Bodyguard Zawodowiec

O formule kumpelskiej komedii już opowiadałem, więc nie będę się powtarzał, tylko od razu powiem o co tutaj chodzi. Bodyguardem jest tutaj Michael Bryce – kiedyś jeden z najlepszych ludzi w swoim fachu, ale ostatni klient zginął, przez co teraz zajmuje się ochroną drobnicy. I wtedy dostaje telefon od swojej byłej, agentki Interpolu o pomoc w dostarczeniu świadka przed Trybunał Sprawiedliwości w Hadze do procesu przeciwko prezydentowi Białorusi oskarżonemu o zbrodnie wojenne. Osobnikiem tym jest… płatny morderca, Darius Kincaid, z którym Bryce ma wspólną przeszłość. Na realizację zadania jest 27 godzin, by z Manchesteru dotrzeć do Hagi.

bodyguard1

Patrick Hughes postanowił zrobić oldskulowe kino akcji, które 30 lat temu byłoby wielkim hitem wypożyczalni kaset video. Jest skontrastowany duet, sporo strzelania i popisów kaskaderskich, by wszystko skończyło się w jeden, oczywisty sposób. Fabuła jest przewidywalna jak kolejność dni w tygodniu, ale nie o to tu chodzi. Ma być krwawo, brutalnie i ostro – tak też właśnie się dzieje. Podczas podróży nasz duet bliżej się, zmuszeni do starć z hordami przeciwników zdesperowanych i uzbrojonych po zęby. Reżyser jest na tyle sprawnym rzemieślnikiem, że potrafi zrobić każdą scenę akcji z pazurem. Zarówno ostrzał konwoju Kincaida, rewelacyjny pościg po ulicach Amsterdamu rozpisany na samochody, motorówkę i motocykl czy moment, gdy nasi bohaterowie są rozdzieleni od siebie i sami muszą pokonać zagrożenie (Bryce w kuchni oraz sklepie a’la Castorama – perełka) dają bardzo dużo frajdy z seansu. Montaż, świetnie dobrana muzyka (m.in. „Black Betty”) podkręcająca tempo, niepozbawione bluzgów dialogi plus silna chemia między bohaterami to najmocniejsze atuty „Bodyguarda”.

bodyguard2

Właśnie chemia – to ona jeszcze bardziej nakręca ten galop. Ryan Reynolds jest tutaj uporządkowanym, dopinającym do ostatniego szczegółu Bryce’m. Sztywny jak urzędnik najwięcej „koloru” nabiera, gdy nic nie idzie zgodnie z jego planem (czyli bardzo często). Przeciwieństwem jest absolutnie wyluzowany i mający wszystko gdzieś Samuel L. Jackson jako Kincaid, który jest tutaj prawdziwym kawałkiem skurwysynem. Bardzo często przypomina czyim jest synem, działa intuicyjnie i bez patyczkowania. Pytanie, czy panowie przed dojściem do celu nie wymordują się nawzajem, cały czas pozostaje otwarte, a iskry między panami są bardzo mocno odczuwalne. Poza nimi na drugim planie błyszczy temperamentna Salma Hayek jako żona Kincaida, serwująca takie wiązanki słowne, że wszystko inne jest nieważne oraz odpowiednio demoniczny Gary Oldman jako prezydent Dukovich.

bodyguard3

„Bodyguard zawodowiec” (za to tłumaczenie dystrybutor powinien oberwać) to uczciwe kino klasy B, które wygląda lepiej niż na pierwszy rzut oka i nie udaje, że jest czymś więcej niż bezpretensjonalną, krwawą napierdalanką z pomysłową choreografią, ironicznym humorem oraz ostrym duetem (co z tego, że grają to, co zawsze). Na końcówkę lata propozycja idealna, pozwalająca się wyluzować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nice Guys. Równi goście

Jak zrobić dobrą kumpelską komedię? Przepis jest bardzo prosty: trzeba znać dwóch bohaterów różnych jak noc i dzień, by się mogli nawzajem podocinać, dać im wspólną sprawę do rozwiązania, by zostali zmuszeni do połączenia sił, rzucić wieloma błyskotliwymi dialogami i gagami. Jeszcze dodać odpowiednich aktorów, porządnego reżysera, błyskotliwego scenarzysty, by jechać dalej. Ale od czasów „Zabójczej broni” niewiele powstało dobrych filmów w tym gatunku. Jednak w 2016 powrócił największy macher buddy movies, czyli scenarzysta Shane Black w swoim trzecim podejściu reżyserskim.

