki ze współscenarzystą Dannym McBride’m (ten duet wydaje się makabrycznym żartem) oddają hołd klasycznemu dziełu Carpentera. Tylko, czy szablony sprzed 40 lat nadal może działać, przerażać oraz interesować? Mam co do tego bardzo mieszane uczucia. Punktem wyjścia jest próba przeprowadzenia rozmowy z Myersem przez dwójkę podcasterów, którzy są zainteresowani sprawą milczącego zabijaki z maską Williama Shatnera na twarzy. tylko, że to jest tylko pretekst. Dla mnie najciekawsze były momenty związane z Laurie oraz czekanie na finałową konfrontację. Problem w tym, że środkowe części, kiedy Michael zaczyna robić to, co umie najlepiej nie wywoływały we mnie żadnego napięcia. Choć muszę przyznać, że są całkiem nieźle zainscenizowane (atak na podcasterów w toalecie czy naćpany kolega wnuczki Strode). Nie brakuje makabrycznych trupów, tylko że to wszystko jest zalane typowymi głupotami tego gatunku.

halloween(2018)2

Gdyby to jeszcze zostało potraktowane z przymrużeniem oka czy samoświadomością, byłoby to dla mnie o wiele strawniejsze. Są pewne przebłyski (rozmowa, gdzie ironiczne są potraktowane sequele czy cytowane sceny z oryginału, gdzie zamiast Myersa jest nasza protagonistka), jednak jest to całkowicie na serio. Napięcie dla mnie wróciło dopiero w momentach ataku na dom, gdzie wróciło poczucie zagrożenia. Nasz zły pozostaje milczącym, pozbawionym jakichkolwiek tropów, czystym złem, wręcz niepowstrzymaną siłą.

Powiem wprost: nie oczekiwałem zbyt wiele po nowym „Halloween” i dostałem solidnego slashera. Problem dla mnie jest taki, że ja już z takich filmów po prostu wyrosłem. Przestało to na mnie robić wrażenie. Jeśli powstaną sequele, nie będę ich oglądał.

6/10

Radosław Ostrowski

Łowcy wampirów

Wampiry interesowały popkulturę przynajmniej od czasu „Drakuli” Brama Stokera. Stwory te mgły być wykorzystywane jako symbol jakiejkolwiek formy zagrożenia: śmiertelnej choroby, poczucia inności czy zła. Po prostu. A jak do tematu podszedł specjalista od kina grozy, John Carpenter?

wampiry12

Sama historia jest prosta niczym konstrukcja cepa. Mamy ekipę prawdziwych gierojów pod wodzą Jacka Crowa. Są specjalnie wyszkolonymi twardzielami, który mają jeden cel i jeden cel mają: zabić wampiry. Ale żadnym tam krzyżem czy czosnkiem, ale osikowym kołkiem oraz światłem słońca. Przy okazji korzystając z włóczni, kuszy oraz spluw, wspierani przez Watykan. Tym razem jednak trafiła kosa na kamień, bo po kolejnej akcji niemal cała ekipa Jacka zostaje wyrżnięta przez jednego, potężnego skurczybyka zwanego Valek. Gość jest nie do zatrzymania, a poza Crowem rzeź przeżył Montoya oraz ukąszona przez wampira prostytutka Katrina.

wampiry22

Opis bardziej zapowiada film akcji niż stricte horror i poniekąd „Łowcy wampirów” czy „Wampiry” (jak pierwotny tytuł nosił ten film) są filmem skupionym na strzelaninach, westernowo wyglądających krajobrazach oraz bardzo przewidywalnej fabule. O ile sam początek ma całkiem niezły klimat oraz spokojnie buduje atmosferę, to dalsza część zaczyna się sypać. Od razu wiadomo kto wspiera głównego złego, który jest kompletnie nudnym, pozbawionym charyzmy oraz głębszej motywacji (poza panowaniem nad światem, ale musi być odporny na światło), wiadomo kto zdradzi ekipę i potrzebny jest też protagonista do odprawionego rytuału. Cała fabuła to jedna wielka bzdura, idąca po sznureczku, gdzie nawet wątek romansowy między Montoyą a Katriną jest tak nudny, że chciało mi się spać.

wampiry32

Czy w ogóle jest coś dobrego w tym filmie? O dziwo tak. Mogą się podobać naprawdę ładne zdjęcia, pełne krajobrazów rodem z westernu, gitarowo-bluesowa muzyka budująca klimat, początek filmu czy sceny powstania wampirów z ziemi. No i jeszcze jest świetny, wyluzowany James Woods w roli Crowa, któremu bliżej do Snake’a Plisskena niż Van Helsinga. Bezczelny, pyskaty, nie bawiący się w półśrodki przykuwa uwagę. Reszta albo zostaje zmarnowana (Maximillian Schell, Mark Boone Junior), albo nie radzi sobie wcale (Daniel Baldwin jako Montoya jest strasznie nijaki oraz Thomas Ian Griffith jako Valek, który wygląda odpowiednio, lecz pozbawiony charyzmy).

