Krzysiu, gdzie jesteś?

Ja należę do tego pokolenia, które będąc w wieku dziecięcym miało styczność z Kubusiem Puchatkiem. Postać stworzona przez Alana Alexandre’a Milne’a najbardziej utrwalona została przez animacje Disneya (ostatnia powstała dziesięć lat temu). Co jeszcze można o Kubusiu i jego przyjacielu Krzysiu opowiedzieć? Disney wpadł na dość szalony pomysł czegoś w rodzaju kontynuacji Kubusia, ale z perspektywy dorosłego Christophera. O tym postanowił opowiedzieć reżyser Marc Forster.

krzysiu1

Sam początek bardzo szybko pokazuje przejście chłopca w dorosłego mężczyznę, który szybko zostaje zmuszony do dojrzewania. Z czasem jednak pamięć o przyjaciołach ze Stumilowego Lasu zniknęła, zastąpiona przez pracę, żonę oraz córkę. Potem była służba w wojsku podczas II wojny światowej oraz powrót do pracy w firmie robiącej walizki. I ona go mocno przygniotła do tego stopnia, że zaczął się oddalać od najbliższych. W najbliższy weekend zamiast spędzić czas z rodziną w domku za miastem, musi znaleźć sposób na cięcie kosztów firmy. Co z tym fantem zrobić? Wszystko się zmienia, kiedy w dzień z drzewa w londyńskim lasku pojawia się… Kubuś Puchatek. I ma problem, bo wszyscy jego przyjaciele zniknęli. Christopher niechętnie zgadza się pomóc misiowi i wraca do Lasu.

krzysiu5

Reżyser niejako rozbija swój film na dwa wątki, które łączą się w bardzo pokręcony sposób. W sumie chodzi o odnalezienie w sobie dziecka oraz znalezieniu równowagi między pracą a rodziną. Szybkie wprowadzenie za pomocą wplecionych animacji jakby żywcem wziętych z książki potrafi poruszyć i jest mocne. A jednocześnie bardzo przygnębiające, tak jak niemal cały pierwszy akt. Pojawienie się Puchatka zaczyna doprowadzać do pęknięcia i pojawia się światło. Chociaż nie od razu, bo po tym spotkaniu Stumilowy Las wygląda nieprzyjemnie – mglisty, szary, smutny. Dynamika relacji Kubusia z Krzysiem doprowadza do powolnych zmian w otoczeniu, pokazując jak jeden bez drugiego nie potrafi funkcjonować.

krzysiu4

I to pokazuje ta druga część, bardziej przygodowa, trzymająca w napięciu oraz mająca więcej humoru. Zmiana jest diametralna, wręcz czuć zmianę nastroju. Pojawiają się starzy znajomi (Kłapouchy, Sowa, Tygrysek, Królik) i wyglądają jak pluszowe zabawki, mające już mocno swoje lata. Ożywione nie wyglądają sztucznie, zaś głosy dopasowane są świetnie (od Jima Cummingsa, który użycza głosu Kubusiowi oraz Tygryskowi wiele lat przez Petera Capaldi i Toby’ego Jonesa). Ta część przypomina klasyczne opowieści Milne’a z woltą w postaci pomocy Puchatka i jego przyjaciół w Londynie. Czyste szaleństwo, ale nie można odmówić temu uroku.

krzysiu2

Zwłaszcza, że w roli głównej mamy fantastycznego Ewana McGregora, nie schodzącego poniżej swojego wysokiego poziomu. Nie ważne, czy jest przygnębiony i zbyt poważny czy walczy z Hefalumpem (by przekonać ekipę Kubusie, że jest prawdziwym Krzysiem), nie ma mowy o jakiejkolwiek sztuczności czy fałszu. Tak samo świetnie wypadają Hayley Atwell (Evelyn) oraz Bronte Charmichael (córka Madeline). W zasadzie jedyną osobą odstającą aktorsko jest Mark Gatiss. Jako szef naszego bohatera jest zbyt przerysowany i przesadnie demoniczny. To nie działało za bardzo.

krzysiu3

Powinienem nie lubić tego filmu, bo wydawał mi się (przed seansem), że będzie tylko żerował na znanej postaci Kubusia Puchatka, nie dając niczego w zamian. Nawet jeśli jest on przewidywalny (a jest), za dużo jest dobrych rzeczy, by go zignorować. Nietypowe kino jak na produkcję Disneya.