nice_guys1

Wszystko zaczyna się w Los Angeles roku 1977. W kinach szaleją „Gwiezdne wojny”, Oscara za najlepszy film dostał „Rocky”, ostatni raz zagrał Elvis Presley, zaczyna się rozkręcać era disco. I tutaj przyszło żyć naszym bohaterom. Jackson Healy to taki osiłek, którego się zatrudnia, by spuścił łomot komu trzeba. Holland March z kolei jest prywatnym detektywem, który samotnie wychowuje córkę i jest takim cwaniaczkiem. Co łączy tą parę? Niejaka Amelia, której wszyscy szukają i ktoś chce ją sprzątnąć. Kto i dlaczego?

nice_guys2

Black to spec, jeśli chodzi o komedie z wątkiem kryminalnym. Już na dzień dobry dostajemy wypadek gwiazdy kina porno, widziany przez młodego chłopaka. Jest krwawo i ostro, a to dopiero rozgrzewka. Reżyser czasami zapierdala na złamanie karku, serwując trzymające w napięciu pościgi, bijatyki, strzelaniny. Samo śledztwo i intryga jest równie prosta jak ustawy parlamentarne, coraz bardziej się gmatwa, kluczy, wpuszcza w maliny, by dokonać kilku wolt (w tym jednej bardzo krwawej). I co jest, że wszystko dzieje się na bardzo cienkiej granicy prawdopodobieństwa, a w sprawę są zamieszani politycy, firmy samochodowe, ekolodzy, gangsterzy i wymiar sprawiedliwości? To wszystko nie jest tak mocno istotne, choć zrealizowane pierwszorzędnie. Dlaczego to działa? Są dwie siły napędowe (plus dialogi i miejscami absurdalny, pełen ironii humor).

nice_guys3

Po pierwsze, stylizacja. Blackowi udaje się bardzo przekonująco odtworzyć klimat lat 70. Widać to nie tylko w strojach (takich hawajskich koszul i takich kolorowych garniturów dziś jak na lekarstwo) czy furach, bo to najmocniej, ale w całej warstwie wizualnej. Nie zawodzi scenografia (willa producenta porno), gdzie nawet takie drobne detale jak reklamy w gazecie czy wygląd telefonu. No i obowiązkowej muzyce z Earth, Wind & Fire oraz zespołem America na czele.

nice_guys4

Po drugie, to co w każdej takiej historii musi się sprawdzić, czyli chemia między głównymi bohaterami. Tutaj obsadzono znakomitych, chociaż nie unikających szarżowania Russella Crowe’a i Ryana Goslinga. Pierwszy, chociaż wygląda jak taki misio w hawajskiej koszuli z kurtką, to facet nie bojący się spuścić łomotu. Jednocześnie ma głowę na karku i jest dość inteligentny, wierzący w sprawiedliwość. Ale Gosling jest prawdziwą komediową petardą, opierającą swój humor na slapstickowych gagów (pobudka w wannie w pełnym ubraniu). Jednak to jest bohater złamany przez życie, z dużym ciężarem (zwróćcie uwagę na tatuaż na ręku) i bardzo widać jak zależy mu dziecku (cudowna Angourie Rice), które jest jego oczkiem w głowie. Ten duet rozkręca ten cały film, a docinki i złośliwości między nimi mają prawdziwego kopa. Może brakuje tutaj wyrazistego łotra (Matt Bomer jako Johnny Boy wydaje się troszkę komiksowy), ale nie jest to dużym problemem.

nice_guys5

„Nice Guys” przywraca wiarę w moc kumpelskiego kryminału, gdzie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Konwencja gra, przemoc i humor idą ze sobą ręka w rękę, a chemia między bohaterami jest wręcz zabójcza. Czy powstanie sequel? Czas pokaże, bo duet Crowe/Gosling zasługuje, by nie być tylko jednorazowym wyskokiem.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

W starym, dobrym stylu

Joe, Willie i Albert to przyjaciele z Nowego Jorku, pracujący w pewnej fabryce. Jeśli myślicie, że ich długoletnia praca zostanie doceniona, to nic z tego. Firma, dla której pracują przenosi się do Wietnamu, więc ich fundusz emerytalny zostaje zlikwidowany. Dodatkowo Joe ma dużą hipotekę do spłacenia i jeśli się spóźni – zabiorą dom. Willie ma chore nerki i mieszka z Albertem, który lubi sobie pozrzędzić. Panowie – pod wpływem perswazji Joe’ego – by móc rozwiązać swoje groszowe problemy, postanawiają napaść na bank.