„Łowcy wampirów” były pierwszym obejrzanym filmem Carpentera przeze mnie, ale z perspektywy doświadczenia staje się coraz większym rozczarowaniem. Intryga staje się kompletnie nudna i pozbawiona napięcia, wygląda to bardzo tanio (chociaż nie brakuje stylu), a napięcie rozproszyło się w siną dal. Po obejrzeniu film należy zakopać i (na wszelki wypadek) spalić, by przestał się kręcić po okolicy.

3/10

Radosław Ostrowski

W paszczy szaleństwa

Czy jesteście w stanie odróżnić prawdę od rzeczywistości? Przecież wystarczy zaufać naszym zmysłom, które są przecież niekwestionowalne – widzimy swoimi oczami, słyszymy uszami, dotykami różne przedmioty itd. Tylko, że to wszystko jest przefiltrowane za pomocą naszego mózgu i co jeśli on zrobi nam figla? O tym w swojej ostatniej części trylogii apokaliptycznej postanowił opowiedzieć w 1994 roku John Carpenter.

Zanim zacznie się cała opowieść widzimy, jak zostaje wydrukowana powieść niejakiego Suttera Cane’a „W paszczy szaleństwa”. Następnie trafiamy do szpitala psychiatrycznego, gdzie zostaje wysłany niejaki John Trent. Kim był ten człowiek, który w swojej celi narysował masę krzyży? Był detektywem ubezpieczeniowym, który badał sprawy różnych kantów mających na celu wyłudzić ubezpieczenie. Tym razem jednak dostaje bardzo trudne zadanie – chodzi o odszukanie bardzo poczytnego pisarza, Suttera Cane’a, pracującego nad swoim nowym dziełem, którego nikt nie czytał. Autor jest tak popularny, że jego czytelnicy dostają lekkiego kociokwiku. Detektywowi towarzyszy Linda – redaktorka oraz wielka fanka pisarza.

w_paszczy_szalenstwa1

Cokolwiek by nie mówić o Johnie Carpenterze, to jest to fachura w tworzeniu bardzo klimatycznych filmów grozy, nawet jeśli dzisiaj nie straszą aż tak mocno. Podobnie jest z tym filmem, którego sam początek jest bardzo tajemniczy, gdzie powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy pokręconej układanki, zaczynając od próby zabójstwa za pomocą… siekiery (scena w restauracji) aż po odkryciu fikcyjnego (aby na pewno?) miasteczka Hobb’s End. I tutaj zaczynają się niezłe jaja, gdzie fikcja z rzeczywistością mieszają się ze sobą. Przy okazji pokazuje, jak wielką siłę może mieć słowo pisane, doprowadzając do szaleństwa. Pisarz zaś zaczyna powoli pełnić rolę kapłana czy proroka, który staje się otoczony kultem. W ten sposób apokalipsa wydaje się jeszcze bardziej niebezpieczna, a zło nie do powstrzymania, ponieważ każdy twój ruch już wcześniej został zaplanowany, nawet zanim zdążysz o tym pomyśleć. I to budzi prawdziwe przerażenie, bo czym tak naprawdę jest rzeczywistość?

w_paszczy_szalenstwa2

Choć muszę przyznać, że klimat jest budowany pierwszorzędnie, to sam scenariusz jest dla mnie dość problematyczny. Odkąd trafiamy do miasta z książek Cane’a napięcie zaczyna się sypać i pojawia się wiele niejasności. Skąd Cane posiada moc tworzenia rzeczywistości? Skąd pochodzą te bestie, w które transformują się mieszkańcy? Nie ma też interakcji ze społecznością, która jest sterowana i pozbawiona swojej woli. Same te dziury wywołują niejasności w całej intrydze, której finał – nadal mocny oraz najbardziej gorzki ze wszystkich – był do przewidzenia. Z drugiej strony wrażenie robi świetna scenografia, ze szczególnym wskazaniem na kościół oraz całkiem przyzwoite efekty specjalne, muzyka buduje klimat (nawet ten zadziorny szarpidrut z czołówki), a montaż – zwłaszcza te krótkie zbitki – jest świetny. Same bestie wyglądają jakby żywcem wzięte z książek Clive’a Barkera czy obłąkanego umysłu Davida Cronenberga.