7/10

Radosław Ostrowski

Lady Bird

Okres licealny to dla młodego człowieka moment graniczny – po nim już nigdy nie będzie tak samo. W pewnym sensie kończy się dzieciństwo, a zaczyna dorosłość, także dla niejakiej Lady Bird. Sama sobie nadała to imię, ale tak naprawdę nazywa się Christine McPherson i pochodzi ze znienawidzonego przez siebie Sacramento. Akurat kończy szkołę katolicką w roku 2002, a co dalej?

lady_bird1

Debiutująca reżyserka Greta Gerwig sięga po klasyczną opowieść kina inicjacyjnego. Mamy zbuntowaną nastolatkę, która idzie na wojnę ze wszystkim – matką, szkołą, Kościołem. Tylko, czy można to nazwać buntem? Raczej o poszukiwaniu samej siebie, poczucia bycia kimś wyjątkowym i pierwszych razach: pierwsza miłość, seks, silna przyjaźń. Wiem, że takich filmów inicjacyjnych były setki czy tysiące i będą dalej powstawać, ale „Lady Bird” mimo pewnych niedoskonałości, potrafi ująć szczerością. Trafne jest też osadzenie akcji na początku XXI wieku, gdy szalało bezrobocie, telefon komórkowy był rzadkością. Cała konstrukcja to ciąg scenek, powoli układających się w jedną całość, czyli starania Lady Bird (niezła Saorise Ronan) o załapanie się na studia do Nowego Jorku. Ale niektóre momenty sprawiają wrażenie nagle pourywanych (ksiądz-opiekun kółka teatralnego, który idzie do matki naszej bohaterki – dlaczego i po co? Nie wiadomo. ) i stanowiących jedynie tło: kryzys, homoseksualizm, próba buntu wobec kraju. Tak naprawdę kośćcem tego filmu jest relacja nastolatki ze swoją matką (fantastyczna Laurie Metcalf), która też miała swoje marzenia i pragnęła innego życia niż jest. Ale nie potrafi zrozumieć swojej córki – równie charakternej, silnej osobowości, próbującej żyć po swojemu. Jest tutaj miłość, ale taka bardziej szorstka, próby znalezienia wspólnego języka – ten wątek wydaje się najciekawszy, poprowadzony aż do wzruszającego finału.

lady_bird2

Jednak przez sporą część filmu (pourywane, przypadkowe scenki) nie byłem w stanie tak bardzo się identyfikować z bohaterami tak, jak by chcieli tego twórcy. Gerwig nie osądza, nie przyjmuje postawy moralizatorskiej (i chwała za to!), ale czułem się troszkę jak obserwator, przyglądający się przez szybę. I nawet ciekawy drugi plan z Lucasem Hedgesem oraz Timothym Chalametem na czele, nie jest w stanie skupić uwagi na dłużej.

lady_bird3

Jest kilka wręcz cudownych scen (fragment próby w teatrze czy taniec na balu), okraszonych wpadającą w ucho muzykę (z „Crush on You” Dave Matthews Band), jednak „Lady Bird” niespecjalnie się wyróżnia z tego grona. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Gracz

James Bennett był kiedyś bardzo obiecującym pisarzem, który odniósł sukces debiutancką powieścią. Jednak od śmierci swojego dziadka, w jego życiu zmieniło się wiele – zaczął wykładać literaturę na uniwersytecie, jednak jego największym problemem jest uzależnienie od hazardu. Bennett pakuje się w większe tarapaty, kiedy zapożycza się u Neville’a Baraki, by spłacić pana Lee. Ma 7 dni na spłacenie długu – ponad 250 tysięcy dolarów.