stary_dobry_styl1

Zach Braff do tej pory znany był z niezależnego kina o młodych ludziach, zagubionych w dzisiejszym świecie. Tym razem dostał szansę na zrobienie remake’u z dużym budżetem i gwiazdorską obsadą. Lekka i przyjemna komedia o starych przyjaciołach, którzy decydują się zrobić poważny skok. Bo system ich olał, państwo nie pomaga, więc trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Wtedy wszystko zmierza w kierunku klasycznego heist movie, gdzie mamy przygotowanie, skok i pościg policyjny. Robione jest to pod okiem profesjonalisty, pomagającego w szybkim przeszkoleniu. Wiemy, jak to się skończy, ale i tak się przyjemnie ogląda. Reżyser opowiada to w starym stylu, dodaje eleganckiej muzyki oraz sympatycznych żartów i gagów (pierwszy skok w małym markecie zakończony… wpadką), ale nie ma pójścia w kierunku bardziej fekalnych, nieświeżych czy przekraczających granicę dobrego smaku. Nie zabrakło napięcia (napad na bank zrobiono z pewnym nerwem), parę razy widzimy Brooklyn Bridge, w tle gra łagodny jazz. Jest miło i sympatycznie.

stary_dobry_styl2

Do tego udało się ściągnąć trzech prawdziwych gigantów: Michaela Caine’a, Morgana Freemana i Alana Arkina. Pierwszy jest eleganckim dżentelmenem, drugim opanowanym i spokojnym kumplem, a trzeci jest zrzędą z dobrym sercem. Pozwalają sobie na odrobinę złośliwości, a chemia między tym triem jest silna, wręcz namacalna. I to trio jest siłą napędową, spychając cała resztę na dalszy plan. Warto jednak wyróżnić ciągle apetyczną Ann-Margret (Annie) oraz Johna Oritza (Jesus), pomagającego w napadzie.

stary_dobry_styl3

Miłe i sympatyczne kino, które nie zostanie w pamięci na długo, ale pozwala przyjemnie spędzić te półtorej godziny. Elegancka rozrywka w starym, dobrym i lekkim stylu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jak ukraść Księżyc

Dawno, dawno temu był sobie dzieciak o imieniu Gru. Marzy o tym, żeby polecieć na Księżyc, ale jak dorósł został kimś kompletnie innym niż planował: zostać przestępcą marzącym o realizacji wielkiego skoku. Jednak jego poprzednie plany nie były tak mocno udane, jednak ma cel: ukraść księżyc (już raz próbowano, ale to się nie liczy). Gru jednak nie ma ani funduszy, ani odpowiedniego sprzętu, dodatkowo plany zamierza popsuć niejaki Wektor. By namieszać młodemu w planach, mężczyzna postanawia… zaadoptować troje dzieci z sierocińca.

jak_ukra_ksiyc1

Tym filmem zadebiutowało studio Illumination Entertainment, próbując uszczknąć kawałek tortu wśród graczy z kina animowanego (Sony, Pixar, Disney, DreamWorks, Blue Sky) i ich pierwsze dzieło wystrzeliło jak rakieta. Jestem kompletnie oszołomiony stroną wizualną filmu, która swoimi pomysłami przypomina kino szpiegowskie, z podchodami, gadżetami i wynalazkami. Oglądałem z wypiekami na twarzy historię tego sympatycznego, choć mrukliwego Gru. Dodatkiem do całości są Minionki – żółte sługusy Gru, robiące tutaj za niezdarne i urocze istotki.

jak_ukra_ksiyc2

Twórcy świetnie się bawią, a kilka scen imponuje (kradzież zmniejszacza z potężnej siedziby Wektora, praca dr Nikczemniuka), jednak prawdziwym clue jest relacja naszego Gru z „adoptowanymi” córkami, które powoli zaczynają zmiękczać jego serce. To rozdarcie między jego planami a byciem człowiekiem jest mocno wygrywane i podkręca napięcie w finałowej konfrontacji. A spektakularna kradzież Księżyca wygląda imponująco i banan na twarzy jest gwarantowany.

jak_ukra_ksiyc4

Czy trzeba wspominać o polskim dubbingu? Klasę pokazuje Marek Robaczewski w roli przebiegłego Gru (i to jego „r” akcentowane – pychotka), który z czasem pokazuje swoje bardziej sympatyczne oblicze. Ale to wymaga wiele wysiłku z jego strony (przełomowa jest scena w parku rozrywki). Do tego fantastycznego Jarosława Boberka (pyskaty i pewny siebie Wektor) – bo w końcu polski dubbing bez Boberka nie jest polskim dubbingiem – oraz rozbrajające trio dziewczęce: Olga Zaręba/Lena Ignatiew-Zielonka/Helena Englert, czyli szukające miłości dziewczyny z sierocińca. Rozczulają tak samo jak dziwacznie gadające Minionki, które przypominają takie rozpędzone, zagalopowane dzieciaki.