w_paszczy_szalenstwa3

Carpenter całkiem nieźle prowadzi swoją opowieść, w czym pomagają mu świetni aktorzy. Najbardziej błyszczy rewelacyjny Sam Neill w roli coraz bardziej zagubionego detektywa, balansując między obłędem, przerażeniem i cynizmem. Trent wydaje się niemal klasycznym detektywem z książek noir, który widział już wiele i świat nie jest w stanie go niczym rozczarować. Jednak im dalej w las, tym bardziej bohater zostaje wystawiony bardzo ciężkiej próbie, zmuszony do pogodzenia się z pewnymi wydarzeniami. Świetna jest Julie Carmen w roli zafascynowanej pisarzem redaktorki Lindy, powoli zatracającej się w szalonych tworach autora. Nie do końca wykorzystano Jurgena „Das Boot” Prochnowa jako Cane’a, ale za każdym razem jego obecność podnosi adrenalinę. Tej postaci jest zwyczajnie za mało i aż się prosi o bliższe poznanie.

Przyjęło się mówić o filmie „W paszczy szaleństwa”, że to ostatni udany film Johna Carpentera. Trudno mi się z tym nie zgodzić, na pewno jest lepiej wyreżyserowany niż napisany, chociaż sam pomysł był świetny. Nadal to klimatyczny horror, idący w innym kierunku niż typowi reprezentanci tego gatunku, ale czegoś zabrakło do pełni satysfakcji.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Książę ciemności

Ile razy słyszeliście o końcu świata – dniu, w którym Szatan przejmie władzę nad światem, a ludzkość umrze ewentualnie stanie się jego niewolnikami. Filmowcy swoich wizji zagłady prezentowali mnóstwo, także John Carpenter odpowiedzialny za trylogię apokaliptyczną. W jej skład wchodzą niezapomniane „Coś”, finałowe „W paszczy szaleństwa” oraz część środkowa, czyli „Książę ciemności”.

Fabuła wydaje się być prosta – lokalny proboszcz, ojciec Loomis otrzymuje w posiadaniu małą skrzynkę oraz pamiętnik od umierającego zakonnika. W skrzynce jest klucz do bardzo starego, wręcz zapomnianego kościoła, gdzie znajduje się dziwna, zielona substancja w dużej kapsule. Prosi o pomoc fizyka, profesora Biracka, żeby zbadać tą materię oraz przetłumaczyć dziwną księgę pisaną różnymi językami. Naukowiec razem ze studentami przybywają do kościoła, a tam zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

ksiaze_ciemnosci2

Carpenter znany był z pewnej ręki przy tworzeniu kina grozy wszelkimi metodami. I już w pierwszych 10 minutach, serwuje napięcie obrazami niemal pozbawionymi dialogów, za to z pulsującą, mroczną muzyką – ciekawe, że sakralny charakter zbudowano tylko za pomocą syntezatorów – zapowiadających złe wydarzenia. A reżyser nie tylko nie spieszy się z serwowaniem kolejnych informacji, stawiając bardziej na klimat oraz poczucie zagrożenia niż na sensowny scenariusz. Samo wnętrze kościoła (w szczególności pomieszczenie z płynem otoczone krzyżami oraz świecami) robi piorunujące wrażenie, zaś atmosfera robi się coraz bardziej niepokojąca. Z jednej strony działa sam zły, stosując niemal klasyczny trick z opętaniem (tym razem przenosząc się poprzez… płyn) i przechodząc z postaci na postać, z drugiej swoje robi grupa bezdomnych otaczająca budynek.

ksiaze_ciemnosci1

Dalej już mamy rzucane różne sposoby straszenia: od powoli budowanej atmosfery niepokoju, przez sporą obecność mrówek po odrobinę krwawej jatki (śmierć za pomocą roweru), przemianę w zombie (mocna scena rozpadu ciała, z którego wyłażą robaki) aż po niebezpieczny moment związany z powrotem Szatana – końcówka jest wręcz rewelacyjna aż do niejednoznacznego finału. Reżyser przy okazji dorzuca swoje trzy grosze w kwestii Kościoła, który ukrywał tajemnicę związaną z prawdziwym Złem, zastępując ją swoimi dogmatami działającymi niczym dobry produkt. Złem, z którym nie można negocjować, przekonać, ale zwalczać. Tylko, czy nauka i wiara jest w stanie pokonać Antychrysta? Zakończenie – jak to u reżysera przystało – nie daje wcale pozytywnej odpowiedzi, o czym lepiej się samemu przekonać.