gracz1

Opromieniony sukcesem „Genezy planety małp” Rupert Wyatt tym razem postanowił nakręcić remake filmu Karela Reisza z 1974 roku, by opowiedzieć o kolejnym nałogowcu. Hazard jest równie niebezpieczny jak każdy nałóg – pozornie prosta intryga związana ze spłatą długu ulega komplikacji z powodu nałogu, który staje się jedynym sensem życia. Nawet praca przestaje sprawiać mu przyjemność, co widać w scenach wykładów na uniwersytecie. Studenci mają go gdzieś i przychodzą tylko po to, by dostać zaliczenia, a gangsterzy są bardzo bezwzględni i nie boja się użyć siły, by odzyskać dług.

gracz2

Pod względem realizacji „Gracz” przypomina gangsterskie kino Martina Scorsese tylko bez narracji z offu – długie ujęcia, mroczny klimat podziemnych kasyn i różnych spelun robi wrażenie, tak samo montaż był bez zarzutu (kluczowa dla filmu scena meczu koszykówki). Dodatkowo jeszcze klimat potęgowany jest mieszankę elektronicznej muzyki Jona Briona z piosenkami, głównie z lat 70. (m.in. Rodriguez czy przerobiony na reggae Pink Floyd), współgrając z wydarzeniami ekranowymi. Można się przyczepić do hollywoodzkiego zakończenia czy dość wolnego tempa akcji, jednak pewna reżyseria Wyatta pozwala ogląda ten film bez problemów.

gracz3

Sporym plusem jest też zaskakująco dobra gra aktorska. Nie jestem wielki fanem Marka Wahlberga, jednak od paru lat prezentuje więcej niż przyzwoity poziom. Także w „Graczu” prezentuje się z dobrej strony. Jego chłód podczas gry oraz brutalna szczerość i ignorancja innych działają jak bomba atomowa, choć pozornie twarz sprawia wrażenie obojętnej. Jednak w oczach widać więcej, a kilka scen (próba sprzedania zegarka czy ostatnia gra w ruletkę) to perły w wykonaniu tego aktora. Mocni są też Michael Kenneth Williams (bezwzględny Baraka) i Alvin Ing (pan Lee), z którymi nie należy zadzierać. Jednak film kradnie wyborny John Goodman jako lichwiarz Frank, które wypowiedzi to błyskotliwe obserwacje nałogu, a jego filozofia jest bardzo interesująca. Słabiej prezentuje się Brie Larson w roli Amy – studentki i dziewczyny Bennetta. Miłość (troszkę za mocne słowo) między nią a nałogowym hazardzistą wydawała mi się mało wiarygodna, a specyficzna uroda Larsen nie przemawiała do mnie.

gracz4

Nowy film Brytyjczyka ma w sobie coś z klimatu Martina Scorsese, co widać w sposobie realizacji i pokazuje, że Mark Wahlberg potrafi grać. Choć lepszym studium nałogowego gracza pokazał „Hazardzista” ze znakomitym Philipsem Seymourem Hoffmanem, to „Gracz” nie jest od niego gorszy. Niegłupia rozrywka i stylowe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Sydney

Tytułowy Sydney to podstarzały hazardzista, który swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Pewnego zwykłego dnia przed wejściem do knajpy, poznaje Johna, któremu brakuje kasy na pogrzeb matki. Mężczyzna pomaga mu zdobyć pieniądze pokazując parę sztuczek w kasynie. Mijają dwa lata. Sydney bywa w kasynie, zaś Johnowi wpadła w oko kelnerka Clementine. Ale kiedy dwoje młodych wpadnie w tarapaty, Sydney będzie musiał im pomóc.