jak_ukra_ksiyc3

„Jak ukraść księżyc” okazało się wielkim dziełem, które zaczęło trylogię dotyczącą Minionków, stając się nowymi ikonkami animowanej popkultury. Ale czy następne części były tak udane, to opowiem wam innym razem. Początek był huczny i spektakularny, a mimo lat ogląda się znakomicie.

jak_ukra_ksiyc5

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zwierzogród

Czym jest Zwierzogród? To takie miasto, gdzie zwierzęta (wszelkiej maści) żyją ze sobą w zgodzie, a każdy może być kimkolwiek się to żywnie podoba. Właśnie tam trafia młoda króliczka, czyli Judy Hobs. Króliczek, bardzo chce zostać policjantką i marzy, by prowadzić bardzo poważne i ważne sprawy. Ale na miejscu wszystko zostaje bardzo mocno zderzone z rzeczywistością. Zamiast wielkiej sprawy: mandaty. I tak przypadkowo poznaje pewnego cwanego lisa, Nicka Bajera – gościu robi troszkę na lewo i zostaje zaszantażowany. Niejako wskutek okoliczności nasz króliczek prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia kilkunastu zwierząt, ale skupia się na wydrze, w czym pomaga (niejako wbrew sobie) lisiur Bajer.

zwierzogrd1

Disney postanowił przypomnieć sobie, za co kochaliśmy te studio, gdy tacy ludzie jak ja byli bardzo małymi szkrabami, oglądającymi „Króla Lwa” czy „Piękną i Bestię”. Tutaj twórcy w konwencji kryminalnej komedii, próbują opowiedzieć o inności oraz przełamywaniu stereotypowego spojrzenia na innych. A co może pomóc przełamać bariery jak pokazanie bohaterów jako zwierzęta? I jest tutaj bardzo bogata galeria: komendantem jest byk, ochroniarzami gangstera syberyjskie misie, burmistrzem jest lew, a w urzędach pracują wolne jak nigdy leniwce. No i kontrastowy duet królik/lis, który musi też przełamać swoje lęki i nieufność.

zwierzogrd3

Sama intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, serwując w odpowiedniej ilości powagę i humor. Wystarczy wspomnieć brawurowy pościg za bandytą w Chomiczówce (miastu małych zwierzątek) czy ucieczkę przed tygrysem. Do tego twórcy zgrabnie rzucają okiem dla sprawniejszych kinomanów, bo jak inaczej nazwać spotkanie z panem B., który jest… krecim ojcem chrzestnym (i głos ma niski niczym don Corleone). Więc jest wiele dla każdego: i do śmiechu, do płaczu, ale i do refleksji. Wszystko w odpowiednich proporcjach, ale bardziej skierowane jest to dla dzieci. Sama animacja jest po prostu cudowna, kreska przyjemna dla oka, a muzyka odpowiednio buduje napięcie, mieszając stylami.

zwierzogrd2

I jeszcze polski dubbing, który jest wartością dodaną, co w przypadku animacji jest pewnym standardem. Nie inaczej jest w „Zwierzogrodzie”, gdzie nakręca całość świetny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała. Idealnie połączenie wrażliwości, cwaniactwa, słodkości oraz umiejętnego wychodzenia z każdych tarapatów, ale tak naprawdę oboje łączy pewna nieufność, zmieniająca się w zaufanie oraz wzajemne wsparcie w najtrudniejszych momentach. Na drugim planie jest wiele ciekawych postaci, z których najbardziej zapada w pamięć delikatny Pazurian (Sebastian Perdek), groźny pan B. (kompletnie nie do poznania Wojciech Paszkowski), leniwiec Flash (tak wolno Grzegorz Pawlak nigdy nie mówił) czy bardzo surowy komendant Pogo (Krzysztof Stelmaszyk).

zwierzogrd4

„Zwierzogród” to jedna z ciekawszych i sympatyczniejszych animacji jakie powstały w ostatnim czasie. Świetna gatunkowa rozrywka, jak i trafny portret współczesnego świata, gdzie może dojść do różnych konfliktów oraz zwarć. Jednak w tym bogatym i różnym świecie da się znaleźć nic porozumienia, a to naprawdę dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Walet pikowy

Wacław Kawanias jest latarnikiem, który nie opuścił swojej samotni od ponad 20 lat. W tym czasie studiował kryminologię, w czym pomogły znajdujące się książki. I wtedy latarnika odwiedza inspektor Marac, który bez rezultatów ściga najniebezpieczniejszego przestępcę – Testona. Człowiek ten okrada banki na całym świecie, a jedyną poszlaką jest jego niemowlęce zdjęcie. Kawanias decyduje się wyjść na zewnątrz i ruszyć tropem przestępcy.