ksiaze_ciemnosci3

Aktorstwo jest typowe dla kina klasy B, czyli jest przyzwoicie. A film kradnie fantastyczny Donald Pleasence w roli księdza Loomisa (zbieżność nazwiska z lekarzem z „Halloween” nie jest przypadkowe) – zmęczonego życiem duchownego, który wydaje się bardzo niepokojącym bohaterem. Równie świetny jest Victor Wong w roli profesora Biracka – naukowca, z zacięciem filozoficznym, prowokującego do bardziej samodzielnego myślenia. Młodzi studenci, choć mają po około 30 lat, wypadają całkiem nieźle.

„Książę ciemności” zaskakująco dobrze się trzyma, choć to jeden z mniej znanych filmów Carpentera. Strasznie klimatyczny (troszkę przypominał mi „Linię życia” zmieszaną z „Egzorcystą” oraz „Coś”), chociaż czasami fabuła nie zawsze jest sensowna, a poczucie grozy nie zawsze się utrzymuje przez cały film. Niemniej pewna realizacja, świetne zdjęcia oraz niepokojąca muzyka nadal robią bardzo silne wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mgła

Antonio Bay – małe miasteczko nad morzem, które zaraz będzie obchodzić 100-lecie istnienia. I już w pierwszej godzinie rocznicy, nad miastem zaczyna pojawiać się mgła tak gęsta, że wręcz można zrobić z niej wiele ciast. I podczas jej obecności dzieją się coraz dziwaczniejsze rzeczy: telefony same dzwonią, włączają się alarmy w samochodach oraz telewizory, tak same z siebie. Oprócz tego kryje się za nią grupa ktosiów, którzy dawno opuścili ludzki żywot.

mgla_19802

Kolejny wygrzebany z mroków przeszłości film Johna Carpentera, który tym razem serwuje opowieść o duchach. Impulsem prowokującym całe wydarzenie jest wygrzebany ze ściany kościoła dziennik prowadzony przez proboszcza 100 lat temu, który pokazuje prawdę na temat powstania miasta. Bo jest to miejscowość zbudowania na krwi, chciwości oraz okrucieństwie mieszkańców, którzy wymordowali, a następnie okradli szukających schronienia trędowatych pod wodzą Blake’a. Jednak reżyser szuka swojego sposobu na strasznie i prowadzi narrację w dość nieoczywisty sposób. Dość szybko poznajemy genezę samej mgły, a sama historia toczy się wokół grupy osób, które niemal do końca nie spotykają się ze sobą. Mamy radiową prezenterkę, miejscowego księdza, autostopowiczkę, właściciela zaginionego okrętu oraz panią Williams – bardzo istotną personę w mieście.

mgla_19801

I te przeskoki między postaciami dają wiele świeżego do tego gatunku, chociaż sama historia potrafi intrygować. Klimat budowany głównie dzięki nocnym zdjęciom oraz bardzo pulsującej muzyce, jednak sam sposób straszenia dziś już nie robi tak silnego wrażenia (może z wyjątkiem finałowego oblężenia kościoła, gdzie jest bardzo przewrotne zakończenie). I nie chodzi o użycie jump-scare’ów, ale sposobu działania mgły (nawet rozwala generatory), potrafiącej się poruszyć niczym człowiek.

mgla_19803

Także aktorstwo jest tutaj strasznie nierówne, albo inaczej, nie wszyscy zostali w pełni wykorzystani. Największą robotę wykonuje tutaj Adrienne Barbeau (Stevie Wayne) oraz Hal Holbrook (opanowany ojciec Malone), który dość szybko odkrywa prawdę na temat założenia miasta. Prosto zarysowane postacie, zmuszone do działania pod wpływem okoliczności. Zdecydowanie zmarnowano Jamie Lee Curtis (Elizabeth), która w zasadzie nie ma tu zbyt wiele do roboty, podobnie jak Janet Leigh (pani Williams), którzy zwyczajnie się snują na ekranie.

„Mgła” ma dość prostą fabułę o duchach, ale ma dość obiecujący początek oraz ogromny potencjał na coś więcej. Dziś całkiem nieźle się sprawdza jako klasyczny w duchu film grozy z aurą tajemnicy, przenikającą przez cały seans, chociaż samo źródło strachu nie robi takiego wrażenia jak w dniu premiery.