sydney1

W zasadzie streściłem wam cały film. No, prawie cały. I jak zapewne wiecie, każdy reżyser od czegoś zaczynał. „Sydney” to zapomniany debiut Paula Thomasa Andersona, którego następne filmy wywoływały dyskusje, wielkie emocje i były bardzo wnikliwymi portretami ludzi. I to widać już tutaj, gdzie reżyser bawi się naszymi oczekiwaniami, zaś historia (niespecjalnie wysokich lotów) jest tylko pretekstem do pokazania postaci. Zaczyna się jak kino obyczajowe, by w połowie pojawił się wątek kryminalny, który zostaje rozstrzygnięty w jeden sposób – ołowiem. A wszystko to ma bardzo specyficzny, wręcz tajemniczy klimat. Jak to w kasynie – kolorowe neony, elegancko ubrane kelnerki, gra, hazard, potem oszustwo i szantaż. A wszystko to toczy się w bardzo niespiesznym tempie, okraszone delikatną, funkowo-jazzową muzyką i świetną pracą kamery.

sydney2

A co do postaci, to one są fantastycznie zagrane i nie do końca sobie radzą ze swoimi problemami. Kapitalnie wypadł Philip Baker Hall w roli Sydneya – eleganckiego szulera, pełnego mądrości i empatii. Ale jak się na końcu okaże, facet ma pewien mroczny sekret i nie jest nim skłonność do ryzyka przy grze w kości (sprowokowany przez młodego gracza stawia dużą kasę i przegrywa). John C. Reilly bardzo dobrze sobie radzi jako nieporadny John, który mimo pewnej znajomości i naśladownictwa stylu Sydneya, nadal ma skłonność wpadania w tarapaty. Razem z partnerująca mu Gwyneth Paltrow (Clementine) tworzą dość czarujący duet, choć czy uda im się być szczęśliwym? I jeszcze jest wyjątkowo antypatyczny Samuel L. Jackson, który naprawdę wczuł się w rolę ochroniarza Jimmy’ego.

sydney3

Postacie, mocna realizacja oraz klimat to najmocniejsze atuty debiutu Andersona. Następne filmy dopiero potwierdziły jego nieprzeciętny talent i uczyniły z niego jednego z najważniejszych obecnie reżyserów z USA. Ale to temat na dłuższą historię.

7/10

Radosław Ostrowski

Dido – Safe Trip Home

safe_trip_home

Dido – ktoś zapyta ile można. Obiecałem sobie, że zapoznam się z dorobkiem tej Brytyjki, która coraz bardziej mi się podoba. Po dwóch bardzo ciepło przyjętych płytach, trzeba było poczekać na kolejny album 5 lat. I ten album zebrał bardziej krytyczne recenzje i pokrył się zaledwie złotem (poprzednie były platynowe).

Tym razem „Safe Trip Home” wyprodukowała Dido wspólnie z multiinstrumentalistą Jonem Brionem. Ale nie zmienia to faktu, że nadal idziemy w tym samym schemacie, czyli akustyczny podkład + skrzypce + wokal = stonowany, niemal intymny klimat. Tym razem jest to bardziej odczuwalne, gdyż elektronika zaczyna ustępować żywym instrumentom. I to już słychać w „Don’t Believe in Love” ze spokojną perkusją i delikatnie grającą gitarą elektryczną, gdzie potem dołączają smyczki. Jednak ta formuła tutaj powoli zaczyna nużyć. Jednak zdarzają się pewne fantastyczne kompozycje jak ambientowy „Graften Street”, którego współautorem jest Brian Eno, najbardziej dynamiczny (jak na Dido) „Never Want To Say It’s Love” z bardzo rytmiczną gitarą elektryczną, nagrany w rytmie walca „It Comes and It Goes” (naprawdę ładny fortepian, klaskanie) czy orientalna perkusja w ” Lets Do Things We Normally Do”. Reszta jest dość do siebie zbliżona, co nie znaczy, że słaba. Ale pojawia się monotonia jak w „The Day Before the Day” opartym tylko na gitarze. Dla wielu pewnym zgrzytem może być kończący album prawie 9-minutowe „Northers Skies”, które jest najbardziej naszpikowane elektroniką. Liryka nadal trzyma stabilny poziom, głos Dido nadal jest stonowany.