walet_pikowy1

Tadeusz Chmielewski kontynuuje tutaj swoją filozofię na komedię znaną z „Ewa chce spać”. Czyli pozostaje twórcą życzliwym bohaterom, proponuje humor bardzo subtelny i delikatny, tym razem dodając dość pretekstową intrygę kryminalną. Dla mnie jednak największym problemem jest pewien rozrzut i niezdecydowanie. Dlaczego intryga jest pretekstowa? Bo Testona szukają wszyscy: policjanci, zakochani, rzezimieszki, tylko nie Kawanias. On tak naprawdę (co poznajemy w uroczych retrospekcjach) szuka pewne kobiety, która była dla niego bardzo ważna, ale odeszła dla innego. (Skąd my to znamy?) i dlatego ta cała opowieść ma bardzo nierówne tempo. Poszukiwania policji nie są pozbawione dowcipu (poszukiwanie przedmiotu Testona, podglądanie każdego podejrzanego czy akcja w pociągu), ale retrospekcje i wątek życia Kawaniasa (prześliczna, chociaż bardzo oszczędna scenografia, przypominająca filmy nieme) spowalniają tempo. I reżyser chyba nie do końca wie, jak to wszystko ugryźć.

walet_pikowy2

I znowu całość bierze mocno w nawias, gdyż cała historię widzimy w… przedwojennym kinie, gdzie ręcznie obsługiwano maszynę. Do końca tak naprawdę nie wiadomo, czy jest to iluzja, a może była taka historia. Chmielewski kolejny raz podpuszcza, myli tropy i powoli odkrywa całą układankę. Ale czy tylko mnie dziwi to, że Kawanias kompletnie nie znając zewnętrznego świata (20 lat w latarni), zachowuje się tak, jakby ta przerwa trwała kilka minut. Nie dziwi się ani innym ludziom, ani otoczeniu, samochodom, pociągom – tak jakby były zawsze. Troszkę psuje mi to wiarygodność całej opowieści.

walet_pikowy3

I nawet bardzo dobrze zagrane role Czesława Roszkowskiego (Kawanias, który wydaje się niemal kalką Sherlocka Holmesa – zwróćcie uwagę na jego rozmowę z inspektorem) i Stefana Bartika (sprytny i nieuchwytny Teston – trochę przypomina Fantomasa), nie były w stanie udźwignąć tej eksperymentalnej koncepcji. Był w tym potencjał, ale brak silnej ręki reżysera oraz skrótowy scenariusz doprowadził do rozczarowania. Szkoda, bo to ładny film.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bazyl. Człowiek z kulą w głowie

Bazyl to zwyczajny facet taki jak ja. Kocha kino, pracuje w wypożyczalni, jednak jest samotnikiem. Ojciec zginął wysadzony przez minę, a matka załamana po tragedii zerwała z nim kontakt. Ale pewnego wieczoru dochodzi do dość dziwne strzelaniny, podczas której zbłąkana kula trafia w głowę Bazyla. Pocisk siedzi dość blisko mózgu i zdjęcie go może zmienić naszego bohatera w warzywko, ale pozostawienie naboju może doprowadzić do śmierci. W końcu chirurg decyduje się nic nie robić, ale Bazyl po wyjściu ze szpitala traci wszystko. Przypadkowo trafia do grupy dość ekscentrycznych zbieraczy złomu, pilnujących wysypiska śmieci oraz modyfikujących popsute rzeczy. Razem z nimi planuje zemstę na dwóch producentach broni.

bazyl1

Im bardziej oglądam filmy Jean-Pierre’a Jeuneta, tym bardziej jestem oczarowany tym, co tworzy. Francuz znany jest z niesamowitego, niemal bajkowego stylu wizualnego, niepozbawionego elementów surrealizmu, ekscentrycznych bohaterów oraz czarnego humoru. Nie inaczej jest w „Bazylu”, który potwierdza talent reżysera. Nadal mamy prześliczne zdjęcia, z jednej strony pełne mocnych kolorów, z drugiej niepozbawione stylistyki noir (nocne skoki). Sam film jest rasową komedią kryminalną, gdzie grupa bezdomnych podejmuje się walki z handlarzami broni, mającymi gdzieś prawo i zawierającymi dile nawet z dyktatorami z Afryki w zamian za rzadkie przedmioty czy dużą gotówkę. A los zwykłych ludzi czy ofiar tych potężnych akcesoriów masowej zagłady nie obchodzi ich.