6/10

Radosław Ostrowski

Wielka draka w chińskiej dzielnicy

Często zdarza się tak, że zwykły człowiek pakuje się w historię tak nieprawdopodobną, że nie może być prawdziwa. Bo jak na chłopski rozum wyjaśnić udział sił magicznych w naszej rzeczywistości – zwłaszcza, jeśli jest to chińska czarna magia. Tego nie spodziewał się spotkać Jack Burton. Kim on jest? Zwykłym kierowcą ciężarówki, który przyjazdem trafił do San Francisco, by odwiedzić kumpla – Wang Chi. Czeka on na swoją dziewczynę z Chin, jednak odbiór dziewczyny z lotniska mocno się komplikuje, w czym ma udział drobne gangi oraz pradawny demon ukryty pod postacią Lo Pana.

wielka_draka1

John Carpenter kojarzy się głównie z mrocznymi filmami grozy, jednak „Wielka draka w chińskiej dzielnicy” to kino tak inne, że nie można było się tego spodziewać po twórcy „Halloween”. I znowu jest to mix różnych elementów: niepozbawionej elementów fantastyki baśni, połączonej z kinem akcji oraz polanej komediowym sosem. Mrok tutaj pojawia się bardzo rzadko (kanały, podziemia), chociaż czuć mocno stawkę. Jest bardzo zabawnie, wręcz kolorowo, choć nie brakuje scen przemocy. Dynamicznie zmontowane bijatyki niczym z jakiegoś karate czy pojedynek na broń białą ze skokami oraz lataniem niczym z „Przyczajonego tygrysa…” do dziś potrafią zrobić wrażenie. Tak samo jak niemal wystawna scenografia, pełna wschodnich motywów, strojów, dekoracji oraz polana „orientalnym” wschodem muzyka. I ku mojemu zdumieniu naprawdę dobrze się bawiłem, mimo że główny bohater jest troszkę pierdołowaty, ale do tego jeszcze dojdę.

wielka_draka2

Sama intryga poprowadzona jest bardzo zgrabnie, a humor z akcją idą ręka w rękę. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem nieźle (pioruny, pirotechnika), choć dziś wydają się archaiczne. Carpenter bardzo sprawnie miesza konwencję, nie wywołując dużych zgrzytów (co się nie udało w późniejszym „Oni żyją”) oraz dostarczając masę frajdy.

wielka_draka3

A największym nośnikiem jest kompletnie odjechany Kurt Russell, który tutaj troszkę parodiuje typowego amerykańskiego twardziela. Burton wydaje się twardym facetem, z silnymi pięściami, chodzący niemal non stop w podkoszulku, rzucający bon motami. Ale na chińskie moce może to nie wystarczyć, bo Jack nie jest typowym zbawcą świata i wiele razy dostaje łupnia, wkracza jak jest po wszystkim, co dodaje wiele świeżości. Tworzy on bardzo ciekawy duet z Dennisem Dunem (Wang Chi), który robi na ekranie cuda niewidy. Pięści, nogi, miecze idą w ruch, co daje prawdziwego kopa. Tak samo świetny jest James Hong w roli Lo Pana – taki czarny charakter, który bywa przerysowany, ale w granicy konwencji. Troszkę bladziej prezentują się panie, ograniczone do roli damy w opałach, chociaż Kim Cattrall (Gracie Law) bywa bardziej zadziorna i charakterna.

To jeden z bardziej nieoczywistych filmów Johna Carpentera, który postanowił się zwyczajnie zabawić. „Wielka draka…” ma w sobie coś z kina nowej przygody, niepozbawiona mroku, lecz zaskakująco lekka. Bardzo barwne, dynamiczne kino akcji z bardzo jajcarskim Kurtem Russellem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Oni żyją

Wszystko zaczyna się jak w klasycznym westernie: pojawia się przybysz znikąd do wielkiego miasta. Nie chodzi mu o wiele: szuka pracy, która została mu odebrana, a całe życie ma w dość sporym plecaku, jaki nosi ze sobą. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, nawet znajduje lokum w dużym obozie. Ale wszystko się zmienia z powodu pewnego nawiedzonego kaznodziei oraz dziwnym informacjom z telewizji, które są zagłuszane. Jeszcze są te tajemnicze okulary, po założeniu których świat wygląda jakoś dziwacznie.