Niby jest wszystko tak jak być powinno, ale coś jest jednak nie tak. Po raz pierwszy zaczyna ciążyć schemat, który działał wcześniej. Mam pewne obawy, czy „Girl Who Got Away” nie będzie rozczarowaniem. Ale o tym dowiem się już jutro. „Safe Trip Home” jest zaledwie dobre. Liczyłem na trochę więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

ParaNorman

Norman mieszka w małym miasteczku, gdzie jest uważany za dziwadło. A to dlatego, że widzi zmarłych. Ale to właśnie on będzie musiał powstrzymać klątwę wiedźmy, zabitej 300 lat temu. I wtedy ten chłopak zostanie dostrzeżony.

norman1_300x300

W zasadzie animacja poklatkowa to gatunek lekko na wymarciu, ale jednak nadal powstają i trzymają się dobrze, co widać na przykładzie „Fantastycznego pana Lisa” czy „Piratów”. Z racji, że mamy do czynienia z horrorem, animacja nie należy do ładnych estetycznie. Dzięki stonowanej zieleni oraz odcieniami brązu udaje się stworzyć specyficzny klimat, gdzie makabra miesza się z humorem i zabawą konwencją. Punkt wyjścia może przypomina „Szósty zmysł”, ale dalej toczy się to trochę inaczej. Nie brakuje tutaj silnego tępaka, głupiej małolaty marzących o pakerach, pochwałę przyjaźni i akceptację inności. Lekko turpistyczna stylizacja trochę przypomina filmy Tima Burtona (sceny w lesie czy pojawienie się zombi), co uważam za zaletę. Lekko horrorowa jest także muzyka, zaś cała ta opowieść potrafi nieźle straszyć, zaś finał jest poruszający.

norman2_400x400

Jeśli chodzi o dubbing polski, to w przypadku filmów animowanych wychodzi nam to najlepiej. I ten film to potwierdza. Zarówno role młodych dzieciaków (Franciszek Dziduch, Kacper Cybiński, Mateusz Narloch i Justyna Bojczuk) jak i dorosłych (niezawodny Grzegorz Pawlak jako ojciec Normana czy Barbara Zielińska jako babcia) wypadają bardzo przekonująco i trudno się do nich przyczepić. Także tłumaczenie brzmi dobrze.

Choć nie jest to rasowy horror, to jednak „ParaNormana” dzieci powinny oglądać z dorosłymi. To naprawdę ciekawa bajka, z niegłupim przesłaniem. Naprawdę warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – This Is 40

This_Is_40_400x400

Muzyka filmowa to bardzo duży i coraz popularniejszy rynek muzyczny… w USA. Albumy te można podzielić na dwie grupy: soundtrack (kompilacja piosenek) i score (muzyka instrumentalna). Muzyka z filmu „40 lat minęło” należy do tej pierwszej grupy.

Na abumie jest 16 piosenek utrzymanych w stylistyce popu i dominacji gitarowych brzmień. Powiedziałbym, że takich kompilacji to na pęczki, gdzie są sympatyczne i przyjemne dźwięki. Zestaw wykonawców jest dość interesujący, bo nie brakuje Yoko Ono, Paula McCartneya (instrumentalny „Lunch Box/Odd Sox” na pianinie) czy pojawiający się parę razy Ryan Adams i Lindsay Buckingham. Na mnie największe wrażenie zrobił „Rewrite” Paula Simona ze świetnie mieszającymi się gitarami oraz gwizdami. Drugim faworytem jest „Brothers & Sisters” Lindsaya Buckinghama i Nory Jones. Mówiąc krótko, nie ma jakieś piosenki, o której powiedziałbym, że jest nieudana czy słaba, wszystko trzyma równy, dobry poziom. Nie zabrakło za to jednej instrumentalnej kompozycji autorstwa kompozytora Jona Briona. „Theme 1 (Debbie & Oliver)” z melancholijnymi smyczkami, które miejscami grają naprawdę nerwowo + gitara i perkusja tworzą mocną mieszankę, będąc mała wisienką na torcie.

Nie ma co marnować czasu i powiem krótko: „This Is 40” to soundtrack zawierający dobrą muzykę, która powinna spodobać się nawet tym, co filmu nie widzieli. Po prostu dobra rzecz i tyle.

7/10