bazyl2

Każdy skok jest odpowiednio zaplanowany, a proste zasady rozpraszania, kamuflażu oraz mistyfikacji ogląda się z wypiekami na twarzy oraz suspensem. Dalej jednak sprawy wymykają się spod kontroli i sami przeciwnicy zaczynają się nawzajem wykańczać. Kamera zwraca uwagę na detale, jest to stylowo zrealizowane (śliczna czołówka niczym z kina lat 40., a w tle muzyka Maxa Steinera), imponuje scenografia, ze szczególnym wskazaniem na siedzibę naszych bohaterów. Intryga jest budowana bardzo powoli, a Jeunet parę razy wpuszcza nas w maliny (porwanie antagonistów oraz ich wyznanie na pustyni), przez co jest sporo frajdy. Niby nic nowego w kwestii samego problemu (wojna jako zło) nie dowiadujemy się niczego nowego, ale nie zawsze chodzi o takie rzeczy. Tu mamy przednią rozrywkę na wysokim poziomie.

bazyl3

I jak to jeszcze jest zagrane. Tej wesołej kompanii przewodzi uroczy Dany Boon – nieporadny, ale sympatyczny i fajny facet. Znajdując swój nowy życiowy cel, konsekwentnie go realizuje, przejawiając ogromną dawkę sprytu, pomysłowości (podsłuchy, obserwacja) oraz szalonych wyczynów (m.in. użyciem pszczół w celu porwania ciężarówki z amunicją). Poza nim każdy z bohaterów jest interesujący – kobieta-guma (śliczna Julie Ferrier), pomysłowy wynalazca Mały Pierre (Michel Cremades), nerwowy Gryzak (Dominique Pinon), umiejąca liczyć wzrokiem Kalkulator (rozbrajająca Marie-Julie Baup) czy były kartograf piszący na maszynie (Omar Sy). Wszyscy są przekonujący i czuć silną chemię miedzy tą grupą. Z kolei antagoniści (de Fenoulliet i Marconi) są aż tak przerysowani w wykonaniu Andre Dussolliera i Nicholasa Marie, że naprawdę ich nie lubimy.

bazyl4

„Bazyl” to czysty Jeunet, który bawi, ale i daje do myślenia. Nie ma tutaj może aż takiej dawki surrealizmu jak w debiutanckich „Delicatessen” czy tej niesamowitej magii „Amelii”, ale to i tak świetna rozrywka. Takie rzeczy też trzeba umieć robić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ant-Man

Takiego superbohatera nie było w kinowym uniwersum Marvela. Poznajcie Scotta Langa – jak na porządnego kolesia, gdy widzimy go po raz pierwszy, wychodzi z więzienia. Trafił tam za włamanie się do komputerów dużej firmy. Teoretycznie wielki sukces, w praktyce 3 lata w pierdlu, rozwód z żoną i brak kontaktu z córką. A z czegoś trzeba płacić alimenty, tylko skąd wziąć kasę, bez pracy, mając taką skazę w CV? W końcu decyduje się na skok i kradnie… kombinezon, który pozwala zmniejszyć się. I tak zaczyna się najtrudniejsze zadanie – Scott z pomocą dr. Hanka Pyma (to on stworzył kombinezon i ustawił skok) ma okraść jego dawną firmę, by nie dopuścić do stworzenia niebezpiecznej broni.

antman1

Tu może pojawić się pytanie, czy Marvel wie, co robi, realizując tak naprawdę komedię kryminalną z superbohaterem w roli głównej. Dodatkowo reżyseruje całość Peyton Reed – reżyser niezbyt lubianych (przynajmniej w Polsce) komedii. Na szczęście, znowu producenci wiedzieli, co robią. Dostajemy rasowy heist movie, który ma nietypową koncepcję i jest tak lekki, że trudno w to czasami uwierzyć. I jest to zrealizowane zgodnie z regułami gatunku: jest przygotowanie, sama akcja i komplikacje, które przybierają zaskakujący obrót. Wyobrażacie sobie, żeby razem w mrówkami obrobić dużą formę z tysiącem zabezpieczeń? I to naprawdę trzyma w napięciu.

antman2

Ale największym atutem tego filmu są sceny, gdzie widzimy świat z perspektywy mrówki. Gdy nagle wszystko jest takie duże, a ty jesteś taki malutki. Co nie znaczy, że jesteś bezsilny, bo zmienić rozmiar możesz niemal w każdej chwili, co zmienia totalnie tempo i rozwój wszelkich starć. Dynamicznie zmontowanych i bardzo wyraźnie sfotografowanych. Dotyczy to zarówno starcia Ant-Mana z Falconem, jak i finałowej bijatyki z głównym złym, gdzie nie zabrakło tutaj miejsca do zdemolowania przestrzeni (z kolejki nie zostało nic). Kameralność tej produkcji też jest wyjątkowym plusem, dzięki czemu łatwiej identyfikować się z bohaterami.