oni_zyja1

To był jeden z pierwszych filmów Johna Carpentera jakie zobaczyłem. Jest to dziwne kino SF, w którym element fantastyczny jest tylko pretekstem do bardziej satyrycznego spojrzenia na ówczesną rzeczywistość. Czasy prezydenta Reagana, mające być czasem wielkiej prosperity (to wtedy powstał „Wall Street” Olivera Stone’a, gdzie padło hasło: „Chciwość jest dobra”), niby rozpędziły gospodarkę, tylko że – jak zawsze – skorzystali na tym nieliczni. Reszta albo znajdowała się na marginesie społeczeństwa, albo byli robolami do wynajęcia. Reżyser mocno drwi z konsumpcyjnego stylu życia (czarno-biały świat po założeniu okularów, gdzie zamiast reklam są hasła typu: „Bądź posłuszny”, „Żeń się i rozmnażaj”, „Śpij”), który okazuje się być tak naprawdę pułapką i zmienia ludzi w niewolników. A jak widzimy naszych rządzących, możemy odnieść wrażenie, że nie pochodzą z tego świata, prawda? Jeśli tak uważacie, to Carpenter potwierdzi wasze obawy, zaś policja jest tu podporządkowana prawdziwym mocodawcom i dlatego nie przebiera w środkach.

oni_zyja2

Ale „Oni żyją” nie są poważnym, głębokim dramatem z filozoficznym zacięciem. To kolejny niskobudżetowy film, mieszający westernowy szablon z pięknymi widokami miasta, wątkiem SF, odrobiną humoru oraz akcji. I ta hybryda tworzy całkiem niezły koktajl. Chociaż sama fabuła toczy się początkowo dość ospale, by troszkę przyspieszyć, polać sosem niedorzeczności (Nada po założeniu okularów jest w takim szoku, że zaczyna obcych zabijać – zamiast znaleźć kogoś, kto objaśni ten cały bajzel) oraz dziwacznych zachowań postaci (bijatyka między Nadą a Frankiem – to tylko pretekst, by pokazać kilka sztuczek wrestlerowskich), dorzucić popisami strzeleckimi, by zakończyć bardzo śmieszno-gorzkim finałem. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, w tle słyszymy westernową muzykę (harmonijka ustna z gitarą robią robotę).

oni_zyja3

Aktorsko jest całkiem nieźle, choć szału nie ma. Naszego protagonistę, który jest prosty jak konstrukcja cepa zagrał wrestler Roddy Pipper i daje sobie radę. To prosty chłop z twardym kręgosłupem oraz sucharami w zapasie. Lepiej wypada Keith David (Frank), który staje się mimowolnym wspólnikiem naszego bohatera, a moment poznania prawdy poprzedzony jest solidnym łomotem. Ale ten duet zgrabnie się uzupełnia. Drugi plan dominuje Meg Foster (bardzo chłodna Holly) oraz zdystansowany George „Buck” Flower (przewodnik w finale).

Jak dla mnie, „Oni żyją” to dziwaczna hybryda w bardzo komiksowym sosie, gdzie Carpenter miesza satyryczne spojrzenie, otoczkę SF oraz kino akcji. Miejscami bywa mocno ciosane, tempo jest mocno niestabilne, a aktorstwo wręcz śladowe, to można się na nim całkiem przyjemnie bawić, jak się wyłączy myślenie.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Halloween

Każdy ma swoje ulubione gatunki, jeśli chodzi o horror und groza. Jednym z podgatunków jest slasher, czyli konfrontacja zazwyczaj młodych, nieodpowiedzialnych nastolatków z bardzo niebezpiecznym psycholem, co ma siłę w mięśniach i nic nie jest go w stanie powstrzymać (symbol czystego zła). Takich filmów powstało w ilościach hurtowych, że coraz bardziej ten schemat zaczyna drażnić. I rodzi się pytanie, czy z perspektywy współczesnego widza, filmy tego gatunku z przełomu lat 70. oraz 80. nadal potrafią wywołać strach, przerażenie i grozę? Jednym z tych śmiałków, którzy zbudowali tą konwencję był John Carpenter ze swoim „Halloween” z 1978 roku.

Punktem wyjścia jest popełniona w 1962 roku morderstwo, które popełnił niejaki Michael Myers. Trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie po piętnastu latach ucieka i wraca do rodzinnego miasteczka, by znów zasiać grozę. W ślad za nim wyrusza dr Sam Loomis, tylko czy nie będzie za późno. A w tym samym czasie trzy małolaty planują zrobienie wspólnej imprezy, co może się źle skończyć.