antman3

Niby nie jest nic, czego byśmy nie znali (zarówno jeśli chodzi o Marvela, jak i heist movie), jednak „Ant-Man” jest świetny. To zasługa także grającego główną rolę Paula Rudda. Scott w jego wykonaniu to troszkę nieopierzony i dopiero uczący korzystać się z nowego gadżetu sympatyczny łobuz z zasadami. Przemiana w herosa jest tutaj poprowadzona lekko i bez patosu, pozostając do końca wiarygodną. Wspierany przez dr Pyma (świetny Michael Douglas) oraz jego córkę Hope (Evangeline Lilly będąca tutaj czymś więcej niż tylko wizualnym dodatkiem), próbujących przy okazji naprawić swoje nienajlepsze relacje. Także wspierający drugi plan przezabawny Michael Pena jako wspólnik w napadzie dodaje wiele lekkości. Niestety, zawodzi (znowu) czarny charakter, który jest zły, bo tak. Szkoda, gdyż Corey Stoll to niezły aktor, a tutaj w zasadzie nie ma zbyt wiele do roboty i brakuje charakteru granej przez niego postaci.

antman4

„Ant-Man” okazał się niespodzianką, która była lepsza od drugiej części „Avengersów”. Efekty specjalne znów na wysokim pułapie, gra konwencją heist movie, lekkość i masa humoru działają na plus. Nie brakuje poważnych momentów (tragedia dr Pyma), jednak nie jest to depresyjne kino. Świetna rozrywka na poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wada ukryta

Czy mieliście takie wrażenie, że oglądaliście film i w trakcie seansu mieliście taką wielką czarną dziurę z powodu pogmatwania całej intrygi, nie pamiętając zbyt wiele? Chyba właśnie przed chwilą trafiłem na coś takiego. Twórczość Paula Thomasa Andersona jest znana mi tylko ze słyszenia (widziałem debiutancki „Sydney” oraz „Aż poleje się krew”), ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na „Wadę ukrytą” – najdziwaczniejszy film tego roku. Jednak po kolei.

wada_ukryta1

Jest rok 1970, jesteśmy w Kalifornii. I to tutaj poznajemy naszego bohatera – prywatnego detektywa Doca Sportello. Chociaż trudno go takim nazwać – nieogolony, ubrany niczym obdartus i zamiast papierosa jara skręty. I byłoby tak spokojnie, gdyby nie przyszła do niego jego była dziewczyna, Shasta Fay. Informuje go, że jej obecny partner – dziany bogacz i potentat firmy budowlanej ma paść ofiara intrygi swojej żony i jej kochanka. Po tej wiadomości, Shasta znika, a Doc podejmuje się poprowadzić własne śledztwo, w czym nie będzie mu pomagał detektyw Bjornsen zwany Wielką Stopą.

wada_ukryta2

Zapowiada się kryminał w stylistyce neo-noir? Bullshit. Reżyser tak komplikuje opowieść, że choćbyście jak bardzo by się starali, nie będziecie w stanie tego rozgryźć i ogarnąć. Bo dzieje się tu wiele, a dodatkowo cała sprawę komplikuje jeszcze obecność narratorki (dziewczyna o imieniu Sortilege), wprowadzając dodatkowy zamęt. Niby jest jakieś śledztwo, ale tak przy okazji. Spiski, bractwo aryjskie, dentyści zajmujący się dystrybucją narkotyków, salon masażu jako pralnia brudnych pieniędzy, szpital psychiatryczny, jakiś okręt – Anderson dekonstruuje kryminał i wywraca cała konwencję do góry nogami, niczym swój mentor, Robert Altman. A wszystko to w oparach narkotyków i absurdu, dodając tak specyficznego humoru, że albo pokochacie ten film albo odrzucicie już po pierwszej godzinie.

wada_ukryta3

Poza komplikującą się z minuty na minutę intrygę, gdzie trudno się połapać: kto, kogo, za co i dlaczego, reszta jest z najwyższego sortu. Bardzo przestrzenne zdjęcia Roberta Elswita, utrzymana w realiach epoki muzyka, szczegółowo odtworzona scenografia oraz kostiumy, mówiące o postaciach więcej niż słowa. To wszystko potęguje jeszcze bardziej psychodeliczny klimat, gdzie niemal każdy żyje na granicy stanu załamania nerwowego.