halloween_19781

Reżyser bardzo spokojnie buduje atmosferę strachu i szokuje już na dzień dobry. Sama scena pierwszego zabójstwa pokazana z oczu bohatera potrafi zbudować napięcie, a samo odkrycie tożsamości zabójcy nadal wywołuje szok. Historia toczy się tutaj bardzo powoli, wręcz dwutorowo: bo mamy zarówno tajemniczego Myersa, który straszy tutaj w bardzo prosty sposób (wejście serwowane pamiętnym tematem przewodnim): Myers pojawia się albo gdzieś w tle, by w następnym ujęciu zniknąć albo widzimy częściowo sylwetkę antagonisty, co troszkę przypomina taktykę pierwszych filmów Stevena Spielberga. Nawet jak widzimy pełną sylwetkę, to jest ona na tyle daleko, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć wyraźnie jego twarzy. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza z powodu wykorzystywania mroku, z którego nasz zły potrafi wyskoczyć w każdej chwili.

halloween_19782

Z drugiej strony mamy grupkę nastolatków, którzy tego dnia chcą pójść na żywioł i stracić dziewictwo. Kontrastem dla nich jest Laurie Strode, która reprezentuje wszelkie konserwatywne wartości, dając jej (zgodnie z panującym szablonem tego gatunku) największe szanse na przetrwanie. Jeśli spodziewacie się wiader krwi, hurtowo zarzynanych małolatów oraz głupawych zachowań naszych bohaterów, to… będziecie mieli tylko to ostatnie (moment, gdy małolata po stosunku czeka na faceta i gdy pojawia się Myers w prześcieradle, nie odpowiadając na jej słowa). Carpenter – być może z powodu cenzury czy za małego budżetu – serwuje śladowo krew oraz sceny erotyczne, co działa tutaj na plus. Nawet jump-scare’y (ale bez typowego dla chwytu podbudowania odpowiednią ilustracją) miejscami nadal potrafią działać, włącznie z otwartym finałem, co kompletnie mnie zaskoczyło.

halloween_19783

Aktorsko jest to poziom kina klasy B, czyli niskobudżetowej produkcji, bez znanych twarzy. Wyjątkiem jest tutaj Donald Pleasence w roli dr Loomisa, który jest tutaj odpowiednikiem profesora van Helsinga w tym świecie. Wie o swoim przeciwniku zadziwiająco dużo, wygląda bardzo tajemniczo, nosi broń, serwując bardzo niepokojące słowa. Z młodych aktorek największe wrażenie robi Jamie Lee Curtis w roli sympatycznej Laurie, która zostaje zmuszona do fizycznej konfrontacji i wychodzi dość poturbowana. Cała reszta postaci po prostu jest i albo potrafi wkurzyć (Nancy Kyes), albo jest mi kompletnie obojętna.

Powiem szczerze, że spodziewałem się, iż „Halloween” będzie raczej śmieszył niż budził przerażenie. A jednak Carpenterowi udało się klimat zagrożenia, mimo pewnych głupotek oraz stosowania dość prostych tricków (operowanie dźwiękiem, wszechobecny mrok), dając podstawę kolejnym (bardziej lub mniej brutalnym) popisom kolejnych rzeźników kina grozy pokroju Jasona czy Freddy’ego Krugera. A to spore osiągnięcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Christine

Podobno każdy człowiek przynajmniej raz w życiu się zakochał. Taki problem miał Arnie Cunningham – typowy szkolny kujon, troszkę nieporadny, troszkę nieśmiały, taka oferma i zamknięty w sobie okularnik. Jednak jak w przypadku każdego przedstawiciela rasy homo sapiens musiało paść i na niego. Jego partnerka miała czerwony strój, chociaż mocno znoszony. A jej imię było dźwięczne niczym metal – Christine. Jest tylko jeden mały haczyk: Christine to samochód Plymouth Fury z 1958 roku, przez co wywołuje zazdrość otoczenia.

christine1

John Carpenter to nazwisko kojarzone jednoznacznie z kinem grozy, a jeśli film jest adaptacją powieści Stephena Kinga, to sukces wydaje się murowany. „Chrstine” nie nazwałbym jednak stricte horrorem. To tak naprawdę film o miłości. Wiem, brzmi to dziwnie, ale tak właśnie jest. A jak powszechnie wiemy, miłość ma więcej twarzy niż niejaki Christian Grey.  Christine jest śliczna, co widać już od pierwszej sceny, gdy schodzi z fabryki – wygląda wprost zjawiskowo, co dokładnie pokazuje kamera. Jednak – jak to maszyna – jest straszną zazdrośnicą, która nie chce dzielić się z nikim. A jak zostanie  obrzucona wyzwiskami lub skrzywdzona wtedy nie wybacza. przekonujemy się o tym na samym początku, gdy jeden z pracowników używa jej siedzenia jak popielniczki. Im dalej w las, tym robi się groźniej. Auto nie tylko jest nawiedzone, ale siedzący w niej demon przenosi się na właściciela, uzależniając go od siebie.