wada_ukryta4

To byłby w zasadzie dobry kryminał, gdyby nie kapitalnie poprowadzona przez Andersona obsada. Bryluje niesamowity Joaquin Phoenix jako detektyw-hipis. Inteligentny, cyniczny, jednak zamiast alkoholu i papierosów mamy jointy z marihuaną, a pakowanie się w kłopoty to jego specjalność. Poza nim mamy pojawiających się w mniejszych rolach gigantów – fantastycznego Josha Brolin (konserwatywny detektyw Wielka Stopa), świetnego Benicio Del Toro (prawnik Sauncho Smilax) oraz trzymającą fason Reese Witherspoon (prokurator Penny Kimball).  Są też aż trzy niespodzianki. Pierwsza to kompletnie nietypowo obsadzony Owen Wilson w roli tajniaka, mającego dość swojej pracy. Drugą jest kompletnie mi nieznana Katherine Waterston, czyli Shasta – niemal klasyczna femme fatale w wersji hipisowskiej, a trzecią Joanna Newson (narratorka Sortilege) i jednego jestem pewny – o tych paniach jeszcze usłyszymy.

wada_ukryta5

Czym jest „Wada ukryta”? Parodią kryminału, zgrywą, wariactwem, narkotycznym tripem? Wszystkim po trochu i najbardziej nieoczywistym utworem w dorobku Paula Thomasa Andersona. Mimo niedoskonałości (bardzo specyficzny humor – m.in. wizyta u dr Blatnoyda czy posiłek w azjatyckiej restauracji, najbardziej skomplikowana intryga z jaką miałem do czynienia), to jedna z najciekawszych produkcji tego roku. Nie wiem, czy uda wam się wejść w ten klimat, ale powinniście spróbować.

8/10

Radosław Ostrowski

Siostra Betty

Betty Sizemore jest zwykłą kurą domową, która pracuje w jadłodajni jako kelnerka. Jej mąż handluje autami, a sama kobieta ma wielkiego fioła na punkcie serialu „Ktoś do kochania”, gdzie jest tam bardzo czarujący dr David Ravell. Jednak jej mąż ukradł 10 kilo narkotyków, za co zostaje zamordowany przez duet kilerów – Charliego i Wesleya. Betty widzi cała zbrodnię i pod wpływem szoku, dochodzi do dziwnej sytuacji. Kobieta wymazała swoje życie i jest przekonana, że doktorek z serialu to jej były narzeczony, wiec postanawia go odnaleźć. W ślad za nią wyruszają kilerzy, szukający dragów.

siostra_betty1

Kiedy wydaje mi się, że nic już nie jest w stanie zaskoczyć, ale zawsze pojawia się film, którzy zmusza mnie do weryfikacji tego przeświadczenia. Neil LaBute zanim zaczął robić filmy słabe (remaki „Kultu” i „Zgonu na pogrzebie”), 15 lat temu zrobił dziwny film. Mieszanka kryminału, melodramatu, komedii i opery mydlanej może sprawiać wrażenie czegoś niedorzecznego. Reżyser bawi się konwencjami oraz regułami tych gatunków, by (z przymrużeniem oka) pokazać efekty szoku psychicznego. Nawet jest to zabawne, by potem wzbudzić strach, rozładować atmosferę absurdalnym humorem (kiczowata, melodramatyczna muzyka, fragmenty telenoweli w telewizji), ale też nie brakuje tutaj niezłej satyry na psychofanów oraz środowisko telewizyjne. Intryga rozkręca się dość powoli, jednak potrafi wciągnąć i zaintrygować, doprowadzając do kompletnie nieobliczalnego finału (więcej wam nie powiem). Wymaga to skupienia oraz otwartości na sztuczność oraz kicz.

siostra_betty2

LaBute zgrabnie tutaj się bawi i pozwala aktorom zaszaleć. Błyszczy tutaj wyborna Renee Zellweger z czasów, gdy była piękną aktorką (czytaj: sprzed operacji plastycznej), a Betty to jej najlepsza kreacja. Naturalna pasjonatka telenoweli, szukająca tak naprawdę poczucia spełnienia oraz szczęścia, dlatego tyle czasu spędza przy fałszywym świecie. Jednak gdy jej mózg płata figla oraz zmienia ją w pielęgniarkę, nadal pozostaje naturalna i budzi współczucie, bez popadania w karykaturę oraz groteskę. Nawet czarujący Greg Kinnear (aktor George McCord, grający dr Ravella), musi zostać mocno w cieniu, będąc tak naprawdę dwiema osobami – aktorem traktującym Betty jako wielką fankę, marzącą o roli w serialu oraz w roli idealnego doktorka. Tak naprawdę drugi plan jest zdominowany przez skontrastowany duet killerów – kapitalnego Morgana Freemana oraz wyszczekanego i niecierpliwego Chrisa Rocka. Tak zabójczego i barwnego duetu nie widziałem od dawna.

siostra_betty3

Szkoda tylko, że LaBute drugiego takiego filmu nie udało mu się zrobić. Być może wtedy bardziej o nim by pamiętano. Na szczęście, można zawsze wrócić do „Siostry Betty”.

7,5/10

Radosław Ostrowski