christine2

Po drodze są tutaj wątki i schematy typowe dla filmów młodzieżowych: miejscowy łobuziak, pierwsza dziewczyna, bunt wobec rodziców, przyjaźń. Wszystko to obraca się tak naprawdę wokół tego toksycznego związku z Christine. Powoli odkrywamy przeszłość auta, a reżyser z brawurą realizuje kolejne sceny brutalnych ataków samochodu praktycznie niezniszczalnego. I nie ważne czy będzie próbował zabić dziewczynę Arniego w kinie samochodowym, zniszczy stację benzynową (widok jadącego auta w ogniu – niesamowite) czy przejedzie chłopaka w miejscu teoretycznie nie do przejechania. Akcje te toczą się głównie nocą, potęgując atmosferę niepokoju, a gdy w tle przygrywa muzyka autorstwa samego Carpentera (tylko syntezator) – już jest strach. Mimo ponad 30 lat na karku, sceny ataków pojazdu do dziś robią wrażenie.

christine3

Aktorstwo zaś jest co najwyżej przyzwoite. Grający główne role kumpli Arnolda i Dennisa Keith Gordon oraz John Stockwell dają sobie radę, chociaż ten pierwszy zbyt szybko odkrywa karty jako chłopak bezgranicznie zakochany w swoim samochodzie. Stockwell jest bardziej subtelny i wyważony jako kumpel, bardziej racjonalny i próbujący otworzyć oczy na jego związek z Christine. Później obaj panowie zajęli się reżyserią, wychodząc zdecydowanie lepiej na tym polu. Jeśli chodzi o drugi plan wyróznia się zwłaszcza Robert Prosky jako właściciel warsztatu, wyglądający bardziej jak menel oraz pojawiający się w połowie Harry Dean Stanton w roli detektywa.

christine4

Sama „Christine” to ubrana w konwencję thrillera/horroru historia inicjacyjna o toksycznej miłości oraz brutalnym wejściu w dorosłość. Mimo lat ma w sobie pazur (mocna druga połowa), jest pewnie prowadzona przez Carpentera, a przewrotny finał (chyba) daje wiele satysfakcji. Nic dziwnego, ze jest to tytuł wymieniany w gronie najlepszych adaptacji Kinga.

7/10

Radosław Ostrowski

John Carpenter – John Carpenter’s Lost Themes II

lost themes 2

Nikt nie spodziewał się, że John Carpenter jeszcze się kiedykolwiek odezwie. Ten kultowy reżyser niskobudżetowych horrorów w zeszłym roku wydał instrumentalny album „Lost Themes”, który brzmiał jak ścieżka dźwiękowa do niezrealizowanego filmu mistrza. Teraz wyszła druga część tej płyty i mogę powiedzieć z ręką na sercu – znowu się udało.

I nadal jest to muzyka elektroniczna. „Distant Dream” daje mocnego kopa w postaci uderzeń perkusji i dziwnych pasaży z podrasowana gitarą, by potem wejść w niepokojący bas z dyskotekową perkusją (mocniej uderzającą w środku), by wzbudzić aurę niepokoju. Do tego nie potrzebuje zbyt wiele, a to co ma (syntezatory i sporadyczna obecność gitary elektrycznej wystarczą). Czuć to nawet w „White Pulse” z tykającymi zegarami na początku i delikatnym klawiszom, przypominającym troszkę „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda. Nawet tykające „Persia Rising” ma w sobie nieprzyjemną aurę, a „Angel’s Asylum” z sakralnego wstępu zmienia się w nocny pości, co podkreśla perkusja oraz rockowa gitara. I nawet odrobina spokoju, jest tylko chwilką na złapanie oddechu. A na finał tego utworu dostaje akustyczną gitarę.

Nawet pulsujący bit a’la Cliff Martinez nie pozwala na złapanie oddechu („Hofner Dawn”), a wodny strumyk okazuje się zdradliwy (ejtisowska „Windy Death”). Nad wszystkim czuć ducha Tangerine Dream (ciężki „Dark Blues”) oraz prac Carpentera do filmów z lat 80. (zwłaszcza kapitalny „Bela Lugosi”), a nawet czuć epicki rozmach („Utopian Facede”).

Jedno pozostało niezmienne – Carpenter nie stracił nosa do tworzenia klimatycznych melodii za pomocą oszczędnego instrumentarium. Jest mrocznie, niepokojąco, nawet lirycznie i przed oczami tworzy się film. Ja jednak czekam na nowy film Carpentera, bo soundtrack już do niego powstał.

8/10

Radosław Ostrowski